Rozdział piąty: Historie
Gdy Charlotte obudziła się następnego dnia, pierwsze, co poczuła, to palący ból gardła.
- Jasna cholera… – wymamrotała ochrypłym głosem. Instynktownie podniosła dłoń i położyła ją na szyi. Odchrząknęła parę razy, naiwnie licząc na to, że ból sam przejdzie. To jednak tylko jeszcze pogorszyło nieprzyjemne uczucie w środku.
Dziewczyna złapała stojący na stoliku przy łóżku kubek, zerknęła do niego pobieżnie i wypiła to, co w nim zostało z wczoraj. Skrzywiła się, czując w ustach posmak letniej wody.
Ubrała się następnie i wyszła ze swojej kajuty. Była zdeterminowana, aby znaleźć kolejne „źródło picia". W gardle tak ją paliło, jak nigdy wcześniej. Czuła, że jeszcze trochę, a nie wytrzyma i własnoręcznie rozdrapie sobie gardło – byle tylko przestało ją tak palić.
Wyszła na górny pokład i niemalże od razu wpadła tam na Lowa. W pierwszej chwili zechciała go zignorować – napicie się zimnej wody było w tej chwili na samym szczycie jej listy priorytetów. Dlatego, gdy mężczyzna zatrzymał ją, warknęła gardłowo, ignorując przy tym na moment ból, jaki przy tym poczuła.
Zaraz potem zamarła, zdezorientowana, gdy Ned bez słowa podał jej kubek z wodą.
Charlotte przyjęła go z wahaniem. Uniosła kubek do ust i przechyliła go powoli. W chwili, gdy poczuła w ustach świeżą, zimną wodę, zapomniała momentalnie o jakimkolwiek potencjalnym zagrożeniu. Wypiła wszystko, co było w naczyniu, za jednym zamachem.
- Dziękuję. – wymamrotała, gdy już oddała kubek Lowowi. – Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo tego potrzebowałam.
- Oj, chyba jednak trochę wiem. – odpowiedział mężczyzna. Charlotte spojrzała się na niego uważnie. W pierwszej chwili chciała się go spytać o szczegóły, ale zaraz potem przypomniała sobie, że miała go nie naciskać. Sam jej o wszystkim opowie, gdy będzie na to już gotowy.
- Prawie w ogóle nie spałam w nocy. – powiedziała po chwili Charlotte. Chciała w ten sposób zmienić nieco temat i nawiązać jakąś luźniejszą rozmowę z mężczyzną. – A ty? Jak ci się spało?
Low zmarszczył brwi i spojrzał się na nią spod byka. Charlotte zrozumiała, że pewnie uznał on, że dziewczyna sobie z niego kpi. Musiał jednak dostrzec ewidentne zmęczenie i niewyspanie, jakie malowało się na jej twarzy, bo w pewnej chwili rysy jego twarzy momentalnie złagodniały, a on sam przestał być tak spięty.
- Jak pośrodku kryjówki wroga. – odparł cichym głosem. Przez moment stali tak w milczeniu, dopóki to Low nie podjął się wznowienia rozmowy z dziewczyną. – Dlaczego ona chciała cię zabić? – spytał się nagle. – To przecież żona twojego brata. Jest częścią waszej rodziny. Dlaczego zatem była gotowa zabić własną szwagierkę?
- To nie jest takie łatwe, jak może to wyglądać dla osoby postronnej. – odpowiedziała Charlotte. – Sam i Priscilla od dość długiego czasu są uważani przez resztę rodziny za „czarne owce". A od blisko roku są dodatkowo na samym szczycie listy osób, które ścigamy.
- Ścigacie ich dlatego, bo Priscilla jest wiedźmą? – padło następnie pytanie ze strony Lowa. W tym momencie Charlotte zaśmiała się cicho, wyraźnie tymi słowami rozbawiona.
- Nie, to nie dlatego. – wyjaśniła mu po chwili. – Priscilla zabiła kogoś bardzo nam bliskiego. Sam z kolei poparł ją podczas procesu, a potem pomógł jej w ucieczce.
- Kogo wtedy zabiła? – dociekał dalej Ned.
Charlotte skrzywiła się nieznacznie. Nie lubiła o tym rozmawiać. Pamiętała jednak jednocześnie o tym, że przed nią stała osoba, z której miała uczynić swojego sojusznika w walce z tą dwójką. Jeśli naprawdę chciała, żeby jej zaufał, powinna mu zdradzić najwięcej, jak tylko będzie mogła.
- Moją młodszą siostrę, Cassidy. – odpowiedziała Charlotte. – Zabiła niespełna piętnastoletnią dziewczynkę, bo chciała się w ten sposób pozbyć wszystkich młodszych członków rodu Arundell. Planowała potem zabić mojego młodszego brata Claytona, a na sam koniec mnie, ale zdołałam ją powstrzymać.
- To ty ją wtedy złapałaś? – Charlotte tylko przytaknęła pojedynczym skinieniem głowy po tym pytaniu.
- A teraz ta siksa nam zwiała. – powiedziała dziewczyna. – Muszę ją złapać i powstrzymać. Priscilla jest wręcz opętana żądzą stanięcia na czele naszej rodziny. Uważa, że to jej i Samowi należy się ten honor. Uważa, że nie nadaję się na następczynię swoich rodziców, mimo że oni sami mnie do tej roli oficjalnie wybrali już jakiś czas temu.
Ned pokiwał w zamyśleniu głową. Odezwał się dopiero po jakimś czasie.
- Coś za bardzo mi ufasz, wiesz? – powiedział nagle. – Zdradzasz mi tyle szczegółów… dlaczego to robisz?
- Bo to, o czym ci mówię, to żadna tajemnica. – odparła Charlotte. – Ani Sam, ani Priscilla nie będą w stanie tych informacji przeciwko mnie, bo to nie była moja wina. To oni są mordercami i psychopatami, których trzeba powstrzymać. Ja nie mam nic do ukrycia. Oni za to – aż za dużo.
Więcej jednak Charlotte nie powiedziała. Dostrzegła bowiem, że w ich stronę zmierza Meeks. Zamilkła w odpowiedniej chwili; mężczyzna zatrzymał się obok nich chwilę później.
- Kapitanie, słyszałem, co zrobiłeś w tawernie Guthrie. – powiedział Meeks. Cała jego uwaga była skupiona wyłącznie na osobie Lowa. Kapitan Fancy obrócił się powoli w stronę swojego kwatermistrza. Charlotte zerknęła przelotnie na niego i dostrzegła, że był on dość mocno poirytowany faktem, że Meeks nie tylko przerwał im rozmowę, ale również że w ogóle zdecydował się poruszyć temat, o którym właśnie mówił. – Sądzę, że źle postąpiłeś. Ta kobieta jest nam bardziej, potrzebna, niż ci się to wydaje. Możemy mieć przez to niemałe kłopoty.
- Nie będzie żadnych kłopotów. – zapewnił Meeksa Low. – Uspokój się wreszcie, Meeks. Wiem, co robię. To ja jestem tu kapitanem, pamiętasz?
Meeks wydawał się mocno niezadowolony, gdy odszedł od nich w milczeniu. Low obserwował go uważnie, aż ten nie zszedł ze statku i nie udał się na ląd. Odezwał się do Charlotte dopiero wtedy, gdy Meeks zniknął w tłumie.
- Tak coś czuję, że chyba będę potrzebował niedługo nowego kwatermistrza. – mruknął pod nosem, wciąż zamyślony i wpatrzony w dal. Charlotte przyglądała mu się z uwagą przez cały ten czas, zastanawiając się jednocześnie, co też ten mężczyzna teraz planował. Nie spodobała się jej ani trochę nagła zmiana w jego aurze. Sprawiła ona, że Charlotte poczuła niemiły dreszcz przenikający całe jej ciało. – Chciałaś udać się na ląd, prawda? – spytał się jej nagle, odwracając się jednocześnie w jej stronę.
- No… tak. – wydukała Charlotte. Była szczerze zaskoczona tym pytaniem. Wciąż nie wiedziała, co Low planuje, ale sama wizja możliwości zejścia wreszcie na ten nieszczęsny ląd na moment zaćmiła jej umysł.
Low tymczasem uśmiechnął się szeroko, słysząc to.
- Chciałabyś się wybrać na mały spacer ze mną? – zapytał się jej bezceremonialnie. – Mam jedną sprawę do załatwienia, dość ważną.
- Jasne, z chęcią. – Charlotte nie miała pojęcia, co ten człowiek planuje. Na tym etapie jednak była gotowa na wszystko, byle tylko móc zejść na stały ląd. – Mamy iść już teraz, czy…?
- Teraz. – Low przyjrzał się uważnie dziewczynie, nim nie spojrzał się jej ponownie prosto w oczy. – Jesteś już chyba wyszykowana, prawda? – Charlotte tylko skinęła niepewnie głową na potwierdzenie. – Dobrze. No to chodźmy.
Charlotte bez wahania ruszyła za nim. Low po drodze zatrzymał się przy jednym z członków swojej załogi – Holmesie, jak Charlotte sobie przypomniała zaraz potem. Szepnął mu coś do ucha, i mężczyzna skinął tylko głową i bez słowa ruszył za nimi. Dziewczyna obejrzała się niepewnie przez ramię i zobaczyła, że za nimi podążyła jeszcze co najmniej dwójka członków załogi Lowa. Gdy schodzili po trapie, przyłączyło się do nich jeszcze dwóch innych mężczyzn.
Nie mam pojęcia, o co tu chodzi. – pomyślała dziewczyna, idąc tuż obok Lowa. Jeszcze raz zerknęła za siebie i przyjrzała się idącym za nimi piratom. – Nie wiem, co on planuje. Ale tak coś czuję, że muszę tam być. Muszę wiedzieć, co on planuje. I muszę być przy tym obecna, aby udowodnić, że można mi zaufać. Że nie kłamię, gdy mówię, że widzę w nim swojego sojusznika. Cokolwiek to nie będzie… muszę być gotowa. Muszę być gotowa na wszystko. Tylko w ten sposób osiągnę swój cel. A na tym mi zależy najbardziej.
