Rozdział 03 – Kageyama jest tylko jeden
- Przytłaczająca…
Tylko tyle była w stanie wydukać, gdy zobaczyła na własne oczy arenę w Tokio. Na krótki moment Natsumi zapomniała, po co tu jest i dlaczego wyczekiwała tej chwili z taką niecierpliwością.
- Ej, nie stój tak, rusz się! – burknął stojący za nią chłopak.
Kolejka przesunęła się kilka metrów do przodu. W normalnych okolicznościach dziewczyna obróciłaby głowę i zlustrowała nieszczęśnika zabójczym spojrzeniem, tym razem jednak była zbyt sparaliżowana przez stres. Niepewnymi ruchami, jak pijaczka, doczłapała do osoby przed sobą. Wcześniej denerwowała się momentem, w którym zobaczy ojca, lecz zagubienie, które odczuwała w tej chwili, nie miało z Kageyamą nic wspólnego.
Tłok i hałas. Migocąca w ciemnościach kolista sylwetka areny. Ustawiające się do niej długie węże ludzi, zniecierpliwionych, by dostać się do środka. Krzyki złości i podekscytowania. Kilkunastu durni, którzy z nie wiadomo jakiego, cholera, powodu narzucali się ludziom, próbując wcisnąć im ulotki lub sprzedać coś do picia. Jeden z nich właśnie pojawił się przed Natsumi.
- Puszkę Coli?
Miała ochotę od razu go spławić, ale dobre maniery wzięły górę.
- Nie, dziękuję…
- Sprite'a? Fantę?
- Dziękuję, niczego mi nie trzeba.
- Daj spokój, na pewno chcesz się czegoś napić.
- Już mówiłam, że…
- To może buteleczkę sake? – spytał facet konspiracyjnym tonem – Nikt inny Ci jej nie sprzeda. A rodzice się nie dowiedzą…
Na czole dziewczyny pojawiła się żyłka. Nie no, to już przesada!
- Zjeżdżaj stąd! – nakazała złowieszczym tonem.
Facet miał minę, jakby zobaczył diabła. Natsumi mrugnęła i już go nie było. Chwilę potem zza jej pleców rozległo się ciche jęknięcie. Dziewczyna obróciła głowę. Koleś, który wcześniej na nią warknął, zdawał się teraz żałować tamtego występku.
- Nie wiedziałem, że jesteś taka przerażająca. – wymamrotał, przełykając ślinę – Wyglądasz tak groźnie, jak ten cały Kageyama…
Chwilę potem spojrzał na nią ze zdziwieniem. Pewnie zaskoczył go ten zadowolony uśmieszek, który niespodziewanie zagościł na jej twarzy.
Mimo wszystko natrętny sprzedawca okazał się pożyteczny. Dzięki niemu Natsumi przestała się bać i przypomniała sobie, po co tu jest. Nie pozwoli, by tłok i hałas ją przytłoczyły! Przyszła tu zobaczyć ojca… nikt i nic jej w tym nie przeszkodzi!
Wreszcie dotarła do bramki.
- Bilet, proszę! – nakazał groźnie wyglądający ochroniarz.
Natsumi podała mu wejściówkę. Gdy tylko przeczytał napis, mężczyzna stał się podejrzliwy. Chyba trudno mu było uwierzyć, by tak młoda dziewczyna miała bilet do strefy VIP.
- Jesteś tu z rodzicami?
- Nie, przyszłam sama.
- Ile masz lat?
Przypadek sprawił, że akurat w tym momencie reflektory oświetliły znajdującą się za ochroniarzem tablicę. Natsumi szybko zlustrowała ją wzrokiem. Jeden z punktów głosił:
Dzieci poniżej 15 lat – wstęp tylko pod opieką rodziców.
- Piętnaście. – rzuciła.
Mężczyzna zlustrował ją wzrokiem. Była bardzo wysoka. Gdy mama przedstawiała ją znajomym, najczęściej dawali jej czternaście bądź piętnaście lat.
- Możesz pokazać legitymację szkolną? – poprosił ochroniarz.
Jakimś cudem zachowała zimną krew i nie jęknęła. Oczywiście, że miała legitymację. Widniał na niej napis „Szkoła Podstawowa". Natsumi w myślach zaklęła. Roztrzepanie Yurito zazwyczaj wydawało jej się urocze, ale dzisiaj wolałaby, żeby mama uważniej czytała regulaminy. Pozostało tylko jedno wyjście.
Z wyprostowanymi plecami i miną, która, jak miała nadzieję, wskazywała na wysoką dojrzałość emocjonalną, spojrzała mężczyźnie prosto w oczy i bez zająknięcia oświadczyła:
- Zapomniałam.
Jeszcze przez chwilę na nią patrzył. Widać było, że się waha. W końcu, po dziesięciu długich sekundach, zbliżył kod kreskowy do czujnika. Maszyna zabrzęczała na zielono.
- No dobra, właź. – burknął – Żeby dojść do strefy VIP, musisz iść tamtym korytarzem. Prosto, w lewo, w prawo, w prawo, po schodach na górę, w lewo i jeszcze raz w prawo. Miłej zabawy.
Ostatnie zdanie wypowiedział z pełną dozą łagodności. Natsumi rozpromieniła się. Na odchodnym rzuciła jeszcze mężczyźnie serdeczny uśmiech. Z podskakującym na piersiach aparatem, popędziła we wskazanym kierunku. Trochę się martwiła, że niezbyt dobrze zapamiętała instrukcję, ale wierzyła, że to nie będzie problemem. Ostatecznie, w korytarzach na pewno będą jakieś oznaczenia. A jeśli nie, wystarczy po prostu pójść śladem pozostałych VIPów.
Kiedy minęła dwa pierwsze zakręty, zrozumiała, jak bardzo się pomyliła. Oznaczeń nie było żadnych. A osoby ze strefy VIP musiały najwidoczniej przyjść dużo wcześniej, gdyż wokół nie było ani żywej duszy. Natsumi momentalnie zatęskniła za wrzeszczącym tłumem. Otaczające ją zewsząd cisza i pustka były lekko onieśmielające. Zaraz, to którędy miała iść?
W tłumaczeniu faceta było chyba dużo zakrętów w prawo. Zatem skręciła jeszcze kilka razy. Ochroniarz mówił coś o schodach… których nigdzie nie widziała. Za to duże, metalowe drzwi wyglądały bardzo zachęcająco. Nikt nic nie wspominał o drzwiach. Może ochroniarz o nich zapomniał? A może po prostu nie wolno było przez nie przechodzić? Nie miały klamek, a gdy je pchnęła, okazało się, że nie były zamknięte. Logika podpowiadała, że skoro coś było otwarte, to raczej nie mogło być zabronione. Organizacja na pewno zadbała, by zablokować wszystkie zakazane przejścia przed niepożądanymi gości… prawda?
Ostatecznie przeszła przez drzwi. Maszerowała dobrych kilkanaście minut. Schodów nadal nie było nigdzie widać. Spanikowała.
Niech to, zgubiła się! Nie miała pojęcia, którędy iść. Co powinna zrobić?
Myśl, Natsumi!
Kieszeń… mapa stadionu!
Nie przerywając marszu, wyciągnęła z kieszeni wymiętolony kawałek papieru. Przed oczami stanęła jej mieszanina różnokolorowych prostokątów i strzałek. Istny labirynt!
ŁUP!
Zderzyła się z kimś. Przerażona, natychmiast wykonała głęboki ukłon.
- Przepraszam! – wyrzuciła z siebie – Zgubiłam się!
- Naprawdę? – odpowiedział jej czyjś podekscytowany głos – Ja też!
Nieznajomy najwidoczniej ucieszył się, że nie jest w swojej niedoli sam. Natsumi powoli uniosła głowę, by zobaczyć, na kogo wpadła… i dosłownie ją zatkało!
Przed oczami stanął jej widok dresowego stroju w biało-czarnych barwach Sendai Tigers. Noszący go mężczyzna miał około metra siedemdziesiąt wzrostu i czuprynę rudych, poplątanych włosów.
Jasna cholera… - pomyślała z niedowierzaniem – Niemożliwe! To Hinata Shouyou!
Z jakiegoś powodu widok dwunastoletniej dziewczyny w ogóle go nie dziwił. Po prostu stał tam i uśmiechał się do niej. Przełknęła ślinę. Uznała, że wypadało jej wytłumaczyć, dlaczego znalazła się w tym, ewidentnie niewłaściwym dla niej, miejscu.
- Łatwo się tu zgubić. – bąknęła nieśmiało.
- No nie? – zgodził się z nią, wskazując otoczenie – Aż piętnaście minut szukałem łazienki! Wyobrażasz sobie? To jakiś koszmar! Jak oni mogli w ogóle nie oznaczyć korytarzy! Nawet w Los Angeles łatwiej było się połapać…
Zamrugała ze zdziwieniem. Rozmawiał z nią… normalnie. Od tak, bez żadnych oporów. Jakby była jego kolegą, a nie spotkaną przypadkowo dziewczyną. Nagle zwrócił uwagę na kartkę w jej dłoniach.
- HUAA! Ty masz plan areny! – wykrzyknął.
Zastygł w bardzo dziwnej pozie i patrzył na Natsumi jak na wybawienie.
-Błagam, pomóż mi! – zajęczał – Jak zaraz nie przyjdę na boisko, Kageyama mnie zabije!
Nazwisko ojca wprawiło ją w osłupienie, ale tylko na krótką chwilę. Hinata wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.
- Okej… – odparła Natsumi ostrożnym tonem.
Oboje pochylili się nad planem.
- Gdzie my w ogóle jesteśmy? – spytał Hinata, z miną głupka drapiąc się po głowie.
- Sądzę, że tutaj. – Natsumi wskazała palcem różowy kwadrat - Wydaje mi się, że przeszłam przez te drzwi… chociaż nie powinnam.
- Ja chyba też przeszedłem przez masę drzwi… chociaż nie powinienem.
Wydał z siebie kolejny jęk i zaczął nerwowo obgryzać paznokcie.
- O Boże, nie dotrę tam! Spóźnię się i zagrają beze mnie! Cholera, co ja zrobię… hyaaa, przecież ty jesteś dzieckiem, nie mogę przy Tobie przeklinać! Nie będę się nadawał na ojca, stanowię zły przykład! Jestem…
- Dobra, spokojnie!
Powiedziała to stanowczym tonem, kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Uspokój się. – nakazała, uśmiechając się do niego pokrzepiająco – Na pewno się nie spóźnisz. Już wiem, gdzie jesteśmy. Widzisz ten okrągły punkt na planie? To rzeźba, obok której przechodziłam. Zatem my jesteśmy tutaj, a boisko tu. Nie tak daleko.
Odetchnął z ulgą.
- Dzięki. – wydyszał, wycierając spocone czoło.
Natsumi zawahała się, a po chwili zapytała:
- Czemu tak się spinasz?
- Jakbym słyszał Kageyamę. – rzucił Hinata, przewracając oczami.
Dziewczyna gwałtownie wciągnęła powietrze. Odwróciła wzrok, by rozmówca nie zauważył, jak poróżowiały jej policzki. Gdy ponownie na niego spojrzała, okazało się, że Hinata w pełni się rozluźnił i teraz szczerzy do niej zęby.
- Zawsze trochę się denerwuję przed ważnym meczem. – wyjaśnił – Pewnie trudno uwierzyć, zważywszy na to, ile już gram, co nie? Ale gdy wychodzę na boisko, od razu mi przechodzi. Jeszcze raz dzięki za pomoc!
Zerwał się do biegu.
- Hinata-san! – krzyknęła Natsumi.
Wyhamował tak gwałtownie, że podłoga zapiszczała mu pod stopami. Dziewczyna ponownie się zarumieniła. Nerwowo zacisnęła palce na kliszy aparatu.
- Czy… czy zanim pójdziesz… - zaczęła nieśmiało – mogę… zrobić Ci zdjęcie?
Biorąc pod uwagę, jak bardzo się przed chwilą śpieszył, była pewna, że odmówi. Ku jej zdziwieniu, uniósł kciuk i wyszczerzył zęby.
- Jasne!
Przytaknęła z wdzięcznością. Starając się zachować spokój, uniosła aparat. Rozległ się cichy klik.
- Łał, to jeden z tych, które od razu drukują zdjęcia? – spytał Hinata, gdy jego własna twarz wyłoniła się spod obiektywu.
Natsumi odpowiedziała mu uśmiechem. Miło było popatrzeć, jak ktoś ekscytował się takimi prostymi rzeczami. Dziewczynę nagle opuścił wszelki strach.
- Podpisałbyś mi je? – odezwała się, nie kryjąc podniecenia.
Rudzielec bez wahania złapał podstawiony pod nos długopis i z dumą napisał… czy raczej nabazgrolił na fotografii swoje imię i nazwisko. Natsumi kusiło, by się uszczypnąć. Nie mogła uwierzyć, że jeszcze przed meczem zdobyła zdjęcie i autograf!
- Jakość jest naprawdę świetna. – stwierdził z podziwem Hinata – Nawet widać, że mam pieprzyk pod uchem!
- I kroplę potu na nosie. – dodała dziewczyna, chichocząc.
- To prawda. Ech… zawsze chciałem mieć taki aparat.
Natsumi przyszedł do głowy pomysł.
- Chciałbyś go sobie obejrzeć?
- Obejrzeć? Naprawdę mogę?!
- Oczywiście.
Jego oczy świeciły się jak lampki choinkowe. Przypominał dziecko, czekające aż mama poda mu ulubionego pluszaka. Wyciągnął ręce po przedmiot.
Nagle zza pleców dziewczyny rozległ się szelest. Czubki palców rudzielca zdążyły ledwie musnąć obiektyw, gdy aparat i zdjęcie zostały niespodziewanie wyrwane z dłoni Natsumi. Ona i rudzielec zastygli w bezruchu, nie rozumiejąc, co się stało.
- Nie wiem, kim jesteś, - zaczął zimny męski głos – ale mam Ci do powiedzenia dwie rzeczy. Po pierwsze, znajdujesz się w strefie zarezerwowanej dla zawodników i nie masz prawa tu być. Po drugie, na robienie zdjęć trzeba mieć specjalne zezwolenie.
Hinata i Natsumi jednocześnie spojrzeli za siebie. Stało przed nimi dwóch facetów. Pierwszym był ochroniarz, który w niczym nie przypominał pobłażliwego starszego pana, spotkanego przez dziewczynę przy bramkach. Wyglądał na trzydziestolatka, miał brązowe włosy i niewesołą minę. To właśnie on zgarnął zdjęcie i aparat. Drugi należał chyba do grupy technicznej, bo pchał przed sobą koszyk wypełniony czerwono-zielonymi piłkami marki Molten. Na rozczochranych czarnych włosach nosił czapkę bejsbolówkę. Pod wpływem ich spojrzeń, Natsumi poczuła, że serce podchodzi jej do gardła.
Hinata pierwszy otrząsnął się z szoku.
- Ej, zgodziłem się, więc nie ma problemu. – odezwał się, uspokajającym gestem unosząc dłonie – Oddajcie małej jej rzeczy!
Być może była to wina jego nazbyt sympatycznej powierzchowności, być może faktu, że jego głos brzmiał raczej młodzieńczo. W każdym bądź razie mężczyźni zachowali się, jakby w ogóle go nie usłyszeli.
- Wydaje Ci się, że gówniarom takim jak ty wszystko wolno, co? – człowiek z czapką zwrócił się do Natsumi – Sądziłaś, że możesz się tu wślizgnąć i nikt tego nie zauważy?
- Nie miałam nic złego na myśli. – odpowiedziała nieco drżącym głosem – Zgubiłam się i…
- Jeszcze nie skończyłem! Nie przerywaj, gdy do Ciebie mówię, pyskata smarkulo.
- Natychmiast przestańcie! – krzyknął Hinata.
Dzielnie stanął między przybyszami i Natsumi.
- Zostawcie ją w spokoju. – nakazał stanowczo – Każdy by się tutaj zgubił. Poza tym…
- A Tobie co do tego, kurduplu?! – spytał warknięciem ochroniarz.
Hinata sapnął z niedowierzaniem. Nie mógł w to uwierzyć. Już od jakiegoś czasu nikt nie nazwał go kurduplem! Po raz kolejny przeklął fakt, że nie urodził się z sylwetką typową dla gracza siatkówki… wysoką sylwetką! Może wtedy Ci goście nie myśleliby sobie, że mogą mu bezkarnie ubliżać.
Przełknął z niepokojem ślinę. Sam niski wzrost nie był problemem… prawdziwym kłopotem była jego marna pewność siebie. Jak to się stało, że nawet jako dwukrotny Mistrz Świata i Olimpijczyk nie uzyskał cech właściwych maczo? Naprawdę bał się tych kolesi. Do diabła, nawet ta dziewczyna wydawała się mniej przestraszona od niego!
Dobra, Hinata, weź się w garść! – powiedział sobie – Ta mała jest w kłopotach i nie możesz jej zawieźć! Jest taka urocza. Pomogła Ci w znalezieniu drogi na boisko. Co z Ciebie za Mistrz, jeśli nie potrafisz nawet pokazać tym kolesiom, gdzie ich miejsce?
Wziął głęboki oddech.
- J-j-jak już mówiłem, pozwoliłem jej zrobić to zdjęcie. – wydukał – T-t-to tylko moja sprawa, komu na to pozwolę. N-n-nie ważcie się więcej jej dokuczać!
Zerknął na dziewczynę, spodziewając się dostrzec na jej twarzy podziw dla swojej odwagi i męstwa. Czekało go rozczarowanie.
Natsumi obserwowała go zaniepokojonym wzrokiem.
Boże, przecież on zaraz puści pawia! – pomyślała z przerażeniem.
Dobrych chęci nie można mu było odmówić, ale nerwów z pewnością nie miał najmocniejszych. W tej chwili dziewczyna współczuła mu nawet bardziej niż sobie. Jakby nie wystarczyło, że stresował się meczem, to jeszcze został wpakowany w tę koszmarną sytuację.
- Posłuchaj no mnie, rudy. – warknął koleś z bejsbolówką – My tu odpowiadamy za porządek, a taki siusiumajtek, jak ty, nie będzie nam mówił, co mamy robić.
Tym razem to Natsumi poczuła się w obowiązku do bronienia Hinaty.
- On nie jest żadnym siusiumajtkiem, tylko jednym z najlepszych graczy świata! – oświadczyła głosem pełnym pasji – Jesteście od niego wyżsi, ale nawet przy dwóch metrach wzrostu nie dotarlibyście na peryferia jego umiejętności, więc nie ważcie się patrzeć na niego z góry!
Ochroniarza i technika zatkało. Hinata natomiast prawie rozpłakał się ze wzruszenia.
- To najcudowniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszałem! – wyznał melodramatycznym głosem.
Natsumi wzięła głęboki oddech.
- Przepraszam, że przyszłam tutaj i zrobiłam zdjęcie. – powiedziała, wykonując głęboki ukłon – Jest mi przykro i bardzo tego żałuję. Rozumiem, że fotografowanie jest zabronione, więc nie będę prosiła, byście oddali mi zdjęcie. Proszę jednak, byście zwrócili mi mój aparat. Bardzo mi na tym zależy.
Ze schyloną głową czekała na ich odpowiedź. Po chwili usłyszała prychnięcie.
- Nie. – warknął ochroniarz.
Nie. – pomyślała rozpaczliwie – Jak to „nie"?!
- Konfiskuję ten aparat na czas meczu. – ciągnął ze złośliwym uśmiechem – Kto wie, może jesteś jakąś nadgorliwą paparazzi, która zakradła się tutaj, by zrobić zdjęcie „jednemu z najlepszych graczy świata".
- Paparazzi?! – powtórzył z oburzeniem Hinata – Ona ma piętnaście lat!
- Dwanaście. – poprawiła go Natsumi.
- Dwanaście?!
Spojrzał na nią z uznaniem.
- Ale jesteś wysoka…
- Tak wysoka, jak ty. – zakpił koleś z bejsbolówką – Czyli jednak nie aż tak wysoka. Zostawimy was samych, żebyście mogli założyć klub dla krasnoludków.
Był tak zadowolony z własnego żartu, że odchodząc, zapomniał zabrać ze sobą kosza z Moltenami.
Natsumi trzęsła się ze wściekłości i rozpaczy. Mogła zrozumieć, że ktoś musiał wykonywać swoją pracę… ale złośliwie zabrać aparat, po tym jak uczciwie za wszystko przeprosiła? Nabijać się z Hinaty, wyłącznie dlatego, że byli od niego minimalnie wyżsi? Robić to wszystko nie tyle z poczucia obowiązku, ale dla samej wrednej przyjemności? Nie mogła tego zdzierżyć!
Znienawidzeni przez nią kolesie odeszli już na odległość połowy boiska do siatkówki, gdy złapała jedną z piłek. Wkładając całe swoje rozgoryczenie w to, co zamierzała zrobić, podrzuciła przedmiot do góry.
- Hej, ty! Zapomniałeś czegoś! – krzyknęła.
Jej dłoń spoczęła na czerwono-zielonym Moltenie tak precyzyjnie, jak nigdy dotąd. Ścięta piłka poleciała po skosie i trzasnęła kolesia w tyłek z taką siłą, że nieszczęśnik poleciał do przodu. A ponieważ o padzie siatkarskim nie miał bladego pojęcia, upadł jak kłoda, rozkwaszając sobie twarz na podłodze.
Hinata ryknął śmiechem. Rechotał na całe gardło, trzymając się za brzuch. Natsumi po prostu stała w bezruchu, z wypisaną na twarzy mściwą satysfakcją.
Facet od piłek powoli się podniósł. Szepnął coś do ochroniarza, po czym obaj odwrócili się i z powrotem ruszyli w stronę „krasnoludków". Zatrzymali się jakieś trzy metry od nich. Natsumi cierpliwie czekała na ich następne posunięcie.
- Bardzo ładna ścina. – pochwalił ją Hinata.
Ku zdziwieniu jego i dziewczyny, ochroniarz przytaknął.
- To prawda. – przyznał ze złośliwym uśmiechem – Ty chyba masz talent do siatkówki, mała.
Po tych słowach podał aparat koledze.
- Tak… - zaczął facet w czapce złowieszczym tonem – Świetnie atakujesz. Ciekaw jestem, czy równie wysoko skaczesz.
Jego dłoń powoli uniosła własność Natsumi na wysokość twarzy. Gdy dziewczyna zrozumiała co zamierzał zrobić, zbladła.
- Nie. – wyszeptała błagalnie – Proszę, nie rzucaj go. On… on jest mamy! Wiele dla mnie znaczy. Przepraszam za wszystko. Przepraszam, tylko go… tylko go nie rzucaj!
Mogła mówić, co chciała. Dla faceta od piłek to nie miało znaczenia. Mężczyzna zamachnął się, a bezcenny przedmiot poszybował w górę. Słysząc z boku przerażony krzyk Hinaty, Natsumi oderwała się od ziemi. Wyskoczyła wyżej niż kiedykolwiek wcześniej… wyżej niż wtedy, gdy skakała do bloku i próbowała zatrzymać silniejsze zawodniczki. Rozpaczliwie wyciągała ręce, próbując dosięgnąć ukochanej własności mamy. Na próżno. Aparat nawet nie był blisko jej dłoni. Przeleciał kilka metrów nad jej głową i pomknął dalej, gdzieś za jej plecy.
Na ziemi wylądowała bardzo niestabilnie. Nogi tak jej drżały, że prawie upadła. Zakryła dłońmi twarz. Ze strachem wyczekiwała na odgłos roztrzaskiwania przedmiotu o podłogę.
Usłyszała tylko cichy szmer. Co się stało? Czy aparat się nie rozbił?
Przez rozpostarte palce zerknęła na swoich prześladowców. Patrzyli na coś za jej plecami i mieli bardzo niepewne miny. Powoli odwróciła się.
Spodziewała się zobaczyć swój aparat na podłodze, więc spojrzała najpierw w dół. Jej oczom ukazały się czarne buty marki Asics. Nieco wyżej były łydki, ewidentnie umięśnione, choć zakrywały je spodnie od dresu. Bluza miała barwy Sendai Tigers. Rękawy podwinięto do łokci, ukazując muskularne przedramiona. Jedna ze smukłych dłoni trzymała w długich palcach ukochany aparat dziewczyny. I wreszcie twarz…
Gdy pierwszy raz zobaczyła Hinatę, dziewczyna zaniemówiła. Mimo to, w tamtym momencie jej serce nie biło nawet w połowie tak szybko jak teraz. Nie mogła uwierzyć, że to on przed nią stał. Mężczyzna o krótkich czarnych włosach i ciemno-niebieskich oczach. Na żywo wydawał się jeszcze bardziej do niej podobny. Kageyama Tobio. Jej ojciec!
Zakręciło jej się w głowie. Kageyama był tutaj… zaledwie kilka metrów od niej! Boże, jej ojciec tu był. Był tutaj jej ojciec. Wpatrywała się w niego, dygocąc na całym ciele.
Nie miała jednak czasu, by zbyt długo napawać się jego widokiem. Wciąż za bardzo martwiła się tamtymi dwoma, którzy postanowili za wszelką cenę dać jej nauczkę.
Teraz zdawali się na chwilę o niej zapomnieć. Podobnie jak ona, gapili się na Kageyamę.
- Co to za koleś? – ochroniarz szepnął do kolegi – Widziałeś, kiedy przyszedł?
- Nie, ten rudy zasłonił mi widok. Nie mam pojęcia, kiedy się przypałętał…
Obserwując wysokiego przybysza uznali, że miał minę, jakby ktoś wepchnął mu kij w tyłek. Chociaż nie… ludzie z kijami w tyłkach nie mieli w oczach takiej rządzy mordu.
- Ej, wy! – warknął Kageyama.
Na dźwięk jego głosu, aż podskoczyli. Hinata pokiwał ze zrozumieniem głową. Kiedy Kageyama warczał, to nie było warknięcie. To było Warknięcie. Przez duże „W". Nie wspominając już o złowieszczej aurze, która wypełniła korytarz, gdy tylko zjawił się w nim rozgrywający.
Ochroniarz i koleś w czapce chyba nie mieli pomysłu, co odpowiedzieć, bo zapytali głupio:
- My?
- Macie jakiś problem z Hinatą i tą dziewczyną?
Przełknęli ślinę. Robili wszystko, by wyglądać na gierojów, ale zdradzały ich rozdygotane kolana.
- Spytałem was o coś. – burknął Kageyama.
- Zakradła się tutaj i bez zezwolenia zaczęła robić zdjęcia! – warknął ochroniarz.
Natsumi zadrżała.
- A potem rzuciła we mnie piłką! – dodał koleś w czapce – To najbardziej pyskata i niewychowana smarkula, jaką widziałem!
Na te słowa z jej oczu omal nie popłynęły strumienie łez. Powstrzymała je tylko resztkami dumy. Jeszcze nikt nigdy nie powiedział o niej czegoś takiego! Była załamana. Zwłaszcza, że usłyszał to jej ojciec. Ojciec, którego oglądała po raz pierwszy. Zresztą nawet nie wiedział, że był jej ojcem.
Spojrzała na niego, zaniepokojona, jak zareagował na usłyszaną informację. Ku jej uldze, niezbyt go to ruszyło. Wyglądał na bardziej zaciekawionego niż oburzonego.
- Stek bzdur! – wtrącił Hinata - Kageyama, oni zabrali tej uroczej dziewczynie aparat, rzucili nim, zabrali moje zdjęcie i nazwali mnie kurduplem!
Podskakiwał przy tym i bardzo niekulturalnie wskazywał na nich palcem.
- Na robienie zdjęć trzeba mieć zezwolenie! – ryknął ochroniarz, czerwieniąc się ze wściekłości – To nie wasza sprawa, co…
Urwał, bo Kageyama podszedł i bezceremonialnie wyrwał mu zdjęcie. Natsumi wstrzymała oddech.
Ochroniarz zastygł z uniesioną dłonią. Jego mina miała w sobie mieszaninę szoku i oburzenia. Facet od piłek był równie oniemiały.
Kageyama w milczeniu studiował zdjęcie Hinaty. Po chwili odwrócił się do Natsumi. Pod wpływem jego wzroku wydała z siebie zaskoczony kwik.
Co ja mu powiem?! – pomyślała, spanikowana – Co on mi powie?! Nawrzeszczy na mnie? Da mi wykład o wkradaniu się do strefy dla zawodników? Boże, ale on wysoki. Stanie przed nim to coś zupełnie innego, niż stanie przed mamą. Błagam… żebym tylko się nie rozpłakała, kiedy w końcu się odezwie!
Kageyama jednak nie powiedział… nic. Po prostu wyciągnął ku niej aparat i zdjęcie. Niepewnie uniosła głowę. Chociaż na twarzy mężczyzny widniał grymas, oczy miały w sobie pewną dozę łagodności. Drżącymi dłońmi wzięła od niego swoje rzeczy.
Rozgrywający ponownie spojrzał w stronę prześladujących ją kolesi.
- Zostawcie dziewczynę w spokoju. – nakazał lodowatym tonem – Robienie zdjęć przygłupim rudzielcom to jeszcze nie zbrodnia…
- Ty chamie! – zabrzmiał gdzieś z boku głos Hinaty.
- Zjeżdżajcie stąd. – ciągnął Kageyama - Jak już dostaliście tę robotę, zróbcie coś pożytecznego, zamiast zabijać czas dokuczając dzieciakom.
Dwunastolatka wpatrywała się w niego z trudną do opisania fascynacją. Słyszała, że potrafił być przerażający, ale przeczytać o tym w gazetach, a zobaczyć na własne oczy, to zupełnie co innego. Jej ojciec ewidentnie był dobry w onieśmielaniu ludzi. Ona jednak nie uważała tej cechy za zupełnie odpychającą. Wydawał jej się przez to bardzo silny i taki… męski.
Nic dziwnego, że spodobał się mamie.
Kolesie od spraw organizacyjnych nie zamierzali łatwo odpuścić. Zrobili krok w kierunku rozgrywającego.
Stracili rozum. – uznał Hinata.
Gdy Kageyama miał taką minę, nie zbliżyłby się do niego ze wsparciem dziesięciu, a co dopiero we dwójkę!
- K-kim ty niby myślisz, że jesteś? – wydukał z oburzeniem ochroniarz – T-ty masz tylko odbijać piłkę. S-sprawy organizacyjne to zupełnie nie Twoja działka.
- W-właśnie! – zawtórował mu koleś z czapką – Nie jesteś tu żadnym królem, ani nic w tym stylu…
Hinata wydał z siebie spanikowany okrzyk. Oczy prawie wypadły mu z powiek, a rude włosy zesztywniały, jakby poraził je prąd.
- Boże przenajświętszy, tylko nie słowo na „k"! – jęknął.
Widząc żyłkę na skroni Kageyamy, już wiedział, że miarka się przebrała. Niemal współczuł nieszczęsnemu technikowi, gdy metr dziewięćdziesiąt wzrostu z czarnymi włosami i twarzą seryjnego mordercy ruszyło w jego stronę. Rozgrywający zatrzymał się metr od człowieka w czapce. Wyglądał jak wcielony diabeł.
- Jak ty mnie nazwałeś? – zapytał złowieszczym tonem.
Za sprawą tego zdarzenia, język potoczny powinien zostać wzbogacony o nowe powiedzenie – „uciekał tak szybko, że pogubił piłki". Obaj kolesie natychmiast stąd prysnęli. Facet w czapce popychał koszyk, pędząc z taką prędkością, że powypadało mu z niego kilka Moltenów.
Natsumi wciąż nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Ona i Hinata byli w kłopotach, a wtedy zjawił się Kageyama i ich uratował. Przepędził prześladowców bez najmniejszego problemu. Pomógł jej. Stanął po jej stronie.
Patrzyła na jego plecy, zbierając się na odwagę. Ponad wszystko, pragnęła mu podziękować…
ŁUP!
- Hinata, gdzie ty się szlajasz?! Rozgrzewka zaczęła się dziesięć minut temu!
Rudzielec rozmasował guza i z pretensją spojrzał na kolegę.
- Po… poszedłem się przejść po korytarzu. – wymamrotał.
- Akurat. – wycedził Kageyama – Pewnie jak zwykle polazłeś do kibla.
- Nie moja wina, że mam problemy z nerwami. Przecież wiesz, że… ała! Ej, dupku, nie za włosy! Kageyama, przestań, to boli!
Ojciec Natsumi ruszył korytarzem, ciągnąc za sobą Hinatę jak kukłę. Dziewczyna spanikowała. Nie mogła pozwolić, by odszedł, nie usłyszawszy od niej podziękowań.
- Z-zaczekajcie! – wyrzuciła z siebie.
Kageyama przystanął. Hinata natychmiast wykorzystał to, by wyszarpnąć kudły z jego uścisku. Obaj obrócili głowy.
Dziewczyna poczuła w gardle nieprzyjemną suchość. Rudzielec już jej nie onieśmielał, ale pod wpływem spojrzenia swojego ojca, nie potrafiła zapanować nad emocjami.
No dalej, podziękuj mu.
Przełknęła ślinę.
- Kageyama-san…
- Co? – mruknął zniecierpliwionym tonem.
Hinata posłał mu karcące spojrzenie. Natsumi uznała, że powinna czym prędzej powiedzieć, o co chodzi, by nie zabierać dłużej ich cennego czasu. Musiała tylko podziękować… chociaż nagle przeszło jej przez myśl, że chciałaby mieć również zdjęcie Kageyamy. W efekcie całkowicie straciła kontrolę nad własnym językiem.
- Dziękuję… pomoc… czy mogę Ci… zdjęcie.
Zaczerwieniła się. Nie mogła uwierzyć, że ona, Sakai Natsumi, tak świetnie panująca nad nerwami, wydała z siebie podobny bełkot!
Kageyama spojrzał na nią głupio.
- Eee… to znaczy? – zapytał, przekrzywiając głowę.
- Chce Ci podziękować za pomoc i zapytać, czy może Ci zrobić zdjęcie, głąbie. – Hinata wyszeptał mu do ucha.
Rozgrywający zamierzył się na niego pięścią.
- Hinata, ty…
- Mogłabym? – spytała Natsumi.
Kageyama zatrzymał się w połowie gestu. Chwilę potem jego wzrok spoczął na wiszącym na ścianie zegarze.
- Nie mam czasu. – oznajmił – Niedługo zaczyna się mecz.
Odwrócił się i zaczął odchodzić. Nie zaszedł jednak daleko. Po zaledwie trzech krokach Hinata walnął go w plecy.
- Kageyama, nie bądź takim bucem! Przecież to tylko chwila. Zobacz, jak bardzo jej zależy.
Rozgrywający odwrócił się z zamiarem odszczeknięcia jakiejś niecenzuralnej odpowiedzi, ale kiedy zobaczył minę dziewczyny, zrezygnował. Hinata zachichotał. Oglądanie Kageyamy w takim stanie należało do rzadkości. Wobec smutku, który zagościł na twarzy młodej, czarnowłosej osóbki, ten wysoki mężczyzna wyglądał na zupełnie bezradnego. Rudowłosy środkowy wiedział, lepiej niż ktokolwiek inny, że choć Kageyama uchodził za gbura, naprawdę miał na uwadze cudze uczucia. Że czasem okazywał to w dziwny sposób, to już druga sprawa…
- No dobra. – rzucił po namyśle rozgrywający.
Głęboko wzdychając, nieco zmniejszył odległość między sobą i Natsumi. Minę miał zrezygnowaną.
Dziewczyna wyszeptała „dziękuję" i objęła wzrokiem całą jego postać. Wcześniej nie miała czasu, by dobrze mu się przyjrzeć. Wciąż nie mogła uwierzyć, że stał tak blisko niej. Jej ojciec… to był jej ojciec.
- Na co czekasz? – odezwał się zdziwionym tonem.
Uświadomiła sobie, że bezwstydnie się na niego gapi.
- Czy mógłbyś… czy mógłbyś się uśmiechnąć? – spytała szybko.
Jego mina, w momencie, gdy to usłyszał, była bezcenna. Natsumi kusiło, by nacisnąć spust już teraz. Jednak wówczas jej poprzednie słowa nie miałaby sensu. Ostatecznie postanowiła poczekać.
Opłaciło się. O ile reakcja na prośbę była zabawna, to spełnienie tej prośby miało zniewalający efekt. Chyba nikt nie powiedział Kageyamie, że podczas uśmiechu powinno się wykorzystywać całą twarz. Wyszczerzył zęby, ale resztę zostawił bez zmian, w skutek czego wyglądał jak klasyczny psychopata.
Umieśćcie go na liście gończym, a połowa Tokio przez miesiąc nie wyjdzie z domu. – pomyślała z rozbawieniem Natsumi.
W końcu zrobiła zdjęcie. Hinata natychmiast zajrzał jej przez ramię, by zobaczyć, jak wyszło.
- Huaaa…. Kageyama, Twoja twarz mogłaby robić za maskę na Halloween.
- Coś ty powiedział, Hinata?!
- Ja? Ja nic nie powiedziałem!
- Ty dupku, niech no tylko Cię…
- Mi się podoba! – wyrwało się Natsumi.
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią ze zszokowanymi minami.
- HAH?! – jęknęli jednocześnie.
- Podoba mi się Twoja twarz, Kageyama-san. – powtórzyła, uśmiechając się niego nieśmiało.
Pierwszy raz, odkąd się spotkali, to on się zarumienił. Patrzył na nią, jakby była jakimś wybrykiem natury.
- Eee… dzięki. – mruknął.
Obserwował ją jeszcze przez długą chwilę. Natsumi miała wrażenie, jakby to była chwila zarezerwowana tylko dla nich. Kageyama wydawał się nieco zmieszany, a mimo to nadal patrzył jej w oczy.
- No to… do zobaczenia. – powiedział.
Odszedł kilka kroków.
- Eghm!
Zesztywniał, słysząc chrząknięcie kolegi z drużyny. Hinata stał obok Natsumi i podskakując wskazywał na zdjęcie.
- Kageyama, autograf! – syknął – Podpisz się!
Powiedział to takim tonem, jakby tłumaczył coś wyjątkowo tępemu dziecku. Kageyama ewidentnie był już na granicy cierpliwości, a mimo to posłusznie poczłapał w ich kierunku. Wziął od dziewczyny długopis i zdjęcie.
- Tylko się pośpiesz! – odezwał się Hinata – Bo jeszcze przez Ciebie spóźnimy się na mecz…
- PRZEZE MNIE?!
Kageyama jakiś czas strzelał w kolegę zabójczymi spojrzeniami. W końcu wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić. Spojrzał wyczekująco na Natsumi.
- Więc… – zaczął.
Nie rozumiała, o co mu chodzi.
- Więc…? – powtórzyła niepewnie.
Uniósł brwi.
- Dla kogo? – spytał uprzejmie.
Nadal nie załapała. Westchnął ze zrezygnowaniem.
- Twoje imię. – wyjaśnił.
- Och! Natsumi… mam na imię Natsumi.
- Jakie śliczne imię! – wykrzyknął Hinata – Moja siostra ma na imię Natsu.
Natsumi i Kageyama zignorowali go. Rozgrywający nadal nic nie napisał.
- Coś jeszcze? – zapytała, nerwowo szurając butami po podłodze.
- Tak. Twoje nazwisko.
Aż podskoczyła. Nazwisko?! Niech to, powinna mu je podać? A co jeśli pamiętał, że jego dziewczyna nazywała się Sakai i od razu skojarzy fakty?
- B-bez nazwiska. – wyjąkała – Wystarczy… Natsumi.
Wyglądał na zdziwionego, ale nie wnikał.
- Okej… - nareszcie przycisnął długopis do kwadratowego wydruku – Trzymaj.
Podał jej zdjęcie. Ich palce lekko się musnęły. Serce Natsumi ponownie zabiło niespokojnie. Mieli identyczne dłonie. Takie same. Z tym że jego były nieco większe.
- Dziękuję. – szepnęła – Nie tylko za zdjęcie i autograf. Dziękuję, że… że mnie obroniłeś.
Znowu poróżowiały mu policzki. Szarpnął głową do tyłu i wydał z siebie krótkie „yyy?". Komplementy i podziękowania chyba nie były czymś, co słyszał na co dzień.
- Proszę, wybacz mi te wszystkie kłopoty. – powiedziała Natsumi, przepraszająco patrząc mu w oczy – Założę się, że wolałbyś koncentrować się na meczu, zamiast tracić tutaj czas, Kageyama-san.
Spojrzenie miał nieprzeniknione. Nawet Hinata, który dobrze go znał, zaciekawił się, co teraz powie. W końcu z ust Kageyamy padło krótkie „pff!".
- Pewnie, że wolałbym koncentrować się na meczu. – burknął.
Natsumi przytaknęła ze zrozumieniem.
- Ale jest coś, co powinnaś o mnie wiedzieć. – dodał po chwili – Rzeczy, które ja robię nigdy nie są stratą czasu.
Był to przejaw dużej pewności siebie, może nawet lekkiej arogancji. Ale z jakiegoś powodu Natsumi uznała, że to najcudowniejsza rzecz, jaką mógł jej powiedzieć.
- Chciałam wam obu życzyć powodzenia. – oznajmiła, wciąż patrząc na niego, jak zahipnotyzowana – Będę kibicować Sendai.
Hinata wyszczerzył zęby i uniósł kciuk. Kageyama jedynie krótko skinął głową. W końcu obaj odwrócili się i zaczęli odchodzić. Ich sylwetki powoli stawały się coraz mniejsze. Po chwili rozgrywający i jego rudy kolega zniknęli za zakrętem.
- Ej, Kageyama! – rozległ się niewyraźny głos Hinaty – Mam świetny pomysł! Złóżmy skargę na tych dwóch głupoli. Powiemy, że próbowali Cię znokautować aparatem.
Następujący po tym plask mógł być dźwiękiem uderzenia ręki w czyjąś głowę.
Odkąd życzyła swoim ulubionym zawodnikom powodzenia, Natsumi nie ruszyła się z miejsca. Po prostu stała, przyciskając do piersi zdjęcia i aparat. Miała wrażenie, jakby to był sen. Wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. A jednak!
Zerknęła na zdjęcia. Twarz Hinaty była wyszczerzona, a on sam ewidentnie cieszył się z faktu, że ma fankę. Tak bazgrolił, że ledwo mogła rozczytać jego kanji. Podpis Kageyamy był nieco bardziej schludny, choć też nie stanowił popisu kaligrafii. Dziewczyna szybko przeczytała, co napisał:
Dla Natsumi,
Kageyama Tobio
Zwracanie się do kogoś po imieniu świadczyło o posiadaniu z tym kimś bardzo osobistych relacji. A w tym przypadku tak właśnie było. Oczywiście Kageyama nie zrobił tego celowo - nie zapisał jej nazwiska, ponieważ mu go nie podała. Natsumi nie mogła ryzykować, że skojarzy ją z Yurito. A mimo to… zupełnie niechcący sprawiła, że uczynił tę dedykację osobistą. Fakt, że napisał „Natsumi", a nie „Sakai Natsumi" pozwalał jej wyobrażać sobie, że byli sobie bliscy. Jak ojciec z córką.
Z jednej strony wciąż trochę zestresowana, a z drugiej szczęśliwa jak idiotka, dziewczyna w końcu ruszyła się z miejsca. Na szczęście wydostała się z części przeznaczonej dla zawodników, nie spotkawszy po drodze żadnego z organizatorów. Podczas poszukiwań strefy VIP, wciąż miała przed oczami dedykację od Kageyamy. Kiedy tak o tym rozmyślała, coś przyszło jej do głowy.
Hinata nie napisał jej żadnej dedykacji. Po prostu się podpisał. Natsumi spędziła z rudzielcem niewiele czasu, jednak wystarczająco, by stwierdzić, że to prędzej on wpadłby na pomysł uczynienia autografu bardziej kreatywnym. Ale zrobił to Kageyama. Pytanie – w jakim celu?
Czy to możliwe, – pomyślała z nadzieją – że chciał mieć po prostu pretekst, by poznać moje imię?
XXX
- Ty w ogóle wiesz, którędy iść?
Dla Kageyamy było nie do uwierzenia, że po dwudziestu latach znajomości, ten głąb jeszcze zadaje mu to pytanie. Mógł na ślepo skakać do jego wystawek, ale jeśli idzie o szukanie boiska, nie zaufa mu i nie będzie szedł obok niego z gębą na kłódkę.
- Wiem wszystko, kretynie. – burknął rozgrywający.
Powinno być oczywiste, że skoro już raz tędy szedł, to tak szybko nie zapomni drogi.
- Nie powiedziałbym. – stwierdził Hinata, rozglądając się dookoła – Mijaliśmy już te drzwi.
Na skroni Kageyamy zapulsowała żyłka. Fakt, gdy wcześniej szukał kolegi, pałętał się po tym labiryncie masę czasu. Ale to jeszcze nie znaczy, że się zgubił.
Hinata wyczuł nadchodzący wybuch i szybko się zreflektował.
- Co ja wygaduję? Przecież montowanie różnych drzwi nie miałoby sensu. To oczywiste, że wszystkie wyglądają tak samo.
Te słowa ani trochę nie wpłynęły na wiszącą wokół Kageyamy złowieszczą aurę. Rudowłosy środkowy poważnie się zaniepokoił. Czyżby zbliżał się punkt kulminacyjny? Jego przyjaciel już od rana miał fatalny humor. Najpierw przylazł Masaki, by po raz kolejny prosić ich o powrót do reprezentacji kraju. Od jakiegoś czasu Kageyama był na niego uczulony jeszcze bardziej niż na Oikawę. Potem, ten nieszczęsny nowy członek klubu nie rzucił się do piłki przy punkcie setowym przeciwnika, gdy podczas porannego treningu grali mini-mecze trzy na trzy. Kageyama niczego tak nie znosił, jak ludzi, którzy opierdzielali się na boisku. Wreszcie, gdy przed wyjściem z mieszkania założył długie spodnie Sendai Tigers, które zamówiła dla niego menadżerka, okazało się, że są na niego o dwa rozmiary za małe. Za swoje wypowiedziane w dobrej wierze stwierdzenie „Ciesz się, że to nie spodenki, w których grasz mecz", Hinata został trzaśnięty w ryj.
Wszystko to sprowadzało się do jednego – moment, w którym zwyczajny, gburowaty styl bycia Kageyamy przeistoczy się w absolutne wkurwienie, był tylko kwestią czasu. Mogło to nastąpić w każdej chwili. Nawet z tak błahego powodu, jak zgubienie się na arenie.
Hinata zrozumiał, że jeśli ma dotrzeć na boisko żywy, powinien jak najszybciej skierować myśli rozgrywającego na pozytywne tory.
- Ta mała była urocza, co nie? – odezwał się.
Kageyama krótko przytaknął.
- Miała niezwykle mocny i precyzyjny atak. – powiedział bardziej do siebie, niż do kumpla – I świetny wyskok.
Hinata znieruchomiał. Rozgrywający spojrzał na niego z irytacją.
- Dlaczego, u licha, stanąłeś? – zapytał, częstując go jednym z najbardziej morderczych spojrzeń.
Nie wystarczy mu, że spóźnią się na rozgrzewkę - jak zwykle musi ich jeszcze bardziej spowalniać!
- Kageyama, - zaczął Hinata oniemiałym tonem – masz pojęcie, jak rzadko słyszę, byś ty kogoś chwalił.
Kageyama zaczerwienił się i szybko wznowił marsz. Hinata musiał truchtać, by nadążyć za jego wielkimi krokami.
- Nikogo nie chwalę. – wymamrotał rozgrywający – Po prostu stwierdziłem fakt.
- Jaaaasne. – powiedział przeciągle Hinata – Swoją drogą, jak długo za nami stałeś?
- Wystarczająco długo, by stwierdzić, że dziewczyna ratowała Ci dupsko. Nie masz za grosz jaj.
Zamiast gniewnie odpowiedzieć na obelgę, czego Kageyama oczekiwał, rudy rozpromienił się.
- Znowu ją pochwaliłeś. – powiedział, wyraźnie tym faktem zachwycony – Kurde, musiałeś ją naprawdę polubić!
Te słowa zafundowały mu mocne trzepnięcie w tył głowy. Kageyama miał nadzieję, że to wystarczy, by ten głupek porzucił temat. Nawet jeśli to, co powiedział było prawdą.
Rozgrywający na moment zagłębił się we własnych myślach. Rzeczywiście polubił tę dziewczynę. Zaimponowała mu zarówno dobrymi manierami – tym, że potrafiła ukorzyć się, chociaż wina nie była po jej stronie – jak i odwagą. Mało kto zdobyłby się na zrobienie tego, co ona. Zwłaszcza, że jej prześladowcami nie byli chłopcy, ale dorośli mężczyźni.
Kageyama momentalnie zagryzł zęby. Szkoda, że kanalie tak szybko uciekły. Miał wielką ochotę, by bardzo przekonująco – i nie słowami – pokazać im, co na ich temat myśli. Już w gimnazjum nie cierpiał podobnych gnojków. Kolesi, którzy wykorzystywali swoją pozycję, by dręczyć młodszych i słabszych.
A jednak ona się ich nie bała… podobnie jak jego. Inne dzieciaki zazwyczaj uciekały od Kageyamy z płaczem. Ale nie ona. Kolejny powód, dla którego tak ją polubił. Ale prędzej sczeźnie, niż głośno się do tego przyzna. Tego tylko brakuje, by ten rudy głąb rozpowiedział wszystkim, że Kageyama stał się łagodny dla dzieciaków.
- Momentami byłeś wobec niej strasznym dupkiem. – westchnął środkowy, kręcąc głową – Nie wiem, co jest z Tobą nie w porządku. Nie potrafisz zachować się przyzwoicie, nawet wobec tak wiernej fanki.
Kageyama sapnął wściekle. Że niby on? Dupkiem? Nie potrafi się zachować…?!
- Zachowywałem się normalnie! – warknął.
- Po przepędzeniu tamtych kretynów chciałeś sobie pójść bez słowa, a na zdjęcie zgodziłeś się z wielką łachą. To dosyć niefajne. Na pożegnanie też mogłeś jej powiedzieć coś nieco milszego. Zwłaszcza po tym, jak zadałeś sobie trud, by zapytać ją o imię…
- Zadałem sobie trud?! Spytałem o imię, wielkie rzeczy. Zresztą, nawet mnie to nie interesowało, tylko potrzebowałem do…
- …dedykacji? – dokończył triumfalnie Hinata – Której nigdy nie napisałeś przy żadnym autografie. Kageyama, ty byłeś jej bohaterem. Miałem wrażenie, że jeszcze chwila i postawi Ci pomnik. Co w tym złego, że byłeś ciekawy, jak miała na imię?
Szach i mat! Kurdupel przyparł go do muru. Kageyamie pozostało jedynie wymamrotać pod nosem kilka przekleństw. Dobrze, że przynajmniej Hinata nie wykorzystywał swojego zwycięstwa, by się z nim droczyć.
Myśli rudego zdawały się chwilowo krążyć wokół czegoś innego niż wkurzanie kumpla. Drapał się po brodzie i marszczył czoło, jakby usilnie próbował sobie coś przypomnieć.
- Wiesz, Kageyama… - zaczął – Ja chyba gdzieś już ją widziałem.
- Przez kilka ostatnich lat mieszkałeś poza Japonią. – wycedził rozgrywający – Mieliście mnóstwo okazji, by się spotkać.
- Mówię serio! – burknął Hinata – Ech… czemu nie mogę sobie przypomnieć?
Z rozdrażnioną miną szarpał się za włosy.
- Cholera, dałbym się pokroić, że gdzieś już widziałem tę twarz!
Kageyama nie przyznał się do tego, ale, prawdę powiedziawszy, sam miał podobne odczucia. Odkąd na siebie spojrzeli, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ta dziewczyna kogoś mu przypominała. Z drugiej strony, jego świetna pamięć… ta sama pamięć, która pozwalała mu zapisywać w głowie twarze wszystkich największych rywali… mówiła mu, że wcześniej się nie spotkali. To naprawdę dziwne.
- O Boże, wreszcie jesteśmy. – Hinata wydusił z ulgą.
Gdy tylko weszli w krąg światła, tłum wydał z siebie entuzjastyczny wrzask. Kibice krzyczeli ich imiona, zaś cheerleaderki, na widok których Tanaka i Nishinoya dostaliby zawału, wykonały przy stole sędziowskim kolejny taniec.
Kageyama natychmiast przełączył umysł w specjalny, zarezerwowany dla meczy tryb. Kiedy był w tym stanie, wrzaski przestawały do niego docierać.
- To fajnie, że nas lubią, - odezwał się Hinata – ale uważam, że tym razem przegięli w każdą możliwą stronę.
Kageyama przytaknął. Nie mógł się z tym nie zgodzić. Jego zdaniem kibice siatkówki zawsze mieli więcej klasy i kultury od miłośników, chociażby piłki nożnej, ale gdy porozdawało im się trąbki i bębny, mogli wyczyniać raban na miarę koncertu rockowego. Dwóch czy trzech hałasujących durni jeszcze nie stanowiło problemu. Tyle że tym razem, ktoś wpadł na genialny pomysł, by rozdawać instrumenty przy wejściu. I to, kurwa, za darmo!
Hałas jeszcze dało się zdzierżyć… ale żeby poprzyczepiać do areny tysiące małych dmuchanych zwierzątek?! Kageyama poprzysiągł sobie, że jeśli w trakcie meczu choć jeden z tych zasranych baloników pofrunie nad jego głowę, znajdzie kretyna, który to wymyślił i stłucze go do nieprzytomności.
On i Hinata zameldowali się u trenera, po czym weszli na boisko.
To dziwne, że wciąż leżą na parkiecie. – uznał Kageyama, patrząc na kolegów.
Biorąc pod uwagę, ile czasu zajęło mu szukanie rudzielca, powinni już dawno zabrać się za piłki.
- A oto i nasze gwiazdeczki! Zaczynaliśmy się już o was martwić.
Autorem tych słów był mężczyzna z gęstymi czarnymi włosami i wyjątkowo cwanym uśmieszkiem. Siedząc w rozkroku, przyciskał przedramiona do parkietu. Był to Kuroo – obecny kapitan Sendai, a wcześniej kapitan licealnej drużyny Nekomy.
Kageyama obrzucił go podejrzliwym spojrzeniem, po czym opadł do siadu płotkarskiego.
- Ile czasu już się rozciągacie? – zapytał.
- Jakieś dwie minuty.
- Ty perfidny gnoju! Gdy szedłem szukać Hinaty, powiedziałeś mi, że już zaczynacie rozgrzewkę. Tymczasem zaczęliście dopiero teraz! Okłamałeś mnie!
W odpowiedzi Kuroo jeszcze bardziej wyszczerzył zęby. Był jedną z niewielu osób, których nie ruszały podobne wyzwiska. Czego by się do niego nie mówiło, zawsze tylko przekrzywiał głowę i patrzył na rozmówcę z chytrym uśmieszkiem przyklejonym do gęby.
- Nie gorączkuj się tak, Kageyama. – rzucił, przyciskając czoło do kolana – Chciałem dać Ci dodatkową motywację, byś szybciej znalazł Hinatę. Gdybyś nie sądził, że trzeba się śpieszyć, szukałbyś go całą wieczność.
- Ale ty jesteś mądry! – stwierdził z uznaniem rudzielec.
Kageyama parsknął. Chociaż w zasadzie myślał to samo. Ich kapitan miał głowę na karku. Dzięki niemu mogli się teraz rozgrzewać bez pośpiechu.
- Łaaał. – odezwał się Hinata – Nie macie wrażenia, że sytuacja jest moooocno nierówna?
Kageyama przerwał skłon, by zobaczyć, na co patrzy rudy. Okazało się, że wodził wzrokiem po widowni. Jakieś siedemdziesiąt procent kibiców miała wielkie plakaty Sendai Tigers.
- Trochę mi głupio. – powiedział Hinata, zerkając na przeciwną drużynę – Oni pewnie czują się tym wszystkim przytłoczeni.
Kuroo zarechotał.
- I tu się mylisz, mały. – powiedział – Sytuacja rzeczywiście jest nierówna, ale na naszą niekorzyść.
- Niekorzyść? Jak to?
- Rozejrzyj się. Jeśli chodzi o nasz podstawowy skład tylko Inoue, Gakuto i libero mają po dwadzieścia kilka lat. Natomiast wy dwaj, Aone i ja jesteśmy przed czterdziestką. Nie ma co ukrywać… jesteśmy drużyną starych pierdzieli.
- Oj, Kuroo, weź tak nie mów. Przecież to nie tak, że jesteśmy jacyś zniedołężniali, czy coś w tym stylu. Ja nadal czuję się jak dwudziestolatek.
- Kiedy Twoja żona urodzi, inaczej zaśpiewasz, Hinata. Przy dziecku, nie będziesz nawet pamiętał, jak wyglądałeś, gdy miałeś dwadzieścia lat, a co dopiero tak się czuł. Natłok obowiązków zwali Cię z nóg.
Hinata momentalnie pozieleniał ze strachu.
- Do jasnej cholery, Kuroo! – warknął Kageyama - Raz już był w kiblu. Przestań mu mówić takie rzeczy. Chcesz, by znowu zarzygał czyjeś spodnie?
- Ależ, Kageyama, ja tylko mówię mu o tym, co nieuchronne. Nic tak nie zmienia człowieka, jak pojawienie się dziecka.
Jakby na potwierdzenie tych słów, na ramionach kapitana pojawiły się dwa czarne stworzenia. Byli to sześcioletni synowie Kuroo – bliźniaki, Kuma i Tora. Identyczni pod każdym względem. Posiadali takie same czarne włosy i nosili identyczne czarne ubranka. Za sprawą bardzo kreatywnej niani, mieli też pomalowane twarze – jeden był wystylizowany na tygrysa, a drugi na niedźwiedzia.
- Oho, - odezwał się Kuroo - a co mój niedźwiadek i tygrysek robią na boisku?
- Tato, dlaczego jeszcze nie wzięliście piłek? – burknął niecierpliwie Kuma.
- Właśnie! - zgodził się Tora, szarpiąc ojca za koszulkę - Przestańcie już rozciągać się na podłodze, jak jakieś baletnice. Chcemy zobaczyć mocne ścinki!
- Hola, chłopaki, nie popędzajcie mnie. Tatuś musi się dobrze rozgrzać. Jeżeli coś sobie zwichnę, nie będę mógł się wami zajmować.
- Tylko nie za długo! Chcemy zobaczyć, jak uderzasz z całej siły.
- Taaak! Żeby było buch i bach!
Kuroo westchnął przeciągle.
- No dobrze… - odparł zrezygnowanym tonem - specjalnie dla was tatuś bardzo się postara i wykorzysta cały potencjał swojej mocnej ręki. Tatuś jednak uprzedza, że jeśli jeszcze raz wejdziecie na boisko w trakcie meczu lub rozgrzewki, wykorzysta tę samą mocną rękę do zostawienia dwóch ślicznych śladów na waszych dwóch ślicznych pupciach. Zrozumiano?
Zabrzmiało to dosyć złowieszczo. Para czarnowłosych chłopców natychmiast przestała podskakiwać i nerwowo przełknęła ślinę.
- Kuroooooo-san! – krzyknął spanikowany damski głos.
Biegła ku nim Chiyo – niania Kumy i Tory. Chłopcy byli zbyt energiczni, by żona Kuroo mogła sama utrzymać ich w ryzach.
- Tak strasznie przepraszam, Kuroo-san! – jęknęła dziewczyna, wykonując serię głębokich ukłonów - Spuściłam ich z oczu dosłownie na sekundę.
- Nic się nie stało, Chiyo-chan. – odpowiedział Kuroo z pobłażliwym uśmiechem.
Trochę mu to zajęło, ale w końcu odkleił od siebie synów.
- Chłopcy, pójdziecie teraz z Chiyo, dobrze? Tatuś jest bardzo zajęty tresowaniem nowych członków swojej drużyny.
- Tresuje nas?! – sapnęli jednocześnie Hinata i Kageyama.
- Aha, jeszcze jedno. – Kuroo dodał z pewnym wahaniem - Gdy wasza mamusia już wróci z łazienki, przypomnijcie jej, by trakcie kibicowania nie nazywała mnie „kociaczkiem", dobrze?
- Ma się rozumieć, tato!
- Pewnie, zostaw to nam!
Cała trójka odmaszerowała w stronę specjalnej, zarezerwowanej dla rodzin zawodników strefy. Kuroo pokręcił ze zrezygnowaniem głową.
- Wracając do tego, co mówiłem wcześniej… - zwrócił się do kolegów – nasi przeciwnicy wcale nie są onieśmieleni. Tylko na nich spójrzcie.
A zatem spojrzeli. Zawodnicy Tokio Samurais nie wyróżniali się niczym szczególnym… poza faktem, że wszyscy byli niewiarygodnie młodzi. I, jak powiedział kapitan, wcale nie wyglądali na onieśmielonych. Wręcz przeciwnie – mieli w oczach jakąś dziwną rządzę.
- Takie napakowane szczeniaki tylko czekają, by skopać tyłki starym prykom, takim jak my. – stwierdził Kuroo – Nie wspominając już o tym, że chętnie zdetronizowaliby byłych zawodników reprezentacji Japonii. Skacząc do bloku, zapamiętaj sobie jedno, Hinata. Ci smarkacze będą napierdalać z taką siłą, jakby chcieli urwać Ci ręce.
Niski środkowy nerwowo wciągnął powietrze. Kageyama natomiast w ogóle nie był poruszony. Jego interesowało tylko jedno. Czy raczej jeden.
- Który z nich to rozgrywający? – burknął, wodząc wzrokiem po zawodnikach przeciwnej drużyny.
- Po co chcesz to wiedzieć? – spytał Hinata – Zamierzasz go wyzwać na pojedynek w zabijaniu wzrokiem?
- Tamten wysoki brunet w okularach. – odparł Kuroo, zanim rudy zdążył oberwać.
Kageyama szybko odszukał wzrokiem rywala. Widok od razu mu się nie spodobał. Młodziak wyglądał na inteligentnego przystojniaczka. Jeśli studiował, z pewnością cieszył się popularnością zarówno wśród profesorów, jak i koleżanek z grupy. Ciekawe, jaki miał styl gry?
- Taijima Yamato, lat równo dwadzieścia. – powiedział Kuroo – Wschodząca gwiazda japońskiej siatkówki. Jest znany ze świetnych serwów i dynamicznych wystaw. W turnieju licealnym zdobył nagrodę dla najlepszego rozgrywającego. Rok, góra dwa i wezmą go do reprezentacji… a przynajmniej tak twierdzi prasa. Nadali mu nawet przezwisko.
Kageyama spojrzał pytająco na kapitana. Tamten uparcie milczał. Złośliwy uśmieszek wskazywał na to, że specjalnie przeciągał moment odpowiedzi. Przezwisko musiało być imponujące, skoro nie chciał go od razu zdradzić. W końcu Hinata nie wytrzymał.
- Jakie? – spytał bez tchu.
Kuroo zerknął na rozgrywającego i wyszczerzył zęby.
- Drugi Kageyama Tobio.
Że JAK, kurwa?! - ryknął w myślach Kageyama.
Nie widział własnej twarzy, ale po reakcji Hinaty zgadł, że musiała być nieprzyjemna.
- Dupek! – burknął bez zastanowienia.
- To nie jego wina, że tak go nazywają. – stwierdził rudzielec.
Jego czy nie jego, rozwalę SUKINSYNA!
- Zaraz wracam, idę się napić. – Kageyama poinformował kolegów.
Maszerując w kierunku ławki, układał w głowie plan. Niech no tylko zacznie się mecz. Już on pokaże gówniarzowi! Pożałuje, że w ogóle został rozgrywającym. Drugi Kageyama… on mu da drugiego Kageyamę! Po wszystkim, szczeniak będzie błagał, by przestali go tak nazywać.
Obserwując odchodzącego przyjaciela, Hinata westchnął.
- Gratulacje. – zwrócił się do Kuroo – Właśnie zdobyłeś pierwsze miejsce w konkursie „chodźmy wkurwić Kageyamę".
- Zrobiłem to specjalnie. – odparł kapitan – Sam wiesz, że najlepiej gra, gdy jest nabuzowany.
- No w sumie… A tak przy okazji, naprawdę tak go nazywają, czy tylko to sobie wymyśliłeś?
- Niczego nie wymyśliłem.
Gdy o tym rozmawiali, Taijima Yamato siedział w rozkroku tak szerokim, że prawie robił szpagat i obserwował kolegów skupionym wzrokiem.
- Długo nie było was w Japonii, więc nie wiecie, o czym się teraz mówi. – powiedział kapitan ponurym tonem – Wszystkie kluby wiedzą, że rozgrywający Tokio Samurais to twardy zawodnik. Lubi dyrygować innymi na boisku. Ma też wielką słabość do szybkich piłek.
- Myślisz, że ma jakąś szansę, by zdetronizować Kageyamę? - spytał Hinata zaniepokojonym tonem
Kuroo wydał z siebie nieprzyjemny rechot.
- Hinata, bądźmy realistami. Kageyama jest tylko jeden.
XXX
Natsumi była nieco rozczarowana lożą dla VIPów. Ta niewielka część trybun miała bardzo wygodne krzesła i stolik z przekąskami, ale wcale nie zapewniała dobrego widoku na boisko. Siedząc w niższych rzędach można było dokładniej obserwować zawodników i poszerzać własną wiedzę o siatkówce. Jakoś zniosłaby kotłowanie się w rozwrzeszczanym tłumie.
Co nie znaczy, że by się na to zdecydowała. Ona by to zniosła… ale Yurito już nie. Akurat, gdy o tym pomyślała, telefon zabrzęczał, informując o przysłanym SMSie.
Zadzwoń do mnie po meczu. Kocham Cię, mama.
Natsumi westchnęła. Yurito na pewno była spokojniejsza, wiedząc, że córka siedzi w miejscu, gdzie nikt jej nie staranuje, ani nie zmiażdży. To mógł być jeden z powodów, dla którego postarała się akurat o bilety VIP. Zamiast marudzić, Natsumi powinna cieszyć się meczem.
Zrelaksowanie się przychodziło jej nieco trudniej niż zazwyczaj. Wszystko za sprawą ludzi, którzy ją otaczali. Była tu jedynym dzieckiem i na dodatek miała na sobie – mówiąc delikatnie – dość luzackie ciuchy. Paradowanie w trampkach i dżinsach, gdy wokół roiło się od garniturów i eleganckich sukienek, raczej negatywnie wpływało na pewność siebie. Zwłaszcza, że siedziała w pierwszym rzędzie – na widoku! Bała się, że VIPy zaczną komentować jej wygląd, a wręcz domagać się, by opuściła pomieszczenie.
Kiedy jednak zajęła miejsce, okazało się, że martwiła się niepotrzebnie. Siedzące z lewej strony kobiety tylko krótko zmierzyły ją wzrokiem, a potem wróciły do prowadzonej wcześniej rozmowy. Miały we włosach kilka siwych pasm i bardzo długie nogi. Gdyby wstały, z pewnością okazałaby się bardzo wysokie. Natsumi uznała, że musiały być kiedyś zawodowymi siatkarkami… może nawet członkiniami reprezentacji?
Zerknęła na prawo, by zobaczyć, kto siedzi z drugiej strony. Krzesło tuż obok niej było puste, natomiast kolejne…
Gwałtownie wciągnęła powietrze. Jakie było prawdopodobieństwo natrafienia na tyle siatkarskich sław w ciągu jednego dnia? Przy takim szczęściu powinna zagrać dzisiaj w totolotka. Patrzyła na Masakiego Jiro, obecnego menadżera narodowej drużyny Japonii. Miał na sobie elegancki garnitur, a jego krótkie jasnobrązowe włosy były uczesane tak idealnie, jakby układano je przy pomocy linijki. Pisał coś na laptopie i w ogóle nie zwracał uwagi na otoczenie.
- Ech, musiałeś nas usadzić w loży dla elegancików? – odezwał się czyjś niezadowolony głos – Tu nawet nie można zapalić papierosa!
Masaki zamknął laptopa i z profesjonalnym uśmiechem uścisnął mężczyźnie dłoń. Nowo przybyły usiadł obok Natsumi. Wyglądał na czterdziestkę lub pięćdziesiątkę i podobnie jak dziewczyna, widocznie nie został poinformowany o wymogu włożenia odpowiedniego stroju. Dżinsy były w kilku miejscach podarte, a blond włosy w kompletnym nieładzie. Natsumi poczuła ulgę, że zjawił się ktoś ubrany gorzej od niej.
- Nie gniewaj się, Ukai-kun. – odezwał się menadżer przepraszającym tonem – Chciałem, żeby było Ci wygodnie.
- Przynajmniej widok jest w miarę przyzwoity. – odparł facet zwany Ukaiem – Chociaż najlepsze są miejsca tuż obok siatki. Wtedy niczego nie przegapisz.
Chociaż Natsumi nie była częścią tej rozmowy, przytaknęła. Pomyślała dokładnie to samo.
- Straszny ze mnie niewdzięcznik. – blondyn wyszczerzył do Masakiego zęby – Mimo wszystko cieszę się, że załatwiłeś mi bilet. Cholerstwa rozeszły się w zastraszającym tempie. I o co ta cała afera?
- Twoi były uczniowie opuścili reprezentację Japonii. – odparł menadżer, uśmiechając się łagodnie – To dosyć ważne wydarzenie, zgodzisz się?
Ukai niedbale wzruszył ramionami.
- Jeśli mnie spytasz, wcale nie takie ważne. Co to oni pierwsi skończyli karierę w drużynie narodowej? Za dużo szumu o nic.
Mina Masakiego wskazywała na to, że się z tym nie zgadzał. Mimo to menadżer postanowił milczeć.
- Swoją drogą, zdziwiłem się, gdy do mnie zadzwoniłeś, Masaki-kun. – odezwał się znowu Ukai – Oczywiście bardzo Ci dziękuję i jestem Ci bardzo wdzięczny… ale z drugiej strony, choć wiem, jak dobrze jesteś zorganizowany, nie zgadłbym, że pomyślisz, by załatwić bilet dla tak nieznaczącego żuczka jak ja.
- Jak mógłbym nie pomyśleć, Ukai-kun? Świetnie znasz Hinatę i Kageyamę. Byłeś ich trenerem w liceum! To praktycznie ty stworzyłeś ich jako graczy.
Natsumi lekko podskoczyła na krześle. Ten facet był kiedyś trenerem jej ojca?
- Nikogo nie stworzyłem. – rzucił Ukai znudzonym tonem – Kageyama i Hinata sami się stworzyli.
- Ale mimo wszystko, musiałeś im trochę pomóc! – nie ustępował Masaki – Każdy trener ma wpływ na rozwój zawodnika… A poza tym, wiem, że wspierałeś ich mentalnie. Kageyama i Hinata bardzo Ci ufają.
- To prawda, ufają mi. Mam tylko nadzieję, że nie zaprosiłeś mnie tutaj, żeby to wykorzystać, Masaki-kun.
- Wykorzystać?
- Przekabacić mnie, bym pomógł Ci przekonać ich do powrotu do reprezentacji, albo coś w tym stylu.
- Słucham? Dlaczego miałbym coś takiego zrobić?
- Tego nie wiem… Ale kilka dni temu zadzwonił do mnie Kageyama. Zaproponował, że załatwi mi bilet, gdybym miał ochotę przyjść na mecz. Kiedy powiedziałem mu, że ty już to zrobiłeś, ostrzegł mnie, że mogłeś mieć jakiś ukryty motyw.
Masaki zachichotał.
- No proszę, ale żartowniś z tego Kageyamy-kuna. – stwierdził beztroskim tonem – Kto by pomyślał, że nawet on może mieć poczucie humoru, no nie?
Ukai już go nie słuchał. Gdy zobaczył, że na boisko wjechały kosze z piłkami, podekscytował się i wychylił zza barierki, by lepiej widzieć rozgrzewkę. Natsumi uśmiechnęła się. Nie wiedziała, jakim był trenerem, ale od razu go polubiła.
Sięgając po aparat, kątem oka zerknęła na Masakiego. Wcale nie wyglądał na usatysfakcjonowanego z przebiegu rozmowy. Chociaż obrócił całą sprawę w żart, Natsumi mogłaby przysiąc, że mimo wszystko taki właśnie miał plan – poprosić Ukaia, by pomógł mu przekonać Hinatę i Kageyamę. To wywołało u niej zarówno ciekawość, jak i irytację. Czemu nie chciał odpuścić? Dlaczego tak bardzo mu zależało, by jej ojciec i jego rudy przyjaciel nadal reprezentowali drużynę kraju?
Szybko zapomniała o menadżerze i wbiła wzrok w wydarzenia na boisku. Przypadek sprawił, że facet w czapce bejsbolówce – jej miniony dręczyciel - był akurat odpowiedzialny za piłki Sendai. Porzucił swój kosz niemal tak szybko, jak wwiózł go na boisko. Gdy uciekał z pola widzenia, odprowadzało go jedno z najbardziej nienawistnych spojrzeń Kageyamy.
Drugi z prześladowców, ochroniarz, miał nieco mniej szczęścia. Otrzymał zadanie pilnowania porządku w strefie rodzinnej. Stał kilka metrów za plecami Hinaty, który ćwiczył w parze z rozgrywającym. Za każdym razem, gdy Kageyama ścinał piłkę, towarzyszył temu głośny jęk. Skomlenie pochodziło oczywiście od ochroniarza, który ewidentnie żałował, że wcześniej nabijał się z rudego. Kageyama dawał mu wzrokiem do zrozumienia, że każda, nieodebrana przez Hinatę piłka, poleci prosto na jego ryj.
Natsumi zachichotała, ale jednocześnie o czymś sobie przypomniała.
- Przepraszam, - zwróciła się do siedzącej obok kobiety – nie wie pani może, czy robienie zdjęć jest tutaj dozwolone?
- Wszystkim VIPom wolno robić zdjęcia, kochanie. – odpowiedziała nieznajoma z pobłażliwym uśmiechem – W każdym miejscu. Tak jest napisane na bilecie.
Dziewczyna podziękowała i w myślach przeklęła swoich prześladowców. A więc oszukali ją! Chociaż z drugiej strony, skąd mogli wiedzieć, że była VIPem…
- Urocza mała. – odezwała się kobieta.
- Taka młoda, a jaka uprzejma. – zgodziła się entuzjastycznie jej koleżanka – Chciałabym, żeby moja córka mała tyle kultury.
Natsumi zalała przyjemna fala ciepła. Zachowanie tych głupków było całkowicie nieusprawiedliwione! Jak widać nie wszyscy dorośli uważali ją za bezczelną smarkulę.
- Och! – jednak z kobiet wydała z siebie okrzyk – Widziałaś to, Kasumi?
- Nieprawdopodobne, Haruka. Tak czyste odbicie i to z takiego miejsca. Ktoś inny nawet dobiegłby do piłki, a on nie tylko zdążył, ale jeszcze wysłał ją prosto nad głowę kolegi. Jakby to było nic! Jest niesamowitym rozgrywającym.
Przekonana, że mówią o jej ojcu, Natsumi zaczęła szukać go wzrokiem. Kageyama właśnie odbierał ścinki Hinaty. Jego postura była idealna. Chociaż odbijał sposobem dolnym, wciąż był bardzo precyzyjny. Piłka za każdym razem leciała nad głowę rudzielca.
Kasumi zachichotała.
- Znowu to samo. Jakby miał w głowie celownik. Ale czego innego mogłybyśmy się spodziewać po Taijimie Yamato.
Natsumi poczuła, jakby ktoś zdzielił ją ścierką w twarz.
Po Taijimie Yamato?!
Szybko zerknęła na część boiska zajmowaną przez Tokio Nie miała pojęcia, który to zawodnik. Nie trudno jednak było się domyślić…
Pewna para najwidoczniej postanowiła popisać się trochę przed publicznością. Tego, co robili raczej nie można było sklasyfikować jako klasycznej rozgrzewki. Jeden z mężczyzn wysyłał piłkę w różnych kierunkach, a drugi mu ją oddawał. I to oddawał bardzo precyzyjnie - jak zauważyły Kasumi i Haruka. Raz nawet, wiedząc, że nie zdąży się obrócić, zrobił to tyłem.
- Ładnie, Taijima-kun! – zawołał jego partner.
Ponieważ piłka leciała tuż nad jego głową, nie mógł się nie skusić. Zaatakował, a rozgrywający przyjął to równie perfekcyjnie, jak Kageyama.
Nie wiedzieć czemu, Natsumi poczuła złość. Nie podobało jej się, że Taijima i jego kolega robili coś takiego.
To tylko dlatego, że się popisują. – powiedziała sobie – Ten cały Taijima wcale nie jest lepszy od Kageyamy. Mój tata też by tak potrafił, gdyby tylko chciał.
Uznała, że byli bardzo niedojrzali. Trudne podania, bieganie na prawo i na lewo – takie rzeczy powinno się robić podczas treningów, a nie przed ważnym meczem. Nawet jeśli mieli dobrą kondycję, niepotrzebne tracili siły.
- Nie da się ukryć, chłopak ma talent. – odezwała się Haruka – Nic dziwnego, że nazywają go Drugim Kageyamą.
Dwunastolatkę ogarnęła rządza mordu.
- Kageyama jest tylko jeden! – krzyknęła.
Gdy uświadomiła sobie, co zrobiła, zakryła dłońmi usta. Kobiety patrzyły na nią z osłupieniem. Głupio jej było, że tak przed nimi wybuchła – zwłaszcza po tym, jak pochwaliły ją za dobre wychowanie.
- Przepraszam! – wyrzuciła z siebie.
Jej policzki miały barwę dojrzałych wiśni.
- P-proszę o wybaczenie! N-nie chciałam krzyknąć! P-po prostu… chodzi o to… ja… jestem jego wielką fanką. Kageyamy, znaczy się.
Zawstydzonym wzrokiem wpatrywała się w podłogę. Co w nią wstąpiło, żeby zrobić coś takiego?
Każda córka chce być dumna ze swojego ojca. – powiedział głosik w jego głowie – To normalne, że go bronisz.
Ale przecież widzieli się zaledwie raz! To dziwne, że tak szybko wyrobiła w sobie nawyk stania po jego stronie. Chociaż, biorąc pod uwagę, jak bohatersko ją obronił, wcale nie takie dziwne.
- Nic się nie stało, kochanie. – usłyszała głos Haruki.
Gdy podniosła głowę, ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że kobiety patrzą na nią dosyć życzliwie.
- To naturalne, że ktoś ma swojego ulubionego zawodnika. – powiedziała łagodnie Kasumi – My też bardzo cenimy Kageyamę-kuna.
- Naprawdę? – spytała z nadzieją Natsumi.
- O, tak. Ten człowiek jest żywą legendą. Ale wiesz, kochanie… on ma już trzydzieści siedem lat.
- Na pewno nie jest już tak rześki, jak kiedyś. – zgodziła się Haruka ponurym tonem – Gdy byłam w jego wieku, całkowicie wysiadły mi kolana. Ledwo dobiegałam do najprostszych piłek. Że nie wspomnę o motywacji. Gdy masz na karku męża i dwójkę dzieci, zajęcia w klubie schodzą na dalszy plan.
- Była pani zawodową siatkarką? – zainteresowała się Natsumi.
- Tak, obie byłyśmy. Ja grałam dla Tokio, a Kasumi dla Hiroshimy. Byłyśmy też razem w reprezentacji kraju.
- Utrzymałyśmy się tam całkiem długo. Byłyśmy już po trzydziestce, kiedy w końcu odeszłyśmy.
Dziewczyna patrzyła na nie zafascynowanym wzrokiem. A więc miała rację! Jednak były profesjonalistkami.
- Brakuje wam tego? – spytała cicho – W sensie… reprezentacji?
Zachichotały i spojrzały na nią ciepłym wzrokiem. Chyba uznały za słodkie, że taka młoda dziewczyna przejmuje się ich uczuciami.
- Momentami tak, skarbie. – odezwała się Haruka – Ale to nie powód do płaczu. Zresztą, nadal grywamy w siatkówkę, choć nie zawodowo.
- Dobrze się stało, że odeszłyśmy. – dodała Kasumi – Wobec młodzieńczej energii i siły nie miałybyśmy szans.
- Szkoda mi Kageyamy-kuna. – westchnęła Haruka – Pewnie będzie mu ciężko, gdy usłyszy, że ten chłopak skradł jego imię. To musi być okropne: patrzeć na własny styl gry, ale w lepszym wydaniu.
Zza pleców Natsumi rozległ się nieprzyjemny rechot. Dziewczyna drgnęła, gdy na jej ramieniu spoczęła czyjaś dłoń. Odwróciła głowę. To był Ukai.
- Przykro mi drogie panie, ale nie macie racji. – oświadczył – Ta mała trafnie to ujęła. Kageyama JEST tylko jeden.
Kącik ust Haruki lekko uniósł się do góry.
- Chciałabym mieć takiego trenera jak ty, Ukai-kun. – powiedziała rozbawionym tonem – Twój uczeń niedługo dobije do czterdziestki, a ty nadal bezgranicznie w niego wierzysz.
- Och, ależ oczywiście, że wierzę. – odparł Ukai, cwaniacko się uśmiechając – Mam powód. Tydzień temu widziałem ich trening. Mogę was zapewnić, że Kageyama i Hinata to nadal jedni z najlepszych graczy w Japonii… i na świecie.
- Skoro wciąż są nieźli, to dlaczego odeszli z reprezentacji? – spytała Kasumi – A zwłaszcza Kageyama. Hinatę-kuna mogę jeszcze zrozumieć, bo jego żona oczekuje dziecka. Ale przecież Kageyama-kun nie ma żadnych dalszych zobowiązań, a jako rozgrywający jest wieżą kontrolną drużyny.
- Jemu już się nie chce. – prychnął Masaki.
Wszystkie oczy spojrzały w stronę menadżera. Siedział z rękoma splecionymi na piersiach i obrażonym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń.
- Stracił zapał do gry. – dodał tym samym, niezadowolonym tonem – Pewnie nawet nie zależy mu na zwycięstwie. Wychodzi na boisko tylko po to, by poodbijać sobie piłkę.
Natsumi poważnie się zaniepokoiła. Ku jej zdziwieniu, Ukai pozostał niewzruszony. Były trener posłał Masakiemu tajemniczy uśmiech.
- Jak długo już znasz Kageyamę? – zapytał.
- Ze czternaście lat. – odparł menadżer, unosząc brwi – Dlaczego pytasz?
Ukai ponownie się zaśmiał.
- Niczego się o nim nie nauczyłeś, co? Kageyama to człowiek, który wychodzi na boisko tylko w jednym celu: żeby wygrać. Przekonasz się o tym, gdy tylko zacznie się mecz.
