korekta rozdziału: Toroj

Rozdział czwarty:
Plany i spiski

— To dość poważna sprawa, Harry! — skomentował Albus Dumbledore, machając ręką, by włączyć do rozmowy Severusa Snape'a, który siedział z ramionami skrzyżowanymi i zaciętym wyrazem twarzy. — Oczywiście, będziesz musiał zrobić to, o co proszą Dursleyowie. To nie czas, aby członkowie rodziny byli osobno.
Harry siedział z kamiennym wyrazem twarzy. Nie chciał pokazać swoich prawdziwych uczuć do pewnych członków rodziny. Wystarczająco źle, że wybuchnął kilka minut wcześniej przy Snapie. Że też ze wszystkich ludzi, właśnie Snape'owi powiedział, że jego rodzina zawsze go nienawidziła i to się nie zmieni. Cóż, przynajmniej oślizgły typ najwyraźniej nie potraktował go poważnie. Zamiast tego doszedł do wniosku, że Harry histeryzował. Ale to nawet pasowało Harry'emu. Wolał, aby myślano o nim, że jest histeryczny i niedojrzały, niż dać Snape'owi prawdziwy materiał do zniewag. Boże, mógł sobie doskonale wyobrazić, jak Snape nęka go w klasie tym, jak to nikt nigdy nie kochał biednego, żałosnego Harry'ego Pottera. Czy ten schowek na składniki nie przypomina ci za bardzo twojego schowka, Potter? Czy to dlatego tak szybko podbiegasz i odbiegasz od niego w drżączce, bo sława nie powstrzymuje strachu przed małymi pomieszczeniami? Mamy klaustrofobię, co, Potter?
No dobrze, Snape pewnie by szybciej umarł, niż wypowiedział słowo takie jak „drżączka", przyznał Harry w duchu, ale z łatwością mógł sobie wyobrazić resztę płynącą z nienawistnych ust. To, i jeszcze gorsze rzeczy.
Tak więc wolał, aby Snape wierzył, że te komentarze powstały z histerii. Lepsze to, niż gdyby ten okropny mężczyzna — czy ktokolwiek inny — znał prostą, straszną prawdę, że Harry nigdy nie miał domu, nie mówiąc już o rodzinie, aż do przybycia do Hogwartu. Gdy będziecie tutaj, wasz dom będzie waszą rodziną, przypomniał sobie słowa McGonagall. Miała rację. Gryffindor był jego rodziną, jego jedyną rodziną.
— Słuchasz mnie, Harry? — odezwał się Dumbledore.
— Taak — odpowiedział wzburzony, ale natychmiast stwierdził, że wcale nie słuchał, więc dodał cichszym głosem: — Nie, nie słuchałem.
— Całkiem zrozumiałe — odparł dyrektor, ignorując wzgardliwe prychnięcie Snape'a. — Wiadomości takie jak te nigdy nie są łatwo przyswajane, zwłaszcza, kiedy miałeś zatargi, tak to nazwijmy, ze swoją rodziną. Severus ma jednak rację, nic z tego nie ma znaczenia, nie w porównaniu do potrzeby ochronienia ciebie. Jeszcze herbaty, Harry?
Harry nie dotknął jeszcze pierwszej filiżanki, więc tylko spojrzał na dyrektora raczej niedowierzająco.
— Może cytrynowego dropsa?
— Nie — westchnął, zmęczony grami starszego mężczyzny. Co on sobie myślał, że Harry jest dzieckiem, które można zmiękczyć słodyczami? Właściwie, zreflektował się Harry, odmowa przeczytania tego listu nie była zbyt dojrzała, a narzekanie w sprawie odwiedzenia umierającej ciotki było jeszcze bardziej dziecinne, nawet gdyby nie było tej całej sprawy z krwią matki. Zachowywał się jak dzieciak i powinien to przerwać.
— Więc wyruszam do Surrey, tak? — zapytał Harry, startując wprost w następny logicznie temat. — Podejrzewam, że Zakon znowu stanie na warcie, dwadzieścia cztery godziny na dobę, bym był bezpieczny?
Kiedy Dumbledore przytaknął, Harry zgodził się.
— No dobrze, w takim razie. Czy Hogwart Express jeździ w październiku, czy powinienem dostać się siecią Fiuu do domu pani Figg?
— Raczej siecią Fiuu, dyrektorze — wtrącił Snape. — Ale nie sam. Nie będzie tak jak w lecie, kiedy przebywał głównie w domu i jego okolicach. Ciotka jest w szpitalu. Pan Potter będzie musiał spędzić tam sporo czasu, a także w drodze. Zważywszy, że oddali się daleko od granic pola, nie wystarczą niewidzialni członkowie Zakonu, by go chronić.
On siedzi tuż obok — wtrącił Harry. — Nie mówcie o mnie jakby mnie tu nie było!
Snape zerknął na niego przelotnie.
— Jeśli chcesz dalej tutaj siedzieć i słuchać, nie przerywaj więcej. Teraz, jak już mówiłem, Potter potrzebuje jednego z nas w pobliżu przez cały czas. Widzialnej osoby, by tym lepiej zapobiec zamachom na jego życie.
Harry prychnął.
— Myślałem, że czytał pan list, profesorze. Żadnych czarodziejów, pamięta pan? — Zamknął szybko usta zanim mógłby powiedzieć coś więcej, jak na przykład: Oni nienawidzą magii bardziej niż trucizny, a mnie bardziej niż obu razem.
— Umiem czytać, panie Potter. — Snape uśmiechnął się szyderczo. — Jestem świadomy warunków postawionych przez twego wuja.
Aż do tej chwili Harry nie był pewny, czy Snape przeczytał całość listu. Te spojrzenie było tak szybkie… Harry zacisnął pięści, marząc, aby w coś uderzyć, i jęknął cicho, gdy zabolała go dłoń. Zirytowany, odwinął bandaż by obejrzeć ranę. Hm, nie było tak źle. Nie potrzebował nawet pani Pomfrey, chociaż strasznie bolało.
Harry wstał, wściekły, ale zdecydowany zachowywać się dojrzale i zwrócił się do dyrektora.
— Panie dyrektorze, zanim wyjdę, chciałbym złożyć skargę na członka grona pedagogicznego.
Mężczyzna w krześle obok niego poruszył się, ale Dumbledore pozostał zrelaksowany.
— Tak?
— Profesor Snape nie miał prawa czytać listu zaadresowanego do mnie, ani też czytać go na głos w klasie pełnej szkolących się śmierciożerców.
— Czy to prawda, Severusie? Przeczytałeś go na głos?
Harry był pewny, że złe spojrzenie Snape'a dotyczyło opisania jego kochanych Ślizgonów w ten sposób, a nie tego, że zrobił coś złego.
— Jedno słowo — wycedził niskim, drwiącym głosem. — Tylko by nauczyć Pottera, by nie zajmował się swoją pocztą podczas lekcji. A co do przeczytania całego listu? Ktoś musiał.
— Niestety, to prawda — zgodził się Dumbledore, ale Harry nie miał zamiaru tak tego zostawić. Może nie był w stanie zrobić nic wielkiego, zważywszy na okoliczności, ale był zdecydowany nie opuścić gabinetu aż do chwili, kiedy pokaże Snape'owi, że nauczyciele nie są jedynymi osobami z władzą.
— Jest jeszcze inna kwestia — kontynuował pozornie beztrosko, ignorując wzrok Snape'a, wbijający mu się w tył głowy. — Ponieważ profesor skonfiskował bardzo osobisty list, i ponieważ miałem również wypadek z piórem, jak tylko zaczęła się lekcja, nie byłem w stanie skoncentrować się na teście. Z całym szacunkiem proszę, aby nakazał mu pan zrobienie dla mnie powtórki.
— To z pewnością wydaje się uczciwe — mruknął Dumbledore. — Zwłaszcza, że byłeś również trochę zmartwiony z powodu swojej ciotki.
— Albusie — Snape uśmiechnął się szyderczo — on nawet nie wiedział o swojej ciotce przed końcem testu. Nie chciał wiedzieć.
— Ach, no cóż. Nadal, Severusie, myślę, że mógłbyś rozluźnić swoje srogie reguły, tylko ten jeden raz.
— Zaproponowałem panu Potterowi, aby udał się do skrzydła szpitalnego, gdy tak głupio się zranił.
— Nie, nieprawda — zaprzeczył Harry odwracając się w stronę Mistrza Eliksirów i ignorując jego świdrujący wzrok. — Zapytał pan sarkastycznie, czy powinien wysłać sowę do pani Pomfrey, by zarezerwowała moje ulubione łóżko. Wyśmiał mnie pan z tego powodu. Kiedy Hermiona powiedziała, że krwawię, pan odjął jej punkty i nawet nie spojrzał, by sprawdzić, czy było to coś poważnego…
— Ale nie było.
Im bardziej Snape się kłócił, tym bardziej Harry upierał się, by postawić na swoim. To była kwestia dumy, jak podejrzewał. Snape regularnie ją miażdżył, a Harry był bezsilny. Tylko raz, zdecydował Harry, jeden raz sprawi, że Mistrz Eliksirów przełknie coś, czego nie chciał.
Wyciągając rękę, Harry rozpostarł palce by pokazać dłoń dyrektorowi.
— Nie, nie było to poważne. I oczywiście nie potrzebuję pani Pomfrey. Ale nie w tym rzecz. Nie byłem w psychicznym i fizycznym stanie przystąpić do testu i była to wina profesora Snape'a. Gdyby mnie nie znieważał, nie złamałbym pióra.
— Nie znieważałbym ciebie, gdybyś używał swojej mózgownicy do czegoś więcej, niż tylko quidditch i granie bohatera, panie Potter. Jeśli nie podoba ci się sposób, w jaki prowadzę zajęcia, sugeruję, abyś zrezygnował z nich, zwłaszcza, że szósty rok eliksirów nie jest wymagany…
— Jest wymagany — przerwał Harry. Owutem z eliksirów był wymagany na studiach aurorów, ale Harry nie miał zamiaru wdawać się w szczegóły, nie przy Snapie. Ani nawet Dumbledorze. Dyrektor wiecznie trzymał Harry'ego w niewiedzy. Tylko McGonagall wiedziała o planach zawodowych Harry'ego, a i ona tylko dlatego, że musiała, skoro zamierzała umieścić go na lekcjach, których potrzebował.
— Wystarczy — wtrącił się dyrektor. — Severusie, przygotujesz alternatywny test dla Harry'ego. Nie uważam, aby to była zbyt wielka prośba. A ty, Harry, będziesz w zamian trzymał się blisko swojej eskorty przez cały czas, zgoda? Zakon dalej będzie pilnował, ale Severus ma rację: tym razem potrzebujemy kogoś, kto będzie mógł chwycić cię w każdej chwili za ramię i aportować się natychmiast. Zrobisz jak proszę, Harry?
— Jasne — zgodził się Harry. Cóż innego mógł zrobić po tym, jak Dumbledore właśnie wepchnął Snape'a do kąta? Poczucie satysfakcji zawładnęło nim, aż poczuł mrowienie palców u nóg. Taak, dobrze tak temu oślizgłemu draniowi, że będzie musiał spędzić swój wolny czas, by napisać test specjalnie dla Harry'ego Pottera, że musiał zrobić coś, czego nie chciał, i zrobić to właśnie dla Harry'ego Pottera.
— Więc kogo sugerujesz, Severusie? — spytał łagodnie Dumbledore.
Snape przełknął coś, co wyglądało na wstręt. Na początku Harry myślał, że Mistrz Eliksirów rozmyślał nad faktem, że przegrał bitwę z Harrym Potterem, ale kiedy Snape odpowiedział, Harry zdecydował, że działo się coś innego.
— Lupin — odparł Snape, krzywiąc się. — Jeśli się zgodzi.
— Och, jasne, Remus będzie zadowolony, że może być ze mną — powiedział Harry. — Wiem, że był moim profesorem i w ogóle, ale właściwie jesteśmy dobrymi kumplami.
— Nie mówimy o tym, aby ten parszywy wilkołak był faktycznie odpowiedzialny za twoje bezpieczeństwo, Potter…
— Dlaczego nie? Uratował mi życie w trzeciej klasie. Gdyby nie nauczył mnie zaklęcia Patronusa, dementorzy z pewnością by mnie dopadli…
— Tak, ciebie i Blacka — zazgrzytał Snape.
— On był niewinny, wiesz! Wiem, że pan wie!
Snape spróbował poprowadzić rozmowę z powrotem na właściwe tory.
— Mówimy o Eliksirze Wielosokowym, Potter. Będę wyglądał jak Lupin, ale to ja będę z tobą przez cały czas. Przez cały czas, czy to jasne?
— Pan! Nie może pan... — wyjąkał Harry. — To znaczy, co z Voldemortem? Jeśli ktoś ze mną pana zobaczy, nie poprawi to pana pozycji pośród śmierciożerców…
— Stąd Eliksir Wielosokowy — wyjaśnił Snape głosem zarezerwowanym dla pierwszoklasistów. — Zakładając, że twój ukochany wilkołak podaruje kilka włosów.
— Nie — zaprotestował Harry, ale uciszyła go uniesiona dłoń Dumbledore'a.
— To naprawdę najlepsze rozwiązanie, Harry. Severus ma wśród śmierciożerców pozycję na tyle wysoką, by znać plany Voldemorta i jego zamiary, zatem on jest najwłaściwszą osobą do tej roli. Jak również, muszę dodać, profesor Snape jest dobrym znawcą zaklęć obronnych, nie wspominając o taktykach walki. Będziesz w dobrych rękach.
— Jeśli jest taki dobry z obrony, to czemu nigdy nie dostał tej posady? — zapytał Harry.
— To sprawa pomiędzy mną a Severusem — upomniał go łagodnie dyrektor. — Wracaj do swojego dormitorium i spakuj wszystko, co możesz potrzebować, podczas gdy my skontaktujemy się z Remusem Lupinem. Och, Harry? Czy muszę wspominać, że za wszelką cenę musisz się trzymać wersji, jaką wymyśliliśmy? Wybierasz się w odwiedziny do swoich krewnych, a pan Lupin ci towarzyszy. Nie wspominałbym nawet nikomu, że twoja ciotka jest chora. Nie chcemy dawać Voldemortowi żadnych podstaw do domysłów w jaki sposób skonstruowano pole ochronne.
— Taak — zgodził się Harry. Oczywiście, Ron i Hermiona nigdy by go nie zdradzili, tego był pewny, ale spróbuj przekonać o tym Snape'a. Nie mógł jednak powstrzymać pytania: — W jaki sposób ma to być taka dobra przykrywka, jeśli profesor Snape zniknie z Hogwartu w tym samym czasie co ja?
— Ależ nie zniknie — zapewnił go dyrektor. — Również użyję Eliksiru Wielosokowego i poprowadzę za niego zajęcia, jeśli w poniedziałek nadal was nie będzie.
To tyle co do tego pomysłu. Harry spróbował jeszcze raz.
— Ale nie możemy ruszyć teraz — zauważył. — Warzenie tego eliksiru zajmuje miesiąc, moja ciotka już będzie martwa do tego czasu.
— Naprawdę uważasz, że nie trzymam niezbędnych eliksirów przez cały czas pod ręką, Potter? — spytał Snape, unosząc brew.
— Czy jednak włos Remusa nie zmieni pana w wilkołaka? — zastanawiał się Harry głośno, gdyż właśnie do niego dotarło niebezpieczeństwo takiej operacji.
— Gdybyś uważał choć odrobinę na lekcjach eliksirów, panie Potter — uśmiechnął się szyderczo Snape, a jego nos wyglądał jak jakiś makabryczny hak do patroszenia — znałbyś odpowiedź na te pytanie. Nie, nie zmieni mnie, chyba, że wezmę zwierzęcy włos. A kto, powiedz mi, byłby takim idiotą, by to zrobić?
Brzmiało to zupełnie, jakby wiedział o Hermionie i włosie kota. Harry przełknął ślinę.
— Cóż, no dobrze. Pójdę się spakować.
— Weź coś do czytania. Polecam podręcznik do eliksirów — polecił mu szorstko Snape. — Chyba że zmieniłeś zdanie co do chęci podejścia do kolejnego testu?
— Nie, myślę, że z przyjemnością będę go pisał — odpowiedział Harry, kierując się w stronę drzwi.
— Myślę, że ja też będę — zgodził się Snape. Mroczny śmiech zagrzmiał w jego piersi. — Wiedziałem, że jesteś głupi, Potter, ale to nowy poziom nawet dla ciebie. Domagać się kolejnego testu z eliksirów? Ode mnie? Och tak, to będzie wspaniała zabawa, wymyślać pytania specjalnie dla ciebie.
Harry zamarł, rozumiejąc, że powinien o tym pomyśleć wcześniej.
Snape przysunął się bliżej, jego ciemna peleryna zawirowała wokół niego, potem ułożyła się w fałdy zamiatające kamienną podłogę.
— Ale coś innego będzie jeszcze bardziej zabawne — wyszeptał Harry'emu na ucho. — Oglądanie ciebie i twojego kuzyna. Przyglądanie się, jak błagasz. Nie tylko dla twojej ochrony towarzyszę ci, Potter. Chcę się upewnić, że to zrobisz. Chcę to zobaczyć. — Cofnął się o krok, zmienił zupełnie postawę. — Teraz wynoś się, aby dorośli mogli coś zrobić!
— Idź, Harry — powiedział łagodniej Dumbledore. I Harry tak zrobił. Kiedy drzwi zamykały się za nim, usłyszał jak dyrektor beszta profesora eliksirów.
— Severusie, naprawdę powinieneś bardziej panować nad swoim gniewem. To tylko chłopiec…
— To rozwydrzony, samolubny, gryfoński bachor, który nie potrafi spojrzeć poza czubek własnego nosa.
Schody poniosły Harry'ego w dół, a potem skierował się w stronę Wieży Gryffindoru.

Rozdział następny:
Remus?