Witajcie,

Kolejny rozdział tego dziwnego tworu.

Wydaje mi się, że Taiga nie wyszedł mi w tutaj jak taki typowy Taiga. Zrzućmy winę za to na to, że jest poturbowany i ma zaburzenia osobowości.
Wracając do poprzedniego rozdziału - kompletnie nie wiem jak wyglądają akcje strażaków, więc w moich opisach może być wiele rzeczy które mijają się z rzeczywistością.

Serdecznie dziękuję Tinie Silver za pierwszy komentarz, który bardzo zmotywował mnie do popełnienia przestępstwa, jakim jest naskrobanie kolejnego rozdziału, dlatego rozdział jest dedykowany właśnie jej ;]

Niebetowane.

Jak zwykle nie wiem z czym to się je.

Enjoy!


Do mojej, powoli wybudzającej się ze słodkiego amoku, jaźni zaczęły docierać niepokojące sygnały, takie jak okropnie boląca głowa, czy jeszcze gorszy ból z okolic klatki piersiowej i lewego barku.

Niechętnie uchyliłem powieki, po czym bardzo szybko je zamknąłem, porażony bielą ścian i niebieskawym światłem jarzeniówek.

Jedno wiem na pewno. To nie jest moje mieszkanie.

Do nozdrzy dotarł lekki zapach środków czystości, kojarzący mi się z pracownią chemiczną w moim dawnym liceum.

Postanowiłem dokonać kolejnej próby zamachu na moje oczy ponownie je uchylając.

Powoli, powolutku.

Jest. Udało się.

Otępiałym spojrzeniem lustrowałem przerażająco biały sufit. Gdzieś z boku coś wydawało z siebie równomierne pik, pik, pik, pik, pik….

Spojrzałem w tamtym kierunku. Kilka rurek i kabelków podłączonych do dziwnego komputerka spływało w stronę mojego łóżka, okutanego w pościel w… czerwone i zielone samochodziki na niebieskim tle. Wydawało mi się że jestem w szpitalu, ale po zobaczeniu pościeli mam pewne wątpliwości.

- Jak się czujesz, Kagami-kun? – z podziwiania kolorowych samochodzików wyrwał mnie znajomy głos, który rozległ się tuż przy moim uchu.

- Łaaa! – chyba cud uchronił mnie przed zejściem na zawał. - Jak długo tu już jesteś Tetsu? – chciałem odwrócić się do znajomego pielęgniarza, którego obecność utwierdziła mnie w przekonaniu, iż to jednak jest szpital, niekoniecznie psychiatryczny, jednak nagły ból skutecznie wybił mi ten pomysł z głowy.

- Byłbym wdzięczny, gdybyś nie krzyczał, Kagami-kun. Inni pacjenci chcą wypocząć. – powiedział protekcjonalnym tonem ignorując moje pytanie. Ale zapewne, tak jak zwykle odpowiedziałby, że stoi tu już jakiś czas. Dziwię się, że staruszki, którymi się czasem opiekuje nie schodzą na zawał, po tym jak się tak nagle przy nich pojawia. – Nie mieliśmy innej w magazynie – dopiero po chwili zrozumiałem, że mówi o pościeli. Próbowałem się podnieść do siadu. Nie wyszło. – Nie wierć się. Masz pęknięte żebro i zwichnięty bark. Doktor Midorima zaraz powinien tu przyjść. – Niebieskowłosy pokręcił głową z rezygnacją. – Więc jak się czujesz, Kagami-kun?

Westchnąłem cierpiętniczo. Przynajmniej znam już powód bólu.

- Średnio. Wszystko mnie boli. Tetsu… Nie masz czegoś przeciwbólowego? W ogóle jak długo tu leżę?

- Przywieźli cię przedwczoraj wieczorem…. – dalszą rozmowę przerwało nam nadejście lekarza. Zielone włosy, okulary, dumny krok i zacięty wyraz twarzy. Bufon.

Powolnym krokiem podszedł do mojego łóżka. Wyciągnął kartę, do której doczepiony był brelok w kształcie małej żabki, i zaczął czytać.

- Kagami Taiga, lat 25, wzrost… - nawet się nie przywitał. I o co chodzi z tą żabką? To jakaś forma tutejszego identyfikatora? Po wyczytaniu zawartości mojej karty, zwrócił się, wreszcie, bezpośrednio do mnie. – Został pan przywieziony przedwczorajszego wieczora. Ma pan pęknięte czwarte żebro po lewej stronie, – zupełnie jakbym tego nie czuł. – zwichnięty lewy bark i lekkie obrażenia głowy. Zatrucie tlenkiem węgla. Gdy pana przywieziono, pana stan był prawie-że krytyczny. To cud, że pan przeżył – być może mi się wydawało, ale powiedział to jakby z odrazą zmieszaną z zazdrością i czymś na wzór uznania. Coś jakby zdeptał karalucha i zobaczył, że on wciąż żyje. To się nazywa lekarz z powołania, nie ma co!

- Rozumiem. – skinąłem lekko głową – Kiedy będę mógł wyjść i wrócić do służby? – siliłem się na uprzejmy ton, jednak lekarz jakoś mnie odpychał. Nie mógł mieć więcej jak 30 lat a zachowywał się jak gdyby miał dwa razy tyle i siedem tytułów szlacheckich. Ton jego głosu, wyniosłość i ta flegmatyczność wybitnie działały mi na nerwy.

- Chcemy mieć pana na obserwacji, jednak myślę, że za jakieś dwa, trzy dni będzie mógł pan wyjść, o ile pański stan się nie pogorszy. Do zawodu będzie pan mógł wrócić, jak wszystko się dokładnie wyleczy, a to zależy od pańskiego organizmu. Trudno określić. Być może będzie to już za dwa tygodnie, być może za parę miesięcy. Dodatkowo, zatrucie czadem to nie przelewki. Powinien to pan wiedzieć, skoro jest pan strażakiem Kagami-san.- powiedział to w taki sposób, że poczułem się jakby zrugała mnie własna matka.

- Ależ oczywiście. – przytaknąłem. Powróciły do mnie ostatnie wydarzenia. – Co z dzieciakiem?! – ożywiłem się błyskawicznie. Kuroko cały czas stał koło mojego łóżka, milcząc. Zastanawiam się, czy lekarz w ogóle go zauważył.

- Dzieciakiem? – brwi doktorka Midorimy powędrowały do góry, wyłaniając się znad oprawek okularów. – Ma pan na myśli młodego pana Akashi? – pokiwałem energicznie głową, co nie było dobrym pomysłem. Przed oczami pojawiły mi się kolorowe plamy. – jego stan jest stabilny. Leży niedaleko, w Sali 303, niedawno został do niej przewieziony.

Skinąłem głową.

- Dziękuję.

- Proszę się nie przemęczać – mruknął lekarz po czym wyszedł. Brakowało tylko, by ostentacyjnie zawinął fartuchem i trzasną drzwiami.

- On dla wszystkich jest taki oziębły? I o co chodzi z tą żabką? – rzuciłem do Kuroko.

- Nie, Kagami-kun. Midorima-san po prostu bardzo nie lubi Strażaków. – beznamiętny ton Tetsu był dużo przyjemniejszy od głosu zielonowłosego. – a żabka to jego szczęśliwy przedmiot na dziś. Nie wnikaj, to jedne z jego zwyczajów.

- Jak to? Przecież ratujemy życie ludzi! – zbulwersowałem się. Informację o żabie postanowiłem jakoś przetrawić w milczeniu.

- Dokładnie, Kagami-kun. On też to robi. Ale wy ratujecie ludzi na zupełnie innych płaszczyznach. Chyba uważa was za coś na wzór konkurencji. – Kuroko wzruszył ramionami.

- Bez sensu. Przecież dzięki nam on ma kogo ratować. Tak to by były same po-pożarowe trupy. – pokręciłem głową z niedowierzaniem. Postawiłem sobie za punkt honoru przekonanie do siebie lekarza. Samobójczy pomysł, zważywszy na to, jak bardzo doktor działał mi na nerwy. – Tetsu, zaprowadzisz mnie do Sali 303? Chciałbym zobaczyć co z dzieciakiem. – 'Jego rodzicami i resztą mieszkańców rezydencji w sumie też.' Dodałem w myśli.

- W twoim stanie to bardzo nie rozsądne. Ledwo udało ci się usiąść. Być może wieczorem jak ci się poprawi. – Kuroko uchylił okno, za którym roztaczał się widok na podjazd dla karetek. Uroczo. – po za tym, Kagami-kun, to bardzo nieroztropne nazywać panicza Akashiego 'dzieciakiem'. Jest niecałe dwa lata młodszy od ciebie.

Zamurowało mnie. Byłem przekonany, że dziedzic fortuny ma maksymalnie 19 lat.

- C-co?! – popatrzyłem niedowierzająco w niebieskie oczy pielęgniarza -Wygląda bardzo młodo. – mruknąłem na swoją obronę. Ten wzruszył tylko ramionami.

- Przyjdę później. Odpocznij. Gdybyś czegoś potrzebował lub coś ci się działo, tu jest przycisk, który wzywa kogoś z dyżurki. – wskazał mały zielony guzik przy łóżku.

Pokiwałem delikatnie głową. Zanim wyszedł, pomógł mi się położyć. Podał mi także jakieś przeciwbólowe prochy rozpuszczone w wodzie. Smak miały okropny, ale zadziały bardzo szybko, przyjemnie otumaniając.