Rozdział 2

Kiedy tytani zaatakowali, Gregory Feldstaff nie był na służbie. Przebywał właśnie w domu, jedząc obiad ze swoją rodziną, kiedy w oddali rozległ się cichy grom. "Chyba zanosi się na deszcz." zauważyła z uśmiechem jego żona, choć po niebie przemykały jedynie białe, poszarpane obłoczki. "To dziwne" pomyślał żołnierz Oddziału Stacjonarnego, spoglądając za okno, jednak jego uwagę od tej sprawy odwróciła ich córeczka - Sol - i przez bardzo długi czas nie wrócił już do niej myślami. Do wieczora, nie mieli pojęcia o ataku. Sol bawiła się właśnie ze swoim szczeniaczkiem na podwórku, a Greg nabijał fajkę, którą namiętnie lubił palić, kiedy na koniu pod dom podjechał jego brat w pełnym rynsztunku bojowym.
Miasto Osscrifu (Ossclif) znajdowało się przy rzece, w połowie drogi między Shinganshiną a Trostem. Było miejscem postojowym i przesiadkowym dla osób chcących dostać się do wielu mniejszych miasteczek, położonych na zachodniej części terytorium ludzi między murami Maria i Rose. Z powodu jego odległości od Shinganshiny wieści o ataku dotarły tam dopiero po dwóch godzinach. Z początku nikt też nie uwierzył, aby obalenie muru Maria było w ogóle możliwe, dlatego założono, że tytani wdarli się jedynie do Shinganshiny. W związku z tym informacja została przesłana dalej - za mur Sinna - zaś do oblężonej dzielnicy wysłane zostały trzy oddziały Stacjonarki. Dopiero kiedy do Osscrifu dotarli pierwsi ludzie, uciekający konno od samej Shinganshiny informacje o upadku muru Maria zostały potwierdzone z całą pewnością. Dowódctwo natychmiast zmieniło plany, decydując się na wydanie części koni uciekinierom, oraz przygotowanie ewakuacji miasta. Nie było to wcale zadanie proste, bo Osscrifu miało około 10 000 ludzi, a jedynymi dostępnymi środkami transportu były: statek cumujący przy rzece, oraz konie, których lwia część potrzebna była wojsku, a także posłańcom, którzy mieli zostać rozesłani by powiadomić mniejsze wioski.
Fred, brat Grega, został przydzielony do posłańców, ale po drodze miał zawiadomić wszystkich znajdujących się w mieście żołnierzy. Tak właśnie w skórcie wyglądała historia, którą mężczyzna opowiedział bratu. Ten wbiegł do domu i wybiegł z niego po pięciu minutach, odprowadzany przez podającą mu wciąż części ekwipunku żonę. Kobieta przygarnęła do siebie córeczkę, patrząc jak mężczyzna zatrzymuje się na końcu ogródka i odwraca w ich stronę.
- Zejdźcie do piwnicy i czekajcie. Kogoś po was przyślę. - oznajmił, bo nie chciał by dwie najdroższe mu osoby zginęły w chaosie ewakuacji. Później wielokrotnie żałował, że nie wrócił by przytulić żonę i malutką Sol, ale wtedy był w tak ciężkim szoku, że potrafił myśleć tylko o tym, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Kiedy dotarł do siedziby głównej Oddziałów Stacjonarnych zastał chaos niemal dorównujący temu w nim samym. Żołnierze wybiegali i wbiegali do środka, ludzie próbowali także tam się dostać, nie rozumiejąc o co chodzi. Na placu przed siedzibą stały cztery wozy, do których wśród okropnego zgiełku ładowane były osoby starsze i dzieci. Greg nie był pewny, czy jakieś prawo lub zasada mówiły o tym kto powinien być ewakuowany jako pierwszy. Wątpił by w ogóle powstało prawo regulujące postępowanie na wypadek przedarcia się tytanów przez Marię, bo to zakładało by, że mur można zniszczyć a cholerny Kościół Murów uznałby to za herezję. Mężczyzna wyłapał nawet w tłumie jednego z ich kapłanów, który zebrał wokół siebie mały tłumik wiernych, ogłupiałych owieczek i wrzeszczał na całe gardło: "Nie dajcie się zwieść mamonie! Mury są święte! Mury nie upadają! Mury nas strzegą!"
Greg osobiście nigdy nie rozumiał wiary w mury. Owszem, nie wierzył by cokolwiek mogło je zniszczyć, ale również uważał je po prostu za wspaniałą spuściznę, którą otrzymali w darze od swoich przodków - nie za coś świętego. Raz w życiu widział mur Maria z bliska - zabrał wtedy żonę i malutką Sol w betkach na wycieczkę krajoznawczą, za ciężko zarobiony żołd. Widok 50 metrowej ściany z kamieni był porażający i na zawsze odcisnął się w jego pamięci jako widok końca znanego mu świata. Za murem nie istniało nic i mężczyzna zupełnie nie rozumiał Zwiadowców, którzy poza nie wykraczali. Nie rozumiał ich motywacji, ale też nie rozumiał motywacji wyznawców Kościoła Murów, a obie te grupy istniały.
Nie wiedząc za bardzo co ma ze sobą począć, a jednocześnie mając w pamięci, że musi poprosić kogoś o zabranie z jego domu żony i córki i umożliwienie im ewakuacji, zaczął chodzić w kółko, uspokajać ludzi i odsyłać ich do domów. To było okropne, bo wiedział, że jeśli upadek muru jest prawdą - ci ludzie umrą. Ale wiedział też już, widząc tłumy już obecne na placu (a podobne zapewne zebrały się w wielu punktach miasta), że w żaden sposób nie uda się ewakuować wszystkich na czas. A widząc zatroskane matki z dziećmi, czy podstarzałych panów, którzy ciągnęli za sobą swe leciwe żony wolał zapewnić ich, że nic się nie dzieje i umożliwić im spędzenie ostatnich chwil z rodziną. Jakaś część jego czuła się podle, ponieważ chodziło mu głównie o zapewnienie wolnych miejsc na statku czy w powozie dla swojej własnej rodziny, ale po raz pierwszy w życiu nie miał problemu z nagięciem kręgosłupa moralnego do sytuacji.
Po dłuższym czasie, wpadł w końcu na jakiegoś chłopaczka ze Stacjonarki, który chyba marzył tylko o tym, żeby wydostać się z miasta.
- Posłuchaj! - Warknął do niego, łapiąc go za ramię i potrząsając nim. - Moja żona i córka są w piwnicy domu w zachodniej części miasta, przy ulicy blisko targu. Pójdziesz po nie i przyprowadzisz tutaj, a ja wyprawię was za miasto, zrozumiano? - Chłopak chyba zrozumiał, bo zaraz po podaniu dokładniejszego adresu odbiegł w pośpiechu. Zaraz po tym na plac zajechał oddział składający się z ponad dwudziestu jeźdźców. Mieli na żołnierskie kurtki narzucone płaszcze z charakterystycznym symbolem - Skrzydłami Wolności. Eskortowali oni trzy wozy, wypełnione ludźmi w różnym stanie ciała i ducha. Potrzebujących natychmiast otoczyli sanitariusze, udzielając im niezbędnej pomocy przed dalszą drogą. Do Grega zaś podjechał blondyn, dosiadający kasztanowatego konia, z malym dzieckiem w siodle przed nim. Zaczął on ściągać dziecko z konia w ramiona zdezorientowanego mężczyzny, który odruchowo złapał dziwne, brudne i zaniedbane dziecko.
- Jesteś sanitariuszem tak? - zapytał jeździec, próbując przekrzyczeć ogólny gwar.
- Nie! - Greg równie dobrze mógłby krzyczeć do kogoś na drugim wzgórzu, tyle samo zrozumiałby z takiej rozmowy.
- Zabierz ją koniecznie do dawnej siedziby Zwiadowców. My jesteśmy potrzebni tutaj w walce. Nie dam ci teraz rozkazów, ale kiedy ten chaos się skończy będę o tobie pamiętał. Weź jednego z naszych koni. - ponieważ mężczyzna zsiadł ze swego wierzchowca, teraz Greg był w stanie go zrozumieć. Chciał powiedzieć, że ma rodzinę, której musi zapewnić bezpieczną ewakuację, że nie może ich tak zostawić, ale blondyn, który musiał być dowódcą Zwiadowców powiedział coś, co zupełnie zmieniło jego podejście.
- Pierwsze tytany będą tutaj jeszcze przed zmierzchem. Zostaniemy tu i spróbujemy pozabijać ich jak najwięcej w mieście, korzystając z manewru, ale to tylko kwestia czasu kiedy będzie ich za dużo by nadążyć z ich zabijaniem. Śpiesz się!
Więc Gregory się pośpieszył. Wsiadł na konia razem z milczącym dzieckiem, które nawet na niego nie patrzyło i spiął go łydkami. Nie łatwo było przecisnąć się przez tłum, ale kiedy tylko dotarł do bardziej wyludnionych ulic puścił się galopem. Nigdy wcześniej ani później nie doświadczył takiej paniki. Nigdy też wcześniej ani później nie zmoczył się ze strachu. Tytany miały być w mieście jeszcze przed zmierzchem, a słońce już mocno chyliło się ku zachodowi. To oznaczało mniej więcej tyle, że mogły być w mieście dosłownie w każdej chwili, a przecież ono nadal pełne było ludzi. Krótkie, ciemno-brązowe włosy mężczyzny wręcz lepiły się od potu, kiedy tylko wyobraził sobie tytana. Gdyby został musiałby z nimi walczyć! Pędząc przez coraz niższe i rzadsze zabudowania myślał tylko o tym, by znaleźć się jak najdalej od miasta. W tej szalonej z krańcowego przerażenia galopadzie ani na sekundę w jego myślach nie pojawiła się ukochana, ani córeczka. Dopiero kiedy wyjechał za miasto i zobaczył leniwie sunący po rzece statek pełen ludzi, zdjęła go nagła myśl, że przecież nie wie, czy jego dwie kobiety zdążyły zabrać się na statek! Nagłość tej myśli i zaszokowanie faktem, że przez tak długi czas nie pomyślał o nich sprawiły, że wstrzymał zdenerwowanego i zdumionego konia niemal w miejscu. Obrócił się kilka razy, spoglądając to na miasto, to na statek, to na mijających go ludzi - na wozach, na koniach i pieszo. One mogły być wszędzie w tej ciżbie, lub nadal w ciemnej piwnicy. Przez chwilę miał wrażenie, że dojrzał czuprynę tytana między dachami, ale nie upewniał się co do tego, tylko zawrócił i pognał przed siebie traktem.

Zatrzymał się dopiero kiedy jego samego nogi rozbolały od długiej jazdy, na długo po tym jak dziwne dziecko zasnęło. W środku ciemnej nocy zajechał do zagajnika, zsiadł z konia i rozsiodłał go. Wyprzedził i tak o wiele ludzi, którzy szli pieszo a także statek, więc miał nadzieję, że chwila odpoczynku nie będzie dla niego mordercza. Poza tym musiał uważać na klacz - nikt nie da mu teraz drugiego konia a bez niego, pieszo mogli równie dobrze zawrócić w stronę Osscrifu i dać się zjeść. Przywiązawszy klacz do gałęzi, mężczyzna oparł się o drzewo, odruchowo tuląc małą dziewczynką, która mogła być nieco tylko młodsza od Sol.- Jak ci na imię? - zapytał, wpatrując się w piękne, zielone oczy rozbudzonego postojem dziecka. Ale ona tylko na niego patrzyła.
"Jest niemową? Czy może jest głucha? Albo oba na raz? Ciekawe skąd Zwiadowcy ją wytrzasnęli... Z Shinganshiny? Ale dlaczego wobec tego jest tak zaniedbana?" Bo w istocie, dziecko wyglądało jakby myło się po raz ostatni rok temu. Jego włosy, długie do barków były poskręcane w strąki od brudu, twarz była umorusana jakąś ciemną substancją, zęby zaczerwienione, paznokcie połamane. Ubrane było w zszytą niewprawnie szatę przypominającą coś co kiedyś mogło być pledem, zaś nogi owinięte kawałkami brązowej skóry i obwiązane rzemieniem uplecionym z jakichś roślin w kostkach.
- Skąd jesteś? - ponowił próbę. Ale ona skuliła się tylko, spoglądając z czymś na kształt tęsknoty w stronę z której przyjechali. Nie mogła mu przecież przekazać, że chce tylko wrócić do domu z którego zabrali ją tamci ludzie w płaszczach, nie posiadając umiejętności mowy. Dla niej jego słowa były takim samym bełkotem, jak dla niej krzyk puszczyka, czy nawoływanie jelenia. Ona z tych dwóch ostatnich potrafiła odczytać czy miejsce jest bezpieczne, jaka jest pora dnia a nawet jaka może być pogoda choć nie potrafiła nazwać ludzkimi słowami ani "bezpieczeństwa" ani "dnia" czy "pogody".
Wyruszyli jeszcze przed świtem, na czczo, ponieważ Trost nie znajdował się bardzo daleko a oni musieli dostać się tam jak najszybciej. Klacz, którą Greg w duchu ochrzcił "Szczęściarą" odzyskała nowe siły po kilkugodzinnym odpoczynku i niosła ich chyżo przez zmieniający się niczym w kalejdoskopie krajobraz. Pod bramą musieli odstać swoje, bo choć sama brama otwarta była na oścież, to tłumy ludzi ściągających do miasta ze wszystkich stron uniemożliwiały sprawne poruszanie się. Nie mieli jednak innego wyjścia jak tylko czekać - dopóki nie przekroczyli muru Rose, nie mogli czuć się bezpiecznie.

Dalsza część drogi nie była już tak szaleńcza - w niewielkiej wiosce za Trostem Greg zaryzykował nocleg w gospodzie połączony z dobrą kolacją i próbą (nieudaną, dodam) wykąpania małej. Kiedy już siedli razem na łóżku, Greg pogłaskał dziecko po głowie. Zaczynał je lubić, a ono zdawało się mu ufać, choć chyba nie rozumiało ani jednego jego słowa. Dziewczynka miała jakieś sześć lat, a on zaczynał wątpić czy spędziła życie w Shinganshinie. W zdumienie wprawiały ją prawie wszystkie wytwory cywilizacji, nie smakował jej też gotowany kurczak, którego zamówił na kolację, za to parę minut później wróciła z kuchni, zjadając coś co przypominało część nie ugotowanej jeszcze potrawy. On sam nieźle się z tego uśmiał, ale gospodyni miała bardzo niezadowoloną minę, choć z pewnością również cieszyła się z goszczenia - jak ich przedstawił - ojca i córki. Wtedy, patrząc na nią, gdy zasypiała w na jego kolanach w ich sypialni, miał wrażenie, że to jego córeczka, choć wyglądała nieco inaczej. Serce podpowiadało mu, że to dusza Sol w jakiś sposób pozostała przy nim, choć jednocześnie odeszła. Trudno było mu myśleć, że jego żona i córka zginęły. Miał nadzieję, że udało im się uciec, ale tej nocy nie spał bardzo długo i bardzo dużo płakał w ciszy. Poprzysiągł też sobie, że pochowa je na cmentarzu, choćby symbolicznie, skoro nie mógł pochować ich ciał.

Wyjechali z rana, nie żegnając się z nikim, gdyż gospoda przepełniona była już sporo ponad stan. Także wokół niej ludzie składali prowizoryczne namioty, albo wstawali po nocy spędzonej pod gołym niebem. Ludzie byli wszędzie - młodsi i starsi, o różnej karnacji, różnych stanów i profesji. Greg jeszcze nigdy w życiu nie widział tylu osób w jednym miejscu, a domyślał się, że ci którzy się uratowali stanowili tylko niewielką namiastkę ludności kiedyś zamieszkującej wschodnią dzielnicę.Trafienie do dawnej siedziby Zwiadowców nie było teoretycznie takie proste, ale kiedy zapytał jednego ze Zwiadowców o jej położenie, ten o dziwo nawet nie oponował tylko wytłumaczył w kilku słowach jak tam dojechać i pobiegł dalej. Podróżował więc razem z dziewczynką, a ponieważ godziny spędzone na milczeniu strasznie mu się dłużyły, zaczął mówić do niej. Niedługo przed dotarciem na miejsce oznajmił:
- Muszę cię jakoś nazwać. Każdy powinien mieć imię a ty nie jesteś wyjątkiem. Nazwę cię więc Sol, po mojej córeczce, bo bardzo mi ją przypominasz i wierzę, że byłybyście najlepszymi przyjaciółkami w innych okolicznościach. - powiedział jej, czochrając brudne i posklejane włosy.
- Soool. - odpowiedziała jego blond włosa towarzyszka i było to pierwsze słowo, które wypowiedziała od bardzo długiego czasu, tak że czuła jakby używała mowy po raz pierwszy w życiu.