Zdradzona przyjaźń

Zerwałam się, nie wierząc własnym uszom. W tym samym momencie ogarnęło mnie uczucie szoku, jakby nie moje, chociaż sama czułam się podobnie, ale gdy dotarł do mnie strzępek myśli: to niemożliwe, zrozumiałam, że znów odbierałam uczucia Harry'ego.
Każdy mnie obserwował, czekając na moją reakcję. Przez chwilę nie byłam w stanie się poruszyć czy cokolwiek powiedzieć. W uszach wciąż słyszałam słowa Neville'a, jakby je powtarzał bez przerwy. To nie mogła być prawda. Nie chciałam w to wierzyć.
Dopiero po kilku wdechach spojrzałam na niego i siląc się na spokój, powiedziałam cicho, co i tak każdy usłyszał:
— Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś.
Ze stolika podniosłam swoją różdżkę i wybiegłam z pokoju wspólnego, nie zwracając uwagi na wołania Harry'ego i Rona. Nie chciałam wiedzieć, co mieli mi do powiedzenia. Nie chciałam im niczego tłumaczyć. Po prostu nie potrafiłam spojrzeć im w oczy.

Wściekła zmierzałam w stronę Wielkiej Sali. Nadal miałam nadzieję, że to, co powiedział Neville, nie było prawdą, ale zdawałam sobie sprawę, że moje nadzieje były złudne. Skąd Neville czy ktokolwiek inny mógł o tym wiedzieć? Draco, poza nauczycielami i Amandą, był jedyną osobą, która dokładnie wiedziała, kim jestem i kim jest mój ojciec. Do tego dnia. Teraz cały świat czarodziei miał poznać prawdę i bałam się konsekwencji. Znałam poglądy fanatyków, którzy wierzyli, że tylko moja śmierć jest w stanie doprowadzić do klęski Voldemorta. Co gorsza, zastanawiałam się, czy nie mają racji.
W Wielkiej Sali było mniej uczniów, niż się spodziewałam. U szczytu sali zauważyłam tylko Severusa rozmawiającego z profesorem Dumbledore'em. Miałam wrażenie, że nie zdają sobie sprawy z tego, co właśnie robił Draco i o czym szepczą wszyscy ludzie znajdujący się w sali. Byli tak pochłonięci rozmową, że żaden z nich nie zwrócił na mnie uwagi – a wszyscy uczniowie na mój widok zamilkli, jakbym miała ich pozabijać, jeśli wypowiedzą tylko słowo – więc i ja nie przejmowałam się ich obecnością.
— Nie wierzę w to. — Usłyszałam słowa wypowiedziane słodkim głosikiem Julii. — Ona jego córką? To pewnie jakiś głupi żart.
— Ileż razy mam mówić, że to nie jest żart? Myślisz, że przyjaźnilibyśmy się, gdyby ona była córką Blacka... przepraszam, Syriusza Pottera? Myślisz, że mój tata marnowałby czas dla córki kogoś takiego jak on? Nawet jeśli jej ojcem chrzestnym jej Snape... Z pewnością nie. Jestem zdumiony, że do tej pory nikt nie odkrył tego, kim naprawdę jest... — Nie wierzyłam własnym uszom. Nie byłam pewna, czy Draco źle to ujął, czy naprawdę przyjaźnił się ze mną tylko dlatego, że byłam córką Voldemorta. W tej chwili gorąco pragnęłam, by okazało się to koszmarem, z którego zaraz się wybudzę i wszystko będzie po staremu. Niestety, nadal w nim tkwiłam i stojąc kilka kroków od nich, słyszałam ich rozmowę.
— Twierdzisz, że jest również potomkinią Salazara Slytherina.— Nie wiedziałam dlaczego, ale ucieszyło mnie zwątpienie w głosie Julii.
— Sama możesz sprawdzić, że Sam-Wiesz-Kto chwalił się, że jest prapraprawnukiem Slytherina. Chwalił się tym, gdy doszedł do władzy — odparł Draco, udając znudzonego, jednak znałam go tak dobrze, że wiedziałam, że pławi się w zainteresowaniu Julii i innych otaczających ich Ślizgonów, którzy jak ja słuchali każdego słowa.
— Czyli to ona napadła na wszystkich...? — spytał chłopak z piątej czy szóstej klasy, którego dość słabo kojarzyłam.
— Nie wiem — odpowiedział szczerze. — Powiedziałbym, że nie, wydaje mi się za dobra, żeby zrobić coś takiego, ale... jej pochodzenie wskazuje na to, że to ona otworzyła Komnatę Tajemnic... — Kilka godzin wcześniej uznałabym, że kłamał, ale w tym momencie nie byłam tego pewna. Czy on naprawdę tak myśli? Czy naprawdę mi nie wierzył?
— Jak mogłeś? — spytałam cicho. Uwaga wszystkich Ślizgonów skupiła się na mnie. Draco wstał i patrzył na mnie... ze strachem. Z jednej strony przerażało mnie, że człowiek, którego całe życie uznawałam za przyjaciela, bał się mnie tak bardzo, że zbladł, przypominając barwą duchy krążące po szkole. Z drugiej strony bawiło mnie to i czułam pewną satysfakcję. Wiedział, kim jestem, ale postanowił wyjawić moją tajemnicę. Mimo że wydawałam mu się za dobra, sam wyraził zwątpienie, że nie jest w stu procentach pewny, do czego jestem zdolna i teraz ze strachem czekał na to, co zrobię.
Nie zamierzałam go zabić, nawet jeśli o tym myślał. Na to zdecydowanie byłam za dobra.
— Czy wszystkie obietnice nic dla ciebie nie znaczą? Myślisz, że nawet jeśli się z kimś pokłócisz, to możesz wyjawić wszystko, czego dowiedziałeś się od tej osoby? — Byłam pewna, że to niemożliwe, ale Draco zbladł jeszcze bardziej. — Zawiodłeś mnie i wiem, że już nigdy ci nie zaufam. — W tamtej chwili byłam pewna, że Draco nie jest w stanie odbudować zaufania, którym go darzyłam, ale już nie raz los śmiał się nam w twarz, sprawiając, że nie ma rzeczy niemożliwych.
Zerwałam wisiorek, który dostałam od niego na jedenaste urodziny i od tamtej pory cały czas nosiłam na szyi. Chwilę ważyłam go w dłoni, po czym rzuciłam prosto pod nogi Dracona, mając nadzieję, że zrozumie ten jasny przekaz: już nie jesteśmy przyjaciółmi i nigdy nie będziemy.
Odwróciłam się i zaczęłam odchodzić.
— Isabella, zaczekaj! — Usłyszałam. Zirytowana i głęboko zraniona stanęłam i powoli odwróciłam się do niego. Kątem oka zauważyłam Amandę, która przypatrywała się scenie bez cienia zaskoczenia na twarzy, ale i ze współczuciem.
— Przepraszam... — Nie wierzyłam własnym uszom. Przed chwilą powiedział całej szkole, że jestem córką Voldemorta i prawdopodobnie napadam na uczniów. Naprawdę myślał, że zwykłe „przepraszam" załatwi całą sprawę? — Ja... nie wiem, co mnie podkusiło.
— Obawiam się, że wiesz — odparłam. Nieustanna walka o bycie popularnym. Już dawno zauważyłam, że zazdrościł tego Harry'emu. Mając możliwość pięciu minut zainteresowania, bez wahania ją wykorzystał, nie bacząc na konsekwencje. — Jesteś po prostu świnią.
Draco otworzył usta, ale zanim cokolwiek powiedział, machnęłam różdżką. Po chwili na jego miejscu stała różowa, chuda świnia, która z paniką rozglądała się dookoła.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku wyjścia. Czułam, jak w oczach zbierają mi się łzy i miałam nadzieję, że gdzieś się ukryję, zanim ktokolwiek je zauważy. O niczym innym nie marzyłam w tym momencie, jak być samą.
— Potter! — Usłyszałam McGonagall. Byłam zaskoczona, nie zauważyłam, kiedy pojawiła się w Wielkiej Sali. — Minus pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru za używanie czarów na innych uczniach.
Spojrzałam na nią z wisielczym nastrojem. Tylko tego mi brakowało. Jednocześnie pomyślałam: co z tego? Kogo obchodzą jakieś głupie punkty. Zanim zdążyłam zrobić kolejny krok, usłyszałam słowa McGonagall, które zdumiały nie tylko mnie, ale i wszystkich zgromadzonych.
— I plus trzydzieści pięć punktów za doskonałą transmutację.
Nie byłam pewna, czy profesor się do mnie uśmiechnęła, ponieważ jej twarz zaczęła mi się zamazywać. Czułam, że dłużej nie wytrzymam. Szybkim krokiem wyszłam z Wielkiej Sali, a na zewnątrz puściłam się biegiem. Wybiegłam ze szkoły, kierując się w stronę Zakazanego Lasu. Chciałam być sama, a to było pierwsze miejsce, które przyszło mi do głowy. Usiadłam między drzewami, ale niezbyt głęboko, więc spomiędzy zarośli widziałam zamek oraz chatkę Hagrida. Dopiero gdy rozejrzałam się i upewniłam, że nikogo nie było wokół, pozwoliłam popłynąć łzom. Zaczęłam płakać tak, jak jeszcze nigdy w życiu. Czułam, jak moje złamane serce rozpadło się na dwa kawałki i wiedziałam, że nawet jeśli czas je uleczy, już na zawsze zostanie na nim blizna. Zdrada przyjaciela, osoby, której najbardziej się ufa, jest najgorszym, co może spotkać człowieka i zmienia go na zawsze.

Nie wiem, jak długo tam siedziałam, ale wiedziałam, że prędzej czy później ktoś mnie odnajdzie. Cieszyłam się, że osobą, która odkryła moją kryjówkę, był profesor Dumbledore. Nie wiedziałam dlaczego, ale nie chciałam w tym momencie widzieć nikogo innego, nawet Severusa.
— Przeziębisz się — powiedział cicho, wyczarowując koc, który mnie odkrył. Byłam tym trochę zaskoczona, ponieważ nie czułam chłodu, mimo że siedziałam w samym swetrze, a wokoło leżał śnieg. Byłam tak bardzo pochłonięta złamanym sercem, że nie zwracałam uwagi na całą resztę.
Profesor usiadł obok mnie i przez chwilę milczeliśmy.
— Dlaczego on to zrobił? — zapytałam cicho. Nie sądziłam, że ktokolwiek byłby w stanie odpowiedzieć na to pytanie, ale musiałam je chociaż raz zadać na głos.
— Czasem trudno wyjaśnić zachowanie ludzi — powiedział równie cicho. — Myślę, że jeśli ktokolwiek może zrozumieć motywy pana Malfoya, to tylko ty.
— Obawiam się, że nawet ja nie jestem w stanie…
Przez chwilę było słychać tylko mój głośny oddech.
— Dla wielu osób był to szok. — Profesor odezwał się po dłuższej chwili. — Ale szybko się do tego przyzwyczają.
Wiedziałam, że myślał o reakcji innych na informację, że jestem córką Voldemorta.
— Nie w tej sytuacji — powiedziałam. — Dopóki Komnata Tajemnic jest otwarta, będę ich główną podejrzaną.
— Nie wszyscy w to wierzą — odparł spokojnie. — Jestem pewien, że twoi przyjaciele na czele z Harrym są pewni, że to nie ty atakujesz innych. Panna Mayek powiedziała wprost, że jej zdaniem Voldemort otworzył komnatę.
— W końcu przyszła do pana? — zapytałam.
— Dzisiaj. Ucięliśmy interesującą pogawędkę — odpowiedział.
— Myśli pan, że ona ma rację?
— Och, jestem pewien, że prawidłowo wytypowała sprawcę, przy okazji podsuwając mi ciekawą teorię, w jaki sposób to robi. Myślę, że jest jedną z najmądrzejszych i najbardziej dociekliwych osób w całej szkole.
Zaśmiałam się cicho, pierwszy raz tego wieczoru.
— O tak, jest niesamowicie uzdolniona, jeśli chodzi o wyszukiwanie i kojarzenie informacji. Już na początku pierwszego roku odkryła, kim jest mój ojciec.
— I nadal się przyjaźnicie — odpowiedział spokojnie.
— Tak, nie przestraszyło jej to. — Nie mogłam ukryć uśmiechu radości, gdy przypomniałam sobie naszą rozmowę, podczas której wyjawiła mi, że wie, kim jest mój ojciec. Gdy potwierdziłam, chciała dowiedzieć się o tej historii jeszcze więcej i nigdy nikomu tego nie zdradziła.
— Innych też nie przestraszy — stwierdził. — Daj im tylko trochę czasu, a wszystko wróci do normy.
Rozmawialiśmy jeszcze trochę. Odważyłam się również zapytać o to, czy nie mam może rodzeństwa, ale Dumbledore stanowczo zaprzeczył. Nie pozostawało mi nic innego niż uwierzyć w to, że to mój ojciec otworzył komnatę. Następnie profesor namawiał mnie na powrót do Wieży Gryffindoru i rozmowę z przyjaciółmi, jednak bałam się tego. Dziecinnie wierzyłam, że jeśli się to odwlecze, nie będzie to tak trudne. W końcu dyrektor ugiął się i powiedział, że jeśli jeszcze nie czuję się gotowa, mogę spędzić noc z jednorożcami. Po tych słowach mnie zostawił i rozważałam wszystkie za i przeciw. Wiedziałam, że jeśli nie dziś, będę musiała wrócić następnego dnia i w końcu spojrzeć w oczy Harry'emu. Ponieważ do pełni zostało jeszcze kilka dni, wolałam spędzić tę noc w swoim łóżku niż na Polanie Jednorożców.
Wzięłam głęboki wdech i przygotowując się na najgorsze, ruszyłam w kierunku zamku. Próbowałam ułożyć sobie w głowie, co powiem Harry'emu i reszcie, ale miałam taki mętlik, że tylko bardziej się stresowałam i ręce zaczęły mi się trząść. Stanęłam na kamiennych schodach prowadzących do głównego wejścia i chwilę rozważałam, czy jednak nie zawrócić. W końcu zebrałam całą swoją odwagę i weszłam do środka.


— Nic nam nie powiedziała! — wykrzyknął Fred, który nadal był w ogromnym szoku. Bliźniacy nadal nie mogli uwierzyć w to, czego się właśnie dowiedzieli. Jednak zarówno zachowanie Isabelli, jak i nauczycieli wskazywało, że to była prawda. — Ona córką Sami-Wiecie-Kogo? Zawsze twierdziła, że to Black jest jej ojcem!
— Dziwisz jej się? — zapytał Paul. — Mając Sami-Wiecie-Kogo za ojca i Syriusza Blacka za ojczyma, też bym tak twierdził... Wiecie, z dwojga złego... Poza tym w tym jest coś jeszcze. Nie sądzę, żeby ta historia została wymyślona bez powodu…
— Babcia mi o niej opowiadała — wtrącił się Neville. — Mówię o córce Sami-Wiecie-Kogo... Nikt nie wiedział, kim ona jest, ale zanim zniknął, szukała jej banda szaleńców… Właściwie nie było wiadomo, jakiej płci było jego dziecko, ale chcieli je odnaleźć i zabić…
— Co to miało dać? — zapytał Harry.
— Uważali, że będzie go można zniszczyć tylko wtedy, gdy zabije się jego dziecko…
Kilku zgromadzonych spojrzało na niego z zaskoczeniem.
— Co za bzdury... — mruknął Ron.
— Racja, bzdury — powiedział cicho Percy — ale niektórzy w to wierzyli.
Zapadła cisza. Po długiej chwili przerwał ją Harry.
— Teraz rozumiem, dlaczego zawsze była taka tajemnicza, tak bardzo bała się coś powiedzieć o swojej rodzinie, pochodzeniu... Bała się, że ktokolwiek się o tym dowie... I wtedy... pod klapą w podłodze... On ją poznał. Dumbledore powiedział, że Voldemort miał obsesję na punkcie jej matki, ale on po prostu rozpoznał swoją córkę... Chyba nie jest jej łatwo, ze świadomością, że to ja sprawiłem, że on zniknął…
— Raczej nie jest jej łatwo ze świadomością, że jej biologiczny ojciec chciał zabić jej kuzyna — wtrącił Paul. — Ojca jej nie brakuje, odnalazła go w Snapie.
Harry wstał i ruszył w kierunku wyjścia.
— Gdzie idziesz? — zawołał Ron.
— Poszukać jej. Powiedzieć, że nie obchodzi mnie, kim naprawdę jest jej ojciec. Jesteśmy rodziną, jesteśmy przyjaciółmi, tylko to się liczy. I nie obchodzi mnie, że jest potomkiem Slytherina, nie wierzę, że to ona stoi za tymi atakami. Chcę ją tu przyprowadzić, żeby nas wszystkich zobaczyła, że cały czas jesteśmy przy niej i to niczego nie zmienia.
Po tych słowach wyszedł. Początkowo ignorował zaciekawione spojrzenia portretów, aż w końcu pytał, czy ktoś nie widział Isabelli. Wszyscy kręcili przecząco głowami. Choć Harry długo jej szukał, nie potrafił jej znaleźć. Wrócił do Pokoju Wspólnego, ale ku jego rozczarowaniu, Isabella nadal nie wróciła.


Ku mojemu zdziwieniu korytarze były opustoszałe. Tylko postacie na portretach obserwowały mnie z ciekawością, dlatego wybierałam korytarze, gdzie było ich jak najmniej. Niedaleko łazienki Jęczącej Marty usłyszałam jakiś głos. Wydawało się, jakby dobiegał zza ściany:
Chodź... chodź do mnie...
Przystanęłam i zamarłam. To o tym opowiadał Harry. Nigdy z nim nie byłam, gdy pojawiał się ten głos, ale byłam pewna, że usłyszałabym go również wtedy, jak słyszałam teraz: To była mowa węży. Nie zdążyłam się nad tym zastanowić, ponieważ usłyszałam kroki. Po chwili zobaczyłam Ginny. Dziewczyna wyglądała dziwnie, szła nienaturalnie sztywno, ale na mój widok uśmiechnęła się i mi pomachała. Odetchnęłam z ulgą.
— Ginny? Hej... co tutaj robisz? — spytałam, podchodząc do niej, na chwilę wyrzucając z głowy tajemniczy głos. Zaniepokoiło mnie to, że się nie odezwała. Gdy znalazłam się blisko niej, zamurowało mnie. To, co zobaczyłam w jej oczach, było przerażające. Miałam wrażenie, że była opętana, ale w pierwszej chwili uznałam, że to niemożliwe. Dopóki nie wypowiedziała tych słów męskim głosem:
— Witaj, Isabello. Już czas, byś poznała swojego ojca.
W tej chwili z jej różdżki wystrzeliło ciemnozielone światło i straciłam przytomność.


Redakcja & korekta: as_ifwhat


Niestety pomysł zamienienia Dracona w świnię (i reakcja profesor McGonagall na tę transmutację) nie jest mój :( Wiele lat temu pojawił się w FanFiction, które czytałam i tak bardzo mi się spodobał, że postanowiłam go wykorzystać. Z chęcią podzieliłabym się z Wami tym FF (pamiętam tylko, że opowiadało o Huncwotach i nie pamiętam kto kogo zamienił), ale niestety autorka bloga (jeśli dobrze pamiętam wtedy podpisywała się jako Gracia) je usunęła już dawno temu :(

Mam też do Was małą prośbę: Przygotowałam ankietę dla czytelników, to tylko kilka pytań, które nie powinny Wam zająć dużo czasu, a im więcej osób weźmie w niej udział, tym lepiej. Ankietę znajdziecie tutaj: goo. gl /forms/y4Hlsc12rVl5bJXp2 (z adresu usuńcie spacje), spróbuję wkleić ją również na mój profil :) Z góry dziękuję :)