Uwaga! Wszyskie postacie, miejsca, przedmioty oraz techniki z Bleach'a oraz Gry o tron zostały stworzone przez ich autorów. W opowiadaniu pojawiają się również OC, a zachowanie i relacje niektórych postaci wymyślone na potrzeby historii.
Rozdział 2
Po skończeniu monotonnej, nudnej pracy, Ulquiorra mógł w końcu opuścić biuro i zająć się swoimi sprawami. Po odłożeniu ostatniego raportu na ogromny stos, oparł się o oparcie krzesła, rozluźniając wszystkie mięśnie. Arrancar wstał powoli i przeskoczył nad biurkiem, aby przypadkiem nie obudzić śpiącego lisa. Wiedział, że ten bywa czasem bardziej nerwowy niż jego nowy kapitan. Ostatnim razem, gdy ktoś wybudził go ze snu, skończył z rozszarpanym gardłem oraz oderwaną ręką. Na szczęście był to tylko jakiś człowiek, który myślał, że jest jakąś plastikową zabawką. Naprawdę, głupota ludzka czasem go przerażała.
Arrancar wyślizgnął się z pokoju, po czym zamknął za sobą cicho drzwi i udał się na patrol wokół murów obronnych. Każda twierdza posiadała takie, więc ich także. Sama kryjówka znajdowała się niemal na krawędzi wielkiej góry praktycznie sąsiadującej z Orlim Gniazdem, a mimo to ludzie wciąż ich nie zauważali. Baka, a w dodatku ich lordem był chłopiec niewiele młodszy od Lilinette.
Zielonooki skakał z wieży na wieżę, obserwując każdy skrawek krajobrazu. Wszędzie surowe szczyty tylko do pewnego stopnia porośnięte zielenią. Szaro-niebieskie niebo zasłonięte deszczowymi chmurami, a dno doliny przysłonięte gęstą mgłą. Gdy siedział na krawędzi północnej wieżym mógł z łatwością podziwiać całe Orle Gniazdo otoczone obłokami parującej z dna doliny pary. Choć sam zamek niezby przypadł mu do gustu. Przywykł do białych ścian Las Noches oraz czarnego jak smoła nieba Hueco Mundo. Ten świat wydawał mu się zbyt...żywy? Tak to było dobre określenie. Może dlatego robił się nieco bardziej otwarty. Na jego twarzy zaczęły pojawiaćsię delikatne uśmiechy i chętniej przebywał w towarzystwie innych. Czy to źle? Może, a może nie. Teraz raczej powinien się skupić na wypełnianiu swoich obowiązków.
Jeśli chodzi o to czy podobał mu się nowy oddział oraz nowe zadania, to nie potrafił tego określić. Kapitan Kenpachi był inny niż Azien. Nie miał takich kaprysów. Zwykle kazał mu się zajac dokumentami, a jeśli sam sobie tego zażyczył, to wysyłał go na jakąś misję. Tak jak tym razem. Nie miał na co narzekać. Treningi były wystarczające, ale z porozumieniem się z pozostałymi shinigami było już gorzej. Dobrze, że byli przy nim inni arrancarzy. Ulquiorra uśmiechnął się delikatnie, prawie niedostrzegalnie. Oby nikt go teraz nie widział. Wciąż ukrywał wszelkie emocje i nie chciał, aby ktoś zauważył u niego jakiekolwiek oznaki odczuwania czegokolwiek.
-Batto-chan! Batto-chan! - dobiegły go krzyki Yachiru. Ulquiorra od razu przybrał swój typowy, kamienny wyraz twarzy, a potem obrócił, się, aby niemal wpaść na różowowłosą dziewczynkę.
-O co chodzi, Yachiru-san? - spytał, unosząc delikatnie jedną brew. Dziewczynka machała energicznie rękami i uśmiechając się szeroko.
-Ken-chan i Axey-chan poszli na polowanie, a Grimmi-chan jest na mnie zły. - poinformowała go, zawieszając mu się na szyi.- Pobawisz się ze mną Batto-chan? - spytała z dziecięcą nadzieją w głosie. Ulquiorra zmarszczył brwi. Nie miał ochoty na zabawę.
-To nie najlepszy moment Yachiru-san, mam robotę na głowie. - kłamał. Mimo wszystko wciąż nie lubił zabaw. Dziewczynka zrobiła słodkie oczka.
-Proszę, Batto-chan, proszę, proszę, proszę...- błagała skacząc w miejscu. Robiła tyle hałasu, że wszyscy shinigami na sąsiednich murach odwrócili się w ich stronę i zaczęli przyglądać sie im dziwacznie. Ulquiorra wyprostował się i opuścił wzrok na wciąż błagającą go dziewczynkę. Była jego wice-kapitanem, więc podlegał jej władzy, jeśli tak można to nazwać, ale rzadko jej używała. Częściej w ruch szły jej niezwykłe umiejętności manipulacji za pomocą swojego uroku. Tak było i tym razem.
-Yachiru-san, jutro wyjeżdżam do Królewskiej Przystani. Muszę się przygotować...- wytłumaczył, łapiąc się ostatniego koła ratunku. Dziewczynka przestała skakać i zrobiła smutną minkę. Jej podbródek zaczął się trząść, a w dużych oczach pojawiły się łzy. O nie! Nie tym razem! Chłopak chwycił ją za małą rączkę i ,używając shunpo, dostał się do sali treningowej w skrzydle kapitańskim. Na drewnianej podłodze zostały akuat ułożone dwie maty do medytacji. Ulquiorra posadził Yachiru na jednej z nich, po czym sam usiadł na drugiej. Dziewczynka wciąż była smutna. Arrancar westchnął głęboko, zamykając oczy.
-Dobrze, co chcesz robić? - spytał w końcu, nie otwierając oczu. Yachiru od razu uśmiechnęła się szeroko i zaczęła ponownie wymachiwać rękami na wszystkie strony.
-Chcę odwiedzić Orle Gniazdo! - krzyknęła entuzjastycznie. Były Espada zesztywniał i otworzył szeroko oczy,
-Yachiru-san! Wiesz, że nie możemy opuszczać kryjówki bez wiedzy i pozwolenia kapitana Kenpachi. Tym bardziej, jeżeli to ty masz zamiar wybrać się na taką wycieczkę. - przypomniał jej surowo.
-Przesadzasz Batto-chan, Ken-chan wróci dopiero wieczorem, a to znaczy, że mamy ponad pięć godzin! Zdążymy przejść się po zamku, a może nawet poznać lorda Roberta Arryna! - pisnęła wesoło.
-To się źle skończy...
Axeya schyliła się nisko, po czym postawiła kolejny krok na mokrym, leśnym podszyciu. Jej lisie łapy zostały idealnie przystosowane do skradania się przez las, pola czy inne roślinne tereny, a czuły słuch oraz węch pozwalały na szybkie zlokalizowanie i pochwycenie ofiary. Dziś był to rycerz z Orlego Gniazda, który najwyraźniej zabłądził w lesie, jednocześnie oddalając się od swojej grupy. Jego duchowa energia wystarczyła jej za posiłek na kilka dni. Wciąż była hollowem. Musiała jeść.
Kenpachi stał kilkadziesiąt metrów dalej, na jednej z gałęzi, obserwując wszystko wygodnie z góry. Była mu wdzięczna, że zabrał ją na polowanie dzień przed wyjazdem. Później raczej nie będzie miała takiej okazji. W dodatku w lasach Doliny Arrynów miejscowi rzadko się gubili. Niestety. Miała trudne życie i musiała sobie jakoś radzić.
Dziewczyna zastrzygła uszami, a następnie przeskoczyła za inne drzewo. Specjalnie zaszeleściła liśćmi, aby zwrócić uwagę ofiary. I udało się jej to. Mężczyzna odwrócił się, jednocześnie kładąc dłoń na rękojeści miecza. Dobra stal, ale nie na tyle, aby ją zranić. Delikatnie przesunęła się w bok, aby jej ogony wystawały odrobinę za pień drzewa. Rycerz podszedł jeszcze bliżej.
-Kto tam jest?! - zapytał niskim, gardłowym głosem. Widocznie starał się ukryć strach, ale Axeya wyczuła drżący ton, który mógł należeć tylko do ofiary. Wysunęła cicho pazury, a jej uszy przylgnęły do ciemnych włosów. Ugięła nogi, przygotowując się do skoku. Była gotowa, wystarczy poczekać i ... skok! Odepchnęła się od ziemi, po czym rzuciła się na swoją ofiarę. Ostre pazury przebiły zbroję, a przedłużone, lisie kły zatopiły się w szyi rycerza. Krew zaczęła lać się strumieniami, wytryskując z przebitej tętnicy. Po lesie rozniósł się zduszony krzyk. Po niecałej minucie oderwała się od szyi mężczyzny. Potem spojrzała mu w oczy i ujęła twarz rycerza w obie dzłonie pokryte czarnym futrem. Był młody. Miał może dwadzieścia-sześć lat, czarne gęste włosy oraz ciemne, niebieskie oczy. Widać, że nie widział jeszcze porządnej walki, a przynajmniej nie takiej jak ona. Jednak mógł się pochwalić duszą wolną od zabijania niewinnych. To dobrze, będzie lepiej smakować.
Axeya zbliżyła swoją twarz do przerażonego oblicza rycerza. Przechyliła delikatnie głowę, a następnie przysunęła swoje usta do rozchylonych warg mężczyzny. Nie czekajac na specjalne zaproszenie, zaczęła wysysać duszę rycerza. Wiązka niebieskiej energii zaczęła przepływać z ciała bruneta do jej ust. Była pyszna. Smakowała jak wiśnie oblane czekoladą, uwielbiała je. Świeża energia duchowa zaczęła przepływać przez jej ciało, a sierść zjeżyła się na karku dziewczyny. To wspaniale uczucie. Po kilku minutach cialo mężczyzny przestało się ruszać i nie zostało w niej ani trochę duchowej energii. Axeya wstała z ziemi, ostrzepała się z kurzu i oblizała kształtne wargi. Zaraz potem Kenpachi pojawił się obok niej i objął ją ramieniem. Dziewczyna podniosła głowę do góry, spojrzała na męża, po czym uśmiechnęła się jak dziecko zadowolone z tego co zrobiło. Kapitan odwzajemnił ten uśmiech, choć w nieco bardziej szaleńczy sposób.
-Dawno nie jadłaś? - spytał z czystej ciekawości. Pokręciła głową. a jej ogony przestały machać na wszystkie strony. Wyglądała na zamyśloną.
-Chyba od dnia ślubu. Obiecałam Yamamoto-sama, że nie pożrę duszy niewinnego. Prawda? - odpowiedziała spokojnie, ruszając w drogę. Stąpała ostrożnie i lekko, tak, jakby nie chciała obudzić zmarłego. Kenpachi ruszył za nią z nieco zdziwioną miną.
-To musiało być trudne.- stwierdził dotrzymując kroku zwinnej partnerce.
-Tak, ale kiedy byłam poza kontrolą Soul Society zabijałam prawie każdego na swojej drodze, więc wtedy wystarczająco się najadłam. - zapewniła go, uśmiechając się delikatnie. Mężczyzna rozejrzał się dookoła. Szczerze nieco niepokoił go fatk, że w tej krainie nie ma Hollowów. Ludzie byli tu jeszcze gorsi niż w Realnym Świecie, a mimo to po śmierci nie przemieniali się w te stwory. - W końcu po mnie shinigami i złapaliście mnie. Już nie zabijałam. - dodała obracając się, jednocześnie idąc tyłem po ścieżce.
-Prawie. - poprawił ją.
-Tak, prawie.
Nagle coś wyczuła. Znieruchomiała i zastrzygła uszami. Kapitan także przystanął. Jakieś dziwne reiatsu. Oboje spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Axeya wyciągnęła swoje Zanpakuto, podobnie jak Kenpachi. Równocześnie użyli shunpo i pojawili się na drzewie, niedaleko od grupy wojowników z dzikiego plemienia. Niby nic dziwnego. Było tu kilka takich plemion, ale do nich zakradała się mała grupka Hollowów. Dziwne, myśleli, że tu ich nie ma. Axeya wychyliła się delikatnie i przeskoczyła na inne drzewo, o wiele bliżej Pustych. Jeden z nich ją zauważył, ale nie atakował. Po prostu się jej przyglądał. Nie wyciągnęła Zanpakuto. Kenpachi trzymał swój miecz oparty o ramię, gotowy w każdej chwili wykonać morderczy cios.
Jedak dziewczyna dała podniosła delikatnie rękę, aby dać mu znak, aby nie atakował. Potem przeskoczyła nad wojownikami i stanęła na głowie pustego, który wcześniej się jej przyglądał. Nie zareagował. Zupełnie jakby jej nie widział. Za to ludzie wręcz przeciwnie. Zaczęli przyjmować pozycje bojowe i kierowali swoją broń w jej stronę. Dziewczyna poklepała Pustego po głowie, a następnie wyciągnęła swoje Zanpakuto. Ostrze błysnęło złowrogo, a po krótkiej chwili pozostałe Hollowy rozpłynęły się w powietrzu. Został tylko ten najspokojniejszy. Kenpachi szykował się już do zabicia ostatniego przeciwnika, ale Axeya poklepała go po głowie i odprawiła do Hueco Mundo. Wojownicy stali w bezruchu nie mogąc uwierzyć w to co widzą. Ta dziwna dziewczyna wyglądała jak jakiś zwierzęcy demon z ich pogańskich wierzeń. Piękna, a jednocześnie straszna. Nie mieli jednak okazji, aby przyglądać się jej o choćby chwilę dłużej, bo znikła równie szybko, jak się pojawiła.
-Czemu nie zabiłaś tamtego Pustego? - zapytał równocześnie zdenerwowany i zdezorientowany Zaraki, gdy oboje przechodzili przez bramę ich twierdzy. Dziewczyna posłała mu tylko puste spojrzenie, dokładnie takie samo, jak w dniu, kiedy spotkał ją po raz pierwszy.
Pamiętał atramentowoczarne oczy bez tęczówek czy białek odzwierciedlające pustkę wewnątrz jej duszy. Leżała przed nim na wpół martwa i zalana krwią. Podczas walki z innym kapitanem jej lewy bark został rozszarpany co sprawiło, że ręka dziewczyny trzymała się tylko na uszkodzonej kości. Zaś prawy bok rozcięty przez inne Zanpakuto. Maska, którą wtedy na sobie miała pękła na pół, a spod niej płynęła czarna krew. Jej ubrania były poszarpane i całe poplamione ciemną osoką.
Stał nad nią z Zanpakuto skierowanym w jej serce. Miał ją dobić, ale nie mógł. Zwykle zrobiłby coś takiego bez zastanowienia. W końcu była Hollowem. Jednak tym razem... nie potrafił. Schował swoją katanę, a następnie pochylił się nad nią, chwycił ją delikatnie i przerzucił przez ramię. Dziewczyna jęknęła głucho, po czym odkaszlnęła krwią.
-Czemu mnie nie zabiłeś? - spytała niemal niedosłyszalnym szeptem.
-Bo tak. - warknął. Potem usłyszał tylko głośne westchnienie, a dziewczyna opadła bezwładnie na silne ramię kapitana. Straciła przytomność. Czy to dobrze? Nie był pewień, ale był pewien jednego, musi jak najszybciej zanieść ją do 4. Oddziału. Kapitan Unohana jej pomoże, ale co potem?
-To wciąż moi bracia. - odparła beznamiętnie. - Nie zabijam ich bez powodu.
Kenpachi spojrzał na nią nieco zdezorientowany. Zawsze brała jego stronę i wypełniała wszystkie swoje obowiązki bez żadnego sprzeciwu. A teraz? Spotkali pierwszych Pustych od kilku miesięcy, a ona puściła jednego z nich wolno. Mężczyzna doskoczył do niej nagle i chwycił ją za ramię.
-Poczekaj...
Nie miał okazji dokończyć swojej myśli, bo na dziedziniec wybiegła Nel. Wyglądała na niezwykle zdenerwowaną, tak, jakby zrobiła coś okropnego. Za nią biegli Grimmjow i Ikkaku, krzycząc bez przerwy to samo zdanie w dwóch różnych językach: ''Nie waż się im o tym mówić Nel!'' Axeya i Kenpachi niezbyt wiedzieli o co chodzi, ale dzięki temu uniknęli trudnej rozmowy o przeszłości dziewczyny.
-Kenpachi-sama! Axey-sama! Muszę wam coś powiedzieć. - wydyszała. Grimmjow rzucił się na nią. Ta jednak umknęła mu i skłoniła się przed kapitanem. - Yachiru-san ... i... Ulquiorra-san... oni...
-Yachiru? -spytał poddenerwowany Kenpachi.
-Ulquiorra? Co z nimi?!
-Nic się nie stało, Kenpachi-sama, naprawdę. Nel coś bredzi. - Zapewnił go Grimmjow zasłaniając usta dziewczyny dłonią. Ta zaczęła się szarpać, aż w końcu uderzyła go łokciem w brzuch z ogromną siłą. Mężczyzna odleciał do tyłu i uderzył w ścinę. Nel wzięła głęboki wdech i wyprostowała się, aby poczuć się odrobinę pewniej.
-Oni polecieli do Orlego Gniazda. - wydusiła w końcu.
-CO?! - krzyknęli wspólnie.
