Bramę muru Sina przekroczyłam bez większych problemów, choć Żandarmii byli dosyć zdziwieni moją samotną podróżą. Miałam jednak dokumenty, poświadczające moją tożsamość jako arystokratki, więc nie bardzo mogli oponować. Podróż do ośrodka szkoleniowego w Troście postanowiłam odbyć na pokładzie jednego ze statków, które kursowały między murami. To właśnie wzdłuż rzeki i pływających po niej statków rozrosły się główne ośrodki życia. Statki, które technicznie rzecz biorąc były raczej samobieżnymi barkami, mogły poruszać się w obie strony nurtu rzeki dzięki szynom na których były zamontowane. Transportowały zarówno ludzi, jak i towary, zaś podczas upadku Marii to dzięki nim udało się ocalić tylu uchodźców. Niewielkie to było pocieszenie, skoro nie wcześniej jak pół roku temu 1/5 ludzkości, przy czym głównie ocaleńcy, została wysłana na z góry skazaną na niepowodzenie misję odbicia muru. I co prawda nie odbiło się to na mnie bezpośrednio, ale nie mogłam nie myśleć o Gregu, którego wspomnienie nadal było żywe w moim sercu, a który przecież należał do tych "ocaleńców" zza muru Rose. Miałam nadzieję, że kiedy dołączę do Armii, będę mogła jakoś odnaleźć jednostkę w której stacjonuje i go odwiedzić.
Tymczasem na podróży statkiem spędziłam prawie 5 dni - kurierzy, poruszając się na koniach pokonują ten dystans dwa razy szybciej, ale ja nie śpieszyłam się aż tak bardzo, nie chciałam męczyć Yuuki, no i zależało mi na pewnym komforcie podróży. Te kilka dni spędziłam głównie na oglądaniu mijanych krajobrazów przez burtę, oraz przyglądaniu się ludziom poruszającym się po pokładzie statku. Byli zupełnie inni, niż ci których spotkałam w siedzibie Zwiadowców, ale także inni niż Lord i Lady Assu.
Ludzie żyjący za murem Rose byli zapracowani, zapatrzeni w swoje drobne kłopoty i swoje sprawy. Było ich tak wielu, że nikt nikogo nie znał, ani nie witał (co za murem Sina byłoby nie do pomyślenia), za to byli do siebie tak podobni, że wciąż i wciąż odnosiłam wrażenie, że oglądam najwyżej pięć czy sześć wzorców ludzi, zwielokrotnionych jakimś magicznym zaklęciem.
Były więc matki, ze swoimi dziećmi, które uwijały się za sprawunkami, lub podróżowały statkiem do mieszkającej daleko rodziny. Byli mężczyźni, dobrze ubrani, którzy zwykle dobijali jakichś targów po czym na pokład statku ładowano różne towary. Byli nędzarze, którym czasem udało się doczepić do statku swoimi łodziami i przedryfować za nim kilka mil. Byli wojskowi, zazwyczaj z oddziałów Stacjonarki, którzy podróżowali statkiem w jakichś sprawach służbowych. Kilku z nich zaczepiłam, pytając o Grega, ale ponieważ nie znałam jego nazwiska, nie mogli mi pomóc.
W końcu dotarłam w pobliże muru Rose i dzielnicy Trost, gdzie znajdował się ośrodek szkoleniowy, ale ponieważ miałam jeszcze miesiąc do rozpoczęcia szkolenia, zatrzymałam się w mieście.

Sol miała bardzo dużo szczęścia, że pierwsza gospoda do jakiej trafiła, była jedną z tych niewielu o nieskalanej reputacji. Nazywała się "Pod Osłoną Muru" i była jasnym, przestronnym i przyjaznym miejscem. Za gospodą znajdowała się stajnia w której podróżni mogli zostawić swoje wierzchowce, i tam też dziewczyna odstawiła siwą klaczkę. Kiedy zaświeciła gospodyni złotem po oczach, kobieta obiecała, że dostanie najlepszy pokój, z widokiem na plac przy którym znajdowała się gospoda i darmowe śniadania w cenie lokalu. Nie wspomniała o tym, że za jedną ze złotych monet jakie posiadała Sol, można byłoby mieszkać w tej i w każdej gospodzie w tym mieście choćby i przez rok, a nie przez miesiąc, który chciała tam spędzić dziewczyna.
Zostawiwszy swoje sakwy w pokoju, Solana wybrała się na pobliski targ. Nigdy co prawda na takim nie była, ale wiedziała, że to najlepsze miejsce, żeby dowiedzieć się czegoś o życiu zwykłych osób. Zakupiła sobie sporo nieco niewygodnej, ale pozwalającej jej nie wyróżniać się z tłumu odzieży, trzy dorodne jabłka dla Yuuki i zatrzymała się przy wystawie sklepu, znajdującego się w jednej z kamienic otaczających targ. Szyld nad drzwiami głosił "Lukaszenko's Best Weaponery", zaś na wystawie dostrzec można było najróżniejsze rodzaje broni - od małych, dyskretnych nożyków, aż po duże i ciężkie strzelby, jakich używają w walce Żandarmi. Sol zwróciła jednak uwagę na jeden przedmiot - niewielki, inkrustowany sztylet, który leżał sobie dumnie na czerwonej poduszce. Wiedziona impulsem, właściwym dla osób, które przez dłuższy czas dostawały to o czym tylko zamarzyły, weszła do wnętrza sklepu. Pachniało tu prochem strzelniczym, metalem i jakąś żywiczną, oleistą substancją. Z zaplecza wyszedł mężczyzna, o surowym wyrazie twarzy. Nosił mundur, choć nie było na nim symboli żadnej formacji, zaś poruszał się w taki sposób, że jego wojskowa przeszłość nie pozostawiała cienia wątpliwości. Sol powiedziała mu o sztylecie, a on uniósł brwi i zapytał oschle, czy ją na niego stać. Dziewczyna wyjęła kilka srebrnych monet (zdążyła rozmienić jedną złotą monetę u jednego z kupców na miedziane i srebrne) z sakiewki i położyła je na ladzie. Dziesięć minut później wyszła ze sklepu z nowym nabytkiem przytroczonym do pasa. Ruszyła ulicami Trostu, podziwiając wszystko co ją otaczało. Słońce tymczasem zaczęło chylić się ku zachodowi.

Zdybali ją w jednej z opustoszałych już ulic, i goniąc zapędzili w ślepą uliczkę. Mieli nad nią przewagę znajomości topografii miasta i ładnych kilku lat doświadczenia w okradaniu innych. Jeden z nich, najstarszy, wydał jej się znajomy, a teraz kiedy stała do nich przodem zrozumiała, że siedział przy jednym ze stołów w gospodzie, kiedy płaciła za pokój. Miał ładne kilka godzin, żeby skrzyknąć koleżków i śledzić ją aż do tego miejsca. Oddychała szybko, urywanie, po szaleńczej próbie ucieczki. Włosy opadały jej na twarz i ramiona, oczy ciskały wściekłe iskry. Mogła żyć przez ostatnie trzy lata w przepychu i dostatku, ale to nie wystarczyło, żeby do końca zapomniała o swoich korzeniach - o codziennej walce o przetrwanie poza murami. Złodziejaszkowie nawet nie przypuszczali, że rybka, którą złowili w swoją sieć może im stanąć ością w gardłach.
- No dalej! - krzyknęła, wyszarpując sztylet z pochwy i błyskając nim w świetle ulicznej latarni. - Którego pierwszego mam przerobić na żarło dla tytanów?! - Chłopcy zachichotali, zbliżając się ławą i blokując ucieczkę na bezpieczną ulicę, ale stracili odrobinę animuszu. Złapana dziewczynka miała piszczeć i błagać o litość, a nie grozić im śmiercią. W dodatku miała w ręce broń, a nawet dziecko może zadać nieprzyjemne rany taką bronią, zanim uda im się je rozbroić.
- Nie boisz się dziecino? - zapytał jeden z nich, z drwiącym uśmiechem na ustach, otwierając sprężynowy nóż. - Taka samotna, w obcym mieście... Moglibyśmy cię zabić i nikt by cię nie szukał... - kontynuował, wciąż zmniejszając dystans. Sol zdawała sobie sprawę, że jeśli zginie, minie ładnych kilka tygodni, może nawet miesięcy, zanim ktokolwiek zainteresuje się tą sprawą. Bała się - serce waliło jej jak oszalałe, ale mimo to wiedziała, że nie sprzeda tanio swojej skóry. Miała już zaatakować sztyletem któregoś z nich, kiedy zza ich pleców rozległ się stanowczy męski głos.
- Zostawcie ją, małe skurwiele! - Solana dojrzała tylko sylwetkę jakiegoś wysokiego chłopaka, do którego dołączył drugi.
- No już dzieciarnia, rozejść się, to zapomnimy o tym co przed chwilą zobaczyliśmy. - Przez chwilę przeciwnicy mierzyli się wzrokiem. Napastników było czterech, ale nieznani wybawiciele Sol byli wyżsi i wyglądali jakby nie żartowali. W końcu cała czwórka odpuściła i wybiegła za zakręt ulicy. Dziewczyna patrzyła na tą scenę z niedowierzaniem, rozumiejąc nagle jak niewiele dzieliło ją od śmierci. Ręce i nogi zaczęły jej się trząść i gdyby nie wysoki blondyn, ten, który jako pierwszy przyszedł jej na pomoc, upadłaby na ziemię.
- No, już dobrze malutka... Pourywałbym im głowy, gdyby trzeba było, ale to okropni tchórze. Jesteś bardziej odważna, niż którykolwiek z nich. - zapewnił ją chłopak, na oko piętnastoletni, wstając z ziemi i podnosząc ją na rękach. Miał krótkie, blond włosy, był umięśniony i wyglądał na typ wojownika. Ten drugi, który teraz oparł się o ścianę, był nawet wyższy niż jego towarzysz, choć szczuplejszy i mniej umięśniony. Jego włosy były bardzo ciemne, i tylko troszkę dłuższe niż jego towarzysza.
- Nie jestem malutka. - bąknęła Sol, próbując wydostać się z objęć mężczyzny, zaś ten bez oporów ją puścił. - I dzięki za pomoc, ale poradziłabym sobie sama. - dodała, chowając sztylet na swoje miejsce.
- No jasne. - uśmiechnął się chłopak. - Słuchaj, ja jestem Reiner, a mój kolega ma na imię Bertholdt. Właśnie przybyliśmy do miasta, bo już za miesiąc idziemy do wojska, ale póki co może zechciałabyś nam wskazać jakieś dobre miejsce do zamieszkania? - zapytał, odprowadzając ją na jedną z głównych, lepiej oświetlonych ulic. Sol przez chwilę chciała odpowiedzieć, że też idzie do wojska, ale uznała, że lepiej póki co zachować to dla siebie. Zamiast tego zaprowadziła ich do gospody "Pod Osłoną Muru", gdzie wynajęli sobie pokój niedaleko jej własnego.

Od tego czasu spotykałam ich często. Rano, kiedy jedliśmy śniadanie, Reiner komentował gromko i pochlebnie każde danie gospodyni, potem oni zazwyczaj szli do jakieś dorywczej pracy a ja do stajni, potem widywałam ich na kolacji. Bertholdt był bardzo milczący, praktycznie się nie odzywał i tylko przyglądał mi się jakoś tak dziwnie, że aż ciarki mi po plecach chodziły, ale jego towarzysz tłumaczył, że jest on taki odkąd ich wioskę zaatakowali tytani i że za niego przeprasza, ale prosi o zrozumienie.
Nie naciskałam, bo choć mnie tytani nie napawali takim przerażeniem, to widziałam ludzi, którzy się ich bardzo bali. I rozumiałam ich. Zdążyłam polubić obu mężczyzn i cieszyłam się, że oni też chcą się zaciągnąć, chociaż obawiałam się tego co powie Reiner kiedy już się o tym dowie. Nie ufałam im jednak tak, jak możesz to sobie wyobrażać, głównie z powodu pewnej sytuacji, która wydarzyła się wieczorem, niedługo przed terminem stawienia się na szkolenie.

Szłam się właśnie położyć do swojego pokoju, kiedy zauważyłam, że ich pokój jest niedomknięty. Zbliżyłam się, żeby zajrzeć do nich przed snem, ale usłyszałam ściszony głos Reinera i choć nie zrozumiałam słów, to jakaś ostrzegawcza struna we mnie dała mi znać, że ta rozmowa jest głęboko prywatna. Przystanęłam więc przy ścianie i starając się robić jak najmniej hałasu, nasłuchiwałam.

- A co jeśli nas nie ...? Albo jeśli... testy? - urywki przyciszonego głosu Bertholdta.

- Czy ... takim ...symistą? Bardziej ...twi mnie to, ... ona ... nie odezwała. Powi... dawno... być. Nie widzieliśmy... od ... Marii - odpowiedział na to Reiner. Domyśliłam się, że rozmawiają o kimś, kogo znają a kogo długo nie widzieli. Sama rozmowa może wydawała się być niewinna, ale fakt, że odbywali ją przyciszonymi głosami, pewni, że nikt ich nie słyszy dawał mi do myślenia.

Nie miałam czasu, by długo roztrząsać ich rozmowę, gdyż nasz pobyt w gospodzie się skończył. Opuściłam ją z samego rana, zostawiając gospodarzowi moją drogą Yuuki. Chciał mi sowicie zapłacić, ale wytłumaczyłam mu, że od teraz nie będę potrzebowała pieniędzy, a za zapłatę wystarczy mi obietnica, że się nią odpowiednio zajmie. Opuściłam gospodę, wychodząc w jasny i chłodny poranek, z duszą na ramieniu i sercem w gardle kierując się ku nieznanemu, które mnie czekało.