Słowo od autorki: Zdecydowałam zrobić przeskok czasowy między rozdziałe :) Chciałabym też podziękować wszystkim czytającym, gdyż piszę ten "twór" głównie dla siebie, więc fakt, że pomimo nie nastawiania się "pod publiczkę" ktoś poświęca swój czas, żeby zainteresować się moją historią bardzo mnie cieszy. ^^
P.S. Imię Sol z japońskim akcentem wymawia się [Soru] zaś Solana [Sorana].

Rozdział 3

Dzień ten był pierwszym naprawdę ciepłym dniem wiosny, takim kiedy nawet najbardziej zatwardziali domatorzy opuszczają swoje kryjówki, by wyjść choćby na ganek i rozkoszować się przyjemnie grzejącym słońcem, po trzech mroźnych miesiącach zimy i jednym deszczowo-śniegowym miesiącu przedwiośnia. Niebo nad Dworem Lorda Assu przybrało specjalnie na tą okazję najwspanialszy odcień paryskiego błękitu, jaki posiadało w swojej palecie. Lekki, orzeźwiający wiaterek przepłaszał z nieba samotne obłoczki i pomagał słońcu roznieść swoje ciepło po świecie.
Solana - szczupła, dziesięcioletnia na oko dziewczynka, o blond lokach, skręcających się i wijących aż do pasa - nie mogła niestety skorzystać ze wszystkich rozkosznych możliwości, jakie dawał dzień. Zamiast tego siedziała sztywno w ozdobnej drewnianej ławie, przed tablicą na której jej korepetytor zapisywał kolejne równania. Dziewczynka powoli zaczynała mieć serdecznie dość całej tej nauki, którą w kolosalnych ilościach raczyli ją najrozmaitsi nauczyciele od dnia, kiedy pojawiła się na Dworze Lorda Assu. Początkowo nauka wydawała jej się czymś wspaniałym i wręcz chłonęła ją całą sobą. Słowa i litery tańczyły wokół niej w jej snach i na jawie, przenosząc ją we wspaniały i magiczny świat historii i ksiąg. Niedawno lady Elwira uznała, że pora przejść do bardziej zaawansowanych nauk jak Algebra, Arytmetyka, czy Etykieta Dworska, zaś kursy Geografii, Historii i Lektury można już zakończyć. Przez co drugą połowę zimy i większość przedwiośnia nieszczęśliwe dziewczę spędziło w jednej sali, mając najbardziej antypatycznego mężczyznę jakiego można sobie wyobrazić za nauczyciela.
- Panienko Solano, proszę mi powiedzieć ile wynosi wynik mnożenia liczb dwa i pięć. - Do rzeczywistości przywołał ją głos mężczyzny, który wpatrywał się w jej nieobecny wyraz twarzy z dezaprobatą. Przyłapana na nieuwadze pokryła się rumieńcem i wbiła wzrok w zeszyt przed nią. Niestety, w tej jednoosobowej klasie nie było nikogo, kto mógłby przejąć na siebie bezmiar zawodu jaki krył się w tonie głosu siwowłosego nauczyciela.
- Tak jak sądziłem. A czy panienka wie, ile nerwów kosztuje mnie zmuszanie panienki do nauki czegoś, czego się panienka najwyraźniej uczyć nie chce? - Znów odpowiedziało mu zawstydzone milczenie.
- To może inaczej. - kontynuował, podchodząc do jej ławki i zmuszając by na niego spojrzała.
- Czy panienka zdaje sobie sprawę jaki zaszczyt ją dostąpił, że obecnie uczy się Arytmetyki, nie zaś żebrze na jednej z ulic, jak to czyni większość dzieci spoza muru Rose? - To pytanie docierało do najgłębszej i najczulszej struny Sol, a mianowicie poczucia zaciągniętego u lordostwa Assu długu, który starała się spłacać swoim sumiennym i przykładnym zachowaniem, nawet jeśli nie zawsze było jej ono w smak. Musiała przygryźć wargę, żeby nie dać po sobie poznać, jak bardzo te słowa ją zabolały. Byłoby to jak wkładanie przeciwnikowi w dłoń oręża.
- Zapewne również nie. - odpowiedział sam sobie, z mściwą satysfakcją wymalowaną na twarzy, siwowłosy mężczyzna, który nazywał sam siebie Koru. Po tym puścił twarz dziewczynki i odwrócił się do niej plecami. - W takim razie na dziś zakończymy. I proszę sobie to przemyśleć do następnej lekcji. - oznajmił, a Sol zabrała zeszyt, kałamarz i pióro i wybiegła z przepełnionej zaduchem i antykami sali, wprost na świeży i słoneczny dziedziniec. Pobiegła szybko do swojego pokoju, by zostawić tam rzeczy i z ciasnej, niewygodnej sukni szkolnej przebrać się w luźną sukienkę, którą pozwalano jej zakładać w czasie prac w ogrodzie i innych "brudnych" zajęć. Pora była nadal wczesna, więc ciotka Elwira (jak kazała siebie nazywać kobieta) nadal ćwiczyła grę na pianinie - słodkie dźwięki słychać było w całym dworku. Dla Sol oznaczało to, że ma co najmniej godzinę, może nawet dwie dla siebie, zanim ciotka znów zagoni ją do równie bezsensownych zajęć jak szydełkowanie czy nauka parzenia herbaty.
W zimie każdy taki wolny czas spędzała w pracowni Lorda Assu, którego ona nazywała bez żadnych oporów Papą Niko. Mężczyzna, będący już u schyłku najlepszego czasu swego życia, nie mający żadnych potomków, zawsze marzył o synu. Kiedy więc jakaś stryjeczna-cioteczna córka siostry męża siostry jego żony napisała do niego, iż poszukuje domu dla dosyć niezwykłego dziecka, natychmiast się zgodził. Co prawda z początku żałował, że dziecko nie było płci męskiej, ale szybko doszedł do wniosku, że nie oddałby małej Solany za nic w świecie. Dawny kapral Żandarmerii, obecnie na wczesnej emeryturze z powodu obrażeń odniesionych podczas przegranej walki o mur Maria, uwielbiał wszelkie przejawy i aspekty wojskowości i pasję tę, ze zdumiewającą łatwością, wpoił przybranej córce. W jego pracowni, gdzie próbował opracować lepsze i bardziej aerodynamiczne zbroje do trójwymiarowego manewru, dziewczynka spędzała praktycznie każdą wolną chwilę, o co żona z upodobaniem robiła mu nieustające pretensje. Szczególnie w zimie, dla Sol, stawała się ona jedynym azylem przed surową, wymagającą i cokolwiek bezduszną ciotką.
Tego dnia jednak uznała, że pogoda jest zbyt piękna, by schodzić pod ziemię i męczyć się z projektami, prototypami, sworzniami, dyszami mocującymi i innymi technicznymi aspektami produkcji zbroi. Zamiast tego udała się do stajni, gdzie własnoręcznie osiodłała swoją białą, niewielką klaczkę - Yuuki, wsiadła na siodło i w galopie wypadła za bramę Dworku.
Pomimo spędzenia prawie trzech lat wśród bardzo cywilizowanych, nawet arystokratycznych ludzi, nadal najlepiej czuła się na świeżym powietrzu, w lesie, gdzie w okół nie było nikogo z ludzkiego rodzaju poza nią samą. Starała się spędzać możliwie dużo czasu ze swoimi zwierzęcymi "przyjaciółmi", ale im dłużej mieszkała w Dworku tym większą trudność sprawiało jej zrozumienie mowy przyrody i to ją martwiło. Pamiętała, że kiedyś nie potrafiła mówić, za to rozumiała naturę. Ale odkąd w jej życiu pojawili się ludzie wiele się zmieniło. Najpierw byli Zwiadowcy, potem Gregory, którego zawsze w duszy nazywała tatą, następnie mieszkańcy dawnej siedziby Zwiadowców, a potem Lord Nicholas i Lady Elwira. Ludzie, którzy ją otaczali na początku budzili w niej strach, potem zdumienie, zainteresowanie, a teraz zaczynali budzić coś w rodzaju znudzenia i lekkiego zniesmaczenia.
Zatrzymała klacz głęboko w lesie, na polanie porośniętej polnymi kwiatami, ale także dzikimi różami, tulipanami i innymi kwiatami, których nigdy nie znajdowała w lasach za murami. W obrębie Siny wszystko było wytworem człowieka - drzewa zasadzone w lasach nie miały więcej niż 100 lat, kwiaty rosły zbyt regularnie, i nigdzie nie było drapieżników. Normalnie zachwiałoby to ekosystemem, ale arystokraci uwielbiali jesienne wielkie polowania na utuczone i nieruchawe króliki i sarny. Zdjęła Yuuki uzdę i pozwoliła jej się swobodnie paść, zaś sama usiadła na trawie pod jednym z drzew. Nie lubiła lasów Siny, ale wciąż przypominała sobie, jakim luksusem one są. Obszar najbardziej wewnętrznego muru był niewielki, ale stosunkowo mało zurbanizowany. Większość jego powierzchni zajmowały dworki takie jak ten w którym teraz żyła, otoczone malowniczymi lasami i jeziorami. Ludzie w nich żyli dostatnio i bez trosk, zapomniawszy niemal czym są tytani. I choć było to bezpieczne życie, Sol czuła się tutaj obco. Jak kaczka w stawie pełnym łabędzi. Żadne suknie i żadne lekcje nie mogły ukryć jej przynależności do innego świata, bo tkwiła ona głęboko w jej sercu i przejawiała się w każdym błędnym ukłonie, w każdym źle wypowiedzianym słowie i każdym kleksie w zeszycie.
Kiedy Greg odwiózł ją do dawnej siedziby Zwiadowców, myślała, że razem tam zamieszkają. On został tam jednak tylko tydzień. Pamiętała, że bardzo wtedy płakała, stojąc na dziedzińcu, gdy on wsiadał na konia. Gdy ruszył w stronę bramy, pobiegła za nim, zaś on wstrzymał konia i obrócił go w miejscu.
"Ucz się pilnie i zostań żołnierzem mała Sol! Wtedy mnie odnajdziesz!" - krzyknął, i odjechał. Od tamtej chwili, choć wtedy jeszcze nie bardzo rozumiała o co mu chodzi, uczyła się pilnie by odkryć sens jego słów. I gdy zrozumiała, w duchu postanowiła sobie, że kiedyś zostanie żołnierzem i odnajdzie mężczyznę. Niestety, im dłużej była przybraną córką Lorda Assu, tym bardziej ta obietnica wydawała jej się niemożliwa do zrealizowania. Ciotka miała wobec niej daleko idące plany, chciała by Solana dziedziczyła po nich ziemie i tytuły, zaś Papa Niko kochał ją i pewnie chciałby ją mieć przy sobie. Już parokrotnie dziewczyna rozważała ucieczkę, ale była osobą dobrą z natury i nie mogłaby czegoś takiego uczynić ludziom, którzy tyle jej dali, a którym starała się oddawać w zamian choćby swoje serce, nawet jeśli czasem było to bardzo trudne.
- I co ja mam zrobić? - zapytała klaczy, która w najlepsze skubała sobie trawę. - Muszę porozmawiać z Papą. On w końcu był kiedyś Żandarmem, walczył z tytanami, może zrozumie, że tu nie pasuję. - wiedziała, że ta rozmowa będzie bardzo bolesne, ale czas w którym będzie musiała ją przeprowadzić zbliżał się coraz bardziej. Na jesień będzie w wieku odpowiednim by wstąpić do wojska, więc to będą prawdopodobnie ostatnie jej wakacje w dworku. Uśmiechnęła się do siebie smutno i wstała, otrzepując sukienkę z trawy.
- Musimy iść, bo jeszcze ciotka zauważy, że nas nie ma. - zwróciła się do klaczki, głaszcząc ją po lśniącym barku. - Za tobą będę tęskniła chyba najbardziej przyjaciółko, wiesz? - dodała, zakładając jej uzdę z powrotem.

Kiedy wreszcie udało jej się zebrać w sobie odwagę by im to oznajmić, lato było już w pełni. Upały zniszczyły sporą ilość plonów, ale mieszkańcy Siny nie bardzo się tym martwili - oni mieli wszystkiego pod dostatkiem i tylko narzekali na to, że muszą siedzieć w swoich dworkach, zamiast cieszyć się naturą (czego nigdy nie robili, ale narzekali dla samej zasady). Ciotka Elwira jęknęła donośnie i oznajmiła, że mdleje, po czym z godnością opadła na fotel. Jej przyboczna służąca oznajmiła, że ona leci po wodę, ale prawdę powiedziawszy Sol wiedziała dobrze, że chce po prostu znaleźć się jak najdalej, kiedy ciotka przestanie omdlewać. Ona sama nie mogła po prostu odwrócić się i uciec, chociaż bardzo pragnęła to zrobić.
- Moja droga, nie dramatyzuj tak, miło byłoby mieć Żandarma w rodzinie. - zauważył Papa, starając się jednak nie doprowadzić do bezpośredniej konfrontacji z żoną.
- Nie dramatyzuj?! - pisnęła histerycznie ciotka, otwierając oczy, nagle ożywiona. - Czy ty w ogóle siebie słyszysz Nicholasie?! Ona jest dziewczyną! - oznajmiła, wstając. Złapała Sol mocno za ramię, uściskiem swych szponiastych placów i odwróciła ją przodem do męża. - Dziew-czyną! - powtórzyła.
- Tak, tak. Widzę kochanie. - zapewnił ją nieco otyły mężczyzna, nerwowo podkręcając wąsa.
- Dziewczyny nie idą do wojska! Dziewczyny wychodzą za mąż! - kontynuowała dalej kobieta tak kategorycznym głosem, że brzmiało to jakby wygłaszała jakąś prawdę ostateczną.
- Ależ, czasem zdarza się by... Znaczy przecież ta kuzynka córki siostry męża twej siostry jest w wojsku...
- Nicholasie! To jakaś szósta woda po kisielu! Już bardziej jakiś tytan jest arystokratą niż tamta głupia gęś! - zaoponowała Elwira, wybałuszając coraz bardziej oczy, co nieodzownie zapowiadało u niej atak poważnej histerii.
- Ciociu, ale ja mam prawo decydować... - zaczęła Sol, jednak ciotka wybuchła.
- Do niczego nie masz prawa głupie, niedoświadczone dziecko! Czy niczego cię przez te lata nie nauczyłam?! Włożyłam w twoją edukację całe moje serce i umiejętności a ty tak mi się odpłacasz?! Próbując teraz stąd uciec?! - ręka zaciskająca się na ramieniu Sol, opatrzona szpiczastymi paznokciami niemal miażdżyła jej kość.
- Wiedziałam! Po prostu wiedziałam, że czym skorupka za młodu...! Chciałam zrobić z ciebie człowieka, okazałam ci dobroć i serce! Przygarnęłam cię, choć nic o tobie nie wiedzieliśmy a ty wyglądałaś jak ostatnia dzikuska! - paznokcie wbiły się już dziewczynie w ramie do krwi, a jednak ona potrafiła tylko patrzyć na ciotkę z niedowierzaniem. Kobieta jeszcze nigdy nie wypowiedziała pod jej adresem tylu okropnych słów. Owszem, była zasadnicza, oschła i raczej nieczuła, ale zdawała się cieszyć z obecności Sol w ich życiu, na swój własny sposób. - A teraz ty oznajmiasz, że chcesz iść do wojska?! I pewnie jeszcze za mur co?! Do tych heretyków - Zwiadowców?! Na co poszła cała moja nauka o murach?! Niczego nie wyniosłaś z nabożeństw?! Za murami nic nie ma! - To był cios poniżej pasa dla Sol, która nigdy nie rozumiała religii Kościoła Murów, której wyznawczynią była ciotka i próbowała to samo wpoić w nią. Dziewczyna była w tym bardzo oporna, ale zawsze chodziła z ciotką na nabożeństwa i nosiła przepisowy naszyjnik na szyi. Teraz cofnęła się o krok z taką siłą, że paznokcie ciotki wyżłobiły w jej ramieniu czerwone pręgi.
- JA JESTEM ZZA MURU ciociu. - oznajmiła głosem pełnym nienawiści, wpatrując się lodowatym spojrzeniem w kobietę. Ciotka nigdy się o tym nie dowiedziała, bo uznano, że to byłoby niepożądane. Papa domyślił się dopiero po pół roku, kiedy sama coś mu zaczęła o tym przebąkiwać, ale zaakceptował jej historię, nawet jeśli w nią nie uwierzył. Teraz nadszedł czas by zasłony opadły. Sol odpięła z szyi głupi naszyjnik i rzuciła go ciotce pod nogi. Ta zrobiła się najpierw czerwona, a potem bardzo blada.
- Odpowiem sobie sama. "Wyjdź". Żegnaj ciociu - odwróciła się w stronę lorda z autentycznym smutkiem w oczach. - żegnaj Papo. - po czym odwróciła się na pięcie i wyszła perfekcyjnie dystyngowanym krokiem z pomieszczenia. Kiedy tylko drzwi się za nią zatrzasnęły, usłyszała wrzask ciotki, ale nie słuchała go - biegła ile sił w nogach do swojego pokoju. Spakowała najbardziej potrzebne i "najzwyczajniejsze" rzeczy, potem pobiegła do kuchni, gdzie otrzymała gromkie oklaski oraz obfity prowiant od wszechwiedzącej służby. Następnie do stajni gdzie osiodłała Yuuki, a potem przez bramę w stronę Siny. Kiedy dojechała na skraj posiadłości Lorda Assu, zatrzymała się i spojrzała jeszcze raz na mały, malowniczy dworek widniejący w oddali. Był jej domem przez te trzy lata i zdążyła polubić zarówno jego jak i jego mieszkańców. Lubiła święta i bankiety i polowania. "Czasem jednak trzeba zostawić to co znane, by szukać swojej drogi w życiu. Może brzmi to patetycznie, ale dla mnie jest bardzo prawdziwe." - powiedziała sobie i spięła klaczkę łydkami do żwawego kłusa.