Podwójny atak
Czas mijał coraz szybciej. Miałam wrażenie, że z każdym dniem coraz więcej osób zapominało o Isabelli i Komnacie Tajemnic. Tylko podczas eliksirów obserwowałam coraz bardziej ponurego profesora Snape'a, który nie zwracał na nas uwagi, a zatapiał się we własnych myślach. Jeśli ktoś go wyrwał z zamyślenia, dopiero teraz poznawał najgorsze cechy profesora.
Profesor Lockhart zorganizował walentynki i chociaż z początku uznawałam wystrojoną na różowo Wielką Salę oraz krasnoludy roznoszące walentynkowe kartki jako głupotę, udało się mu osiągnąć swój cel: Do Hogwartu na stałe zawitała radosna atmosfera, jak sprzed ataków.
Sama przyłapywałam się na tym, że coraz rzadziej o niej myślałam, przez co coraz częściej dopadały mnie wyrzuty sumienia: Jakbym pogodziła się z tym, że zniknęła z mojego życia.
Kilka tygodni później, podczas ferii wielkanocnych drugoklasiści mieli za zadanie wybrać dodatkowe przedmioty. Kiedy zastanawiałam się, co wybrać, znów przypomniałam sobie o przyjaciółce i zaczęłam się zastanawiać, czy jeśli wróci, uda jej się to wszystko nadrobić.
Najsmutniejsze było to, że zaczęłam myśleć jeśli wróci, zamiast kiedy.
— Znów o niej myślisz — zauważyła Monica. Chociaż nie wierzyła w niewinność Isabelli, nigdy nie traktowała mnie jak idiotkę niespełna rozumu.
— Nie ma jej już tak długo — odpowiedziałam. — Najbardziej dobija mnie, że tak naprawdę nikt jej nie szuka. — Nie wiedziałam, na ile to była prawda. Chociaż Harry próbował coś działać, a nawet czasami mu pomagałam, co właściwie mogliśmy? Sami nie wiedzieliśmy, gdzie była ta komnata. Podejrzewałam, że profesor Dumbledore nie porzucił tego tematu, ale to, że jej nie znaleziono, oznaczało, że sam nie wiele mógł zdziałać. Inni się tym nie przejmowali. Mogłoby to wyglądać inaczej, gdyby była pewność, że Isabella została porwana.
Monica wzruszyła ramionami.
— A czego się spodziewałaś? Powinnaś się cieszyć, że Ministerstwo Magii nie oskarżyło jej o ataki i nie uznało jej za winną. — Monica miała rację, to była dobra wiadomość. — Chociaż w tym momencie wszystko wskazuje, że jednak jest…
— Gdyby tak było — przerwałam jej. — To czy nie powinna dalej nas atakować, siedząc bezpiecznie w Komnacie Tajemnic? Przecież i tak nikt nie wie, gdzie jest — powiedziałam trochę za szorstko, ale na szczęście Monica nie należała do osób, które szybko się obrażają. — Poza tym, to, że na razie jest spokój, nie oznacza, że nie będzie nowych ataków — dodałam. Jak zwykle, kilka dni później, wyrzucałam sobie: mogłaś tego nie mówić. Jakby to miało cokolwiek zmienić.
Kilka dni później miał odbyć się mecz Gryffindor przeciwko Hufflepuff. Wszyscy fani quidditcha wyczekiwali na ten mecz, ale po rozgrzewce zawodników, jeszcze przed rozpoczęciem meczu, na boisko wbiegła profesor McGonagall z purpurowym megafonem:
— Mecz został odwołany! — Z trybun rozległy się krzyki i gwizdy. Niezrażona profesor mówiła dalej: — Wszyscy uczniowie mają wrócić do swoich wspólnych pokojów, gdzie członkowie kierownictwa szkoły podadzą im kolejne informacje. Proszę to zrobić jak najszybciej!
Miałam złe przeczucia i spojrzałam na równie zaniepokojoną Monicę. Bez słowa ruszyłyśmy za resztą Krukonów do naszego pokoju wspólnego. Wszyscy czekali w milczeniu na profesora Flitwicka, który był blady z przerażenia.
— Doszło do kolejnego ataku — powiedział. Nie musiał podnosić głosu, było tak cicho, że każdy go słyszał. — Zostały zaatakowane Penelopa Clearwater — spojrzeliśmy na siebie w zaskoczeniu. Każdy z nas ją kojarzył, była prefektem naszego domu i chyba wszyscy wiedzieli, że była czarownicą półkrwi. Mimo to potwór ją zaatakował? — Oraz Hermiona Granger — dodał profesor i również na twarzach wielu uczniów pojawiło się zaskoczenie. Nie mogłam w to uwierzyć.
— Czy one...? — zapytałam drżącym głosem.
— Zostały spetryfikowane — odpowiedział profesor Flitwick. W pokoju rozległo się kilka westchnień ulgi. To oznaczało, że za kilka tygodni dziewczyny zostaną przywrócone do życia.
— Musimy jednak zastosować pewne środki ostrożności. — Profesor rozwinął pergamin z zarządzeniami. — Od dzisiaj wszyscy uczniowie wracają do wspólnych pokojów w swoich domach przed szóstą wieczorem. Po tej godzinie nikomu nie wolno opuszczać domów. Na każdą lekcję będzie was prowadził nauczyciel. Z łazienki można korzystać tylko w obecności nauczyciela. Odwołuje się wszystkie treningi i mecze quidditcha. Nie będzie też żadnych zajęć wieczornych.
Zapadła cisza. Profesor niepewnie na nas spojrzał.
— Jeśli nie złapiemy tego, kto kryje się za tymi napaściami, zamkną szkołę. Jeśli ktoś z was wie coś na ten temat, bardzo proszę, żeby mnie o tym poinformował.
Cisza panowała, dopóki profesor nie wyszedł z pokoju wspólnego.
— Mamy jasność w jednej sprawie — powiedział David. Do dziś pamiętałam, jak na początku pierwszego roku opowiadał o kuzynce Harry'ego oraz dziecku Sami-Wiecie-Kogo. To był dopiero początek i nawet ja nie wiedziałam, że tak naprawdę chodzi o jedno dziecko. — Potter nie otworzyła komnaty.
Jego słowa wywołały poruszenie, nie wszyscy chcieli się z nim zgodzić.
— Jasne, jest córką Sami-Wiecie-Kogo i według Malfoya dziedziczką Slytherina…
— Nie tylko według Malfoya — ktoś wtrącił — Sami-Wiecie-Kto naprawdę był potomkiem rodu Slytherina.
— Dobra, dobra — powiedział szybko David. — Chodzi mi o to, że nie zaatakowałaby Granger.
Zapanowała cisza.
— Chyba masz rację, w tym roku się dobrze dogadywały. — W końcu ktoś się odezwał.
— Przecież odwiedzała Granger w skrzydle szpitalnym — dodał ktoś inny.
— Już prędzej zaatakowałaby Malfoya — wtrącił ktoś złośliwym tonem.
— Pamiętacie, jak zamieniła go w świnię? — Wybuchnęliśmy śmiechem, potrzebując chociaż chwilowego zapomnienia od obecnej sytuacji. Niestety brak Penelopy sprawił, że dość szybko spoważnieliśmy.
— W takim razie, jeśli to nie Potter otworzyła Komnatę Tajemnic, to kto? — zapytała Monica. Zapadła cisza. Dopiero po chwili Krukonka z siódmego roku spojrzała na nas.
— I dlaczego zniknęła?
David spojrzał na nas poważnym wzrokiem. Chociaż był nie wiele starszy ode mnie, potrafił szybko zyskać szacunek nawet starszych uczniów.
— Odpowiednim pytaniem jest: gdzie zniknęła? Bo dlaczego, to chyba sami możemy się domyślić.
Z jednej strony cieszyłam się, że w końcu ludzie, przynajmniej w moim domu, uwierzyli w niewinność Is. Z drugiej byłam zmartwiona tym, że doszło do kolejnych napaści. Miałam nadzieję, że skoro wszystko wskazywało na to, że za napaściami stał Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, miałam nadzieję, że gdziekolwiek znajdowała się Isabella, jej ojciec nie uczynił jej krzywdy. Naiwnie wierzyłam w to, że skoro jest jego córką, to z jego strony nic jej nie grozi.
Po wysłuchaniu nowych zarządzeń przeczytanych przez Severusa Snape'a poszedłem od razu do dormitorium. Miałem nadzieję, że Crabbe i Goyle mieli w sobie trochę inteligencji, by domyślić się, że chciałem być sam. Byłem zmęczony udawaniem przed wszystkimi, że wszystko było w porządku i po kilku dniach niedyspozycji wróciłem do dawnego ja.
Podejrzewałem, że tylko Julia wiedziała, jak naprawdę się czułem. Nie tylko dlatego, że przed nią potrafiłem zebrać się na szczerość. Dzięki temu, że byliśmy rodziną, pozwoliłem jej zbliżyć się na tyle, że poznała mnie prawie tak dobrze, jak Isabella.
Wiedziałem, że chciała mi pomóc, ale oboje wiedzieliśmy, że nie mogła. Nic nie mogło mi pomóc. Gdy tylko nikt nie patrzył, wyciągałem z kieszeni medalik, który kiedyś podarowałem Isabelli. Często go otwierałem i patrzyłem na zdjęcie 11-letniej dziewczyny. Martwiłem się, że nikt nie wiedział, gdzie się znajdowała i co się z nią stało. Najbardziej gryzło mnie to, że to była moja wina.
Byłem głupi. Najbardziej denerwowało mnie to, że sam siebie nie rozumiałem. Miałem taki mętlik w głowie, że nawet nie byłem w stanie powiedzieć, dlaczego właśnie to zrobiłem. Dlaczego zrujnowałem kilkunastoletnią przyjaźń? Ponieważ mnie zdenerwowała? Nie pierwszy raz. Ponieważ nie chciała zrobić tego, o co ją prosiłem? To też już się zdarzało. Ponieważ uraziła moją dumę? I to się zdarzało, ale nigdy nie dopuściłem się w ramach zemsty do czegoś takiego. Może dlatego, że dopiero tu, w Hogwarcie mogłem mieć publiczność, mogłem zwrócić na siebie uwagę innych. Doprowadziło to do tego, że wszyscy wiedzieli, jaką byłem świnią. Nie tylko w przenośni.
Czułem się tak źle, że chciałem umrzeć. Wiedziałem jednak, że to by nie pomogło. Już na zawsze zostałbym w jej pamięci, jako ten, który ją zdradził i uciekł przed konsekwencjami. Właściwie to było takie typowe dla niej: uciec, kiedy pojawiają się jakieś komplikacje czy problemy. Nigdy nie potrafiła się zmierzyć z nimi twarzą w twarz. W każdym razie nie od razu, zawsze musiała przemyśleć całą sprawę i zebrać się na odwagę, żeby działać.
Chociaż ta część jej charakteru bywała urocza, nie chciałem być taki jak ona. Chciałem być zdecydowany i mieć odwagę stawić czoła problemom.
Jeszcze raz spojrzałem na jej zdjęcie i poczułem ukłucie w sercu. Wiedziałem, że ona była jedną z najważniejszych osób w moim życiu i chociaż spieprzyłem wszystko na całej linii, miałem nadzieję, że da się to jeszcze wyprostować.
— Będę o ciebie walczyć — powiedziałem do zdjęcia. — Zrobię wszystko, żeby odzyskać twoje zaufanie i naszą przyjaźń. Chociaż będzie to trudne i pewnie zajmie wiele czasu, odzyskam cię, rozumiesz?
Isabella na zdjęciu przewróciła oczami i po chwili zniknęła.
— I tak się nie poddam — dodałem z pewnością, zamykając medalik. Westchnąłem ciężko, jakby ktoś wrzucił mi na plecy ogromny ciężar, jakbym już wtedy wiedział, jak trudna droga mnie czeka, bez nadziei, że kiedykolwiek mi się uda.
W Wieży Gryffindoru pojawiła się podobna dyskusja do tej, która toczyła się w Wieży Ravenclawu.
— Nie wierzę w to, że Isabella zaatakowałaby Hermionę — powiedziała Parvati jako pierwsza. — I myślę, że żadne z nas w to nie wierzy. — Wiele osób pokiwało głowami zgadzając się z nią. — Co, jeśli ona sama jest ofiarą, gdzieś teraz leży i nikt jej jeszcze nie znalazł?
Rozległa się dyskusja. Po chwili Lee zabrał głos, mówiąc tak głośno, że wszyscy zaczęli go słuchać.
— Policzmy ofiary. Mamy dwójkę, być może trójkę Gryfonów, nie licząc ducha z Gryffindoru, jedną Krukonkę i jednego Puchona. Czy żaden nauczyciel nie zauważył, że jakoś nic nie przytrafia się Ślizgonom? Czy nie jest oczywiste, że to wszystko wiąże się ze Slytherinem? Dziedzic Slytherina, potwór Slytherina... A może trzeba po prostu wywalić na zbity łeb wszystkich Ślizgonów?
Wszyscy zaczęli kiwać głowami i pokrzykiwać. Harry nadal był w szoku po zobaczeniu spetryfikowanej Hermiony, jednak nawet on zrozumiał, że wszyscy Gryfoni nie wierzyli w teorię, że Isabella napadała na innych. Nie mogło to jednak go pocieszyć, skoro Hermiona leżała nieruchomo w skrzydle szpitalnym, a Isabella zniknęła i Harry powoli tracił nadzieję, że kiedykolwiek zobaczy ją ponownie.
Po podwójnym ataku nie tylko kierownictwo szkoły zareagowało, wprowadzając nowe zarządzenia, które teoretycznie miały zwiększyć nasze bezpieczeństwo. Prawdę mówiąc, nie byłam pewna, na ile naprawdę mogły nas ocalić, gdyby potwór Slytherina chciałby zaatakować ponownie. Tym razem Ministerstwo Magii postanowiło zareagować, jednak sposób, w jaki to zrobiło sprawił, że byliśmy bardziej wystraszeni niż dotąd. Jeszcze tego samego wieczoru Hagrid został aresztowany, chociaż tak naprawdę nikt nie wiedział, dlaczego podejrzewano go o napaści. Nie tylko ja, ale i reszta Krukonów była przekonana, że Hagrid był niewinny. To było oczywiste, że wyglądał na dzikiego, wielu z nas wiedziało o jego zamiłowaniu do niebezpiecznych zwierząt, ale znaliśmy go na tyle, by wiedzieć, że nie napuściłby żadnego potwora na uczniów.
Jednak nie to nas wystraszyło. Najgorsza była informacja o decyzji rady nadzorczej szkoły: zawiesili profesora Dumbledore'a w wykonywaniu obowiązków dyrektora. Większość z nas nie potrafiła tego zrozumieć ani się z tym pogodzić. Wiele zrozumiałam dopiero wtedy, gdy Harry i Ron opowiedzieli mi o swojej wizycie u Hagrida. Przez te ataki, brak Isabelli i Hermiony zbliżyliśmy się do siebie, jakby brakowało im dziewczyny, której mogliby się zwierzyć, a na szczęście mieliśmy razem zajęcia, podczas których mogliśmy cicho rozmawiać.
— Naprawdę myślicie, że Malfoy mógł szantażować radę nadzorczą? — zapytałam z lekkim niedowierzaniem.
— Moim zdaniem on jest zdolny do wszystkiego — odpowiedział Ron.
— Is mało o nim mówiła, prawie wcale — stwierdziłam po chwili milczenia. — Czasami miałam wrażenie, że się go boi.
Uwierzyłam w teorię chłopców, dopiero gdy opowiedzieli mi o lekcji eliksirów, na której Draco chwalił się przed całą klasą: Zawsze uważałem, że tylko mój ojciec może wykurzyć starego Dumbledore'a. Po ich relacji kolejny raz zastanawiałam się, jakim cudem ktoś taki jak Is mógł się przyjaźnić z kimś takim jak Malfoy.
Mimo otwarcia Komnaty Tajemnic, ataków i zawieszenia dyrektora szkoły, nauczyciele pod koniec maja poinformowali nas, że pierwszego czerwca rozpoczną się egzaminy. Mieliśmy tydzień na powtórkę wszystkiego. Oczywiście nikt wcześniej nie zaczął przygotowywać się do egzaminów, ponieważ nikt nie spodziewał się, że one normalnie się odbędą.
Wszyscy byli zaskoczeni oraz przerażeni, jak wiele materiału przerobiliśmy w tym roku. Ja starałam się zachować spokój: skoro uczyłam się regularnie przez wszystkie miesiące szkoły, powinnam bez problemów zdać nadchodzące egzaminy, nawet bez powtórek. Niestety nie wszyscy podchodzili do tego z takim spokojem i byłam pewna, że kilka osób wpadnie w panikę i będzie musiało zażyć eliksir uspokajający pani Pomfrey.
Kilka dni później podczas śniadania profesor McGonagall poinformowała nas, że mandragory są gotowe do wycięcia i wieczorem zostaną ożywione osoby, które zostały spetryfikowane. Większość osób ucieszyła się z tej informacji, w sali rozległy się oklaski i wiwaty. Ja jednak zauważyłam Dracona Malfoya, który siedział z posępną miną, nie ciesząc się z innymi. Pierwszy raz w życiu dałabym wiele, żeby móc odczytać jego myśli. Zastanawiałam się, czy przyszło mu do głowy to samo, co mnie: Chociaż spetryfikowane osoby do nas powrócą, nadal nie było wiadomo, gdzie znajdowała się Isabella. Ta myśl sprawiła, że i ja posmutniałam.
— W końcu to koniec tego koszmaru — zawołał uradowany chłopak z piątego roku. — Teraz będziemy mogli zostawić to za sobą i zapomnieć o wszystkim.
Reszta osób podzielała jego entuzjazm, ale ja nie potrafiłam. Jakie były szanse, że ofiary widziały napastnika? Czy naprawdę, ktoś będzie umiał go wskazać? Czy naprawdę to był koniec?
Na pierwszych lekcjach wszyscy mieli dobry humor: Nawet nauczyciele wyglądali na spokojniejszych, chociaż nadal powstrzymywali swój optymizm w przeciwieństwie do większości uczniów. Wiele osób z mojej klasy uśmiechało się szeroko, niektórzy wybuchali śmiechem. Sielanka nie trwała długo, w południe, tuż przed dzwonkiem na przerwę rozległ się głos profesor McGonagall, magicznie zwielokrotniony, odbijający się echem po korytarzach:
— Wszyscy uczniowie mają natychmiast wrócić do swoich dormitoriów. Natychmiast.
— Chyba nie kolejny atak? — zapytała drżącym głosem Monica.
— Nie wiem — odpowiedziałam. — Mam nadzieję, że nie. — Nie chciałam tego mówić, ale czułam, że stało się coś strasznego. Chociaż nikt nic nie wiedział, nawet nauczyciel, ponura atmosfera wróciła na dobre. Nie zwlekając, zastosowaliśmy się do zarządzenia profesor McGonagall i od razu ruszyliśmy do naszego pokoju wspólnego, by tam, w milczeniu czekać na profesora Flitwicka, który miał nam wyjaśnić sytuację. W każdym razie mieliśmy taką nadzieję, że wkrótce nam wszystko wyjaśni.
Chociaż nie czekaliśmy długo, każda minuta wlokła się niemiłosiernie. W końcu profesor Flitwick wszedł do pokoju wspólnego i grobowym głosem oznajmił, że potwór porwał ucznia do Komnaty Tajemnic. Wszyscy pobledli. Nikogo nie zdziwiła druga informacja: Jutro rano mieliśmy wracać do domu.
Profesor już chciał wyjść, ale odważyłam się go o coś zapytać:
— Panie profesorze... Kto... kto został porwany?
Chwilę milczał, zanim odpowiedział:
— Ginny Weasley.
Dopiero chwilę po jego wyjściu zaczęły się rozmowy.
— To niemożliwe — powiedział David. Był blady. — Przecież ona jest czystej krwi…
— To chyba nie ma znaczenia dla potwora — mruknął ktoś inny. — Pewnie dziedzic nie chciał w komnacie mieć na wieki szkieletu mugolaka…
— Muszę przyznać — zaczęła Marta z siódmego roku — że po ataku na Granger nie uwierzyłam, że Potter jest niewinna... Ale teraz... Przecież ona tak lubiła Weasley!
— Może porwała ją, żeby mieć z kim spędzać czas w komnacie — ktoś zażartował, ale nie zdążyłam zauważyć, kto się na to odważył.
— To nie jest śmieszne! — warknęła Marta. Zapadła cisza.
— Cała nadzieja w tym, że ktoś ze spetryfikowanych osób będzie mógł powiedzieć o tym, co ich zaatakowało — powiedział powoli David.
Nie pozostawało nam nic innego, jak resztę dnia spędzić na pakowaniu i czekaniu, aż Penelopa zostanie ożywiona i być może będzie mogła nam coś opowiedzieć.
Redakcja & korekta: as_ifwhat
To już przedostatni rozdział. Jak Wam się podoba?
Dziękuję wszystkim za udział w mojej małej ankiecie ;) Jej podsumowanie opublikuję razem z ostatnim rozdziałem, który planuję na koniec maja :)
