Markery somatyczne


Amy zaczęła drugą lampkę wina. Niepocieszona zwinęła się w kłębek i przykleiła do Penny. Wszelkie próby wyswobodzenia spod ciężaru neurobiolożki kończyły się niepowodzeniem.

- Ile można czekać? No ile?... – pociągnęła nosem.

- Święty straciłby cierpliwość, a co dopiero poważny naukowiec – zgodziła się z koleżanką Bernadette.

Zawsze, kiedy któraś z nich przeżywała problemy egzystencjalne, dziwnym trafem lądowały w saloniku Penny dzieląc butelkę alkoholu na trzy i narzekając na facetów.

- Starałam się, jak umiałam. Przez tyle czasu nawet kamień wykształciłby pożądane markery somatyczne!

Amy zaczęła bełkotać coś o sterowaniu uczuciami i procesach decyzyjnych w odniesieniu do niereformowalnego, pozbawionego uczuć, bądź też genitaliów, fizyka.

Penny postanowiła dyplomatycznie milczeć, nawet kiedy Bernadette rzuciła hasło, że faceta to trzeba sobie wychować.

- Czasem oczywiście zdarzają się błędy – mała blondyneczka poprawiła się szybko.

Przybrała przepraszającą minę.

- W twoim przypadku, Penny, niestety wyszło odwrotnie. Pewnie to dlatego, że Leonard był wychowywany przez Beverly Hofstadter. Psychologię ma w małym palcu.

Penny coraz mniej się podobał babski wieczór.

Nagle Amy w przypływie natchnienia poderwała się z sofy, uwolniwszy tym samym z wężowego uścisku najlepszą przyjaciółkę. Uniosła w górę kieliszek.

- Facetom, którzy uważają, że wiedzą lepiej, mówimy dzisiaj stanowcze nie!

Dopiła wino i z impetem rzuciła kieliszkiem w podłogę.

To był jeden z tych momentów w życiu Penny, kiedy poważnie zastanawiała się nad zmianą kręgu osób, w którym się obracała.

XXX

Popołudniowy wiatr szarpał sukienką. Żałowała, że zamiast praktycznych spodni wybrała taki zwiewny ciuch, kiedy w powietrzu czuć było zbliżającą się burzę.

Niebo nad budynkami CalTech przybrało żółtawą barwę, a naładowane elektrycznością chmury wyglądały, jakby spomiędzy nich miało zaraz rozbłysnąć światło wskazujące drogę do międzygwiezdnego portalu.

Nie miałaby takich skojarzeń, gdyby jej sąsiedzi zajmowali się w sobotnie poranki majsterkowaniem, piciem piwa albo odsypianiem kaca po piątkowych imprezach.

Zignorowała zdębiałe spojrzenia kilku bladych studentów, którzy przepuścili ją w drzwiach. Seksowne blondynki w sukienkach z głębokim dekoltem pewnie częściej widywali w grach wideo niż podczas wykładów.

Nie bywała tu często, ale znała drogę do gabinetów profesorów wystarczająco dobrze, by nikogo nie pytając szybko dotrzeć do celu.

Sheldon został dłużej w pracy. Ostatnio jakiś wyjątkowo ciekawy aspekt teorii, nad którą pracował, pochłaniał całą jego uwagę. Może to i lepiej, przynajmniej nie miał czasu, by roztrząsać decyzję Amy o zakończeniu ich związku. Podobno nie chciał też słuchać narzekań Leonarda na temat jego problemów sercowych i obaj naukowcy obrazili się na siebie do tego stopnia, że Sheldon został bez osobistego kierowcy. Od tygodnia jeździł do pracy z Rajem, ale dzisiaj ich znajomy astrofizyk miał inne plany i Sheldon musiał radzić sobie sam.

Miała dobry humor i dlatego coś podkusiło ją, by zatrzymać się na moment przed drzwiami z wygrawerowanym na metalowej plakietce nazwiskiem przyjaciela.

Puk, puk, puk.

- Krakersiku!

Puk, puk, puk.

- Krakersiku!

Puk, puk…

Drzwi otworzyły się ukazując podirytowaną minę Sheldona.

- Tylko babcia może mnie tak nazywać…

- …Bo jesteś tak słodki, że można cię schrupać. Tak, wiem.

Penny uśmiechnęła się promiennie i splotła ręce za plecami.

- Jak tam, skarbie? Gotowy? – zapytała dla formalności.

Sheldon zawsze był przygotowany. Zerknęła na pedantycznie czyste wnętrze gabinetu. Jedynym przedmiotem burzącym równowagę na uporządkowanym biurku była męska torba na ramię.

- Przyjechałaś na czas – oświadczył.

W jego tonie dało się wyczuć nutę zaskoczenia, kompletnie niesłyszalną dla większości ludzi.

- Tak, jak obiecałam – odparła dumnie Penny.

- Nigdy nie należałaś do najbardziej punktualnych osób.

Sheldon wziął torbę i zamknął gabinet. Opuścili budynek przekomarzając się.

- Ale zawsze jestem tam, gdzie trzeba i kiedy trzeba.

Sama dziwiła się, jak lekko się czuła bez przygniatającej miłości Leonarda. Dobry nastrój nie opuszczał jej od tamtej nieudanej podróży do Vegas.

- Z tym faktem nie mogę się kłócić.

Byli już na dworze, niedaleko miejsca, gdzie postawiła samochód. Parking od chodnika dzieliło kilka niskich stopni. Penny zatrzymała się na pierwszym z nich i na chwilę zakryła dłonią rozdziawioną buzię. Nad nimi wirowały gęste, żółte chmury, które przywędrowały znad Pacyfiku, ale wiatr na trochę ucichł, jakby też zaskoczony słowami Sheldona.

- O mój Boże – Penny powoli wydukała każdą sylabę – Sheldon Lee Cooper przyznał mi rację.

Odwrócił się i popatrzył na nią z mieszanką politowania i humoru.

- Doprawdy, nie wiem, skąd u ciebie to nagłe podekscytowanie. Nie po raz pierwszy przyznaję, że w relacjach międzyludzkich twoja wiedza i doświadczenie życiowe znacznie przekraczają moje osiągnięcia.

Penny pisnęła. Rozłożyła ramiona, by z radości objąć najlepszego przyjaciela.

Sheldon odruchowo zrobił pół kroku w tył i potknął się. Wylądował na czterech literach w stanie nieuszkodzonym. Gorzej wyglądała jego torba. Musiała mu się zsunąć z ramienia i zawartość wysypała się na ziemię.

Penny wahała się, czy przepraszać, czy się roześmiać.

- To moja wina – wyciągnęła rękę i pomogła mu wstać.

- Absurd! – Sheldon zaczął zbierać papiery i inne drobiazgi, zanim ponownie zrywający się wiatr rozproszyłby je po całej Pasadenie.

Penny chciała mu pomóc. Zgarnęła kilka kartek. Nagle jej uwagę przykuło charakterystyczne, czarne pudełeczko. Przełknęła nerwowo ślinę, kiedy jej najlepszy przyjaciel podniósł ten przedmiot.

- Chciałeś dać go Amy? – zapytała cicho.

Skinął głową i bez słowa wepchnął przygniecione dokumenty z powrotem do torby.

- Przykro mi.

- Dlaczego? W każdym, nawet najbardziej przewidywalnym procesie może dojść do anormalnych reakcji, które dadzą efekt końcowy krańcowo różny od początkowych założeń.

- Chciałam, żebyś był szczęśliwy.

Jako człowiek, nie jako robot czerpiący radość jedynie z pracy i nowych odcinków „Doctor Who" – dodała w myślach. Spuściła wzrok nie chcąc, by widział jej smutek.

Sheldon rozważał coś przez chwilę. Wreszcie zebrał się w sobie, wziął głęboki wdech, otworzył pudełeczko i podsunął je Penny.

- Co…

Jej oczy musiały przypominać wielkością ślepia kosmitów z filmu Spielberga.

- Penny, byłbym zaszczycony, gdybyś zechciała przyjąć ten pierścionek. Jest w mojej rodzinie od trzech pokoleń. Dziadek dał go babci oświadczając się.

Chciała zapytać, kiedy będzie „Bazinga", ale jej przyjaciel mówił całkowicie poważnie.

- Sheldon… - wyszeptała dotykając jego ręki wciąż trzymającej otwarte pudełko – Powinieneś dać to komuś, kto…

- W ostatnich dniach rozmawiałem o tym z dziadkiem. Pomógł mi uzmysłowić wiele kwestii. Tak doszedłem do wniosku, że powinienem dać ten pierścionek najważniejszej kobiecie w moim życiu.

Jej przyjaciel wierzył w każde wypowiadane słowo. Może i ona powinna.

Skinęła głową. Czuła, że oczy jej wilgotnieją.

- Penny, nie płacz. Nie umiem pocieszać płaczących kobiet – powiedział szybko.

- Jak nie chcesz, żebym płakała, to musisz mnie przytulić.

Chwilę później znalazła się w objęciach chudego fizyka, a jej dłoń ozdobił antyczny pierścionek.

Dopiero w samochodzie w drodze do domu przypomniała, że dziadek Sheldona nie żyje od 30 lat.