Rozdział czternasty: Wyspa skarbów


- Serio, to tutaj? – spytał się z niedowierzaniem Clayton, rozglądając się uważnie dookoła.

- Na to wygląda. – odpowiedziała mu Charlotte. – Zdołali nas przenieść najbliżej, jak tylko się dało.

Charlotte, Clayton, Ned oraz cały oddział Podróżników, jacy z nimi wyruszyli, trafili na nieznaną dziewczynie wyspę. To z pewnością nie było to samo miejsce, w którym wcześniej ona i Ned spotkali Sama i Priscillę.

To z pewnością nie jest to samo miejsce. Nikt tu nie zginął… jeszcze. I… chwila, moment…

- Nie jesteśmy tu sami. – powiedziała nagle, robiąc jednocześnie kilka kroków wprzód. – Sam i Priscilla też tu są, ale… nie tylko oni. Ktoś jeszcze tutaj jest.

- Kto dokładnie? – Clayton jako pierwszy podszedł do swojej siostry. – Jesteś w stanie to odgadnąć? Rozpoznajesz może jakąś aurę?

- Nie… nie jestem pewna. – Charlotte skupiła się najmocniej, jak tylko potrafiła. Wolała być przygotowana na każdą ewentualność. – To chyba jest… jasna cholera! – wykrzyknęła nagle dziewczyna. Ze zdenerwowania aż kopnęła pobliski kamień.

- Okej… nie będę wnikał, kim jest ta „jasna cholera", ale… sorki, siostra, muszę wiedzieć. Wszyscy musimy to wiedzieć. – Charlotte po tych słowach spojrzała się na brata z istnym mordem w oczach. Clayton momentalnie się wycofał, unosząc przy tym ręce w geście poddania.

- Kto tam jest, Charlotte? – Ned zdecydował się spróbować czegoś dowiedzieć od dziewczyny. Z jakiegoś powodu był pewien, że szybciej dogada się z nią niż Clayton.

Dziewczyna westchnęła ciężko, nim nie udzieliła odpowiedzi na to pytanie.

- Vane. – powiedziała przez zaciśnięte zęby. – Ten sukinsyn tu jest. Jego ludzie też. I jest też ktoś jeszcze. Ktoś, kogo aury jeszcze nie miałam okazji poznać. Ale, znając nasze posrane szczęście, pewnie też nie okażą się być po naszej stronie.

Ned tylko przez chwilę zastanawiał się nad swoją odpowiedzią. Nie musiał w sumie nawet nic mówić – Charlotte już po samej jego minie domyśliła się, co też chodziło mu po głowie.

- Upieczemy zatem dwie pieczenie na jednym ogniu. – odpowiedział, uśmiechając się przy tym z zadowoleniem. – Pozbędziemy się obydwu problemów… waszych buntowników i mojego rywala.

- Nie wiemy jeszcze, co dokładnie tutaj robią. – przypomniała mu szybko Charlotte. Złapała go mocno za ramię i przytrzymała przy sobie, gdy ten chciał już ruszyć przed siebie, w stronę Vane'a i pozostałych. – Potrzebujemy więcej danych. – tu dziewczyna obróciła się w stronę jednego z Podróżników, po czym skinęła na niego nieznacznie. Mężczyzna tylko kiwnął głową na znak, że zrozumiał wydane mu polecenie, po czym teleportował się w sobie tylko znane miejsce. – Tamten człowiek zrobi najpierw ogólny zwiad i rozezna się, kogo tu mamy, dlaczego tu przypłynęli, i jakie są ich powiązania z Samem i Priscillą. Dopiero wtedy wkroczymy do akcji; nie wcześniej. Ale też i nie później. – dodała po chwili, widząc, że Ned wciąż był zdenerwowany. – Nie będziemy już więcej czekać. Gdy tylko tamten mężczyzna wróci i okaże się, że wszystko jest w porządku, od razu wkroczymy do akcji. W miarę możliwości najpierw zajmiemy się moim bratem i jego żoną. Potem weźmiemy się za Vane'a i całą resztę.

Ned niechętnie zgodził się na taki plan. Sam chciał najpierw zająć się Charlesem, a dopiero potem uganiać się za Priscillą i Samem. Wiedział jednak, że nie powinien sprzeciwiać się decyzjom Charlotte. Nie w tym przypadku. Widział już, do czego dziewczyna jest zdolna, i nie chciał poczuć jej gniewu i furii na swojej własnej skórze.

Chwilę później na miejsce teleportował się z powrotem Podróżnik, jakiego Charlotte wysłała na zwiady. Na całe szczęście, miał dla nich same dobre wiadomości.

- Sam i Priscilla na pewno tutaj są. – powiedział Charlotte i Claytonowi, podchodząc do nich w pośpiechu. – Ci ludzie, których wykryłaś wcześniej, nie stoją po ich stronie. Przybyli tu dla jakiegoś skarbu, który mieści się na tej wyspie. Obydwie załogi ścigają się, która pierwsza do niego dotrze.

- Skarbu? – zdziwiła się dziewczyna. – Jakiego skarb… och, rozumiem. – Nagle Charlotte wszystko zrozumiała. – Clayton, kochany… jesteśmy w swoistym uniwersum Wyspy skarbów. Już wszystko jasne. – dziewczyna zaśmiała się cicho. Wyraźnie jej ulżyło, gdy już wreszcie w pełni pojęła, do jakiego świata trafiła. – Teraz już wszystko rozumiem. Dobra, panowie. – Charlotte szybko wróciła na właściwy tor myślenia i skupiła się z powrotem na swojej oryginalnej misji. – Tak czy siak musimy przedrzeć się najpierw do Sama i Priscilli. To jest nasz priorytet. Nie zabijamy tych piratów, którzy tam na nas będą czekać. Powalamy, ogłuszamy, odchodzimy na bok, ewentualnie odstawiamy szybką rozmówkę i dajemy do zrozumienia, że nie ma z nami żartów, i że to nie oni są naszym celem. To nie jest nasz świat, i z całą pewnością to nie jest nasz skarb. Nie jest nam potrzebny. Jeśli ci goście ustąpią po dobroci i dadzą nam przejść, wtedy damy im możliwość późniejszego dostania się do owego skarbu. Wystarczy, że nie będą nam przeszkadzać w naszej robocie.

Nikt się nie sprzeciwił, i nikt też nie zaproponował innego podejścia. Charlotte podzieliła więc swój oddział na trzy mniejsze grupy, które miały podejść miejsce, w którym znajdowali się piraci, z trzech różnych stron. Do swojej grupy wzięła Claytona i Neda, a także jeszcze dwóch innych Podróżników. Następnie pewnie poprowadziła ich w miejsce, które nieco wcześniej wskazał im zwiadowca.

Miał rację. – pomyślała mimowolnie dziewczyna, gdy już dotarli na miejsce. Dwie różne załogi pirackie stały naprzeciwko siebie. Jedną Charlotte rozpoznała od razu – to była załoga Charlesa Vane'a. Drugiej jednak nie skojarzyła. Domyślała się jednak, że zapewne jest to załoga albo kapitana Flinta, albo Johna Silvera. – Całe szczęście, że już wiem, gdzie trafiliśmy. Teraz już przynajmniej wiem, na co być przygotowaną.

- Gotowy? – spytała się jeszcze dla pewności Neda. Gdy ten przytaknął pojedynczym skinieniem głowy, Charlotte tylko uśmiechnęła się słabo. – Pamiętaj; najpierw Sam i Priscilla, potem Vane i inni.

- Oczywiście.

Żadnego dodatkowego zapewnienia już nie potrzebowała. Jako pierwsza wyszła z ukrycia, po czym od razu skierowała się w stronę Vane'a i jego załogi.

- Ty! – zawołał mężczyzna, gdy tylko ją dostrzegł. Ruszył szybkim krokiem w jej stronę, wyraźnie zdenerwowany. – To ty, ty czarownico!

- Fantastyczna obelga, nie ma co. – Charlotte jednym ruchem dłoni rzuciła nim o pobliski mur. Vane padł na ziemię, z miejsca pokonany. – Któryś jeszcze chce ze mną spróbować? – spytała się następnie pozostałych członków załogi mężczyzny. Część z nich wydawała się wciąż skora do walki, ale żaden z nich mimo to jej nie zaatakował. Wycofali się niechętnie, przez cały ten czas mając ją na oku. – Low, ty zostajesz ze mną, pamiętasz? – tu odwróciła się do Neda, gdy ten tylko wykonał jeden krok w stronę nieprzytomnego Vane'a. – Najpierw nasz wspólny problem. Priorytety, pamiętaj.

Ruszyli następnie w stronę serca wyspy, gdzie najpewniej Sam i Priscilla się ukrywali. Nie zaszli jednak daleko – zaledwie kilkanaście metrów dalej drogę zastąpiła im inna załoga piratów.

- No ja nie mogę… – Charlotte jęknęła przeciągle, wyraźnie tą sytuacją poirytowana. – Panowie, naprawdę wam dobrze radzę… poszli mi stąd won. Nic do was nie mamy. Nie chcemy tego waszego cholernego skarbu. Jak już załatwimy tu naszą sprawę, to nawet pomożemy wam się do niego dostać. Bez żadnej opłaty, słowo daję.

Mężczyźni spojrzeli się po sobie, wyraźnie zdezorientowani. Nie takiej reakcji z pewnością się spodziewali.

- Skąd możemy mieć pewność, że nas nie okłamujesz? – spytał się jeden z nich. Po jego aurze Charlotte odgadła, że najpewniej był on ich kapitanem.

- Niech zgadnę… – Charlotte uważnie przyjrzała się mężczyźnie. Nie dopatrzyła się żadnej brakującej kończyny, domyśliła się zatem szybko, z kim ma do czynienia. – Kapitan Flint, zgadza się? – Mężczyzna po tym pytaniu tylko przytaknął, nieco zdezorientowany faktem, że ta kompletnie nieznana mu dziewczyna jakimś cudem zna jego imię. – Klnę się na własne życie, że nic wam stąd nie zabierzemy. Naszym celem jest dwójka ludzi, którzy zapewne stoją wam na drodze do tego skarbu.

- Para czarowników, zgadza się. – odparł Flint. – Skąd o nich wiecie?

- To nieważne. – Charlotte machnęła na to wszystko ręką. Nie miała teraz czasu na takie wyjaśnienia. – My się nimi zajmiemy, a wy sobie potem róbcie z tym skarbem, co tylko chcecie.

Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią, ale w końcu zgodził się pójść na układ z Charlotte. Bez problemów przepuścił ją i jej ludzi dalej, ku jej ogromnemu zadowoleniu.

- Na razie idzie całkiem nieźle. – stwierdził Clayton, idąc u boku siostry.

- Na razie. – powtórzyła ze sceptycyzmem Charlotte. – Poczekaj, aż już do nich dotrzemy. Wtedy dopiero zacznie się prawdziwa jatka.

Charlotte ani trochę nie przesadzała, gdy to mówiła. Gdy już zbliżyli się do miejsca, w którym ukrywali się Sam i Priscilla, jasnym stało się, że dotarcie do nich i zmierzenie się z nimi wcale nie będzie takie proste. Magiczna osłona była tylko jednym z problemów – poza nią miejsce otoczone było całym szeregiem „nadprzyrodzonych pułapek"; specjalnych zaklęć, które aktywowały się, gdy tylko potencjalny wróg zbliżył się zanadto.

- Trzeba to jakoś rozbroić. – powiedział Clayton, przyglądając się temu wszystkiemu z niezadowoleniem. – Masz jakieś pomysły?

- Jeden. – odpowiedziała Charlotte. Następnie, nim ktokolwiek zdołał ją powstrzymać, ruszyła szybkim krokiem prosto w sam środek owych pułapek.

Clayton zdążył tylko krótko krzyknąć. Nagle wszystkie zaklęcia eksplodowały jednocześnie, wystrzeliwując w kierunku Charlotte. Dziewczyna w ostatniej chwili wytworzyła wokół siebie pole ochronne.

Wszystko nagle wybuchło. Rozbłysło oślepiające światło, przez które wszyscy musieli na chwilę zamknąć oczy. Gdy już w końcu mogli je bezpiecznie otworzyć, ich oczom ukazał się iście niesamowity widok: wszystko wokół było spalone i zniszczone od wybuchu tych wszystkich zaklęć naraz. Pośrodku tego stała Charlotte, cała i zdrowa, wciąż chroniona przez magiczną osłonę, jaką wokół siebie wytworzyła.

- Jesteś po prostu szalona. – wymamrotał Clayton, będący pod ogromnym wrażeniem tego, co jego siostra właśnie zrobiła. – Serio… sam bym na to nie wpadł.

- Nie przesadzaj, kochany. – Charlotte usunęła osłonę i podeszła do brata, uśmiechając się szeroko z zadowolenia. – Sam też byś na to wpadł. Trochę później, ale też byś miał taki pomysł. Mamy to genialne szaleństwo we krwi.

Zaraz potem wszyscy skierowali się w stronę budynku, w którym Sam i Priscilla się skrywali. Nim tam dotarli, para wyszła im naprzeciw, gotowa do walki.

- Nie czekaj na ich ruch. – poleciła Claytonowi Charlotte, sama ruszając śmiało przed siebie. – Po prostu wal wszystkim, co masz w zapleczu.

Koło siebie wyczuła aurę Neda – mężczyzna śmiało szedł obok niej w stronę Sama i Priscilli, mimo że nie posiadał żadnych mocy. Był jednak gotów do walki – nawet jeśli szanse na wygraną z którymkolwiek z nich były znikome. Gdy Priscilla posłała w ich stronę pierwsze zaklęcie, Charlotte sparowała je i osłoniła i siebie, i Neda.

Czas to zakończyć. – pomyślała, prostując się po tym, jak odbiła kolejne zaklęcie. – Ich bajka właśnie dobiegła końca.

Bliżej siebie dostrzegła Sama. Walczył właśnie z trzema Podróżnikami. Zabił już jednego, a pozostali dwaj ledwie sobie dawali z nim radę. Charlotte rzuciła szybkie spojrzenie w stronę Priscilli i upewniła się, że i ona jest zajęta walką z kimś. Dopiero wtedy ruszyła przeciwko swojemu bratu.

Nim Sam zdołał zabić drugiego Podróżnika, Charlotte odrzuciła go na bezpieczną odległość dzięki swoim mocom, po czym zrobiła to samo z trzecim mężczyzną. Następnie stanęła naprzeciwko swojego brata, patrząc się na niego z nienawiścią.

- Nie musisz tego robić, Charlotte. – powiedział do dziewczyny Sam. – Możesz nas po prostu zostawić w spokoju i stąd odejść.

- Ta, akurat. – dziewczyna prychnęła cicho, wyraźnie rozbawiona słowami brata. – I mam wam może jeszcze pozwolić zniszczyć cały ten świat? Nie, mój kochany, nie ma mowy. Przegięliście pałę już dawno temu. Teraz nadeszła długo wyczekiwana kara.

Następnie rzuciła się na Sama, nim ten w jakikolwiek sposób zdążył zareagować. Ciskała w niego wszystkim, czym tylko się dało – zaklęciami, klątwami, kulami energii, ogniem… jaka tylko forma ataku przyszła jej do głowy, tej właśnie używała. Osłaniała się małą tarczą wytworzoną przez prawą dłoń, podczas gdy ataki ciskała z wolnej lewej ręki. Kilkakrotnie wykonała specyficzne kopnięcie, aby wyprowadzić atak, lub tupnęła w ziemię, aby nią poruszyć. Polegała przede wszystkim na swojej wyobraźni. Starała się nie używać tego samego ataku dwa razy. To była jej ostatnia walka – musiała to wykorzystać najlepiej, jak tylko potrafiła.

Nagle poczuła silny ucisk w gardle – tak silny, że przerwała atak w połowie i upadła na jedno kolano, krztusząc się. Złapała się obiema dłońmi za gardło i zaczęła ciężko oddychać, próbując przejąć kontrolę nad własnym ciałem. Jednocześnie spojrzała się gniewnie na Sama, przekonana, że użył on na niej ataku Priscilli. Zdziwiła się, gdy zaraz potem zauważyła, że to nie była jego wina.

Wciąż mogę oddychać. – uświadomiła sobie nagle, biorąc krótki, nierówny wdech. – To nie mnie dusi. Ja tylko odczuwam czyjś inny ból. Ktoś inny jest duszony. Nie ja. To nie ja. Ktoś inny… ktoś inny, ale kto?

Gdy tylko zdała sobie z tego sprawę, wstała szybko i wytworzyła wokół siebie osłonę, tuż przed tym, jak Sam cisnął w nią ogromną kulą ognia. Charlotte zmrużyła oczy od blasku, jaki się rozniósł po tym, jak ogień zderzył się z jej tarczą. Zaraz potem odwróciła się, wciąż trzymając osłonę aktywną wokół siebie, aby zobaczyć, kto znalazł się w tarapatach. Po paru sekundach już wszystko wiedziała.

- Ned. – wyszeptała, otwierając szeroko oczy. Jej towarzysz znalazł się w potrzasku; podczas gdy ona walczyła z Samem, Priscilla pokonała swoich przeciwników i ruszyła na Claytona i Neda. Clayton leżał kilkanaście metrów dalej, jęcząc cicho, a Ned stał naprzeciwko Priscilli. Kobieta z ponurym uśmiechem na twarzy trzymała ręce wyciągnięte przed sobą i dusiła swoimi mocami mężczyznę. – Zostaw go, ty cholerna raszplo! – wykrzyknęła, robiąc krok do przodu. Zaraz potem jednak cofnęła się, gdy Sam przypuścił kolejny atak.

- Nie uratujesz go. – powiedział siostrze, przyglądając się temu wszystkiemu obojętnym wzrokiem. – Jego godziny są policzone. Nic na to nie poradzisz.

Charlotte zacisnęła zęby, wściekła jak nigdy wcześniej. Obróciła się gwałtownie w stronę Neda i Priscilli i skupiła całą swoją uwagę na tym pierwszym. Chciała mu jakoś pomóc – jak tylko się dało. Zerknęła jeszcze raz na Claytona, ale ten nadal nie był w stanie się podnieść.

Za bardzo poniosła mnie walka z Samem. Zapomniałam kompletnie o całej reszcie.

- Skończysz dokładnie tak, jak twoja nędzna siostra. – zaszydziła Priscilla, kierując się powoli w stronę Neda. Charlotte syknęła cicho i poruszyła się niespokojnie. Dostrzegła jednak jednocześnie Sama, gotującego się do posłania w jej stronę kolejnej kuli ognia, i pozostała w miejscu. Musiała coś wymyślić, i to szybko. Jakoś muszę mu pomóc. Nie zostawię go przecież na pastwę losu. Nie pozwolę, aby ta wariatka go zabiła. Nie mogę. Nie pozwolę na to.

Ned poruszył się niespokojnie, trzymając się kurczowo za gardło. Wciąż stał na ziemi – Priscilla nie podniosła go swoimi mocami. Zamiast tego kobieta stanęła naprzeciwko niego, po czym uśmiechnęła się do niego drwiąco.

- Pożegnaj się z tym światem, kochany. – powiedziała do niego, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Twój mały romans z moją szwagierką właśnie dobiegł końca.

Serce Charlotte wypełniła gwałtowna fala wybuchowej mieszaniny nienawiści, wściekłości, gniewu, furii i nieopisanej chęci mordu. Zdecydowała się nagle zignorować gotującego się do ataku brata. Musiała uratować Neda. Zrobiła krok w stronę mężczyzny. Kątem oka dostrzegła już, jak Sam odchyla ramię do tyłu, celując kulą ognia prosto w nią.

I wtedy to się stało.

Ostrze długiego miecza Neda przebiło Priscillę na wylot. Charlotte zamarła w jednej sekundzie, wydając z siebie zduszony okrzyk zdumienia.

Wydostał się spod jej czaru. – uświadomiła sobie, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w Neda. – Jakim cudem? Jakim cudem zdołał to zrobić?

Charlotte szybko przestała sobie zadawać to pytanie. Pojęła, że teraz nie potrzebuje wyjaśnienia tego fenomenu – Ned właśnie zadał śmiertelny cios Priscilli. Kobieta osunęła się na kolana, krztusząc się własną krwią. Zaraz potem padła na ziemię, martwa i pokonana.

Jedno z głowy. – pomyślała Charlotte, obracając się przodem w stronę brata. – Pora na drugie.

Wystarczyło jej jedno spojrzenie na brata, aby zrozumieć, że właśnie stracił ostatnie chęci do dalszej walki. Priscilla zginęła, i nie miał już żadnego sojusznika. Pozostał tu sam, bez nikogo do pomocy.

- Poddaję się. – powiedział nagle Sam. Kula ognia momentalnie zniknęła z jego dłoni, a on sam niemalże padł na kolana przed młodszą siostrą, która kierowała się powoli w jego stronę. – Wygraliście.

- Wybacz, bracie. – odparła Charlotte. Sam momentalnie zbladł, gdy to usłyszał. – Słowa ojca były wyraźne. Trzeba was zlikwidować. Oboje. Bez względu na wszystko.

- Charlotte, daj spokój! – wykrzyknął Sam, wyraźnie wzburzony. Cofnął się gwałtownie, gdy dziewczyna zbliżyła się za bardzo. – Nie zabijesz przecież własnego brata! Nie zrobisz tego!

Charlotte uśmiechnęła się ponuro, słysząc to. Gdy Sam zachwiał się i upadł na ziemię, ta podeszła do niego niespiesznie, po czym przykucnęła obok niego i przyjrzała mu się uważnie.

- A powiedz, dlaczego miałabym tego nie zrobić? – spytała się go, patrząc mu się prosto w oczy. – Dlaczego miałabym być dla ciebie łaskawa? Ty nie byłeś łaskawy dla Cassidy, gdy pozwoliłeś swojej chorej żonie ją zabić. Nie byłbyś łaskawy dla Claytona, gdyby coś takiego go czekało. I nie byłbyś też łaskawy dla mnie.

Sam wręcz emanował wściekłością. Nie był jednak wściekły na Charlotte – gniewał się na samego siebie. Wyrzucał sobie, że dał się pokonać.

- Jestem gotów za to wszystko odpokutować. – wycedził przez zaciśnięte zęby. Unikał przy tym skutecznie spojrzenia Charlotte, która przez cały ten czas obserwowała każdą jego reakcję. – Za każdą z tych rzeczy.

Charlotte przyjrzała mu się uważnie. Spróbowała wyczytać z jego aury, czy był szczery. Gdy poznała już odpowiedź, pokiwała w zamyśleniu głową. Wiedziała już, jaką decyzję podejmie. I co to dla nich wszystkich będzie znaczyć.

- Masz rację. – powiedziała cichym głosem. – Powinieneś za to wszystko odpokutować; co do jednej złej rzeczy, jaką uczyniłeś. I jakie z pewnością w przyszłości byś uczynił. – Sam w tym momencie zaczął się podnosić, kierowany strachem. Nie zdołał jednak wstać. W tym samym momencie Charlotte wyciągnęła rękę do tyłu i pomyślała o mieczu, który trzymał Ned. Broń wyleciała mu z ręki i trafiła prosto do niej. Następnie, gdy Sam spróbował ucieczki, Charlotte złapała go za przód koszuli, po czym szarpnęła nim do przodu. Jednocześnie wbiła mu miecz aż po sam brzeg rękojeści.

- Dla… czego? – wykrztusił Sam. W końcu podniósł wzrok i spojrzał się na swoją siostrę. Ta uśmiechnęła się ponuro, widząc dezorientację w jego oczach.

- Jeśli sądziłeś, że wybaczę ci za to, co zrobiłeś, to się grubo mylisz. – powiedziała. – Jesteś niewiadomą, która dręczyłaby mnie przez całą wieczność. Bez ciebie mam pewność, że nikt się przeciw nam nie zbuntuje. Nikt nie spróbuje zagarnąć tego, na co tak ciężko pracowałam. Robię to nie tylko dla siebie. – dodała po chwili. – Robię to też dla Claytona, dla taty, dla mamy, dla Cassidy… i nawet dla ciebie. – W tym momencie Charlotte uśmiechnęła się smutno, patrząc się Samowi prosto w oczy. – Uwierz mi, bracie… świat będzie lepszym miejscem bez ciebie. Wszystkie światy będą. – i wyciągnęła ostrze z jego ciała. Sam zakasłał jeszcze raz, po czym upadł twarzą do przodu na ziemię.

Charlotte powoli odeszła od jego ciała. Wycofała się powoli w stronę Neda i Claytona, który wreszcie zdołał otrząsnąć się i wstać o własnych siłach.

- Naprawdę sądziłem, że go ułaskawisz. Że dasz mu drugą szansę. – powiedział Clayton.

- Sam byłby czymś co dręczyłoby nas przez cały czas. – wyjaśniła dziewczyna bratu. – Nigdy nie mielibyśmy stuprocentowej pewności, czy aby na pewno nie spróbuje się zbuntować i przejąć władzy nad klanem. Tylko poprzez jego śmierć mogliśmy mieć pewność, że coś takiego nigdy nie będzie miało miejsca. – Charlotte spojrzała się jeszcze raz w stronę miejsca, gdzie leżało ciało jej starszego brata. – Ta ja podjęłam tę trudną decyzję. I to mi przyjdzie teraz z nią żyć. Ale dla dobra tych wszystkich światów… jestem gotowa na ten ciężar. Bez względu na to, jak długo przyjdzie mi go nieść.

Następnie Charlotte podeszła do Neda. Mężczyzna wciąż stał przy ciele martwej Priscilli i przyglądał się jej z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Podniósł wzrok znad ciała dopiero wtedy, gdy Charlotte stanęła tuż obok niego.

- Dobrze zrobiłaś. – powiedział. – To z pewnością nie było dla ciebie łatwe, ale… tak trzeba było. Tak jak mówiłaś, to była niewiadoma.

- To prawda. – przyznała cichym głosem Charlotte. – Ale to była jedyna logiczna decyzja, jaką mogłam w tej chwili podjąć.

Na moment zapadła pomiędzy nimi cisza. Dziewczyna zerknęła jeszcze tylko raz w stronę ciała brata, nim nie obróciła spojrzenia w stronę horyzontu.

- Co teraz? – dobiegło ją nagle pytanie Neda. – Co z… tym wszystkim? Co zrobimy dalej?

- Pytasz się, czy dalej jesteśmy wspólnikami? – Charlotte bezbłędnie odgadła, o czym mężczyzna teraz myślał.

- Nie wiem do końca, co dalej z tym wszystkim zrobić. – przyznał otwarcie Low. – Nie po tym, co widziałem.

Charlotte westchnęła ciężko. Przyszła pora na wyjawienie trudnej prawdy.

- Muszę ci coś powiedzieć. – zaczęła. Ned od razu odwrócił się przodem w jej stronę i skupił na niej całą swoją uwagę. – Wtedy, na twoim statku… było ci pisane zginąć. Nie powinnam cię wtedy ratować. Charles Vane miał cię wtedy zabić.

- Dlaczego zatem mnie uratowałaś? – spytał się Ned. Charlotte widziała po nim, że ta wiadomość nieco nim wstrząsnęła, ale jak na razie trzymał się całkiem nieźle. Nie dawał niczego po sobie poznać.

- Bo wyczułam, że razem mamy szanse dojść do wielkich i wspaniałych rzeczy. – Charlotte zaśmiała się cicho, gdy tylko wypowiedziała te słowa. – Wiem, że mówiłeś, że nie jesteś dobrym człowiekiem. Ale tak naprawdę nikt nie jest idealny. Ja nie jestem idealna. Wiem jednak, że mój klan potrzebuje ludzi takich jak ty. Takich, którzy będą gotowi do wszystkiego, byle tylko osiągnąć zamierzony cel.

- Chcesz mi przez to powiedzieć, że… miałbym wrócić do twoich czasów? – Charlotte tylko przytaknęła pojedynczym skinieniem głowy.

- Nie możesz zostać w tym świecie. – odpowiedziała. – Nie powinno cię tu już być. Możesz jednak wrócić ze mną i zostać jednym z nas. Mógłbyś wtedy zobaczyć inne czasy, miejsca i wymiary. Być Podróżnikiem. Wystarczy tylko, że zgodzisz się dalej być moim wspólnikiem i pozostać mi wierny i lojalny, a zyskasz możliwość doświadczenia tego wszystkiego.

Ned na dość długi czas zamilkł. Charlotte widziała, że intensywnie myśli o tej propozycji. Rozważał, jaka powinna być jego odpowiedź. Po paru minutach podjął już jednak ostateczną decyzję.

- Dobrze. – powiedział. – Zgadzam się na to. Zgadzam się na to wszystko. Chcę tam z tobą wrócić. Chcę zostać jednym z was.

Charlotte uśmiechnęła się szeroko, słysząc to.

- Na taką właśnie odpowiedź liczyłam.