Przypuszczenia i tajemnice
Następnego dnia odwołano zielarstwo z powodu śnieżycy. Postanowiłam więc skorzystać z okazji i zajrzeć do profesora Dumbledore'a. Musiałam z kimś porozmawiać o Harrym, a w tej sprawie był on jedyną osobą, która mogła wiedzieć coś więcej i choć trochę mnie uspokoić.
Na szczęście dyrektor był w swoim gabinecie i zachęcająco skinął na krzesło, żebym usiadła.
— W czym mogę ci pomóc? — zapytał, patrząc na mnie z uwagą.
— Pewnie już pan słyszał, że Harry jest wężousty — powiedziałam. Dumbledore ze spokojem skinął głową, jednak nie odezwał się ani słowem.
— Czy... istnieje możliwość, że Harry jest potomkiem Slytherina?
— Nie sądzę — odpowiedział ze spokojem. Spojrzałam na niego zaskoczona.
— Nie? To skąd Harry...
— Mam pewne podejrzenia — przerwał mi Dumbledore. — Ale niestety nadal nie mam pewności, czy są słuszne.
— Czy to ma związek z moimi wizjami?
Chwilę czekałam, zanim profesor odpowiedział:
— Tak myślę. Obawiam się, że coś was łączy, stąd te wizje i umiejętności Harry'ego. Niestety nadal nie mogę...
— ...powiedzieć, o co chodzi — dokończyłam z westchnięciem. — Więc tym też mam się nie przejmować? Że Harry jest wężousty i wszyscy myślą, że to on jest dziedzicem Slytherina? Że on sam tak myśli, obawia się tego?
— Gdybym miał pewność, powiedziałbym ci. Niestety nie chcę, żebyś uwierzyła w teorię, która być może nie jest prawdziwa — odpowiedział ze spokojem. Profesor niewiele mi pomógł, ale czego ja się właściwie spodziewałam?
— Panie profesorze — powiedziałam, myśląc o mojej rozmowie z Amandą sprzed kilku dni. — Czy wie pan, kto otworzył Komnatę Tajemnic?
— Mam pewne podejrzenia — odpowiedział. — Właściwie jestem tego pewien, ale nadal nie wiem, w jaki sposób to zrobił.
— Czy podejrzewa pan Vol... — zaczęłam, ale przerwało mi pukanie do drzwi. Po chwili weszła do środka profesor McGonagall, więc pożegnałam się z dyrektorem. W drodze do wieży myślałam o profesorze. Chociaż nie wiedziałam, co powiedziałby o teorii Amandy, uspokoiło mnie, że już wiedział, kto jest sprawcą ataków. Teraz pozostało tylko odkryć, w jaki sposób została otwarta.
Jeszcze przed pierwszą lekcją doszło do kolejnego ataku. Tym razem ofiarami był Justyn oraz... Prawie Bezgłowy Nick. O ile do tej pory ludzie byli zaniepokojeni, tym razem wpadali w prawdziwą panikę: Co mogło spetryfikować ducha? Wszyscy rezerwowali miejsca w pociągu jadącym do Londynu, chcąc spędzić święta w domu. Tego roku tylko kilkoro uczniów planowało zostać w zamku. Byłam jednym z nich, nie mogłam się doczekać świąt spędzonych z Severusem. Ku mojemu zaskoczeniu, również Draco postanowił zostać, mówiąc, że chciałby je spędzić ze mną. Cieszyłam się z tego, że przez kilka dni będę miała ich obu na własność.
Również Harry nie wracał na święta do Dursleyów. Ostatnie dni przed przerwą świąteczną nie były dla niego łatwe, szczególnie że gdy odkryto Nicka i Justyna, on był przy nich. Na dodatek, po incydencie w trakcie spotkania klubu pojedynków, ludzie zaczęli naprawdę wierzyć, że to właśnie on był dziedzicem Slytherina. Kolejny atak tylko ich utwierdził w tym przekonaniu.
Oczywiście nie wszyscy w to wierzyli. Jedną z tych osób był Draco.
— Wiesz, co mnie najbardziej wkurza? — zapytał podczas jednego z naszych spotkań. Udało nam się wyjść na dwór, chociaż było bardzo zimno. — Że wszyscy myślą, że Potter jest dziedzicem Slytherina.
— Tak jest lepiej — odparłam.
— Wcale nie! Przecież ty nim jesteś! Nie atakujesz, nie otworzyłaś Komnaty, tego jestem pewien, ale to w twoich żyłach płynie krew samego Slytherina! — Draco był oburzony, że się tym nie przejmowałam.
— Wolę, żeby myśleli, że Harry nim jest, ponieważ prędzej czy później okaże się, że to bzdura i że on wcale nie otworzył Komnaty. A jeśli dowiedzą się o moim pokrewieństwie ze Slytherinem, nie będę mogła zaprzeczyć prawdzie. Wtedy też nie będę miała żadnego argumentu przeciw oskarżeniu, że to ja atakuję. A już szczególnie kiedy odkryją, kim był mój ojciec... Wiesz, bzdury typu niedaleko pada jabłko od jabłoni...
— Ale...
— Nie ma żadnego ale. Jest to nieprzyjemna sytuacja dla Harry'ego, ale dla mnie bezpieczniejsza. Przynajmniej na razie.
Draco nadal nie wyglądał na przekonanego, ale nie kłócił się. Chciał dodać coś jeszcze, ale szybko zmieniłam temat, zastanawiając się na głos, co będziemy robić w święta. Nie mogłam się doczekać, szczególnie że wszystko wskazywało na to, że w szkole zostaje naprawdę mało osób.
Kiedy Isabella była na spacerze z Malfoyem, poszłam do biblioteki. Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o niej i jej rodzinie. Ciągle miałam wrażenie, że coś było nie tak i sama zaczynała gubić się w tym, co mówiła. Najpierw zaczęłam szukać informacji o jej ojcu: Syriuszu Blacku, a właściwie Potterze i jego rodzinie. Po godzinie czytania informacji o tym rodzie byłam pewna jednego: Black nie mógł być jej ojcem. Chociaż we wszystkich dokumentach wpisano właśnie jego jako ojca, do dziś pamiętałam, jak pierwszego dnia w Hogwarcie, na uczcie po Ceremonii Przydziału powiedziała: „Moi rodzice byli czarodziejami, ale dziadek od strony ojca był mugolem". Problem w tym, że Orion Black, teoretycznie jej dziadek, na pewno był czarodziejem. Zaś „a tata zaginął i nikt nie wie, gdzie on jest" było kłamstwem, bo każdy wiedział, że Syriusz znajdował się w Azkabanie. Wystarczyło tylko wspomnieć jego nazwisko, a każdy potrafił powiedzieć, co takiego zrobił, że trafił do więzienia.
Potem szukałam informacji o osobach posługujących się mową węży. Niestety moje poszukiwania nie dały rezultatu. Nigdzie nie znalazłam żadnej wzmianki, żeby ktokolwiek z rodu Blacków miał tę umiejętność. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat tylko Ten, Którego Imienia Nie Można Wymawiać porozumiewał się z wężami. Jeśli ktoś jeszcze poza nim to potrafił, ukrywał tę umiejętność przed czarodziejami.
Byłam zła i sfrustrowana. Co z tego, że wiedziałam, że Isabella kłamała o swoim ojcu, skoro nadal nie wiedziałam, kim on jest? Byłam pewna, że musiała mieć ważny powód, aby to ukrywać i w tej sprawie okłamywać wszystkich.
Starałam się przypomnieć, co jeszcze o nim mówiła. Co powiedziała po spotkaniu Klubu Pojedynków? „Zawsze byłam pewna, że tę umiejętność odziedziczyłam po moim ojcu". Potem starała się poprawić, że chodziło jej o jego rodzinę, ale podejrzewałam, że nawet chłopcy wiedzieli, że kłamała. To zdanie wyszło z jej ust tak naturalnie, że byłam pewna, że było prawdziwe. Jednak na niewiele mi się przydała ta informacja, przecież nie wiedziano, kto jeszcze poza Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać potrafił porozumiewać się z wężami. Chyba że była jego córką.
Uśmiechnęłam się do siebie. Ta myśl wydawała mi się absurdalna, ale nawet po dłuższej chwili nie potrafiłam się od niej uwolnić. Czy to było w ogóle możliwe? Czy on mógłby być jej ojcem?
Po chwili przypomniałam sobie legendy o jego dziecku. Zaczęłam szukać informacji na ten temat. Nie było ich wiele, poza tym, że podejrzewano, że powinno być mniej więcej w moim wieku. Oczywiście o ile ono istniało, ale podobno w każdej legendzie jest ziarenko prawdy. Komnata Tajemnic to potwierdzała.
Chociaż z tych strzępków informacji, które wiedziałam o Isabelli i jej ojcu, wynikało to, że Voldemort mógłby być jej ojcem, nie mogłam w to uwierzyć. Chociaż nie znalazłam zbyt wiele informacji na temat jego pochodzenia i rodziny, Isabella sama kiedyś powiedziała, że on był półkrwi. Teoretycznie było możliwe, że jest jej ojcem, ale czy było to prawdą? Oczywiście mogłam ją zapytać i zobaczyć, jak zareaguje, ale nie chciałam rzucać takich oskarżeń. Jeśli to nie było prawdą, mogłaby mi nigdy nie wybaczyć, że przyszło mi to na myśl.
Miałam mętlik w głowie i mnóstwo informacji, z których nie potrafiłam zrobić użytku. Jednak nawet jeśli Isabella była jego córką, wcale nie oznaczało, że jest w jakikolwiek sposób związana ze Slytherinem, a nawet jeśli, nie wierzyłam w to, że ona mogłaby otworzyć Komnatę Tajemnic.
A może po prostu się myliłam i to był tylko przypadek? Jednak coś mi mówiło, że zbyt wiele przypadków zebrało się wokół niej. Gdyby tylko nie była taka tajemnicza... Ale jeśli to wszystko było prawdą, na jej miejscu również bym twierdziła, że moim ojcem jest Syriusz Black. Co do tego nie miałam wątpliwości.
Po przyjściu ze spaceru miałam wrażenie, że Hermiona mi się przyglądała. Nie wiedziałam, co nią kierowało i trochę mnie to przerażało, bo sprawiała wrażenie, jakby chciała mnie przejrzeć na wylot i odkryć moje najskrytsze tajemnice. Starałam się ją ignorować i skupiać na Harrym, który był w kiepskim nastroju. Ludzie obchodzili go szerokim łukiem, szeptali i pokazywali palcami, co go irytowało. Tylko Fred i George dowcipkowali z podejrzeń, że Harry jest dziedzicem Slytherina i chociaż Percy i Ginny nie widzieli w tym nic zabawnego, zauważyłam, że te żarty poprawiają mu humor. Oczywiście mogłam sprawić, że ludzie odczepiliby się od Harry'ego, ale musiałabym słono za to zapłacić. Wiele razy zastanawiałam się, jak taki tchórz jak ja mógł trafić do Gryffindoru.
Kolejne dni mijały i nie przynosiły żadnych zmian. Ludzie dalej omijali Harry'ego z daleka, ja wciąż milczałam, chociaż część mnie chciała mu powiedzieć wszystko, a Draco często miał wściekłą minę, bo nikt nie zwracał na mnie uwagi. Czasami nie byłam pewna, czy naprawdę rozumiał, dlaczego chciałam to wszystko zachować w tajemnicy.
W końcu nadeszła przerwa świąteczna i większość uczniów udała się do swoich domów. W wieży Gryffindoru zostało tylko kilka osób: ja, Harry, Hermiona i wszyscy Weasleyowie, ponieważ nie mieli ochoty jechać z rodzicami do Egiptu, aby odwiedzić brata. W pozostałych domach wyglądało to podobnie: w zamku została zaledwie garstka uczniów.
Dzień przed Bożym Narodzeniem Severus zaskoczył mnie propozycją odwiedzenia Hogsmeade. Nie wierzyłam, że naprawdę mogłam odwiedzić tę najsłynniejszą wioskę. Normalnie było to dozwolone dopiero od trzeciego roku, a więc musiałabym poczekać jeszcze kilka miesięcy, ale profesor Dumbledore zgodził się, gdy Severus poprosił go o zrobienie dla mnie wyjątku.
Po śniadaniu pożegnałam się z Gryfonami, którzy właśnie ćwiczyli pojedynki w Pokoju Wspólnym. Przejęta szłam w kierunku wyjścia z zamku, gdzie umówiłam się z Severusem. Gdy tam dotarłam, mój ojciec chrzestny już na mnie czekał.
— Gotowa? — zapytał. Z uśmiechem skinęłam głową. — Ubrałaś się ciepło?
— Oczywiście, że tak — odpowiedziałam. Miałam na sobie najgrubszy płaszcz, ciepły szalik, który był tak długi, że pięciokrotnie owinęłam nim szyję, grubą czapkę oraz bardzo ciepłe rękawiczki. Podejrzewałam, że w tym zestawie nie zmarzłabym nawet na Syberii, nie mówiąc o Hogsmeade. Severus z uwagą mnie obejrzał i gdy w końcu uznał, że jestem wystarczająco ciepło ubrana, wyszliśmy z zamku. Przez kilka ostatnich dni padał śnieg, więc porobiły się zaspy, ale Sev odgarniał je za pomocą zaklęcia, więc wędrówka była przyjemna.
Kiedy w końcu znaleźliśmy się w wiosce, rozejrzał się. Zaskoczyło mnie, że na ulicy nie było żywego ducha.
— Pusto tu — powiedziałam, przyglądając się choinkom i innym Bożonarodzeniowym dekoracjom. Były przepiękne.
— Zazwyczaj tak jest — odpowiedział. — W wiosce nie mieszka zbyt wielu ludzi, a w taką pogodę wolą raczej siedzieć w domach albo spotkać się w pubie. Tutaj tłumy są tylko podczas ważnych uroczystości w Hogwarcie, na które mają wstęp czarodzieje spoza szkoły oraz oczywiście w dniach, kiedy uczniowie Hogwartu mogą tu spędzić dzień.
— Od czego zaczniemy? — zapytałam, zastanawiając się, co było tu ciekawego. Liczyłam na to, że Severus spisze się jako przewodnik.
— Może od najnudniejszej rzeczy — uśmiechnął się i złapał mnie za rękę. Ku mojemu zdziwieniu wyszliśmy z wioski.
— Myślałam, że chcesz mi pokazać Hogsmeade — zaprotestowałam, kiedy prowadził mnie po dość szerokiej ścieżce.
— Najpierw pokażę ci Wrzeszczącą Chatę, która jest trochę na uboczu. — Wyjaśnił i milczał, dopóki nie stanęliśmy niedaleko niej. Spojrzałam na opuszczoną ruderę i zastanawiałam się, co było w niej ciekawego. Na pierwszy rzut oka mogłam stwierdzić, że nawet jakbym chciała, nie dałabym rady wejść do środka. Okna i drzwi były zabite deskami, nadając jej tak złowrogi wygląd, że nie odważyłabym się do niej podejść bliżej.
— Kiedy byłem uczniem Hogwartu, dom był zamieszkiwany przez hałaśliwe duchy — zaczął Severus. — W każdym razie tak wszyscy myślą.
— A nie były to duchy? — zapytałam. Severus uśmiechnął się złośliwie.
— Ależ skąd. Jednakże co miesiąc było słychać okropne hałasy, więc powstała taka pogłoska, a Dumbledore ją podtrzymywał.
— To, co tak hałasowało? — Byłam zaciekawiona.
— Pamiętasz, co mówiłem o przyjaciołach twojej mamy? — zapytał. Nie odezwałam się, bo nie wiedziałam, co miał na myśli. — A dokładniej mówiąc, co mówiłem o Lupinie?
— Remusie Lupinie? — zapytałam. Próbowałam sobie przypomnieć, co wtedy o nim usłyszałam. Pamiętałam, że był w Zakonie Feniksa, ale na pewno nie o to chodziło. Dopiero po chwili przypomniałam jedną opowieść Severusa z tegorocznych wakacji. — Był wilkołakiem — powiedziałam niepewnie. Severus bacznie mnie obserwował. Ponieważ nie zareagował w żaden sposób, wiedziałam, że właśnie o to mu chodziło. Potrzebowałam jeszcze chwili, by skojarzyć wszystkie fakty. — A więc przemiany przechodził właśnie tu? We Wrzeszczącej Chacie?
— Zgadza się. Jako wilkołak nieźle hałasował.
— Czyli tunel, którego wejście znajduje się w Wierzbie Bijącej, prowadzi tutaj?
Severus skinął głową.
— Nigdy nie było tu żadnych duchów, tylko jeden młody wilkołak. Oczywiście nikt o tym nie wiedział, z wyjątkiem kilku wtajemniczonych osób. Dlatego mam do ciebie prośbę: nikomu nie zdradzaj tego, co właśnie ode mnie usłyszałaś. Jakby ktoś pytał, powiedz, że było tu kilka hałaśliwych duchów, które po kilku latach się stąd wyniosły.
— Ok — powiedziałam, patrząc z ciekawością na dom. Prawdziwa historia była znacznie ciekawsza. Nic dziwnego, że dom wyglądał, jakby nie można było do niego wejść. Pewnie musiał być zabezpieczony tak, żeby wilkołak nie zdołał się z niego wymknąć.
Redakcja & korekta: as_ifwhat
