Mowa wężów

Obudziłam się następnego dnia. Leżałam w skrzydle szpitalnym. Miałam zabandażowane przedramiona i łydki. Oszołomiona usiadłam na łóżku i zanim zdążyłam rozejrzeć się po sali, zwymiotowałam.
Pani Pomfrey bez słowa machnęła różdżką i wymiociny zniknęły. Spojrzała na mnie ze współczuciem.
— Wyjątkowo źle reagujesz na ich jad — powiedziała, kręcąc głową. — Wczoraj pogryzło cię kilka falianów, paskudne stworzenia. Od lat ich tu nie było. Profesor Dumbledore i Hagrid próbują się ich pozbyć.
Nic nie powiedziałam. Było mi niedobrze.
— Zostaniesz tu, dopóki nie poczujesz się lepiej — dodała. — Niestety nie jestem w stanie szybko wyleczyć twoich ran, jad skutecznie hamuje działanie moich eliksirów. Wypij to, powinnaś poczuć się lepiej, a następnie zjedz śniadanie.
Pokiwałam głową, przełknęłam strasznie słodki eliksir i z powrotem opadłam na poduszki. Nie ruszałam się, nie chcąc prowokować mojego żołądka i chwilę później zasnęłam.

Nie wiedziałam, jak długo spałam, ale gdy ponownie otworzyłam oczy, śniadanie nadal stało na mojej szafce obok łóżka. W sali nie było nikogo poza spetryfikowanym Colinem, który nadal był zasłonięty parawanem. Ostrożnie usiadłam i z ulgą odkryłam, że czułam się dużo lepiej. Już mnie nie mdliło, dlatego zabrałam się za jedzenie. Niestety podczas najlżejszego ruchu czułam ból na przedramionach. Nie byłam pewna, czy chciałam oglądać swoje ręce, dlatego cieszyłam się, że były zabandażowane.
Gdy skończyłam jeść, pani Pomfrey przyszła zmienić bandaże. Z przerażeniem patrzyłam na odrapane i poranione ręce. Gdzieniegdzie nadal sączyła się krew. Wyglądały okropnie.
— Spokojnie, zagoi się, nie zostanie nawet blizna. Po prostu potrzeba więcej czasu — uspokajała mnie pani Pomfrey, ale jej słowa do mnie nie docierały. Wolałam nie patrzeć, w jakim stanie były moje nogi, więc podczas zmieniania bandażu miałam cały czas zamknięte oczy.
Gdy w końcu skończyła, do skrzydła szpitalnego wszedł profesor Dumbledore.
— Jak się czujesz? — zapytał z troską.
— Lepiej — odpowiedziałam.
— Za kilka dni będziesz jak nowa — odpowiedział. — Rany goją się dłużej, ale potem nie zostaje po nich ślad. Działa to tak nawet bez eliksirów pani Pomfrey. Przez jakiś czas nie musimy się przejmować falianami, pozbyłem się ich z terenu Hogwartu i myślę, że to powinno je odstraszyć na jakieś kilka lat. Jednak poza murami Hogwartu musisz być ostrożna.
— Będę o tym pamiętać.
Chwilę milczeliśmy, a potem profesor poprosił, bym opowiedziała, co się wydarzyło. Spełniłam jego prośbę i dokładnie opisałam stworki z lasu, które mnie uratowały. Profesor Dumbledore był tym wyraźnie zainteresowany. Wypytywał mnie o szczegóły, ale nie potrafiłam zbyt wiele powiedzieć. Miałam wrażenie, że był odrobinę rozczarowany, kiedy wychodził ze skrzydła szpitalnego, ale i sprawiał wrażenie, jakby znalazł kolejny temat do badań. Sama chciałam dowiedzieć się więcej o stworkach z lasu, zawdzięczałam im życie.

Ze skrzydła szpitalnego wyszłam dopiero kilka dni później, kiedy z ran w końcu przestała sączyć się krew. Nie musiałam już ich owijać w bandaże, tylko smarować specjalną maścią. Nadal nie chciałam patrzeć na moje ręce, dlatego cieszyłam się, że było zimno i mogłam chodzić w swetrach z długim rękawem.
Gdy weszłam do Pokoju Wspólnego, miałam wrażenie, że wszyscy byli czymś podekscytowani. Od razu podeszłam do Harry'ego i Rona, którzy siedzieli w fotelach przy kominku.
— Cześć — powiedziałam.
— Isabella! — zawołał Harry z radością. — W końcu cię wypuścili!
— Nie mogłam tam zostać na zawsze — zażartowałam.
— Sporo by cię ominęło — zauważył Ron. — Dziś jest pierwsze spotkanie Klubu Pojedynków, masz ochotę pójść?
Spojrzałam na nich zaskoczona, ale pomyślałam, że takie dodatkowe ćwiczenia mogą się przydać.
— Jasne — odpowiedziałam z uśmiechem. — Kto będzie...? — Nie skończyłam pytania, gdyż przerwała nam Hermiona i temat się urwał.
Wieczorem udaliśmy się do Wielkiej Sali. Było bardzo dużo uczniów, chyba prawie wszystkich zainteresował nowy klub. Wszyscy mieli różdżki i byli bardzo podnieceni. Rozglądając się, zauważyłam Amandę z grupką Krukonów, ale jęk Harry'ego sprawił, że spojrzałam w jego stronę. Jak każdy w sali patrzył na podium, na które wkraczał Gilderoy Lockhart. Ku mojemu zdziwieniu towarzyszył mu Severus.
— Przybliżcie się! Przybliżcie! — zawołał Lockhart. — Czy wszyscy mnie słyszą? Wspaniale! Otóż profesor Dumbledore udzielił mi pozwolenia na zorganizowanie tego małego klubu pojedynków, żebyście potrafili się obronić tak, jak mnie to tyle razy się udało... Jeśli chodzi o szczegóły, wystarczy zajrzeć do moich książek.
Przewróciłam oczami, postanawiając sobie, że na kolejne spotkanie nie przyjdę. Strata czasu, byłam pewna, że od Lockharta raczej nie mogłam nauczyć się nic pożytecznego. Lekcje u każdego innego nauczyciela byłyby wartościowsze.
— Pozwólcie mi przedstawić mojego asystenta — kontynuował Lockhart — profesora Snape'a. Powiedział mi, że trochę się zna na pojedynkach... — zakasłałam, starając się ukryć rozbawienie. Byłam pewna, że Severus był o wiele lepszy w pojedynkach. — ...I zgodził się, jako prawdziwy dżentelmen, pomóc mi w krótkim pokazie, zanim przejdziemy do ćwiczeń. I proszę was, młodzieńcy i dziewczęta, nie lękajcie się o waszego mistrza eliksirów. Kiedy z nim skończę, będzie nadal żywy i cały, nie bójcie się!
— A nie byłoby lepiej, gdyby się nawzajem wykończyli? — mruknął Ron do Harry'ego, ale że stałam przed nimi, również i ja usłyszałam jego uwagę. Odwróciłam się do niego.
— Może założymy się, który z nich wygra?
— Obawiam się, że to oczywiste — mruknął Harry. — Może nawet polubiłbym go, gdyby wykończył Lockharta?
Roześmiałam się, na co kilka osób spojrzało na mnie i prychnięciem zwróciło uwagę, że mam się zamknąć. To również zwróciło uwagę Severusa, który był trochę zaskoczony, widząc mnie wśród uczniów. Dopiero teraz pomyślałam, że mógł nie wiedzieć, że zostałam już wypuszczona ze skrzydła szpitalnego i zrobiło mi się głupio, że nie pomyślałam o tym, żeby go odwiedzić.
Przez chwilę Lockhart tłumaczył, jak wygląda postawa bojowa i rozpoczęli pojedynek. Severus za pomocą zaklęcia Expelliarmus zdmuchnął Lockharta z podwyższenia, który następnie uderzył w ścianę.
— Myślicie, że nic mu się nie stało? — piszczała Hermiona z przerażeniem, podczas gdy kilku Ślizgonów wyło z radości.
— A kogo to obchodzi? — odpowiedzieli jednocześnie Harry i Ron.
Lockhart nie potrzebował dużo czasu, żeby pozbierać się z podłogi i odzyskać pogodę ducha.
— No więc sami widzieliście! — powiedział z uśmiechem, wracając na podium. — To było Zaklęcie Rozbrajające... Jak widzicie, utraciłem różdżkę... Ach, dziękuję, panno Brown. Tak, to był wyśmienity pomysł, żeby im to pokazać, profesorze Snape, ale jeśli wolno mi uczynić pewną uwagę, z góry było wiadomo, co pan zamierza zrobić. Gdybym chciał pana powstrzymać, byłoby to zbyt łatwe. Zgadzam się jednak, że dla młodzieży było to bardzo pouczające...
— Jasne — mruknęłam. — Jeszcze trochę, a uwierzę, że wiedział, co Sev chce zrobić... — Ron zachichotał.
— Dość demonstracji! Teraz poustawiam was w pary. Profesorze Snape, mógłby mi pan pomóc...
Sev patrzył takim wzrokiem na Lockharta, że nie dziwiłam się, że przeszedł od razu do ćwiczeń. Nie minęła nawet chwila, a usłyszałam ojca chrzestnego tuż przy nas.
— Czas, by podzielić drużynę marzeń — zakpił. — Weasley, będziesz partnerem Finnigana. Potter... — Harry automatycznie ruszył w stronę Hermiony. — Nie, nie, Potter — powiedział Severus. — Panie Malfoy, proszę tutaj. Zobaczymy, jak pan sobie poradzi ze słynnym Potterem. A panna Granger może się zmierzyć... z panną Bulstrode.
Potem chwilę z zastanowieniem spojrzał na mnie, a następnie zawołał Julię Bonk. Nie byłam zachwycona jego wyborem, ale nie dałam po sobie tego poznać. Ostatecznie wolałam walczyć z Julią, z którą się tolerowałam niż z Pansy, która nadal mnie nie znosiła. Miałam pewność, że Julia nie będzie chciała mi zrobić krzywdy, żeby nie pokłócić się z Draconem. To dotyczyło również mnie.
— Stańcie naprzeciw swoich partnerów! — krzyknął Lockhart, który wrócił na podium. — Ukłon!
Ukłoniłyśmy się, ale żadna z nas się nie uśmiechała.
— Różdżki w gotowości! — ryknął Lockhart. — Kiedy policzę do trzech, rzucajcie zaklęcia, żeby rozbroić przeciwnika... tylko rozbroić... nie chcemy nowych wypadków. Raz... dwa... trzy...
Postanowiłam zastosować się do polecenia i rzuciłam Expelliarmus. Julia zrobiła to samo, ale o ułamek sekundy byłam szybsza i jej różdżka poleciała prosto do mojej ręki.
— Jeden – zero — powiedziałam z uśmiechem i odrzuciłam jej różdżkę. Po chwili ponownie stanęłyśmy w pozycji bojowej i użyłyśmy tego samego zaklęcia. Było bardzo głośno, ale nie zwracałam uwagi na innych uczniów. Skupiałam się na Julii. Chociaż chciałam spróbować innego zaklęcia, bo ćwiczenie jednego i tego samego trochę zaczynało mnie nudzić, bałam się, że przypadkowo coś jej zrobię. Zastanawiałam się, czy ona miała podobne odczucia, bo również do upadłego rzucała to jedno zaklęcie. Musiałam przyznać, że miała predyspozycje do pojedynkowania się i byłam pewna, że w przyszłości może być w tym naprawdę dobra, jeśli tylko będzie trenować. Zdolności pewnie odziedziczyła po mamie. Udało jej się kilka razy wytrącić mi różdżkę z ręki, ale nie pozostałam jej dłużna. Kiedy Lockhart kazał nam przerwać, remisowałyśmy w naszym pojedynku.
Dopiero wtedy rozejrzałam się po sali. Nad podium unosiła się zielonkawa mgiełka. Neville i Justyn leżeli na podłodze, dysząc ciężko, Ron podnosił szarego jak popiół Seamusa, natomiast Hermiona i Millicenta nadal walczyły. Właściwie to Millicenta górowała, prawie leżąc na Hermionie i trzymając ją w uścisku. Gdy usłyszałam skomlenie Hermiony, podskoczyłam do Ślizgonki i razem z Harrym ją odciągnęłyśmy.
— Millicenta, uspokój się — warknęłam jej do ucha. Tylko spojrzała na mnie, wyrwała się z naszego uścisku, podniosła swoją różdżkę, a następnie podeszła do innych Ślizgonów, nie patrząc ani na nas, ani na Hermionę.
Lockhart obejrzał wyniki pojedynków i pokręcił głową.
— Myślę, że będzie lepiej, jak nauczę was blokowania nieprzyjaznych zaklęć. — Spojrzał na Severusa, któremu rozbłysły oczy i szybko odwrócił wzrok. — Potrzebna będzie para ochotników... Longbottom i Finch-Fletchey, może wy, co?
— To nie jest dobry pomysł, profesorze — rzekł Severus. — Nawet najprostsze zaklęcia w wykonaniu Longbottoma zawsze kończą się tragicznie. To, co zostałoby z Fincha-Fletcheya, musielibyśmy odesłać do szpitala w pudełku od zapałek. — Twarz Neville'a pokryła się rumieńcem wstydu. — Może Malfoy i Potter?
— Znakomity pomysł! — powiedział ucieszony Lockhart i zaprosił chłopców na środek sali. Najpierw próbował coś pokazywać Harry'emu, ale różdżka wypadła mu z ręki. Po chwili rozpoczął się pojedynek.
Draco szybko uniósł różdżkę i ryknął:
Serpensortia!
Rzuciłam się do przodu, doskonale wiedząc, czym skutkuje to zaklęcie. Spanikowałam, bojąc się, że coś się stanie Harry'emu, nie myśląc o tym, że chociaż Severus go nienawidził, nie pozwoliłby, żeby długi, czarny wąż, który właśnie spadł na posadzkę, zrobił krzywdę Harry'emu. Patrząc na wyprężonego węża, gotowego do ataku, bałam się tak bardzo o mojego kuzyna, że miałam gdzieś, że cała szkoła odkryje jedną z moich tajemnic.
— Nie ruszaj się, Potter — wycedził Severus. — Zaraz go usunę... — Stanęłam, opamiętując się.
— Ja to zrobię — krzyknął Lockart i machnął w kierunku węża. Jednak ten nie zniknął, a podskoczył na dziesięć stóp w powietrze i spadł z głośnym pacnięciem. Rozwścieczony, sycząc gniewnie, popełzł prosto do Justyna i znowu uniósł trójkątny łeb, ukazując kły.
Otwierałam usta, by uspokoić węża, ale ktoś był szybszy ode mnie:
Zostaw go! — usłyszałam. Dla większości obecnych był to złowieszczy i niezrozumiały syk, ale ja rozumiałam te słowa i nie potrafiłam uwierzyć, że ktoś poza mną w Hogwarcie używa mowy wężów. Byłam jeszcze bardziej zaskoczona, gdy zorientowałam się, że to Harry wydał ten rozkaz.
Gad opadł na podłogę, potulny jak gumowy wąż ogrodowy i utkwił wzrok w Harrym. Chłopak spojrzał na Justyna z uśmiechem i był zaskoczony, gdy usłyszał od Puchona:
— Pewno uważasz, że to bardzo śmieszne, co?
Chłopak wybiegł z sali, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Severus machnął różdżką i wąż zniknął, ale cały czas patrzył dziwnie na Harry'ego. Wszyscy zaczynali szeptać między sobą i dopiero po chwili zorientowałam się, że Ron i Hermiona ciągną Harry'ego za szatę, żeby go wyprowadzić z Wielkiej Sali. Szybko do nich dołączyłam.
Dopiero gdy doszliśmy do pustego salonu Gryfonów, Ron pchnął Harry'ego na fotel i powiedział:
— Jesteś wężousty. Dlaczego nam nie powiedziałeś?
Co ja jestem? — zapytał Harry.
Wężousty! — powtórzył Ron. — Potrafisz rozmawiać z wężami!
— Wiem — powiedział Harry. — To znaczy... już raz to zrobiłem. Niechcący wypuściłem z klatki boa dusiciela... w ogrodzie zoologicznym, to dłuższa opowieść... a ten wąż powiedział mi, że nigdy nie był w Brazylii... Zresztą ja go wypuściłem, nie zdając sobie z tego sprawy... To było... no, kiedy jeszcze nie wiedziałem, że jestem czarodziejem.
Z chęcią usłyszałabym tę historię, zastanawiając się, czy to nie wydarzyło się podczas urodzin Dudleya, o których już coś słyszałam.
— Boa dusiciel powiedział ci, że nigdy nie był w Brazylii? — powtórzył Ron.
— No i co z tego? Założę się, że w Hogwarcie co drugi potrafi rozmawiać z wężami.
— Mylisz się — powiedział Ron. — To rzadka umiejętność. Paskudna umiejętność, Harry.
— O co ci chodzi? — zapytał Harry. — Odbiło wam wszystkim? Przecież gdybym nie powiedział wężowi, żeby zostawił Justyna w spokoju...
— Ach, więc to mu powiedziałeś?
— Co jest z tobą? Przecież byliście tam... słyszeliście.
Poczułam, że nadszedł moment, żeby się wtrącić i wyjawić jeden z moich sekretów.
— Problem w tym, Harry, że tylko ja zrozumiałam, co powiedziałeś. Dla reszty był to niezrozumiały syk, który podobno brzmi nieprzyjemnie. Dlatego Justyn spanikował, pewnie pomyślał, że drażnisz węża czy coś w tym rodzaju.
Harry, Ron i Hermiona spojrzeli na mnie z zaskoczeniem.
— Ja mówiłem w innym języku? — zapytał Harry po chwili milczenia — Ale... ja sobie z tego nie zdawałem sprawy... Niby jak mogłem mówić w obcym języku, nie wiedząc, że to robię?
Też mnie to dziwi — powiedziałam mową wężów, na co Ron wyraźnie zbladł. — Ja wiem, kiedy go używam.
— Może mi powiecie, co było złego w tym, że przeszkodziłem wielkiemu, ohydnemu wężowi w odgryzieniu Justynowi głowy? Czy to takie ważne, jak to zrobiłem, skoro Justyn nie musiał przyłączyć się do polowania bez głów?
— To jest ważne — odezwała się w końcu Hermiona. — Bo... widzisz... z tego właśnie słynął Salazar Slytherin. Z rozmawiania z wężami. To dlatego godłem Slytherinu jest wąż.
— Tak właśnie było — dodał Ron, patrząc na zaskoczonego Harry'ego. — A teraz cała szkoła myśli, że jesteś jego pra-pra-pra-pra-wnukiem...
— Ale przecież nie jestem! — krzyknął wystraszony Harry.
— Trudno ci to będzie udowodnić — zauważyła Hermiona. — Slytherin żył około tysiąca lat temu. Z tego, co wiemy, wynika, że możesz być jego potomkiem.
Harry spojrzał na mnie jak na ostatnią deskę ratunku.
— Czyli oboje możemy być...?
— Nie wiem, Harry — powiedziałam. — Zawsze byłam pewna, że tę umiejętność odziedziczyłam po moim ojcu... Znaczy się, po jego rodzinie — szybko się poprawiłam, ale Hermiona obserwowała mnie badawczo. Bałam się, że to zachęci ją do grzebania w dziejach moich przodków. Chociaż Blackowie byli znani z używania czarnej magii i popierania czarnoksiężników, nigdy nie posądzono żadnego z członków rodu o umiejętność rozmawiania z wężami. Byłam świadoma, że Hermiona, jeśli będzie chciała, szybko to odkryje i zacznie zadawać sobie pytanie, kim naprawdę jest mój ojciec. A od tego tylko krok, do rozwiązania zagadki: w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat chyba tylko jedna osoba była z tego znana: mój ojciec.
— Ale istnieje szansa, że jednak jesteśmy... jego przodkami? — zapytał.
— Nie mniejsze niż w przypadku innych rodzin czystej krwi — odpowiedziałam, ale jego to nie uspokoiło. Nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Ja byłam pra-pra-pra-pra-wnuczką Slytherina, ale to nie miało nic wspólnego z Harrym. Zastanawiałam się, czy to był właściwy moment, żeby zdradzić im moją ostatnią tajemnicę, ale jak zwykle stchórzyłam.


Redakcja & korekta: as_ifwhat