Nogi Sol bolały tak, jakby były wykonane z bardzo plastycznej masy, którą rzeźbiarz właśnie rozgrzał do temperatury, pozwalającej ją dowolnie kształtować. Każdy krok zdawał się trwać minuty, nie ułamki sekund. Za każdym razem kiedy ciężar jej ciała zawisał na sekundę w powietrzu czuła ulgę. Każde zderzenie nogi z ziemią i przyjęcie na nią jej masy było jak niekończąca się tortura. Dziewczyna miała wrażenie, że jej nogi topią się i zapadają w podłoże pod tym ciężarem, była pewna, że przy następnym kroku jej stopnia po prostu rozpłynie się na ziemi. A jednak za każdym kolejnym razem uderzała pewnie w twarde podłoże, posyłając w górę jej ciała falę piorunującego bólu.
- SZYBCIEJ ŁAMAGI! - krzyczał trener Keith, ślina z jego ust rozpryskiwała się w powietrzu i lśniła w letnim słońcu jak kryształy w żyrandolach na dworze lorda Assu.
104 Oddział Treningowy ćwiczył właśnie sprint, okrążając plac przed ich kwaterami, w jak najkrótszym czasie. Przebiegajac obok trenera, Solana mogła zobaczyć Reinera i Bertholdta, którzy właśnie się zatrzymywali – ukończyli ostatnie okrążenie. Mikasa siedziała na ziemi już od jakiegoś czasu, wyrównując oddech. Pobiegła dalej, wlepiając spojrzenie w bluzkę chłopaka przed nią – Erena. Wiedziała, że jest już na granicy swojej wytrzymałości. Jej świadomość, odrzucając jakiekolwiek zbędne akcje zawięziła się do żelaznego rozkazu by nogi pod nią niosły ją coraz dalej, zaś płuca łapały nowe porce tlenu. Zostały jej jeszcze dwa okrążenia. Zamknęła na sekundę oczy i przelała całe swoje siły do nóg, czując puls w każdej żyle ciała, nie mogąc zaczerpnąć oddechu do płonących od wewnątrz płuc. „Nie będę ostatnia. Nie będę ostatnia!" powtarzała sobie, kiedy kolejna osoba wyprzedziła ją. Znów zbliżała się do trenera, który krzyczał coś obraźliwego w jej stronę, wypluwając nowe kaskady śliny. Przez ułamek sekundy przed jej oczami mignął uśmiech Reinera. To ją zdekoncentrowało.
Zgubiła krok, straciła rytm, a ponieważ biegła najszybciej jak potrafiła, jej organizm nie dał rady przywrócić ciału balansu. Wykonała jeszcze dwa chwiejne kroki i zanim zrozumiała co się dzieje uderzyła z całej siły w ziemię. Nie zdążyła nawet osłonić twarzy i klatki piersiowej rękoma.
„Nie, nie, nie, NIE, NIE!" wyły jej myśli. Wiedziała, że teraz na pewno będzie ostatnia. Takiego błędu nie dało się odrobić. Nie na tym etapie wyścigu.
Gdybyś była poza murem, byłabyś już martwa. Podpowiadał jej cichy, mściwy i cyniczny głosik w jej głowie. Mimo bólu, który teraz ogarnął całe jej ciało, mimo piasku który dostał jej się do ust i nosa, mimo krwi która zaczęła pojawiać się na jej policzkach, wstała. Podniosła się na dłoniach do klęczków, nie dopuszczając do siebie krzyku Keitha, który dostawał furii przy linii mety. Jej nogi dygotały, w oczach zaczęły zbierać się łzy, ale powoli zaczęła wstawać.
Nagle zrozumiała, że nie jest na torze sama. Tuż obok niej stał zdyszany i spocony blondynek, chłopak starszy od niej (jak wszyscy w oddziale), ale niemal jej wzrostu. Uśmiechał się do niej słabo, łapiąc łapczywie oddech.
- Dalej, bo Keith dostanie udaru od tego krzyku. - zachęcił ją, wyciągając do niej rękę. Pomógł jej wstać, po czym pobiegł razem z nią, choć widać było że tempo które dla niej było oszczędne, jemu sprawiało pewne trudności.
Kiedy dotarli na metę, Armin został okrutnie złajany przez trenera, przyjmując nagany dzielnie i nie odzywając się ani słowem. Oboje dostali 50 okrążeń kary, oraz mieli nie dostać tego dnia kolacji. Nie była to najgorsza możliwa kara w wykonaniu Keitha, więc Sol nie mogła się nie uśmiechnąć kiedy już pozwolił im odejść by napić się wody.
- I zaprowadź to dziecko do infirmierii. - warknął na odchodnym do Armina. Reiner, który patrzył na dziewczynę z widoczną troską w oczach chciał się chyba odezwać, ale po chwili westchnął i odszedł za resztą pod baldachim pod którym stały wiadra z wodą.
- Dziękuję. - mruknęła Sol, ocierając kurz, piasek i krew z twarzy wierzchem dłoni, żeby lepiej widzieć drogę. Oboje szli dosyć wolno, ich nogi paliły żywym ogniem, powietrze zdawało się dla płuc być płynną lawą lecz ich puls zaczął już spadać, przynosząc ze sobą zmęczenie.
Armin uśmiechnął się, nic jednak nie odpowiedział.
- I tak byłbym ostatni. To znaczy, gdybyś się nie przewróciła. - zauważył po chwili, słabym, zrezygnowanym głosem. - Zawsze jestem ostatni.
- To nie prawda. Na ćwiczeniach z taktyki... - zaczęła, ale chłopak przerwał jej machnięciem dłoni. Jego półdługie blond włosy, pozlepiane potem i kurzem zwisały smętnie w strąkach po obu stronach jego twarzy. Mieli praktycznie ten sam odcień włosów, i ten sam kolor niebieskich jak woda w jasny dzień oczu. Sol często myślała, że wyglądając jak rodzeństwo, a inni kadeci tylko ją w tym utwierdzali.
- Ćwiczenia z taktyki się nie liczą. Obliczenia i wykresy nie obronią mnie, kiedy stanę twarzą w twarz z tytanem. - oznajmił, tak pewny tego co mówił, że dziewczyna nie miała wątpliwości – to stwierddzenie wypłynęło prosto z jego serca.
- Byś się zdziwił. - burknęła pod nosem, ale nie odważyła się powiedzieć tego na głos. Wiedziała, że Armin częściowo miał rację. Technicznie rzecz biorąc to ona była najmłodsza, choć z tego samego rocznika co inni. W porównaniu z nim, wypadała jednak całkiem nieźle, choć nie miała co marzyć od dołączeniu do elitarnej dziesiątki – nie żeby kiedykolwiek chciała – a przyjaciółka Armina – Mikasa była jedną z najlepszych w roczniku. Skrycie Solana przypuszczała, że uczucia jakei Armin żywi do Mikasy znacznie wykraczają poza braterstwo serc, ale ponieważ on nigdy przed nikim otwarcie tego nie przyznał, nie zamierzała go wypytywać.
Kiedy dotarli do gabinetu medyka, Solana podziękowała chłopakowi jeszcze raz. Zaoferował się, że poczeka na nią, ale odprawiła go stwierdzeniem że z pewnością pada z nóg a po południu mają jeszcze w planach bieg przełajowy. Pożegnali się więc, a ona weszła do chłodnego pomieszczenia.
Spotkali się znowu wieczorem, kiedy reszta jadła kolację, Armin zaś stał oparty o barierkę na werandzie świetlicy.
- Nie wchodzisz do środka? - zdziwiła się Sol.
- Niekoniecznie. Jestem wystarczająco głodny, nawet kiedy nie patrzę jak inni jedzą. - burknął, ale jego twarz zaraz się rozjaśniła. - Właściwie to czekałem na Ciebie. - dodał. Sol uniosła brwi, zdziwiona ale zadowolona. Lubiła chłopaka, który odstawał od grupy tak jak i ona, dlatego trzymali się razem. Teraz po roku szkolenia byli jedynymi „wątpliwymi", którzy zostali. Reszta zdezerterowała, lub została wyrzucona. Musieli się wspierać, jeśli nie chcieli zmniejszyć niewielkiego już składy 104 Oddziału Kadetów.
- Na mnie? - zapytała.
- Tak, chciałem ci coś pokazać. - uśmiechnął się. Jego oczy iskrzyły się podnieceniem, radosną chęcią podzielenia się czymś, co najwyraźniej uznał za wspaniałe.
Zabrał ją do lasu, nieco poza ośrodkiem szkoleniowym, choć nie na tyle daleko by istniało ryzyko zgubienia się. Kiedy tylko znaleźli się pomiędzy drzewami, dziewczyna poczuła się lepiej, przebywanie w jego ciszy pozwoliło jej się odprężyć. Blondyn zaprowadził ją do niewielkiej polany, na której, pomiędzy trzema drzewami zawieszone było coś na kształt uprzęży.
- Co to? - zapytała, odruchowo zniżając głos do szeptu, choć byli przecież sami.
- Sprzęt do nauki trójwymiarowego manewru! - oznajmił tym samym, przyciszonym głosem Armin, jego głos kipiał z ekscytacji.
- Skąd to się tu wzięło?
- Sam to zrobiłem! Musiałem przeszmuglować kilka linek, no i uprząż, trochę nagiąć te drzewa, ale... Udało się! - Armin odwrócił się do niej, stojąc pomiędzy drzewami. Blask księżyca, prześwitujący przez ich korony czynił jego skórę jeszcze bledszą niż była zazwyczaj, jego włosy niemal białymi a oczy zyskały w tym świetle nową głębię. - Teraz możemy ćwiczyć sami, zanim inni zaczną z Keithem! Jeśli zaczniemy wcześniej, będziemy mieli więcej czasu na naukę i może kiedy przyjdzie co do czego, nie będziemy tak odstawali od reszty! - W momencie kiedy to powiedział, wiedział że popełnił błąd. Choć Sol była jedną ze słabszych fizycznie osób, różnica pomiędzy nią a grupą była na tyle mała, że z czasem miała duże szanse by ją zmniejszyć lub całkiem zniwelować. Armin natomiast nie mógł na to liczyć. Spojrzenie dziewczyny stężało, jej dłonie zacisnęły się w pięści.
- Nie to nie tak! - próbował się zreflektować, ale Solana odwróciła się i ruszyła z powrotem w stronę ośrodka. - Solana, ja wiem, że jesteś silniejsza ode mnie. Dlatego cię tu przyprowadziłem. Potrzebuję kogoś kto pomoże mi trenować. - tłumaczył, idąc za nią. - Sol!
Zatrzymała się, odwróciła w jego stronę. Jej kręcone włosy podskoczyły kiedy to zrobiła.
- Będę z tobą trenowała, bo masz rację. Oboje odstajemy od grupy i równie bardzo jak ty chcę to naprawić. - jej rysy złagodniały a na twarzy pojawił się blady uśmiech. - To będzie nasz sekret. - oznajmiła uroczyście.
Siedziała na swoim łóżku w damskiej sypialni, z nogami podkulonymi pod pierś. Sprawiało to dodatkowy ból, jej i tak zmęczonym mięśniom ale przez dwa lata przyzwyczaiła się tak bardzo do ciągłego bólu, że prawie nie pamiętała jak to jest, kiedy nic cię nie boli. Włosy, kiedyś sprężyste, rozczesane i lśniące, teraz opadały jej na twarz prostymi strąkami. Trzy miesiące temu je ścięła. Był to dla niej bardzo ciężki czas, kiedy trening stał się jeszcze bardziej bezlistosny właśnie wtedy, kiedy sądziła, że już gorzej być nie może. Musiała postawić przed sobą jasne cele. Dlatego poprosiła Christę, żeby obcięła jej loki. Od tamtego czasu często zdarzało się, że ludzie mylili ją z Arminem, przez co zaczęła we włosach nosić niebieską przepaskę. Westchnęła i wstała, kiedy z łazienki wyszła Sasha, wypuszczając za sobą strumień gorącej pary. Większość dziewcząt zdążyła się już umyć i siedząc na środkowych łóżkach po dwie lub trzy, plotkowały, jak to dziewczęta miały w zwyczaju. Na początku próbowały ją wciągnąć do rozmowy, ale ponieważ odpowiadała krótkimi zdaniami, szybko dały jej spokój. Sol dużo lepiej czuła się w towarzystwie Armina, Reinera czy nawet tego kolegi Armina i Mikasy – Erena. Mężczyźni zdawali jej się nieskomplikowani i nigdy nie oczekiwali od niej, żeby opowiadała im historię swojego życia. Weszła do łazienki. Umyła się już wcześniej, ale po prostu poczuła potrzebę spojrzenia w lustro. Odbicie nie pokazywało tej samej dziewczynki, która stawiła się na placu pierwszego dnia treningu.
Ta Solana była sporo wyższa, choć razem z nią urośli wszyscy wokół, i bardziej... Żylasta. Jej brzuch był płaski, na ramionach można było zobaczyć mięśnie, dłonie, niegdyś tak delikatne i zgrabne, teraz poznaczone bliznami z dwoma palcami lekko wygiętymi – złamała je podczas treningu. Pod koszulą rysowały się zaszczątki niedużych piersi, które urosły nie wiadomo kiedy. Włosy okalały twarz, która była niedawno okrągła, teraz wyszczuplała. Jej nos był lekko skrzywiony – również w wyniku złamania. Oczy dziewczyny, która spoglądałą na nią z lustra, były niebieskie i nosiły w sobie iskry determinacji i pewnego smutku. Włosy opadały po bokach głowy, proste i nierówna na końcówkach.
- Będę Zwiadowcą. - oznajmiła cicho, mówiąc to sobie po raz nie-wiadomo-który odkąd rozpoczęła szkolenie. Jakim cudem jeszcze się nie poddała? Pomimo tego, że każdy ruch sprawiał jej ból, że krzyczano na nią, wyzywano ją, poniżano, lub omijano? W jej myślach pojawiła się twarz Armina, który ociera pot z czoła, podnosząc się z ziemi. Tak, on był dla niej dużym ułatwieniem, bo skoro nawet on mógł znieść trudy szkolenia, to dlaczego ona miałaby się poddać? Ale to nie o niego chodziło. Przypomniała sobie wieczór po tym jak zostali zakwaterowani w ośrodku.
Stała na szczycie schodów na werandę przed świetlicą. Na dole schodów stał Reiner, tak że ich głowy były praktycznie na tej samej wysokości. Chłopak wpatrywał się w nią, jego twarz była stężała, oczy błyszczące od gniewu.
- To nie jest miejsce dla Ciebie. - warknął, zaciskając dłonie w pięści.
- Nie TOBIE o tym decydować! - odparła, z brodą wysoko uniesioną. Uraził jej dumę, kiedy zarzucił jej, że to co zrobiła było głupie i bezmyślne. Owszem, było miło kiedy ktoś się o ciebie troszczył, ale Reiner nie był jej rodziną, krewnym, ani nawet przyjacielem tak po prawdzie, więc Sol uważała, że nie ma żadnego prawa by mówić jej co jest dla niej dobre a co nie.
- Odpadniesz najwyżej po tygodniu! - wybuchnął, uderzając pięścią w ścianę budynku. - Oni cię zniszczą! Jesteś za słaba, żeby kiedykolwiek stać się żołnierzem!
Sol nie odpowiedziała nic, mierząc go tylko wzrokiem i wiedząc, że niedługo on zacznie żałować swoich słów. Ale teraz, teraz chciała uderzyć go w twarz. Za to, że w nią nie wierzył.
- Kiedy skończę szkolenie... - zaczęła, mówiąc z wyraźnym trudem, ponieważ furia ściskała jej gardło. - … i zostanę Zwiadowcą, odszczekasz te słowa. - zakończyła, odwróciła się na pięcie i weszła z powrotem do świetlicy.
Od tamtego momentu poddanie się po prostu nie wchodziło dla niej w grę. Chciała, żeby Reiner patrzył na nią z dumą w oczach, jak wtedy kiedy po raz pierwszy zobaczyła go w uliczce. Chciała udowodnić mu, że jest silna i potrafi walczyć. Od tamtego czasu nie zamienili więcej niż kilak zdawkowych zdań, kiedy byli przydzielani ze sobą do ćwiczeń w parach. Reiner odnosił się do niej chłodno i profesjonalnie, ale wiedziała, że kiedy dawała z siebie wszystko na co było ją stać on uśmiechał się pod nosem. I ten uśmiech dawał jej ogromną satysfakcję.
Odwróciła się od lustra i wróciła do łóżka. Odwróciła się plecami do wszystkich a twarzą do ściany, zastanawiając się nad następnym dniem. Mieli mieć luźniejszy trening, więc na wieczór umówiła się z Arminem w ich sekretnym miejscu. Trening trójwymiarowego manewru, szczególnie bez nikogo kto by ich poinstruował, był naprawdę trudny i z każdej takiej sesji oboje wracali z dodatkowymi siniakami i zadrapaniami. Żadne jednak nie narzekało. Jeśli dzięki temu mieli zyskać przewagę na starcie w porównaniu zresztą, było to warte każdego siniaka.
