korekta rozdziału: Toroj
Rozdział
szósty:
Frimley Park
W
czasie, kiedy szli Portsmouth Road w stronę szpitala, Harry
zastanawiał się nad Eliksirem Wielosokowym. Godzina, myślał.
Tyle czasu trwało działanie eliksiru. Dlatego Crouch pił cały
czas ze swojej piersiówki, kiedy udawał Szalonookiego
Moodyego, ponieważ efekt trwał tylko godzinę…
Myślał, czy
nie zapytać o to Snape'a — nie miał zegarka i zdawało mu się,
że minęły przynajmniej dwie godziny — zdecydowanie jednak nie
miał ochoty na rozmowę ze swoim dozorcą. Tak więc całą drogę
przebyli w absolutnej ciszy, z wyjątkiem chwili kiedy Snape, nie
rozumiejąc różnicy między czerwonym a zielonym światłem,
wszedł na jezdnię. A nawet wtedy Harry tylko wysyczał cicho
ostrzeżenie, by mężczyzna wrócił na chodnik.
Jednak to
było śmieszne. Życie Snape'a zależało od tego, czy przez
przypadek nie odzyska prawdziwego wyglądu. Chociaż Harry nie znosił
Snape'a, nie chciał być odpowiedzialny za kolejną śmierć. Poza
tym, gdyby doszło do najgorszego, Zakon straciłby swojego szpiega,
a wraz z nim wszystkie potencjalne wiadomości, bezcenne w wojnie z
Voldemortem. Harry nie miał pojęcia, dlaczego taki ekspert od
eliksirów jak Snape mógł być tak beztroski, ale…
sporo miał na głowie, prawda?
Harry zacisnął wargi, wiedząc
aż za dobrze, o czym prawdopodobnie rozmyślał Snape. Dlaczego
Snape nie mógł tego po prostu zostawić? Dlaczego musiał
naciskać tak długo, aż Harry przyznał się do tych wszystkich
okropnych rzeczy?
Prosta odpowiedź: Snape nie ufał Harry'emu
Potterowi. Nie ufam ci ani trochę, powiedział tego ranka.
Taak, cóż, to uczucie jest wzajemne, profesorze,
pomyślał Harry. Plotki o jego rodzinie nienawidzącej magii i
dręczącej go, rozejdą się po całym Hogwarcie gdy tylko wrócą,
wiedział o tym. Pewne jak w banku, jakby to powiedział wuj Vernon,
chociaż Harry bardzo starał się nie naśladować swojego
potwornego wuja.
To wszystko jednak nie ma znaczenia, powiedział
sobie Harry, starając się bardzo pozostać w nastroju dojrzałości
i zimnej krwi, jaki kształtował przez ostatnie godziny. Cokolwiek
było nie tak ze Snape'em, Eliksir Wieloskokowy nie był czymś, z
czym można było się wygłupiać. Co się stanie, jeśli Snape
zmieni się w imponującego, złowrogo wyglądającego Mistrza
Eliksirów na oczach Dursleyów? Obu ich wyrzucą ze
szpitala, z litanią: Powiedziałem żadnych dziwolągów,
chłopcze, nie nauczyli ciebie czytać w tej cholernej szkole?
wywrzeszczaną za nimi.
Dobra, czy się to podoba czy nie, musiał
przypomnieć, że Snape spóźnia się z zażyciem eliksiru.
Harry żuł dolną wargę, zastanawiając się jak to ująć.
Obrywanie za próbę pomocy — zbyt częste wydarzenie na
lekcjach Eliksirów, chociaż zazwyczaj starał się pomóc
Neville'owi, nie Snape'owi — nigdy nie było przyjemne.
Dojrzałą rzeczą byłoby powiedzenie tego, prawda? Harry ciężko
pracował nad swoim nastawieniem do życia. Gdyby nie to, nie byłoby
go tutaj i zdecydowanie nie tłumaczyłby się ze swoich problemów
odzieżowych. Jego bardziej dziecinna wersja zmieniłaby ubranie,
kiedy tak rozkazał Snape i pozostawiła na głowie Mistrza Eliksirów
ogromną awanturę, jaką z pewnością zrobiłby Vernon, widząc
Harry'ego Jamesa Pottera w czymś, na co z pewnością nie
było go stać. Harry nawet nie był pewny, co mogłoby nastąpić —
może oskarżenie o kradzież — ale mógłby się założyć,
że wszelkie szanse na rozszerzenie pola byłyby stracone.
Ale
nie dojdzie do tego. A dlaczego? Ponieważ postąpił jak dorosły,
chociaż było to dość bolesne. Będzie tego żałował, kiedy cały
Dom Slytherinu dowie się o jego żałosnym dzieciństwie, kiedy
będzie słyszał w każdym korytarzu komentarze, ale chodziło o to,
że przeżyje.
Więc zrobi to, nawet jeśli będzie musiał
wysłuchać typowej fali sarkastycznych uwag.
— Czy to już nie
czas, proszę pana? — spytał, starając się by jego głos brzmiał
naturalnie, równocześnie maskując pytanie z powodu
otaczających ich mugoli. — Aby wziął pan więcej swojego… eee…
lekarstwa?
— To ulepszona formuła — odpowiedział Snape,
zerkając na niego. Ku zaskoczeniu Harry'ego, nie było w tych
oczach drwiny, ani w słowach, które padły później. —
Powinno działać przez przynajmniej osiem godzin, ale będę pił co
sześć, by być pewnym, że nie będzie… — wydawał się szukać
mugolskiego odpowiednika — nawrotu.
Harry nie musiał pytać,
kto poprawił formułę. Tytułu Mistrza Eliksirów nie
rozdawali za darmo. Jeszcze gdyby ten człowiek potrafił również
uczyć, mógłby nawet być odpowiednią osobą na tę
posadę. Tymczasem Snape nie uczył w ogóle, nawet czegoś tak
prostego jak zasady bezpieczeństwa przy eliksirach. Wolał raczej
patrzeć, jak uczniowie topili kociołki i wysadzali się w
powietrze, a potem krzyczeć. O ile Harry się orientował, Snape
nigdy nawet nie próbował ich uczyć.
Budynek
Frimley Park nareszcie ukazał się przed nimi, Harry podszedł
bezpośrednio do szklanych drzwi szpitala. Kiedy rozsunęły się
przed nim, Snape spojrzał podejrzliwie, jak gdyby przypuszczał, że
Harry wymamrotał szybkie, nielegalne Alohomora. Czyżby
przypuszczał, że Harry tak świetnie posługiwał się różdżką,
iż zdołał wyjąć ją z rękawa swojego workowatego swetra i
niepostrzeżenie zaczarować drzwi? A może Snape sądził, że Harry
potrafił rzucać zaklęcia bez różdżki, co podobno jest
niemożliwe? Oczywiście, Harry nie mógł zrobić niczego
takiego, ale pomysł by zwieść Snape'a był strasznie kuszący,
choć głupi i dziecinny. Snape zgłosiłby nielegalne użycie magii
Dumbledore'owi i Harry musiałby przyznać, że tylko udawał i
wyszedłby na takiego egocentrycznego bachora, za jakiego Snape zwykł
go uważać.
— To mugolska technika — wyjaśnił cicho, kiedy
podchodzili do recepcji. — Mówiłem, oni również
potrafią robić interesujące rzeczy.
Snape uniósł brew
i kiwnął nieznacznie głową, chociaż nadal nie wyglądał na
przekonanego do czasu, kiedy obejrzał się i zobaczył jak drzwi
otwierają się przed innymi osobami.
— Sala Petunii Dursley —
poprosił Harry kobietę w wykrochmalonym, białym fartuchu, z
czepkiem na głowie. — Mogę prosić o numer?
Pielęgniarka
szybko napisała coś na klawiaturze, potem przyjrzała się ekranowi
komputera. Snape oglądał cały proces dość nieufnie.
— Jest
na intensywnej terapii, odwiedziny są ograniczone. Muszę sprawdzić,
czy są panowie na liście. Proszę podać nazwiska.
— Harry
Potter, jestem jej siostrzeńcem. — Co za ulga, powiedzieć swoje
imię komuś, kto nie wstrzymuje oddechu i nie patrzy na jego bliznę.
Kobieta właściwie w ogóle nie zareagowała, tylko patrzyła,
nadal na coś czekając. — Och, tak. A to jest Remus Lupin,
przyjaciel rodziny — dodał Harry.
— Zadzwonię na górę.
Proszę się tu wpisać — oznajmiła pielęgniarka, wskazując na
kartkę papieru przyczepioną do notatnika z metalowym spinaczem.
Harry podpisał się i był nieco zaskoczony, kiedy zobaczył jak
Snape pisze Remus Lupin pismem ogromnie podobnym do pisma
autentycznego Remusa. Dziwne.
— Tak, rozumiem. Wyślę go od
razu — mówiła cicho pielęgniarka. Odłożyła słuchawkę
i zwróciła się znowu do pary odwiedzających. — Możesz
iść — powiedziała wskazując na Harry'ego. — Pojedź windą
na trzecie piętro. Sala 328. — Spojrzała na Snape'a. —
Obawiam się, że pan będzie musiał poczekać.
Snape zmrużył
oczy, Harry nie musiał być legilimentem, aby wiedzieć, o czym
myśli mężczyzna. Nie był nawet zaskoczony, gdy Snape pochylił
się nad biurkiem recepcji, spojrzał prosto w twarz kobiety i
wymamrotał ciche Obliviate minimisco. Tylko jedna rzecz
zdziwiła Harry'ego: Snape potrafił używać bezróżdżkowej
magii. Przynajmniej w pewnym zakresie. Znowu zastanowił się,
dlaczego Dumbledore nie dał Mistrzowi Eliksirów posady
nauczyciela obrony przed czarną magią. Może to dlatego, że
Dumbledore wiedział, iż Snape nie potrafiłby uczyć, nawet gdyby
to miało uratować jego życie, a dyrektor wolał, aby uczniowie
jednak umieli cokolwiek z tego przedmiotu. Ale raczej nie o to
chodziło, zważywszy na to jacy idioci otrzymywali tę posadę co
roku (za wyjątkiem Lupina, oczywiście). Przynajmniej w tym roku nie
było Umbridge, ale według Harry'ego, profesor Aran był prawie
tak samo nędzny. On również nie dawał im za dużo
ćwiczyć w praktyce. Z drugiej strony, kiedy dawał szlaban, nie
trzeba było pisać wersów swoją własną krwią. To było
coś warte, nawet jeśli najprzydatniejszą rzeczą, jakiej nauczyli
się w ciągu czterech tygodni było to, że kappa pisze się przez
dwa „p".
Absolutna, całkowita bzdura, te lekcje obrony, tak
jak wszystkie poza trzecim rokiem.
Dobrze, że przynajmniej
utrzymali GD. Ktoś musiał przynajmniej próbować przygotować
uczniów na wypadek, gdyby doszło do bitwy ze śmierciożercami,
nie mówiąc już o samym Voldemorcie. I jeśli nauczyciele
tego nie robili, to uczniowie sami musieli się tym zająć.
Jeszcze
jeden powód, dla którego Harry stracił większość
respektu dla Dumbledore'a. Dyrektor mógł zatrudnić
przyzwoitych nauczycieli obrony. Harry był tego pewien. Jednak tego
nie robił. Zamiast tego narażał uczniów na tego typu
idiotyzmy. Bez wątpienia miał swoje powody… wielką, zagmatwaną
plątaninę usprawiedliwień, dlaczego musiał to zrobić w ten
sposób, i dlaczego musiał to wszystko trzymać w sekrecie…
Dumbledore myślał, że jest jakimś wielkim strategiem albo kimś w
tym rodzaju. Cóż, jego strategie skończyły się
Syriuszem wpadającym za zasłonę śmierci pod koniec ostatniego
roku szkolnego. Harry miał już tego dość. Nie mógł zmusić
dyrektora do ujawnienia całej prawdy. Wszystko co mógł
robić, robił.
Najlepiej jak umiał.
Do czasu, kiedy Harry
to wszystko przemyślał, pielęgniarka kręciła głową, jakby
obudziła się właśnie ze snu.
— Sala 328, powiedziałam. No,
idźcie już. — Jej powolne machnięcie objęło ich obu.
Skierowali się w stronę wind, ale w połowie drogi Harry
zatrzymał się.
— Chwileczkę. Powinienem o tym wcześniej
pomyśleć. Ma pan jakieś mugolskie pieniądze za sobą? Bo ja nie.
— Dyrektor pomyślał, że to się przyda — mruknął Snape,
grzebiąc w kieszeni. — Czego potrzebujesz?
— Kwiatów.
— Harry wskazał na małą kwiaciarnię, którą właśnie
minęli.
— Ach. Dobrze, proszę w takim razie — powiedział
Snape i wyciągnął w jego stronę kilka banknotów
stufuntowych.
— Odłóż większość z tego, Remus
— zaakcentował Harry. To była dość poważna gafa, ale
przynajmniej jeśli jacyś stronnicy Voldemorta czaili się gdzieś w
cieniu, pomyłka nie wydałaby się im tak dziwna. Skąd by
mieli wiedzieć, ile warte są mugolskie pieniądze?
Harry wziął
jeden banknot, schował go do kieszeni, przeszedł do kwiaciarni i
szybko przejrzał co było do wyboru. Lilie są cudowne,
pomyślał. Ale nie, lepiej nie. Najprawdopodobniej przypomniałyby
ciotce Petunii o Lily Potter. Poza tym były drogie. Kupił w końcu
pół tuzina kwiatów w małym, szklanym wazonie. Były
dość niepokaźne, ale wiedział, że gdyby kupił coś bardziej
ekstrawaganckiego, wuj Vernon oskarżyłby go o wyczarowanie ich. A i
tak będzie musiał wyjaśnić, w jaki sposób stać było go
na te kilka.
— Dzięki, Remus — powiedział Harry uśmiechając
się lekko i wyciągając rękę z resztą pieniędzy w stronę
Snape'a.
— Zatrzymaj je — burknął Snape i odwrócił
się.
— Nie, naprawdę… — nalegał Harry, ale mężczyzna
już odszedł. — Cóż, dobra. Dzięki za pożyczkę —
dodał, kiedy już go dogonił.
Nawet jeśli Snape chciał coś
odpowiedzieć, oniemiał na widok otwierających się drzwi windy i
ludzi wychodzących z niej. Mężczyzna znowu wyglądał na
oszołomionego, co było dość absurdalne, zważywszy że Snape
potrafił twierdzić z kamienną twarzą, że jest zdolny uwięzić
w butelce sławę, uwarzyć chwałę, a nawet powstrzymać śmierć.
Co było tak zdumiewającego w zwykłej windzie?
To była
mugolska magia, o to chodziło. Tylko, że to nie była magia — to
były tylko maszyny. Harry wiedział o tym. I Snape zapewne też, ale
wyglądało na to, że nigdy nie widział żadnej z tych maszyn z
bliska. Lepiej się nie śmiać, zdecydował Harry. Miał tylko
nadzieję, że Snape zdoła się opanować przy Dursleyach. Jeśli
będzie się gapił na sprzęt szpitalny jak dwulatek odkrywający
ubikację, rodzina Harry'ego na pewno się domyśli, że jest
czarodziejem.
Weszli do środka, Harry nacisnął guzik trzeciego
piętra, starając się nie śmiać, kiedy winda szarpnęła Snape'em
i mężczyzna omal się nie przewrócił. Nie ma wątpliwości,
magia zapewniała bardziej płynną jazdę.
— Dobra, 328 —
powiedział Harry, kiedy drzwi się otworzyły. Sprawdził strzałki
na ścianie. — W tę stronę.
Po chwili odnaleźli właściwą
salę i zajrzeli do środka. Znajdowało się tam dziesięć wąskich
łóżek, pięć po każdej stronie pokoju. W sumie układ nie
różnił się zbytnio od skrzydła szpitalnego w Hogwarcie,
chociaż tutaj oczywiście wszędzie był medyczny sprzęt. Harry nie
rozpoznawał niczego z tego, ale nie zamierzał pokazać swojej
niewiedzy Snape'owi. Spędził wystarczająco dużo czasu nie mając
pojęcia, co się dzieje podczas lekcji eliksirów, tak więc
odwrócenie ról było dla niego dość
satysfakcjonujące.
— Jesteś mugolem, pamiętaj —
wysyczał cicho Harry zanim weszli. Potem coś jeszcze przyszło mu
na myśl. — Słuchaj, kiedy wuj Vernon traci nad sobą panowanie,
często staje się niedyskretny. Nie wiadomo co powie, więc czy
mógłbyś umieścić wokół nas wszystkich zaklęcie
wyciszające? Eee, czy to może być zrobione bez ścian czy zasłon
albo czegoś, do czego można by przyczepić zaklęcie?
—
Obrona nie stoi w tym roku na wyższym poziomie, niż w jakimkolwiek
wcześniejszym, jak widzę — odparł Snape, chociaż skinął głową
na tak.
Harry nie mógł się powstrzymać.
— Och,
ale ty byłeś świetny, Remus, naprawdę świetny. Najlepszy
nauczyciel w Hogwarcie, zawsze tak o tobie myślę: absolutnie
najlepszy.
Po tych słowach wsunął się do pokoju. Kiedy już
jednak był w środku, uśmiech szybko zniknął z jego twarzy.
———————————
Kilku pacjentów
odwróciło głowy, kiedy przechodzili, ale większość osób
w sali intensywnej terapii spała. Włącznie z Dursleyami.
Wszystkimi Dursleyami.
Petunia leżała w łóżku
najbliżej okna. Była jeszcze bardziej koścista niż kiedykolwiek
wcześniej, cerę miała tak bladą, że wydawała się być
półprzeźroczysta. W niektórych miejscach była nawet
sina. Oczy miała zamknięte, twarz zwróconą w stronę
światła, jej chuda pierś poruszała się w górę i w dół
w płytkich oddechach. Harry przełknął. Oczywiście, czytał, że
była chora. I nawet że było to poważne. Jednak z jakiegoś powodu
spodziewał się, że będzie wyglądała tak jak zwykle. Cierpka,
mierząca go krytycznym wzrokiem, z ustami wykrzywionymi z
niesmakiem, jak wtedy kiedy wrzeszczała na niego za zabłocenie
podłogi, albo za przesolenie pieczeni, albo za to że dostał lepsze
oceny niż Dudley.
Wyglądała na chorą. Bardzo chorą, tak
bardzo, że Harry nie wierzył własnym oczom. Przez dłuższą
chwilę tylko patrzył. Nigdy nie widział nikogo w takim stanie,
nawet Cedrika w tych okropnych chwilach po tym, jak Voldemort
wysyczał Zabij niepotrzebnego.
Tamto było wystarczająco
złe, ale to było jeszcze gorsze. Powolna śmierć, mugolska śmierć.
To było paskudne, co rak robił z ciotką Petunią.
W tym
momencie Harry zmierzył się z prawdą o sobie, prawdą prawie tak
samo paskudną: kiedy pierwszy raz usłyszał wiadomości o jej
chorobie, miał małą nadzieję, że może cierpieć. W końcu
on cierpiał. I to z jej rąk. Wierzył, że na to zasługiwała, że
dostała to, co jej się należało.
Cóż, mógł
poświadczyć, że ciotce Petunii było daleko do doskonałości, ale
zmienił swoją opinię o raku. Nikt na to nie zasługiwał.
Gniła już za życia, a jej ciało chwytało się nadziei, kiedy już
żadnej nie było. Harry'emu ścisnął się żołądek i zrobiło
mu się niedobrze, ale przełykanie pomogło. Trochę przynajmniej.
Wciągnięcie kilku orzeźwiających wdechów było nawet
lepsze. Dopiero wtedy zdołał odwrócić od niej przerażony
wzrok.
Łzy kłuły go w oczy. Nie płakał nad Petunią, ale ze
wstydu. Jedna czy dwie łzy spłynęły mu po twarzy, ale Harry nawet
tego nie zauważył, dopóki Remus w milczeniu nie podał mu
białej chustki. Nie, to nie Remus, musiał sobie przypomnieć,
chociaż tym razem było to trudniejsze.
— Dzięki —
wyszeptał, nie patrząc na Snape'a. Dzięki Bogu, że to nie
Remus stał za nim, inaczej mógłby powiedzieć coś więcej,
o swoim poczuciu winy — że praktycznie życzył jej tego. Ale nie
wiedział, naprawdę nie rozumiał, co znaczyła śmierć. Powinien
to wiedzieć, po Cedriku, po Syriuszu. Ale nie, był głupi,
bezmyślny i dziecinny.
Harry oddał chustkę Snape'owi i
przestał na niego zwracać uwagę. Vernon Dursley spał na krześle
przysuniętym do łóżka, chrapał z głową przechyloną
lekko na bok. Dudley siedział na drugim krześle, z głową i
ramionami ułożonymi w nogach łóżka. Na nocnym stoliku stał
bukiet goździków i leżał mały stosik kart z życzeniami.
Harry patrzył przez chwilę, niepewny co ma zrobić, potem,
wzruszając ramionami, postawił wazonik z kwiatkami obok goździków
i poszedł przynieść wolne krzesło od innych, śpiących
pacjentów. Ustawił je bezszelestnie niedaleko łóżka
ciotki i pokazał Snape'owi, aby na nim usiadł. Po tym Harry
przyniósł kolejne krzesło dla siebie.
Siedzieli tak w
ciszy kilka minut. Harry godził się z sobą, przyzwyczajał się do
przerażających faktów, których ta wizyta dotyczyła.
Faktów nie tylko dotyczących życia i śmierci, ale również
jego samego. Znowu dojrzałość, skrzywił się.
W pewnym
momencie pomyślał, że powinien wziąć coś do czytania. Z drugiej
strony nie miał żadnych książek oprócz hogwarckich
podręczników, a te zdecydowanie nie byłyby najlepsze w tej
sytuacji. Dobrze zrobił zostawiając je w swoim pokoju u Dursleyów.
W domu mieli oni oczywiście jakieś książki, ale Harry wiedział,
że lepiej ich nie dotykać.
Snape wydawał się niespokojny, ale
Harry podejrzewał, że po prostu drażni go bezczynność. Czy
kiedykolwiek Mistrz Eliksirów po prostu siedział i nic nie
robił? W klasie był szaloną kulą aktywności, pędzącą od
jednego stołu do drugiego, szydząc z eliksirów Gryfonów
i wychwalając te zrobione przez Ślizgonów, chociaż często
wyglądały tak samo. Kiedy siedział w sali, to po to, aby sprawdzać
eseje: jeden palec poruszał się po kartce w miarę jak profesor
czytał, druga ręka pisała wściekle komentarze, takie jak: Wygląda
na to, że tym razem zapodziałeś cały mózg. Nie wracaj do
klasy, dopóki go nie znajdziesz.
Nawet kiedy tylko
patrzył jak pisali testy, jednocześnie klarował rozpuszczalniki
albo porządkował składniki eliksirów, przez cały czas nie
spuszczając z uczniów wzroku. Nic dziwnego, że widział jak
Harry wsuwa list pod kartę egzaminacyjną.
Teraz Snape nie miał
nic do roboty, a Harry widział, że niedługo doprowadzi to Mistrza
Eliksirów do szaleństwa.
Snape nagle wstał i podszedł
do nóg łóżka, gdzie wisiała karta choroby. Wziął
go i zaczął czytać, przesuwając palcem po karcie linijka za
linijką, zupełnie jak przy sprawdzaniu esejów.
— Nie
sądzę, aby odwiedzający mogli to oglądać — wyszeptał Harry.
— Nic to nie da. Zupełnie nieczytelne.
Harry pomyślał,
że to niezła uwaga z ust kogoś takiego. Jedyne co
powstrzymywało pierwszorocznych od płaczu, kiedy dostawali z
powrotem swoje eseje to fakt, że połowa komentarzy była napisana
długimi, pofalowanymi gryzmołami, których nikt o zdrowych
zmysłach nie mógł mieć nadziei odczytać. Po zobaczeniu na
marginesie Jeśli naprawdę uważasz, nalewka ze sfermentowanego
soku cisu nie jest trująca, sugeruję abyś przygotował tego trochę
i wypił. Podziel się ze swoimi kolegami Gryfonami, naprawdę
nie czuło się potrzeby poznania reszty komentarzy.
Burknięcie
Snape'a nie było głośne, ale wystarczyło, by obudzić Dudleya.
Chłopak przeciągnął się, mamrocząc coś i podniósł
głowę, chwiejną z wyczerpania. Popatrzył na Harry'ego, zamrugał
kilka razy.
Ze swojej strony Harry nie wiedział co robić, poza
gapieniem się na kuzyna. Dudley wyglądał na również
chorego, i chociaż nie był tak wymizerowany jak jego matka,
zdecydowanie stracił na wadze. Dużo.
Oczywiście, Dudley nadal
był pokracznie gruby, ale mimo wszystko było widać znaczną
poprawę. O dziwo jednak ojciec nie kupił mu żadnych nowych ubrań,
które by lepiej pasowały. Bluza i spodnie Dudleya wisiały na
nim tak jak na Harrym.
Harry upewnił się, że jego różdżka
jest całkowicie schowana w rękawie. Potem wstał, podszedł do
swojego kuzyna i przyklęknął na jednym kolanie obok jego krzesła.
Ale nie po to, by błagać. Nie zamierzał błagać, nieważne
co na ten temat miał do powiedzenia Snape. Jednak nie duma go
powstrzymywała, ale rzeczywistość. Jeśli Dursleyowie nie
zamierzali mu pomóc, to nie pomogą, to było proste. Błaganie
nie zmieniłoby niczego. Nauczył się tego jeszcze zanim skończył
pięć lat, i od tamtego czasu nie błagał. Ani razu.
W każdym
razie było za wcześnie na mówienie o polu ochronnym. To nie
było coś, z czym mógłby wyskoczyć zaraz od progu. Będzie
musiał wymyślić sposób jak poruszyć ten temat, by nie
brzmiało to rażąco i egoistycznie. Nie powinien martwić się o
siebie, gdy ciotka Petunia leżała tutaj tak chora.
Klęczał
teraz. To wydawało się prostsze, niż przenoszenie krzesła.
Wydawało się mniej niepożądane, bardziej szanujące atmosferę
pokoju szpitalnego i wyraźnego smutku Dudleya.
— Cześć,
Harry — jęknął wreszcie kuzyn, nadal zdezorientowany
wystarczająco, aby wygłosić oczywistą prawdę. — Przyszedłeś.
Kiedy Harry przytaknął, Vernon Dursley zaczął się poruszać,
a on miał więcej do powiedzenia na ten szczególny
temat. Dużo więcej, jak się okazało.
Rozdział następny:
Wuj Vernon
