Witajcie,

Kolejna część moich 'wypocin'. Zastanawiam się czy komuś jeszcze, po za T.S., chce się to czytać.

Swoją drogą, szukam Bety, która/który podjęła/podjął by się korekty tego... (taaaaaaak -,-)
Ja pieszczotliwie nazywam to gniotkiem.
Teoretycznie, mogłabym podesłać tekst Mortycji, ale wystarczy, że musi się męczyć z moim Marvelowskim Gniotkiem, do którego wkrótce wrócę, przysięgam!
Dla tego też: jeśli ktoś z czytelników zna kogoś, kto by mógł to betować, albo sam chciałby się podjąć współpracy ze mną (a wierzcie, ciężki to kawałek chleba), zapraszam do kontaktu poprzez prywatne wiadomości lub w komentarzach.

Tina Silver: Dziękuję, za kolejny komentarz, to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Cieszę się, że Bakagami spełnił twoje oczekiwania. Mam nadzieję, że po dzisiejszym twa opinia się nie zmieni.
Przyznam szczerze, że uciekam przed Akashim jak tylko mogę, bo po prostu boję się go prowadzić, więc dziś niestety [czynnie] go nie będzie, ale być może w następnym rozdziale coś się pojawi. Co do Midorimy z wielką żabą - miałam kiedyś ten motyw na tapecie w telefonie. Trochę straszne jak się popatrzyło w nocy xD
Kiedy przeczytałam o Kuroko w czepku... umarłam. Naprawdę. Ale natchnęłaś mnie tym do napisania przeróbki 'Czerwonego kapturka' z wykorzystaniem postaci z KnB ;D

Wszystkim życzę miłego czytania.

Jak na razie - niebetowane.

Enjoy!


Nie mam pojęcia jak długo spałem, jednak gdy się obudziłem, na szafce koło łóżka leżała tacka z obiadem, już zimnym, a na krześle, z głową na mojej pościeli w samochodziki, siedział, a raczej półleżał, śpiąc, Teppei, na szczęście jeszcze ciepły.
Poruszyłem się lekko. Przeciwbólowe, które dał mi Kuroko przestawały powoli działać.

Zdrową ręką sięgnąłem po tacę. Mało brakowało bym ją upuścił. Położyłem ją na kolanach i zabrałem się za jedzenie. Nawet nie wiedziałem jak głodny byłem, a to że jedzenie wystygło nie miało znaczenia. Rękaw szpitalnej piżamy zamoczyłem w rozlanej na tacy zupie, która musiała się wylać podczas próby bezpiecznego przeniesienia jej na moje kolana. Trudno. Wyschnie.

Zjadłem wszystko, mimo to nadal czułem nieprzyjemne ssanie w dołku. Tak małą porcją to by się nawet Tetsu nie zadowolił, co dopiero ja.

Z mozołem odłożyłem tackę z powrotem na szafkę. Naczynia wydały z siebie cichy brzdęk.

Teppei wybełkotał coś niezbyt wyraźnie i gwałtownie podniósł głowę. Cieszę się, że zrezygnowałem z pochylenia się nad nim.

- Jak się spało? – zapytałem. Skrzywił się, przeciągając.

- Weź, przestań. Myślałem, że się zestarzeję, czekając, aż się obudzisz, Kagami-kun. Każdy by usnął. – rozmasował kark i barki - Jak się czujesz?

- Całkiem nieźle – zełgałem. Ból był okropny, choć lżejszy niż wcześniej. Miałem głęboką nadzieję, że Tetsu wkrótce się pojawi, by znów napoić mnie tym uśmierzającym ból świństwem.

- Nie kłam. – Kiyoshi spoważniał – Co powiedział lekarz?

Westchnąłem pocierając kark.

- Nic takiego. Pęknięte żebro po lewej, zwichnięty lewy bark i jakieś urazy głowy. Bywało gorzej. Zresztą nie ważne. Powiedz lepiej co z ludźmi z rezydencji? I co z naszymi?! Czy komuś się coś stało?! Wszyscy cali?!

Kiyoshi uniósł brwi patrząc na mnie intensywnie. Wydaje mi się, że w pewnym momencie chciał mi przerwać, ale westchnął tylko z rezygnacją.

- Pracownicy rezydencji są w hotelu do czasu zakończenia jej odbudowy i remontu. Wszystkich przebadał lekarz rodziny Akashi. Nikomu nic poważnego się, na szczęście, nie stało. Co do samej rodziny, państwo Akashi są tu, w szpitalu, pod stałą obserwacją ich lekarza. Im również nic nie jest. Kilka oparzeń. Zagoją się prędzej czy później. – zmarszczył brwi i popatrzył w okno w skupieniu. Odetchnął głęboko i kontynuował. – Jednakże dziedzic… -wstrzymałem oddech. Czyżby lekarz mnie okłamał? Dzieciak nie przeżył? To dla tego Kuroko nie chciał mnie zabrać do Sali, gdzie ponoć leży? Zacisnąłem zęby. – Midorima-san powiedział, że gdybyś przyszedł parę minut później na pewno byłoby już po nim. – Westchnął, a ja bardzo powoli wypuściłem powietrze, uspokajając się. – co nie oznacza, że to, co zrobiłeś nie było, pozwól, że zacytuję Hyugę 'totalnym debilizmem'. Riko wyciągnie konsekwencje. – ostrzegł. Na wzmiankę o szefowej straży przeszedł mnie zimny dreszcz.

- Midorima-san? – zdziwiłem się.

- Tak. Prywatny lekarz rodu Akashi. Podobno najlepszy.

- Jak on wygląda? – zmarszczyłem brwi.

- Wysoki, chudy. Zielone włosy, okulary… jak ze mną rozmawiał był bardzo zdystansowany. – Teppei wzruszył ramionami – Czemu pytasz?

Zawiesiłem się na chwilę. Ten opis tak bardzo pasował do mojego doktorka, że wydało mi się to wręcz nieprawdopodobne.

- Zajmuje się mną identyczny lekarz… dziwne.

- Rzeczywiście dziwne. - Kiyoshi uśmiechnął się kącikiem ust. - A właśnie! Z tego wszystkiego zapomniałem po co tu przyszedłem. – schylił się i podniósł moją sportową torbę. Skąd on ją wytrzasnął? – Byłem u ciebie i przyniosłem trochę rzeczy. Wiesz, szczoteczka, pasta, ubrania na zmianę, książkę, która leżała z zakładką na stoliku, żeby ci się nie nudziło. Wybacz, musiałem ci trochę pomyszkować w szufladach.

- Nic się nie stało…

- Klucze masz w środku. – pobujał torbą. – Razem z Hyugą i Riko kupiliśmy ci też trochę owoców i wodę. – obszedł moje łóżko. – Spokojnie, zadbałem, by nie dodała ci do tego protein i innych dziwnych rzeczy – puścił do mnie oczko. Oboje się zaśmialiśmy na wspomnienie eksperymentów kulinarnych naszej szefowej. Wyciągnął produkty i położył je na szafce, zabierając tacę z naczyniami do jednej ręki. Torbę wsunął pod łóżko.

- Dziękuję. – uśmiechnąłem się ciepło. Byłem naprawdę wdzięczny, że się o mnie troszczą. Na co dzień mieszkam sam, więc czegoś takiego doświadczam dość rzadko.

Popatrzyłem na owoce i uśmiech zszedł mi z twarzy.

- Taiga, stało się coś? – zapytał z troską w oczach, zapewne gotowy by od razu rzucić się biegiem po lekarza. Nie chciałem go zmartwić. Głupio wyszło.

Pokręciłem głową.

- Miałem po akcji zjeść kanapki zostawione w lodówce. Teraz się pewnie do niczego nie nadają…

Kiyoshi roześmiał się serdecznie, jakby z ulgą.

- Och, Kagami-kun, czasem mam wrażenie, że jedyne o czym myślisz to praca, jedzenie i sen. – wolną ręką poczochrał mi włosy. – muszę już lecieć, ale na pewno cię jeszcze odwiedzę i to nie sam, a z resztą drużyny. Trzymaj się i zdrowiej.

- Dziękuję, Kiyoshi-senpai. Podziękuj im ode mnie i pozdrów wszystkich. – pomachałem mu na dowidzenia cały czas lekko się uśmiechając.

Cieszę się, że mam przyjaciół którzy się o mnie troszczą. Czasem zastanawiam się co bym bez nich zrobił.

Gdy tylko Teppei się ulotnił, sięgnąłem po książkę, moszcząc się wygodniej na szpitalnym łóżku.

Prawie całe popołudnie spędziłem na czytaniu. Książka wciągnęła mnie na tyle, że przestałem myśleć o bólu. W międzyczasie przyszedł, a raczej, niewiadomo skąd, pojawił się Koroko, pytając, jak się czuję i pojąc mnie kolejną dawką leków. O dziwo, czułem się rzeczywiście lepiej. Bark prawie w ogóle mi nie dokuczał. Nic dziwnego. Na mnie zawsze wszystko goiło się jak na psie. Jak tak dalej pójdzie za dwa tygodnie wrócę do pracy, choć, znając Riko, pewnie jeszcze przez miesiąc po powrocie będę się zajmował papierkową robotą i odwiedzaniem szkół.

Zaraz po szpitalnej kolacji, którą uzupełniłem o owoce przyniesione przez Teppeia, postanowiłem przejść się po szpitalu.

Sięgnąłem do torby i wyciągnąłem z niej mój ukochany, czerwony szlafrok, z mangowym tygryskiem wyszytym na plecach, prezent od Alex. Kiyoshi rzeczywiście pomyślał o wszystkim. Jest niezastąpiony. Będę musiał mu podziękować raz jeszcze. Może uda mi się wyciągnąć go na piwo?

W szpitalnych pantoflach na stopach ruszyłem powoli korytarzem rozglądając się dookoła. Byłem tu już kilka razy, więc trafienie pod właściwą salę nie zajęło mi dużo czasu, choć pewnie byłbym szybciej gdyby ktoś mnie przyprowadził, lub chociaż wskazał kierunek.

Zatrzymałem się w drzwiach i oparłem o framugę.

Na wysokim szpitalnym łóżku, przykryty niebieskawą pościelą, podpięty niezliczoną ilością rurek i kabli do szpitalnej aparatury, z zabandażowanymi rękami (i zapewne resztą ciała też), z opatrunkami przylepionymi do twarzy, z jasnoczerwonymi, niezbyt długimi rozrzuconymi na poduszce włosami, z zamkniętymi, nerwowo drgającymi powiekami, przykrytymi przydługą grzywką leżał młody dziedzic fortuny Akashi. Oddychał przez respirator. Koło niego, na niewielkim białym stołeczku siedziała niska kobieta, tępo wpatrując się w swojego jedynego syna. Jej policzki zdobiły ślady łez. Zaciskała i rozluźniała pełne oparzeń pięści, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi.

Parę kroków dalej, koło dużego, uchylonego okna, przez które wlatywało świeże powietrze, delikatnie poruszając białymi zasłonami w niebieskie pasy, stała głowa rodziny, zaciskając usta, nie patrząc na syna. Zacięty wzrok wbity był w równomiernie pikającą aparaturę. Zabandażowane dłonie drżały niespokojnie.

Gdy tak na niego patrzyłem miałem wrażenie, że całym sobą próbuje tłumić szloch, że gdyby mógł, położyłby się na tym wysokim, szpitalnym łóżku, pod tą niebieskawą pościelą, zamiast swego syna.

Nie wiem kiedy mój wzrok stał się szklisty, ani jak długo tam stałem, patrząc, jak zaczarowany, na cichą tragedię. Nie pamiętam nawet, jak i kiedy trafiłem do swojej Sali.

Pamiętam tylko irracjonalny smutek, irracjonalny, bo przecież chłopak żył.

To dziwne uczucie towarzyszyło mi aż do zaśnięcia.