Gdy chodziło o walkę na miecze, szpiegowanie lub choćby koszykówkę, Caleb nie miał z tym problemów. Zawsze potrafił znaleźć wyjście z sytuacji, nawet gdy wszyscy mówili, że to nie jest możliwe. Tylko jedna rzecz powodowała u niego ból głowy.
Kwiaty.
Jego pierwsza i jedyna miłość, Cornelia, kochała wszystkie rośliny. Jako Strażniczka miała władzę nad wszystkimi darami i klątwami ziemi, a to oznaczało, że o kwiatach wiedziała wszystko. Dlatego też gdy chciał kupić jej bukiet kwiatów, musiał się bardzo poważnie zastanowić.
Tak było też i tym razem. Jedynym plusem był fakt, że w lecie mógł wprost wybierać w kolorach i kształtach kwiatów.
-Ech...
Wyciągnął z kieszeni niewielką książkę i natychmiast rozpoczął poszukiwania kolejnych gatunków roślin mających wyrazić jego uczucia. Za każdym razem chciał, żeby bukiet był tak wyjątkowy, jak tylko się dało. Chociaż wiedział, że przez następnych kilka dni będzie cierpieć na wyczerpanie wyobraźni, zawsze starał być oryginalny. Poza tym ten dzień miał być tak wyjątkowy, jak wyłącznie zakochani mogli sobie wymarzyć. Nie mógł tego schrzanić. Po prostu nie mógł.
Aksamitki, czerwone astry i gerbery, fioletowy bez, jemioła, kamelie, kwiaty lipy, lilie tygrysie, konwalie, lawenda, margerytki, hibiskusy, nasturcje, mydlnica, orliki, czerwone i fioletowe róże (jakże się natrudził, by znaleźć choć jedną taką!), rumianek, rozmaryn, szafirki, tawułki...
Nagle usłyszał czyjś głos i nieomal przewrócił się. Na szczęście nie upuścił kwiatów.
-Calebie, co robisz?- Cornelia zdawała się być zaciekawiona jego dziwną pozycją.
-Em... Chodzę sobie! A czy... czy do naszej randki nie zostało jeszcze trochę czasu?
-Jest osiemnasta- zmarszczyła brwi. Chłopak wyczuł, że chciała, by się obrócił, ale nie mógł. Nie skończył bukietu!
Przez chwilę próbowała nim obrócić, jednak bezskutecznie. Za każdym razem zręcznie odskakiwał na bok. Po jakimś czasie Cornelia naprawdę zaczęła denerwować się zachowaniem chłopaka, toteż wywołała korzenie z ziemi, które oplotły nogi Caleba, uniemożliwiając mu jakiekolwiek ruchy.
-Zobaczmy teraz, dlaczego tak skakałeś...
Obeszła go z boku. Cały gniew wyparował, gdy zobaczyła ogromne naręcze kwiatów trzymane przez swojego ukochanego. Zaśmiała się, widząc jego skrzywdzoną minę.
-Myślałem, że mam więcej czasu. Całkiem straciłem rachubę i nie zdążyłem. Przepra...- nie dokończył, ponieważ dziewczyna objęła go mocno. Nie zapomniał jednak, że miał ważną sprawę do załatwienia.
Gdy odsunęli się od siebie, Cornelia zauważyła książkę o roślinach wystającą z jego kieszeni.
-Nie musiałeś szukać tylu kwiatów. Przyjęłabym od ciebie wszystko, przecież dobrze o tym wiesz.
-Chciałem, żeby tym razem było inaczej.
-Jak, inaczej? Co masz na myśli?
Caleb wziął głęboki wdech.
-Znasz się na kwiatach, oboje to wiemy. Jak myślisz, co one oznaczają?- jej twarz rozjaśniła się powoli. -Znamy się już od kilku lat, wielokrotnie ratowaliśmy sobie życia, mieliśmy wzloty i upadki...
Tylko proszę, nie śmiej się.
-Czy zostaniesz moją żoną? Nie mam nadzwyczajnych zdolności tak jak ty, nie jestem również bogaty. Ofiaruję ci jednak wszystko, co mam; swój miecz, serce i duszę- wyciągnął z kieszeni pudełko, w którym znajdował się nietypowy pierścionek z miniaturowymi, kryształowymi kwiatami, po czym schylił głowę, czekając na odpowiedź.
W następnym momencie jego zielone oczy spotkały się z błękitnymi Cornelii.
-Tak.
