korekta rozdziału: Toroj

Rozdział piąty:
Remus?

Było coś absolutnie strasznego w patrzeniu na dokładną replikę Remusa Lupina ze świadomością, że ktoś taki jak Snape czaił się w środku. Właściwie samo patrzenie sprawiało, że Harry'ego zaczynała boleć głowa. Podejrzewał, że powodem było to okropne zestawienie przyjaznego wyglądu Remusa i złośliwości Snape'a zmiksowanej w jedno.
W końcu ufał Remusowi. Naprawdę, Remus był jedynym dorosłym, któremu ufał. Kiedy był młodszy, mógł powiedzieć to jeszcze o Dumbledorze, ale ostatnio to się zmieniło. Dyrektor wiedział o Harrym zbyt wiele rzeczy, a odmawiał rozmawiania o nich z chłopcem, chociaż najwyraźniej podawał członkom Zakonu wszelkie informacje.
A teraz Harry patrzył na przyjazne rysy Remusa, pamiętając jak jego nauczyciel obrony wyglądał, gdy opowiadał o jego rodzicach. Wtedy pragnął jakiegoś ich obrazu… obrazu innego niż ten, którym nękali go dementorzy, kiedy jego matka krzyczała, umierając. Remus dał mu ten obraz i nawet więcej. Remus miał dla niego czas, uczył go, troszczył się o niego.
Harry chciał rzucić się na ukochaną postać, przytulić mocno i podziękować. I powiedzieć jak bardzo, bardzo mu przykro z powodu Syriusza…
Ale nie mógł. Mężczyzna stojący obok Dumbledore'a nie był Remusem. Nieważne jak przekonujący był widok przed oczami. Twarz Remusa nawet nie była w stanie ułożyć się w charakterystycznym uśmieszku Snape'a. Postawa również była niezupełnie „lupinowa" ale też zdecydowanie nie przypominała sztywnego sposobu bycia Snape'a. Harry podejrzewał, że Mistrz Eliksirów nie potrafił tego zrobić, gdy był w obcym ciele.
To nie Remus, powiedział sobie chłopak, już nienawidząc myśli, że będzie musiał to powtarzać sobie dość często. To nie jest Remus.
W tej chwili Snape powiedział coś cicho do dyrektora, tak, że Harry nie zrozumiał, ale zrobił to głosem Remusa. Eliksir Wielosokowy działał w ten sposób, oczywiście; Harry o tym wiedział. Czyż on i Ron nie brzmieli dokładnie jak Crabbe i Goyle, gdy wypytywali Malfoya o dziedzica Slytherinu? Harry jednak o tym wszystkim zapomniał, w napływie szczęścia, jakie przepełniło go na dźwięk tego głosu.
— Remus? — zapytał głośno, myśląc, że to jednak było możliwe. Remus przyszedł przez sieć Fiuu by dać Snape'owi włosy, prawda? Może został na chwilę. Może Snape nadal był w swoich lochach... Poszedł po Eliksir Wielosokowy…
— Nie — szybko odparł Snape. — On już wyszedł.
Harry zamrugał, zawiedziony.
— Och. Nie mógł zostać, aż wrócę?
— Najwidoczniej nie — zabrzmiała złośliwa uwaga Snape'a.
— Dlaczego? — Harry usłyszał swoje pytanie. Nie chciał tego powiedzieć. To brzmiało zbyt… tęsknie. A on nie był przecież mięczakiem. Nie tracił czasu na pobożne życzenia, na marzenia o rzeczach, których nie mógł mieć, takich jak prawdziwy dom i rodzina, która nie ma go gdzieś, albo czoło, które nie ogłasza jego przeznaczenia każdemu czarodziejowi, który zechce spojrzeć… Starał się nie myśleć o takich rzeczach. Koniec, kropka.
Przynajmniej Snape nie zauważył tego żałosnego tonu.
— Spójrz na księżyc, Potter, i pomyśl. — Mistrz Eliksirów uśmiechnął się szyderczo, ale dla uszu Harry'ego to był Remus upokarzający go. Przełknął ślinę i powtórzył w duchu: To nie Remus, zdecydowanie nie Remus. Nawet kiedy Remus musiał skarcić mnie za wymykanie się do Hogsmeade, zrobił to łagodnie, bez zniewag.
A może Snape jednak usłyszał w jego głosie więcej, niż chciałby Harry, ponieważ nagle warknął:
— Och, trzymaj! — I wcisnął mu małą rolkę pergaminu. — Śmiem twierdzić, że nie będę musiał zmuszać cię do czytania tego listu.
Harry zignorował go, rozwiązał pogniecioną wstążkę i rozwinął pergamin.
Drogi Harry,
Albus nie powiedział mi zbyt wiele o sytuacji, w której się znajdujesz, ale zgadzam się z nim, że jeśli potrzebujesz ochrony, Severus jest najlepszym wyjściem. Rozumiem również dlaczego będzie lepiej dla niego, aby nie był dokładnie sobą, tak to nazwijmy. Za kilka minut przybędę przez Fiuu by pomóc, jak tylko będę mógł. Albus już mi powiedział, że pakujesz się w swoim pokoju. Pewnie tak jest lepiej, Harry. Nie widuję cię wystarczająco często, ale szczerze wolę, abyś nie widział mnie w takim stanie jak teraz. Jak pamiętasz, brałem trzy dni wolne od pracy podczas każdej pełni. Nawet gdy biorę eliksir Severusa — nadal łaskawie mi go dostarcza — zbliżająca się transformacja czyni mnie słabym, chwiejnym i chorym.
Zawiadom mnie, jeśli będę mógł w czymś jeszcze Ci pomóc, Harry.
Twój R.L.

Biorąc głęboki oddech, Harry zrobił ruch, by schować wiadomość do kieszeni swoich wygodnych, czarnych dżinsów, ale Snape wyrwał mu ją z palców i wrzucił do ognia z warknięciem:
— Nie ufam dyskrecji wilkołaka!
— Nic takiego w nim nie było! — zaprotestował Harry, myśląc, że łaskawie to więcej niż przesada. Snape nigdy nie był hojny, może z wyjątkiem Ślizgonów, więc jeśli nadal robił eliksir tojadowy dla Remusa, musiał mieć jakiś ukryty motyw.
— Więc nie będzie ci go brakowało, prawda? — Snape uśmiechnął się z przekąsem.
Dumbledore przyjął rolę rozjemcy.
— Gotowy, Harry? — zapytał, wskazując na szkolną torbę trzymaną przez Harry'ego. Chłopak włożył do niej wszystkie swoje notatki, nie tylko z eliksirów, a Hermiona obiecała mu, że zrobi bardzo dokładne notatki ze wszystkich lekcji, które mieli wspólnie. Ale czym się jednak martwił? Notatki Hermiony były bardzo dokładne już od pierwszej klasy i przecież nie wyjeżdżał na długo, prawda? Problem w tym, że nie wiedział jak długo Dursleyowie będą chcieli go zatrzymać.
Oczywiście, Harry'ego niezbyt obchodziło, czego chcieli Dursleyowie, chociaż podejrzewał, że powinien zobaczyć ciotkę Petunię zanim będzie za późno. To było kwestią zwykłej przyzwoitości, wiedział o tym, i cokolwiek wycierpiał w jej domu, rzeczywiście chroniła go wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebował. Przyjęła go jako dziecko, zaoferowała schronienie przed śmierciożercami, zdecydowanymi zakończyć życie Chłopca Który Przeżył. Oczywiście, zrobiła to niechętnie, niełaskawie, z oburzeniem… ale jednak to zrobiła. Harry wiedział, gdzieś głęboko wewnątrz, że powinien to docenić. Musiał, czyż nie?
Prawda jednak była taka, że wdzięczność, jaką mógłby czuć, była pogrzebana pod całą górą niechęci.
Nie obchodziło go, czego chcą Dursleyowie. Gdyby to od niego zależało, wpadłby tylko do szpitala przywitać się i pośpieszył z powrotem do Hogwartu. Tylko tyle, aby jeśli za kilka lat męczyłoby go sumienie, byłby w stanie powiedzieć sobie, że nie zignorował wezwania do umierającej.
Jednak kiedy coś działo się tak, jak tego chciał Harry? Był Chłopcem Który Przeżył.
Był Chłopcem Który Lepiej Aby Dalej Żył. Chłopcem Który Miał Dorosnąć By Zabić Voldemorta. Chłopcem Który Potrzebował Poświęcenia Swojej Matki Do Ochrony Aż Będzie Wystarczająco Duży By Spełnić Swój Obowiązek.
Harry miał dość myślenia o sobie w ten sposób, przypominania mu o tym za każdym razem, gdy choćby kichnął.
Cały czarodziejski świat liczył, że on rozwiąże ich problem, chociaż nie wszyscy o tym wiedzieli. Wszyscy jednak mieli przeczucie. Nie potrzebował przepowiedni, by potwierdzić swoje przeznaczenie, prawda? Zostało to wyraźnie wypisane na jego czole, odkąd miał trochę ponad rok, i nikt nie mógł o tym zapomnieć, gdyż Voldemort wciąż go atakujący z pewnością sprawiał, że ludzie wierzyli, iż był jedynym, który mógł pokonać Zło. Bo niby dlaczego Voldemort tak się starał go zabić?
Więc aż do czasu, gdy dorośnie i zdobędzie doświadczenie wystarczające, by się bronić samodzielnie, potrzebował każdej ochrony, jaką mógł otrzymać. Nawet jeśli pochodziła ona od ociężałego, okrutnego, żarłocznego chłopaka, jakim był Dudley Dursley.
— Oczywiście, że jestem gotowy — odpowiedział w końcu dyrektorowi.
— Wspaniale. Severusie, wiem, że to może być trudne, ale musisz spróbować cały czas zachowywać się jak Remus Lupin… może z wyjątkiem tego czasu, kiedy ty i Harry będziecie sami i dobrze otoczeni polem ochronnym.
— Myślę, że jeśli potrafię oszukać samego Czarnego Pana, to zdołam udawać przyjaciela Pottera, dziękuję bardzo — odparł Snape. Harry miał wrażenie, że próbował użyć tego lodowego tonu, który tak lubił, ale gardło Remusa po prostu nie potrafiło go wyemitować.
Rozmowa o kamuflażu sprawiła jednak, że Harry pomyślał o pewnym szczególe.
— Remus nie nazywa mnie Potterem — poczuł się w obowiązku zauważyć. — Lepiej niech mnie pan nazywa Harrym albo będzie to dziwnie wyglądało dla każdego, kto widział mnie kiedykolwiek z Remusem. A nigdy nie wiadomo, kto może patrzeć i słuchać, prawda?
— Nie słyszałeś, co powiedziałem? — rzucił Snape, ale Harry jeszcze nie skończył.
— Remus nie jest już tutaj profesorem — kontynuował, myśląc, że równie dobrze może spróbować. — Więc żadnego zabierania punktów Gryffindorowi, bez względu na to, co się stanie. Niech pan pamięta, nie może pan zachowywać się jak opiekun Slytherinu. W rzeczywistości — Harry zakrztusił się lekkim śmiechem — w tym przebraniu, sam jest pan Gryfonem!
Snape zacisnął zęby, ale nie odezwał się.
Wrzucając szczyptę proszku Fiuu w płomienie, Dumbledore zawołał:
— Arabello, jesteśmy już gotowi.
Następnie pokazał gestem Snape'owi, aby ruszył pierwszy. Zanim Harry wszedł do przepastnego kominka, Dumbledore rzekł:
— Wróćcie bezpiecznie, obaj.
— Dom Arabelli Figg! — krzyknął Harry i wszedł w płomienie.
————————————
Pani Figg pomogła mu się otrzepać. Według Harry'ego miała nieco zbyt matczyne maniery. Dlaczego wszyscy ciągle traktowali go, jakby nadal miał jedenaście lat?
— W porządku! — zaprotestował w końcu, odsuwając ją lekko. — Myślałby kto, że nigdy wcześniej nie podróżowałem Fiuu!
— Do szat czarodziejów popiół przylega nieco mniej, niż do tego, co masz na sobie — tłumaczyła swoim wysokim głosem, nadal próbując go czyścić. — Na litość boską, czemu obaj przeszliście nie mając ich na sobie?
Harry spojrzał na swoją bordową koszulę.
— Wie pani, jacy są Dursleyowie. Remus też nie pokaże, że jest czarodziejem.
— Tak zapewne będzie najlepiej, kochanie. — Pani Figg zaczęła przygryzać wargi. — Idziecie prosto do szpitala? — Wyjrzała przez frontowe okno swojego domu. — Samochodu nie ma, pewnie tam właśnie są. Codziennie tam są.
— Muszę najpierw się przebrać — powiedział Harry i, aby uwiarygodnić ich przebranie, uśmiechnął się z wysiłkiem do Snape'a. Musiało być z wysiłkiem, prawda? Powinien być trochę zmartwiony swoją ciotką, ale również miał być dobrym przyjacielem Remusa, więc zaproponował: — Powiedz, widziałeś kiedyś dokładniej wnętrze mugolskiego domu? Oprowadzę cię. Będziesz zaskoczony tym, co potrafią zrobić bez magii.
— To brzmi interesująco — powiedział Snape głosem Remusa, a Harry musiał powstrzymać śmiech. Komentarz był zupełnie banalny i nic nieznaczący, z rodzaju tych rzeczy, które Snape lubił potępiać w całej rozciągłości jako zupełnie bezmyślne. Fakt, że wyszedł z ust Snape'a dowodził, że mężczyzna był w rzeczywistości świadomy zupełnie bezmyślnych rzeczy, takich jak społeczne subtelności.
Więc Snape był celowo nieuprzejmy? Nie chodziło o to, że nie wiedział lepiej. Hm, zastanowił się Harry. Może jest tylko taki nieuprzejmy dla Gryfonów.
Snape wybrał tę chwilę, by uśmiechnąć się lekko do pani Figg mówiąc kulturalnym tonem Remusa:
— Tak miło znowu cię zobaczyć, Arabello. Dziękuję za możliwość skorzystania z twojego kominka.
— Zawsze do usług — odrzekła, zanim zwróciła się znowu do Harry'ego. — Zawiadom mnie jak czuje się Petunia, dobrze?
— Oczywiście, pani Figg — odpowiedział Harry. — I dziękuję. Cóż, chodźmy, Remusie.
Skierował się w dół ulicy, Snape szedł za nim.
Drzwi na Privet Drive 4 były zamknięte, a klucza nie było ani pod wycieraczką, ani w doniczce, nie był też schowany głęboko w rurze odpływowej. Harry wzruszył ramionami, stwierdzając, że musieli znowu go przemieścić. Typowe. Kiedy tylko Harry wiedział, gdzie znajduje się klucz, Dursleyowie zmieniali schowek, mimo że Dudley był trochę podobny do Neville'a Longbottoma, kiedy chodziło o pamiętanie jak przejść przez drzwi.
— Lepiej niech pan to zrobi — wyszeptał wreszcie do Snape'a. — Nie wolno mi…
— Jestem świadomy Dekretu o Ograniczeniach dla Nieletnich Czarodziejów. — Snape skrzywił się i wysunął różdżkę z rękawa wełnianego płaszcza. — Alohomora.
Kiedy już byli w środku, Harry skierował się do schodów na piętro.
— Nie zajmie mi to dużo czasu.
———————————
Gdyby wiedział, co go czeka na dole, zabawiłby dłużej w swoim pokoju. Nie zdziwiło go, że Snape metodycznie przeszedł każdy pokój i korytarz, z różdżką wyciągniętą przed sobą, przeszukując dom w poszukiwaniu śladów mrocznej magii. Sprawdził nawet piętro i schowek pod schodami; Harry domyślił się tego widząc, że małe drzwiczki były otwarte.
Zaskoczyło go natomiast to, co Snape znalazł.
— Czarna energia jest rozpostarta po całym tym domu — ogłosił. — Chociaż jest to innych rodzaj niż ten, jaki związałbym z Czarnym Panem. Jakieś wyjaśnienia?
Harry wzruszył ramionami.
— Mugolskie domy nie czarują się co tydzień zaklęciem szczęścia.
— To coś więcej — zadumał się Mistrz Eliksirów, stukając palcem w policzek. Gest był kwintesencją Snape'owości, jednak u Remusa wyglądał niewłaściwie. Zupełnie niewłaściwie. Harry z trudem opanował dreszcz.
— Mrok jest najsilniejszy tutaj — wskazał na schowek — i wewnątrz pokoju, w którym się przebierałeś… — Oczy Snape'a zrobiły się okrągłe, kiedy spojrzał na Harry'ego. — Merlinie, co cię napadło, że przebrałeś się w to? Co chcesz udowodnić?
Harry wzruszył ramionami, spoglądając na ubranie po Dudleyu. To miało kilka lat, więc nie było aż tak wielkie. Nie było tak źle, jak mogło by być.
— Nic, dobra. Chodźmy po prostu.
— Nie odwiedzimy twojej ciotki w szpitalu, gdy wyglądasz jak jakiś… jakiś… kloszard! — wykrzyknął Snape. — Nie masz w ogóle wstydu? A może próbujesz sabotować te całe przedsięwzięcie? Nie chcesz rozciągnięcia pola?
— Nie rozumie pan — zaczął Harry, ale to był zły sposób. Jeśli było coś, czego Snape nie mógł znieść — coś poza Harrym, oczywiście — to było tym powiedzenie mu, że nie wie wszystkiego.
— Nie, to ty nie rozumiesz! — warknął Snape, pokonując dzielącą ich przestrzeń. — Pójdziesz na górę i przebierzesz się, tym razem w jakieś przyzwoite ubrania! To, w których przybyłeś jest dobre. Zmień również buty. Nie wiem jak te wielkie rzeczy w ogóle trzymają się na twoich nogach! No, rusz się!
Harry prawdopodobnie by to zrobił; wiedział, że lepiej nie sprzeciwiać się temu szczególnemu tonowi Snape'a, ale ponieważ został on nieco zmiękczony przez fakt, że był przefiltrowany przez gardło Remusa, zdołał się sprzeciwić.
— Nie — odpowiedział spokojnie, znowu czując, jakby używał oklumencji — coś w tym stylu w każdym razie. To było jakby jego gniew przemieścił się gdzie indziej, gdzieś niedaleko, ale jednak. — To nie jest sabotaż, profesorze.
Specjalnie dodał tytuł, wiedząc, że to przykuje uwagę Snape'a. Poza tym nie był to duży błąd. Remus też wcześniej był profesorem.
— Niech pan posłucha. Myśli pan, że wszystko o mnie pan wie, ale to nieprawda — kontynuował Harry. — Nie, żeby to miało jakieś znaczenie, oczywiście. — Cicha godność zabarwiła jego głos, ale musiał odwrócić wzrok. Nie chciał mówić tych rzeczy nikomu, a już zwłaszcza Snape'owi, ale fakt, że mężczyzna teraz wyglądał i mówił jak Remus… cóż, to pomagało. Harry wiedział, że to było głupie. Wiedział, że to wszystko było tylko iluzja. Ale to jednak pomagało.
Bo gdyby musiał, mógłby o tym opowiedzieć Remusowi.
— Chcę rozciągnięcia pola — potwierdził Harry, zachęcony tym, że Snape nareszcie słuchał zamiast krzyczeć. — Zrobię wszystko, co będę mógł, aby to osiągnąć, profesorze. Wiem, co jest na szali. Potrafię spojrzeć poza czubek swojego nosa. Niech pan posłucha, nie wiem, jak wyjaśnić tę sprawę z ubraniem. Po prostu będą szczęśliwsi — cóż, może nie szczęśliwsi, ale mniej zdenerwowani — gdy zobaczą mnie ubranego w ten sposób, dobra? Chodzi mi o to, aby ich nie denerwować... tak, aby zgodzili się, kiedy zapytam… równie dobrze może pan dowiedzieć się już teraz, że nie cierpią magii, więc mało prawdopodobne, aby wuj Vernon w ogóle pozwolił Dudleyowi na uczestniczenie w tworzeniu jakiegokolwiek pola, ale postaram się, dobrze? To jest tego częścią.
Snape gapił się na niego. Harry był zupełnie przekonany, że nie wytrzymałby tego wzroku, gdyby pochodził od Snape'a. Ale od Remusa mógł to znieść. Ledwo.
To nie jest Remus, powtórzył sobie znowu. Oczywiście, że nie. Remus już by mnie przytulał. Nie, żebym tego potrzebował. Mam szesnaście lat, nie jestem dzieckiem…
Mistrz Eliksirów odchrząknął.
— Mówisz bez sensu, Pot… Dlaczego twoi krewni mieliby być mniej zdenerwowani, widząc cię w łachmanach, a nie twoich własnych ubraniach?
Harry zamknął oczy.
— Nie rozumie pan? To są moje ubrania, profesorze. Dursleyowie nigdy nie widzieli innych. A gdyby zobaczyli tamte, zaczęli by się zastanawiać skąd je mam, jak za nie zapłaciłem. Gwarantuję, że zdenerwowaliby się, widząc mnie w czymś ładnym.
— Skąd masz te inne ubrania? — spytał cicho Snape.
— Czy to ma jakieś znaczenie? — westchnął Harry. — Och dobra. Marks i Spencer. Ron, Hermiona i ja wybraliśmy się tam po odwiedzeniu Madame Malkin tego lata. I zanim zacznie pan krzyczeć, że nie powinienem opuszczać Pokątnej, że mugolski Londyn jest dla mnie zbyt niebezpieczny… Cholera, wiem o tym. Ma pan rację, dobra? Przyznaję. Śmierciożercy wszędzie. Ale nie mogłem wytrzymać kolejnego roku narzucania ładnych szat na łachy takie jak te.
Snape nie stwierdził, że Harry jest głupi, ceniąc modę ponad swoje życie.
— Dlaczego po zewnętrznej stronie drzwi na górze są zamki? Przypuszczam, że to twoja sypialnia.
Teraz Harry zagapił się na niego. Co było nie tak z tym facetem? Oczywiście, to był Snape, więc Harry znalazł odpowiedź.
— Zmusi mnie pan, żebym powiedział więcej, niż już powiedziałem? Czego pan chce, jeszcze więcej brudów do wyjawienia swoim okropnym… — Ślizgonom, miał zamiar powiedzieć. Jedno słowo, ale mogłoby się ono okazać fatalnym błędem, gdyby ktoś ich usłyszał.
— To głupia dyskusja — rzucił Harry marszcząc czoło, jego głos cichł, aż mówił tylko do siebie. Powtarzał te same rzeczy, które pomagały mu zawsze. Cóż, przynajmniej odkąd skończył jedenaście lat. — Nic z tego nie ma znaczenia, zupełnie nic. Tak po prostu jest. Zajmijmy się resztą, żebym mógł wrócić do mojego prawdziwego życia.
Harry przeszedł obok Snape'a, wszedł do kuchni, chwycił telefon i szybko zadzwonił na informację.
— Surrey, szpital Frimley Park. Tak, zdrowie publiczne. — Zapamiętał podany mu numer. Ponad pięć lat spędzonych w Hogwarcie zostawiało trwałe ślady w człowieku.
Snape poszedł za nim, nadal patrząc na niego bez przerwy. Harry miał nadzieję, że po prostu mężczyzna nigdy wcześniej nie widział telefonu w użyciu. Odwrócił się plecami do swojego profesora, kiedy wreszcie został połączony i dokończył rozmowę.
— Dobrze, jest tam — ogłosił wreszcie, zdecydowany zapomnieć, że powiedział cokolwiek o ubraniach i całej reszcie. — Jak się tam dostaniemy? Może nas pan aportować?
— Nie w miejsce, w którym wcześniej nie byłem, nie bez jakiegoś wezwania stamtąd — odparł Snape, wreszcie odwracając wzrok. Wydawało się jednak, że nie może zostawić tamtego tematu w spokoju. — Jesteś pewny, że powinieneś iść… tak?
— Tak — odpowiedział Harry. Pojedyncze słowo przecięło powietrze. — Dobrze, co chce pan zrobić, wziąć taksówkę? Uhm, to jak Nocny Rycerz dla mugoli. Ma pan jakieś mugolskie pieniądze? Nie przyjmą galeonów. Podejrzewam, że sam Nocny Rycerz odpada, trochę rzuca się w oczy, a Stan już mnie widział, rozniesie się…
— Nie mam nic przeciwko spacerowi.
— To długi spacer, profesorze.
Snape skierował się do drzwi frontowych. Jakim cudem wyglądał, jakby wokół niego falowały szaty, gdy nie miał ich nawet na sobie? Kiedy w rzeczywistości miał na sobie nieco staromodny garnitur, który tak lubił Remus?
Cóż, przynajmniej wyglądał w tym jak mugol. Harry jęknął zastanawiając się, czy będzie musiał dalej coś wyjaśniać w sprawie Dursleyów. Nie, zdecydował. Zapewne nie. W końcu „nie przyprowadzaj ani jednego z tych dziwolągów" i „nie cierpią magii" były wystarczającymi wskazówkami. Snape będzie wiedzieć, że nie należy zachowywać się jak czarodziej w obecności Dursleyów.
A Harry nie piśnie słowem o magii, Hogwarcie, albo czymkolwiek z jego prawdziwego życia. Będzie się tylko uśmiechał i potakiwał, gdy będą go obrażać, i mieć głupią nadzieję, że Snape nie będzie zwracać uwagi na szczegóły.
Marne szanse, pomyślał Harry. Czym jest cała dyscyplina eliksirów, jeśli nie właśnie szczegółami? Snape nawet tak powiedział. „Wszystko jest w szczegółach, Longbottom! Eliksir Wormroot to nie krew jednorożca!"
To nie będzie miła wizyta. Zauważy wszystko, co powiedzą, wszystkie niuanse, każde słowo. A kiedy wrócimy do Hogwartu, wykorzysta to przeciwko mnie, o ile nie wcześniej.
Biedny Harry Potter, będzie szydził. Nikt go nigdy nie kochał. To dlatego grasz bohatera, Potter? Szukasz akceptacji? Cóż, nie znajdziesz jej tutaj, prawda? Chyba, że zdołasz zrobić choć częściowo poprawny Eliksir Pieprzowy, a wszyscy wiemy jak bardzo to jest prawdopodobne, nieprawdaż?
Biedny Harry Potter…

Chowając ręce w kieszeniach, Harry zazgrzytał zębami i ruszył za swym profesorem.

Rozdział następny:
Frimley Park