Kiedy wrócił, zastał dom równie cichym, jakim go rano zostawił.

Nie zawsze było tu tak pusto. Szlachetnie urodzeni rodzice, szczere i uczynne małżeństwo. Bogaci, a więc i nieustannie otoczeni przez krąg znajomych. Zabrakło jednak przyjaciół w ten feralny dzień, gdy Sache, będąc jeszcze małym chłopcem, odnalazł ciała zamordowanych rodziców w salonie. Nie uronił nad nimi ani jednej łzy, gdyż byli dla niego tak niepojętym zjawiskiem. Martwi? To stało się faktem równie błyskawicznie, jak bezzasadnie. Zazdrość? Zazdrość o pieniądze, o stanowisko, o spokój, o szczęście? Sacheverell nie rozumiał zazdrości, znał zamiast niej samokrytykę i motywację. Co w tym wyjątkowego, że żyje sam od wielu lat, przecież ilu jest bardziej nieszczęśliwych ludzi. Dla niego rodzice tylko wyszli po coś na chwilę i ...niedługo wrócą.

Przez te myśli na swój temat zaczął rozpakowywać swoją torbę szybciej. Książki zostawił na stole, podczas gdy resztę przedmiotów rzucił na najbliższą kanapę z nerwową niecierpliwością. Zakończył nawoływanie wspomnień. Nie będzie przecież rozpamiętywał przeszłości, i tak faktem jest, że nie zasłużył na współczucie. Nigdy nie był sentymentalny.

„W Niebiosach nawet kurz nie osiada na meblach." pomyślał, jeżdżąc palcem po lśniącym blacie drewnianej szafki.

Zapadał zmierzch, była zatem pora na nakarmienie zwierząt. Odrzucił myśli o swoim powracającym poczuciu samotności i wyszedł na zewnątrz. Przygotował miskę z kawałkami mięsa i owoców i położył ją w trawie ogrodu. Mieszkał w środku lasu, więc odwiedzały go różne stworzenia, od jeży po małe wężopodobne bazyliszki, będące pod ochroną. Przygotował również posiłek dla swojego jednorożca. Całe szczęście znał on ludzką mowę i Sache mógł z nim zamienić parę słów. Opowiedział mu, jak został potraktowany w urzędzie. Koń nigdy nie zastąpi towarzystwa drugiego człowieka, lecz przynajmniej próbował go wesprzeć. Kiedy przyszło opuścić zwierzęcych podopiecznych i wejść do domu, Sacheverell uciekł przed jego pustką i ciszą w sen.

Następnego dnia nastąpiło nareszcie jego pierwsze spotkanie z Ralphem Salvatorem. Sache mylił się licząc, że zostanie przeproszony za wczorajszą sytuację. Jego nowy przełożony zachowywał się, jak gdyby nic się nie stało, zupełnie jakby umówieni byli na dziś. Pierwszym co naturalnie zrobili, gdy zobaczyli się po raz pierwszy, było przyjrzenie się sobie nawzajem. Tym, kogo widział Sache był blisko trzystuletni anioł ubrany w czarne skórzane ubranie z białą koszulą, o wielkich białych skrzydłach z ciała– a więc tych pospolitszego rodzaju niż piórowe – i długimi falowanymi włosami czarnego koloru, cerę miał bladą. Jedynym, co intrygowało w wyglądzie tego mężczyzny było jego spojrzenie, roztargnione i zmęczone, być może smutne, pomimo że– jak później poznawszy go lepiej można się było przekonać– miał on pogodne usposobienie i często się uśmiechał.

Ralph Salvatore nieustannie miął w ustach papierosa, a jasny i lekki, niedrażniący węchu dym unosił się w całym biurze. Na lokum to zwrócił też uwagę przyszły stażysta. Pomieszczenie mieściło dwa biurka ze zdobionymi krzesłami oraz trzy wolne fotele obite zielonym materiałem, takim samym, jak i ściany w miejscach, w których nie zostały zaadaptowane na półki. Parę sekund wystarczyło Sacheverellowi na pobieżne obserwacje, natomiast jemu, jego zdaniem, przyglądano się niepokojąco dokładnie, dlatego wolał zakończyć powitania i zapytał o zakres swoich obowiązków. Będzie musiał zajmować się sprawami mniejszej wagi, żeby odciążyć swojego przełożonego, będzie go zastępował w razie choroby, a także zajmował się niezliczonymi drobnymi czynnościami, takimi jak odbieranie poczty, umawianie spotkań, przepisywanie dokumentów, podpisywanie zezwoleń czy też rozpatrywanie zażaleń.

W czasie rozmowy Ralph Salvatore kilka razy pytał od nowa o nazwisko studenta. „Sacheverell Limeez" wydawało mu się za długie i zbędnie skomplikowane, parokrotnie powtórzył, że jego zdaniem bardziej pasowałoby mu „Strider".1 Tak też nazywał młodego anioła, mimo iż ten już z samego początku wyraźnie poprosił, aby tego nie robić.

Pierwsze momenty w pierwszej w życiu pracy były wyzwaniem, Sacheverell musiał zapamiętać wiele nazwisk, zwyczajów, zasad i nauczyć się dopasowywać do wykonywania poleceń, tak jak oczekują tego przełożeni. Z czasem to wszystko stało się rutyną. Chłopak przyzwyczaił się, że kolejne dni pracy nie przynoszą niczego nowego. Pewnego nieciekawego poranka któregoś spośród wielu zwyczajnych dni Sache siedział tam, gdzie powinien, czyli za własnym biurkiem i przeglądał akta pomniejszych spraw, na które prokuratorowi szkoda było uwagi. Rzucił okiem na zawartość kolejnej teczki ze stosu zażaleń.

– Jakiś oszołom... a nie, kobieta... domaga się nowelizacji dziewiątego przykazania. Jeśli się nie da przeformułować, to żeby chociaż zamienić „żonę" na „współmałżonka" – streścił na głos Ralphowi Salvatorowi. – To już któreś z kolei pismo w tej sprawie. Moim zdaniem należałoby to wreszcie poprawić i skończymy z tą kontrowersją.

Ralph Salvatore przytaknął mu, wymamrotał w zamyśleniu, że coś się z tamtą sprawą robi i strzepnął popiół z końca papierosa do popielnicy, nie przerywając lektury czyjegoś pozwu. Strider spojrzał na swój złoty zegarek, sprawdzając godzinę, niestety jeszcze zostało dużo czasu pracy. Zamknął bieżącą teczkę i odrzucił ją na stertę spraw „rozpatrzonych". Rozłożył skrzydła na bok, żeby oprzeć się plecami o oparcie krzesła, po czym wyłożył nogi na blat biurka. W bardziej komfortowej pozycji zabrał się do przeglądania kolejnej teczki. Była ona opisana tymi samymi danymi, co poprzednia.

– O, znowu ona – mruknął w sumie sam do siebie, bo Ralph i tak nie słuchał. Zapoznał się z treścią – ...Panna Nicol skarży się na Naczelnika Szpiegów, ze nie chcą jej przyjąć na szpiega przez wzgląd na zbyt młody wiek... Doprawdy, wstrząsające.

Uśmiechnął się arogancko i przysunął do siebie buteleczkę z czarnym atramentem oraz wyszukał czystą kartkę. Wyrwał, a raczej wyjął z prawego skrzydła jedną z szarych lotek i co chwile maczając jej końcówkę w atramencie zabrał się do pisania odpowiedzi na zażalenie. Oczywiście nadal trzymał nogi na stole, musiał więc wziąć podkładkę i dzięki temu pisał teraz „na kolanie". Zaczął oczywiście od nadawcy, czyli przytoczył pełną, oficjalną nazwę Urzędu i wydziału, co juz zajęło jedną trzecią kartki. Adresatka zmieściła się w jednej linijce. Napisał, żeby zgłosiła się do Urzędu, porozmawiała z kimś, na przykład nim – i tu musiał zmieścić swoje namiary, co zajęło dwie linijki – i „zrobimy co w naszej mocy, żeby pani pomóc". Podpisał się z wielkim zamaszystym „S" w inicjale i odstawił papier do obeschnięcia. Zamknął teczkę pani Nicol i rzucił na stertę „rozpatrzonych", przeciągnął się i sięgał po następną w kolejce, lecz usłyszał, że ktoś naciska klamkę i momentalnie usiadł normalnie za biurkiem i schował się za swoimi stosami teczek, podczas, gdy Ralph Salvatore przerwał czytanie i spojrzał w stronę drzwi.

Do biura weszła jakaś młoda anielica o prostych blond włosach do ramion, z twarzą cała w piegach i rumianą od chłodu panującego na zewnątrz. Jej ubranie było wilgotne, w dłoni ozdobionej czerwoną rękawiczką trzymała złożony parasol. Zagarnęła kosmyk włosów wdzięcznie za ucho, z szerokim uśmiechem na ustach i zawołała:

– RS, słuchaj! Dostaliśmy świetną sprawę! – jej oczy lśniły entuzjazmem. – Jakiś aniołek podobno nabroił na królewskim dworze i teraz możemy go osądzić, dzięki temu mamy szansę się odznaczyć! Niezmiernie się cieszę.

– Hm, to nieźle. Miło, że wpadłaś – odparł Ralph Salvatore wyjmując z ust i odkładając do popielniczki swój biały papieros. – A to jest Strider – wskazał na stworzenie za sąsiednim biurkiem.

– Sacheverell... – słychać było tylko mruknięcie pod nosem.

– A, witaj. Nathalie – i dziewczyna pomachała do niego, gdyż spoglądał na nią podejrzliwie zza teczek i nie wydawał się kwapić do podejścia i uściśnięcia ręki.

Sache nie rozumiał jej radości, może oni, znieczuleni urzędniczą pracą traktowali już czyjeś przypadki czy nieszczęścia jak konkurs z zagadką, za której prawidłowe rozwiązanie czeka nagroda. Jego zdaniem podobne podejście jest zwyczajnie niepoważne. Nie przysłuchiwał się dalszej rozmowie dwójki znajomych i poświęcił uwagę na sporządzeniu koperty na pisemną odpowiedź na zażalenie w sprawie rekrutacji do szpiegostwa. Robił to z wielka pieczołowitością, tak to jest, że początkującym pracownikom zależy na jakości pracy.

Sam sobie służył za pocztę, mając do dyspozycji prawdziwe stemple pocztowe i zestaw znaczków z racji swojego stanowiska. Przygotował list, który po pracy wysłał razem z wieloma podobnymi listami. Wieczorem zmobilizował się, żeby odrobić wprzód zadania z uczelni i dopiero wtedy pozwolił sobie zasnąć.


1 Limeez (oznacza „zielone bóstwo") czyta się z polską wymową, Strider jako „Strajder".