Uwaga! Wszyskie postacie, miejsca, przedmioty oraz techniki z Bleach'a oraz Gry o tron zostały stworzone przez ich autorów. W opowiadaniu pojawiają się również OC, a zachowanie i relacje niektórych postaci wymyślone na potrzeby historii.

Rozdział 3

Flashback

Dwa Adjuchas stąpały ostrożnie po białym piasku, skradając się do grupy słabszych Hollowów. Jeden z nich, lis z dziewięcioma, białymi jak śnieg ogonami, oraz segmentowym pancerzem pokrywającym smukłe ciało Hollowa, wskoczył na wysoką skałę, tuż nad głowami innych Pustych, czekając na odpowiednią chwilę, aby zaatakować. Drugi, wielki kot, przypominający irbisa, z futrem zamiast naturalnej zbroi złych duchów, zataczał duże półkole wokół swoich ofiar, aby pozostać niewidocznym, a jednocześnie obserwować każdy ich ruch. Oboje mieli plan, jak szybko i porządnie poradzić sobie ze słabszymi Pustymi, a wcielenie go w życie wcale nie było trudne. Wystarczyło czekać.

Było ich sześciu, a każdy większy od nich przynajmniej pięciokrotnie. Jednak ta para przewyższała ich siłą oraz sprytem. Zabili już wiele Hollowów i posiedli wielką moc, jednak wciąż nie mogli osiągnąć stadium Vasto Lorde.

Lis skinął na irbisa, po czym skoczył na największego z Pustych i wgryzł się w jego kark. Ogłuszający ryk rozniósł się po okolicy, zwracając uwagę pozostałych towarzyszy. Adjuchas odgryzł kawał mięsa i pożarł go momentalnie, zyskując moc przeciwnika. Wielkie ciało padło na ziemię, osłabione, ale wciąż się poruszało. Nim silniejszy Pusty oblizał pysk z zielonej osoki, znalazł się na klatce piersiowej innego Hollowa, wbijając swoje ostre pazury w jego ciało. Ten zawył z bólu, rzucając się na boki.

Drugi Adjuchas z niesamowitą prędkością rzucił się na dwóch przeciwników na raz. Obu rozciął boki pazurami, a krew spłynęła po białych pancerzach. Odsunęli się na bok, ale chwilę później także zaatakowały, chcąc odegrać się na mniejszym Hollowem. Ten jednak zdążył już zadać kolejny cios. Jednemu z nich, z kręconymi rogami, przypominające te u antylop, a także ostrymi szponami zamiast stóp, rozciął mu brzuch. Między jego pazurami pozostał kawał jego mięsa, które pożarł, po wylądowaniu na piaszczystym podłożu. Następny padł od silnego uderzenia w gardło. Jego moc także została pochłonięta przez Adjuchasa.

Dwaj pozostali próbowali ucec, lecz w ich kierunku poleciały dwie kule energii, jedna czarna z fioletowym zarysem oraz także czarne z niebieskim zarysem. Obie wybuchły tuż pod nogami, przez co stracili równowagę i upadli. Wystarczyło kilka sekund, aby Adjuchasy wskoczyli na ich plecy, a następnie oderwali po kawałku ich ciał. Spożyli je równo, a nowa energia przepłynęła przez ich ciała. Po posiłku, pokonane Hollowy już ich nie interesowały.

Ruszyły dalej, pozostawiając na piasku ślady łap. Irbis był nieco większy od swojej siostry i silniejszy. Chronił ją, ale też dzielił się mocą, aby sama mogła się bronić. Nie mieli stałej kryjówki, wędrowali od jednej części pustkowia do drugiej. Błądząc bez większego celu.

-Yukihyō, gdzie teraz idziemy? - spytała lisica, maszerując obok brata. Ten pokręcił głową na boki.

-Przed siebie, żeby żyć, trzeba iść na przód. - odpowiedział głębokim głosem ocierając się delikatnie głową o pysk jego siostry. Byli ze sobą bardzo związani i tylko wzajemnej pomocy przeżyli do dziś.

Mimo świeżo spożytego posiłku, każdy krok był torturą dla młodszego z Adjuchas. Po kilku minutach, a może godzinach, lisica upadła na zimny piasek. Starszy, Yukihyō, chwycił ją delikatnie za kark i podrzucił, aby mogła upaść na jego grzbiet. Dalej szedł z nią na plecach poświęcając każdą ilość swojej energii, aby móc zanieść ją do kolejnego schornienia.


-Co to miało znaczyć?! - ogłuszający ryk kapitana Kenpachi rozniósł się po całej twierdzy. Ulquiorra stał przed nim z opuszczoną głową słuchając z pokorą każdego jego słowa. Yachiru wyglądała na zdenerwowaną. Jej podbródek trząsł się nienaturalnie szybko, a co chwilę musiała pociągać nosem i ocierać łzy, które pojawiały się w jej oczach. Axeya stała po prawej stronie kapitana przyglądając się wszystkiemu w ciszy. Wiedziała, że próby usprawiedliwienia zachowania wice-kapitan i byłego Espady nie mają sensu. Popełnili błąd i powinni ponieś konsekwencje. Kochała Yachiru jak córkę, którą dla niej była, a Ulquiorrę traktowała jak młodszego brata. Bolało ją, że Kenpachi tak na nich wrzeszczy, a kara będzie pewnie równie surowa co on.

-Wybacz mi Kenpachi-sama, to moja wina, przyjmę karę Yachiru-san. - odrzekł nieco drżącym głosem szmaragdooki. Zaraki zazgrzytał zębami, a jego ciało zadrżało nerwowo. Axeya westchnęła, poprawiając swój biały płaszcz. Lisie uszy przylgnęły do jej głowy, a ogony splotły się w jeden, puszysty splot miękkiej sierści, owinięty wokół nóg dziewczyny. Atmosfera w biurze kapitana Kenpachi była wyjątkowo napięta. Gdyby tylko mógł, starłby teraz na proch całą dolinę Arrynów. Poza nimi, nie było tu nikogo innego. To dobrze, bo byłby już martwy.

-Kenpachi-sama spokojnie, wyjaśnijmy wszystko. - poprosiła go spokojnie. Ten rzucił jej groźne spojrzenie, ale nie uległa strachowi. Właśnie dlatego ją poślubił. Była waleczna i potrafiła się mu sprzeciwić, nawet za pomocą zwykłego milczenia. Tak jak teraz. Nie zmieniało to faktu, że był ściekły na swoją córkę oraz tego arrancara. Ryzykowali ujawnienie ich obecności oraz umiejętności z powodu zachcianki Yachiru. Wiedział, że dziewczynka była taka dziecinna na jaką wyglądała i często wykorzystywała swój urok oraz pozycję wice-kapitana, aby prosić ich o różne rzeczy. Czasem naprawdę ryzykowne. Tak jak teraz. Zależało mu na niej, ale czasem zachowywała się po prostu głupio.

-Nie tym razem, zwykle przyznałbym ci rację i posłuchał twojej rady, ale teraz ta dwójka przeszła samą siebie w głupocie! - warknął do żony, jednocześnie wskazując na Yachiru i Ulquiorrę.

-Proszę, Zaraki, znasz Yachiru, jest ciekawa świata, a tutaj się jej nudzi. Ulquiorra wyjedzie jutro rano, podobnie jak pozostali: Tier, Ikkaku i Yumichika. Gdybyś pomógł jej i pozwolił, w przebraniu, udać się do Orlego Gniazda. Gdyby Lord Arryn ją poznał, może to miejsce nie zostanie skazane na upadek. A to da nam szansę. Pomyśl. Proszę. - mówiła coraz szybciej, aż zaczęło brakować jej powietrza. Kenpachi skupił całą swoją uwagę na niej. Zwróciła się do niego po imieniu, rzadko to robiła. Nie pomyślał o tym co mu powiedziała. Lord Arryn był rozwydrzonym dzieciakiem wciąż karmionym piersią matki. Odrażające. Nie, choć może Yachiru mogłaby mu jakoś pomóc, dla każdego jest jakaś nadzieja. Jednak to, że nie przestrzegała jego rozkazów, sprawiało, że nadwerężała jego zaufanie. Jeśli nie poniesie kary, nie nauczy się, aby ich nie łamać.

-Rozumiem, ale wiesz, że robię to, aby ich chronić. Wszystkich, nie tylko Yachiru i ciebie. Nawet arrancarów. - odpowiedział jej surowo. - Jednak ze względu na ciebie będę wyrozumiały. - dodał, po czym odwrócił się do dziewczynki i Nietoperza. - Yachiru, tobie zabieram twoje Zanpakuto do odwołania.- poinformował ją surowo. - Twoje zapieczętuje Axeya. - dodał zwracając się do Ulquiorry. Ten schylił głowę z pokorą.

-Rozumiem Kenpachi-taicho. - rzekł spokojnie. Potem Zaraki podszedł do swojej córeczki i zabrał jej katanę.

-Ken-chan, proszę... - zaczęła błagalnym tonem. Mężczyzna posłał jej groźne spojrzenie, po czym położył ją na swoim biurku.

-Axeyo, zapieczętuj jego Zanpakuto jeszcze dziś, abyście mogli wyruszyć jak najszybciej.

-Oczywiście, Kenpachi-sama. - skinęła dziewczyna, po czym podeszła do szmaragdookiego. Ulquiorra posłusznie swoje Zanpakuto i oddał je Axey.

-Dziękuję, Ulquiorra-san, oddam ci je jeszcze tego wieczoru.

-Wiem pani.- chłopak uśmiechnął się delikatnie.

-Dobrze, teraz odejdźcie. - rozkazał kapitan, rozsiadając się na swoim krześle. Yachiru i Ulquiorra opuścili biuro tak szybko, jak to możliwe. Axeya też chciała to zrobić, ale Kenpachi skinął na nią, aby podeszła bliżej. Dziewczyna niepewnie zbliżała się do wciąż zdenerwowanego kapitana, odkładając wcześniej Murciélago na komodę stojącą pod ścianą. Potem usiadła na krawędzi biurka i spojrzała na męża, ale po chwili opuściła wzrok.

-Wiem, że chcesz ich chronić, przepraszam. - wyszeptała ostrożnie, jakby nie chciała zakłócać ciszy, która zapadła w pomieszczeniu. Kenpachi westchnął głęboko, masując skronie, aby uśmierzyć ból głowy.

-Złagodziłem karę Ulquiorry tylko z powodu jego misji i twojej prośby, inaczej po prostu wysłałbym Nel lub którąś z przyjaciółek Harribel. - odparł widocznie niezadowolony. Axeya uśmiechnęła się delikatnie, pochyliła nad mężem i złożyła na jego ustach delikatny pocałunek. Kenpachi chwycił ją w tali i posadził na swoich kolanach. Dziewczyna oparła się o jego tors, a jej ogony owinęły się wokół nóg mężczyzny. Kapitan odgarnął włosy z twarzy Axeyi, a następnie odwzajemnił pocałunek, choć agresywniej i namiętniej. Dziewczyna skuliła się w kłębek, przylegając do ciepłej klatki piersiowej Zarakiego. Chwilę później poczuła silną rękę głaszczącą ją po plecach oraz drugą, bawiącą się jej włosami.

Jeśli Kenpachi chciał, potrafił być delikatny dla bliskich sobie osób, choć rzadko. Kiedy wyleczono jej rany, po wizycie u kapitana 4. Oddziału, cały czas spędziła w koszarach 11. Oddziału, głównie pod jego okiem. Zdążyła go poznać. Był podobny do jej ojca, gdy jeszcze żyła. Może dlatego tak się do niego przywiązała.

-Masz rodzinę? - zapytał ją kiedyś.

-Miałam ojca, gdy żyłam, potem towarzyszył mi brat, który mnie chronił. Później on też mnie opuścił. - odpowiedziała chłodno. Od tamtej pory o wiele częściej z nią rozmawiał, a Yachiru nawiedzała ją niemal codziennie. Czuła się dziwnie przebywając w towarzystwie więcej niż jednej osoby. Zawsze miała tylko brata lub ojca. Nikogo innego nie odchodziła. Mimo wszystko, chyba cieszył ją ten fakt. Wiele się dowiedziała o Gotei 13 oraz 11. Oddziale. Czuła jak pustka w jej duszy powoli się wypełnia, lecz powoli, bardzo powoli.

-Jutro wyruszasz do Winterfell... - zaczął Kenpachi, obluzowując jej szarfę. Skinęła. Mężczyna uśmiechnął się i ponownie pocałował młodą żonę. -... Więc spędźmy wspólnie tą noc. - zaproponował, uśmiechając się dziko. Dziewczyna zmrużyła tylko delikatnie błyszczące z ekscytacji oczy i ściągnęła swój płaszcz, odsłaniając płaski brzuch oraz kształtne piersi okryte częścią maski Hollowa, której nie mogła ukryć jak Visoredzi. Kenpachi nie narzekał, zawsze mógł trafić o wiele gorzej niż ta lisica. Tej nocy chciał ją odpowiednio pożegnać i dać jej jeszcze więcej powodów do tęsknoty za nim.


Następnego ranka cała grupa zebrała się na dziedzińcu przy małym stadku ogierów o rozmaitym umaszczeniu, które sprowadziły tu Apacci, Mila i Sung-Sun. Każda para była przystosowana do miejsca, w które mieli wyruszyć.

Dla Axeyi oraz Grimmjowa przygotowano dwa wysokie konie o umięśnionych tułowiach oraz nogach. Grube grzywy, ogony, oraz długa sierść wokół kostek pomagały utrzymać w tych miejscach ciepło w razie śnieżycy, zaś silne mięśnie pozwalały na długi marsz w najtrudniejszych warunkach. Jeden z nich był biały jak śnieg, który miał nieść na swoim grzbiecie Axeyę, zaś sierść drugiego przypominała tą należącą do Nebelungów, szaro-niebieska, tajemnicza.

Ikkaku i Yumichika dostali dwa, smukłe oraz eleganckie rumaki z chudymi nogami. Były o wiele mniejsze i mniej masywniejsze od koni Axey, a także Grimmjowa. Zapewne pochodziły z Bliskiego Wschodu (w Realnym Świecie) lub z Essos. Pierwszy miał plamiste umaszczenie, składające się z białych oraz ciemnobrązowych plam. Jego towarzysz był energicznym siwkiem, który ciągle stąpał z nogi na nogę, nie mogąc doczekać się wymarszu.

Ostatnia była para mustangów. Silnych, dzikich i szybkich jak huragany ogierów, gotowych stratować przeciwnika na śmierć, aby osiągnąć swój cel. Ogier Tier miał czystą maść bułana, a Ulquiorry posiadał sierść czarniejszą niż jego kruczoczarne włosy. Widocznie przypadli sobie do gustu. Koń był spokojny oraz cierpliwy, podobnie jak ten Harribel.

Każdy podszedł do swojego konia i mozolnie się na niego wspiął. Nie każdy miał doświadczenie w dosiadaniu w tych stworzeń, więc sam Grimmjow spadł z ogiera przynajmniej dziesięć razy, zanim w końcu usiadł stabilnie w skórzanym siodle. Zwierzę też go nie polubiło. Bało się drapieżnika, który go dosiadał. Tier miała podobny problem, ale o wiele łatwiej było jej uspokoić wierzchowca. Shinigami oraz Ulquiorra poradzili sobie lepiej, a po godzinie byli gotowi. Otworzyli trzy Garganty, każdą do innego miejsca.

Kenpachi podszedł do Axeyi, aby przekazać jej dokładniejsze rozkazy. Na jego ramieniu wisiała oczywiście Yachiru, która smuciła się z powodu ich wyjazdu.

-Pamiętaj, jeśli będziesz miała okazję, aby wzmocnić naszą pozycję, a przy okazji pozbyć się paru złych ludzi lub Pustych... nie wachaj się. Wiem, że jesteś w tym dobra. - wyszeptał jej na ucho uśmiechając się przebiegle. Dziewczyna skinęła i pocałowała go ostrożnie.

-Oczywiście, zrobię co do mnie należy. Możesz być tego pewien. Żaden Lannister nie wyjdzie żywy z walki ze mną. - zapewniła go mrucząc, jak dziki kot. - Grimmjow! Jedź pierwszy. - nakazała głośno.

-Nie no, kurwa nie! - warknął spinając wszystkie mięśnie. Koń odruchowo zrobił to co jego jeździec. Kenpachi rzucił mu rządne mordu spojrzenie.

-Jedź! - rozkazał ostro. Ryk shinigami przestraszył konia, a ten ruszył przed siebie wprost do portalu. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, no może poza Ulquiorrą. Kiedy śmiechy umilkły, pozostali pożegnali kapitana i pojechali w swoje strony. Axeya pomachała na pożegnanie swojej rodzinie, po czym zniknęła w ciemnym tunelu prowadzącym do Winterfell.

-Ken-chan, czy oni sobie poradzą? - Yachiru zwróciła się do kapitana. Ten pokręcił głową.

-Na pewno, chociaż jeden z nich potrafi zniszczyć całe miasto. Jeśli nie da się po dobroci, po prostu wymuszą na nich pokój. - odpowiedział surowo. Potem obrócił się na pięcie i wrócił do swoich kwater.