korekta rozdziału: Toroj

Rozdział szósty:
Frimley Park

W czasie, kiedy szli Portsmouth Road w stronę szpitala, Harry zastanawiał się nad Eliksirem Wielosokowym. Godzina, myślał. Tyle czasu trwało działanie eliksiru. Dlatego Crouch pił cały czas ze swojej piersiówki, kiedy udawał Szalonookiego Moodyego, ponieważ efekt trwał tylko godzinę…
Myślał, czy nie zapytać o to Snape'a — nie miał zegarka i zdawało mu się, że minęły przynajmniej dwie godziny — zdecydowanie jednak nie miał ochoty na rozmowę ze swoim dozorcą. Tak więc całą drogę przebyli w absolutnej ciszy, z wyjątkiem chwili kiedy Snape, nie rozumiejąc różnicy między czerwonym a zielonym światłem, wszedł na jezdnię. A nawet wtedy Harry tylko wysyczał cicho ostrzeżenie, by mężczyzna wrócił na chodnik.
Jednak to było śmieszne. Życie Snape'a zależało od tego, czy przez przypadek nie odzyska prawdziwego wyglądu. Chociaż Harry nie znosił Snape'a, nie chciał być odpowiedzialny za kolejną śmierć. Poza tym, gdyby doszło do najgorszego, Zakon straciłby swojego szpiega, a wraz z nim wszystkie potencjalne wiadomości, bezcenne w wojnie z Voldemortem. Harry nie miał pojęcia, dlaczego taki ekspert od eliksirów jak Snape mógł być tak beztroski, ale… sporo miał na głowie, prawda?
Harry zacisnął wargi, wiedząc aż za dobrze, o czym prawdopodobnie rozmyślał Snape. Dlaczego Snape nie mógł tego po prostu zostawić? Dlaczego musiał naciskać tak długo, aż Harry przyznał się do tych wszystkich okropnych rzeczy?
Prosta odpowiedź: Snape nie ufał Harry'emu Potterowi. Nie ufam ci ani trochę, powiedział tego ranka.
Taak, cóż, to uczucie jest wzajemne, profesorze, pomyślał Harry. Plotki o jego rodzinie nienawidzącej magii i dręczącej go, rozejdą się po całym Hogwarcie gdy tylko wrócą, wiedział o tym. Pewne jak w banku, jakby to powiedział wuj Vernon, chociaż Harry bardzo starał się nie naśladować swojego potwornego wuja.
To wszystko jednak nie ma znaczenia, powiedział sobie Harry, starając się bardzo pozostać w nastroju dojrzałości i zimnej krwi, jaki kształtował przez ostatnie godziny. Cokolwiek było nie tak ze Snape'em, Eliksir Wieloskokowy nie był czymś, z czym można było się wygłupiać. Co się stanie, jeśli Snape zmieni się w imponującego, złowrogo wyglądającego Mistrza Eliksirów na oczach Dursleyów? Obu ich wyrzucą ze szpitala, z litanią: Powiedziałem żadnych dziwolągów, chłopcze, nie nauczyli ciebie czytać w tej cholernej szkole? wywrzeszczaną za nimi.
Dobra, czy się to podoba czy nie, musiał przypomnieć, że Snape spóźnia się z zażyciem eliksiru. Harry żuł dolną wargę, zastanawiając się jak to ująć. Obrywanie za próbę pomocy — zbyt częste wydarzenie na lekcjach Eliksirów, chociaż zazwyczaj starał się pomóc Neville'owi, nie Snape'owi — nigdy nie było przyjemne.
Dojrzałą rzeczą byłoby powiedzenie tego, prawda? Harry ciężko pracował nad swoim nastawieniem do życia. Gdyby nie to, nie byłoby go tutaj i zdecydowanie nie tłumaczyłby się ze swoich problemów odzieżowych. Jego bardziej dziecinna wersja zmieniłaby ubranie, kiedy tak rozkazał Snape i pozostawiła na głowie Mistrza Eliksirów ogromną awanturę, jaką z pewnością zrobiłby Vernon, widząc Harry'ego Jamesa Pottera w czymś, na co z pewnością nie było go stać. Harry nawet nie był pewny, co mogłoby nastąpić — może oskarżenie o kradzież — ale mógłby się założyć, że wszelkie szanse na rozszerzenie pola byłyby stracone.
Ale nie dojdzie do tego. A dlaczego? Ponieważ postąpił jak dorosły, chociaż było to dość bolesne. Będzie tego żałował, kiedy cały Dom Slytherinu dowie się o jego żałosnym dzieciństwie, kiedy będzie słyszał w każdym korytarzu komentarze, ale chodziło o to, że przeżyje.
Więc zrobi to, nawet jeśli będzie musiał wysłuchać typowej fali sarkastycznych uwag.
— Czy to już nie czas, proszę pana? — spytał, starając się by jego głos brzmiał naturalnie, równocześnie maskując pytanie z powodu otaczających ich mugoli. — Aby wziął pan więcej swojego… eee… lekarstwa?
— To ulepszona formuła — odpowiedział Snape, zerkając na niego. Ku zaskoczeniu Harry'ego, nie było w tych oczach drwiny, ani w słowach, które padły później. — Powinno działać przez przynajmniej osiem godzin, ale będę pił co sześć, by być pewnym, że nie będzie… — wydawał się szukać mugolskiego odpowiednika — nawrotu.
Harry nie musiał pytać, kto poprawił formułę. Tytułu Mistrza Eliksirów nie rozdawali za darmo. Jeszcze gdyby ten człowiek potrafił również uczyć, mógłby nawet być odpowiednią osobą na tę posadę. Tymczasem Snape nie uczył w ogóle, nawet czegoś tak prostego jak zasady bezpieczeństwa przy eliksirach. Wolał raczej patrzeć, jak uczniowie topili kociołki i wysadzali się w powietrze, a potem krzyczeć. O ile Harry się orientował, Snape nigdy nawet nie próbował ich uczyć.
Budynek Frimley Park nareszcie ukazał się przed nimi, Harry podszedł bezpośrednio do szklanych drzwi szpitala. Kiedy rozsunęły się przed nim, Snape spojrzał podejrzliwie, jak gdyby przypuszczał, że Harry wymamrotał szybkie, nielegalne Alohomora. Czyżby przypuszczał, że Harry tak świetnie posługiwał się różdżką, iż zdołał wyjąć ją z rękawa swojego workowatego swetra i niepostrzeżenie zaczarować drzwi? A może Snape sądził, że Harry potrafił rzucać zaklęcia bez różdżki, co podobno jest niemożliwe? Oczywiście, Harry nie mógł zrobić niczego takiego, ale pomysł by zwieść Snape'a był strasznie kuszący, choć głupi i dziecinny. Snape zgłosiłby nielegalne użycie magii Dumbledore'owi i Harry musiałby przyznać, że tylko udawał i wyszedłby na takiego egocentrycznego bachora, za jakiego Snape zwykł go uważać.
— To mugolska technika — wyjaśnił cicho, kiedy podchodzili do recepcji. — Mówiłem, oni również potrafią robić interesujące rzeczy.
Snape uniósł brew i kiwnął nieznacznie głową, chociaż nadal nie wyglądał na przekonanego do czasu, kiedy obejrzał się i zobaczył jak drzwi otwierają się przed innymi osobami.
— Sala Petunii Dursley — poprosił Harry kobietę w wykrochmalonym, białym fartuchu, z czepkiem na głowie. — Mogę prosić o numer?
Pielęgniarka szybko napisała coś na klawiaturze, potem przyjrzała się ekranowi komputera. Snape oglądał cały proces dość nieufnie.
— Jest na intensywnej terapii, odwiedziny są ograniczone. Muszę sprawdzić, czy są panowie na liście. Proszę podać nazwiska.
— Harry Potter, jestem jej siostrzeńcem. — Co za ulga, powiedzieć swoje imię komuś, kto nie wstrzymuje oddechu i nie patrzy na jego bliznę. Kobieta właściwie w ogóle nie zareagowała, tylko patrzyła, nadal na coś czekając. — Och, tak. A to jest Remus Lupin, przyjaciel rodziny — dodał Harry.
— Zadzwonię na górę. Proszę się tu wpisać — oznajmiła pielęgniarka, wskazując na kartkę papieru przyczepioną do notatnika z metalowym spinaczem.
Harry podpisał się i był nieco zaskoczony, kiedy zobaczył jak Snape pisze Remus Lupin pismem ogromnie podobnym do pisma autentycznego Remusa. Dziwne.
— Tak, rozumiem. Wyślę go od razu — mówiła cicho pielęgniarka. Odłożyła słuchawkę i zwróciła się znowu do pary odwiedzających. — Możesz iść — powiedziała wskazując na Harry'ego. — Pojedź windą na trzecie piętro. Sala 328. — Spojrzała na Snape'a. — Obawiam się, że pan będzie musiał poczekać.
Snape zmrużył oczy, Harry nie musiał być legilimentem, aby wiedzieć, o czym myśli mężczyzna. Nie był nawet zaskoczony, gdy Snape pochylił się nad biurkiem recepcji, spojrzał prosto w twarz kobiety i wymamrotał ciche Obliviate minimisco. Tylko jedna rzecz zdziwiła Harry'ego: Snape potrafił używać bezróżdżkowej magii. Przynajmniej w pewnym zakresie. Znowu zastanowił się, dlaczego Dumbledore nie dał Mistrzowi Eliksirów posady nauczyciela obrony przed czarną magią. Może to dlatego, że Dumbledore wiedział, iż Snape nie potrafiłby uczyć, nawet gdyby to miało uratować jego życie, a dyrektor wolał, aby uczniowie jednak umieli cokolwiek z tego przedmiotu. Ale raczej nie o to chodziło, zważywszy na to jacy idioci otrzymywali tę posadę co roku (za wyjątkiem Lupina, oczywiście). Przynajmniej w tym roku nie było Umbridge, ale według Harry'ego, profesor Aran był prawie tak samo nędzny. On również nie dawał im za dużo ćwiczyć w praktyce. Z drugiej strony, kiedy dawał szlaban, nie trzeba było pisać wersów swoją własną krwią. To było coś warte, nawet jeśli najprzydatniejszą rzeczą, jakiej nauczyli się w ciągu czterech tygodni było to, że kappa pisze się przez dwa „p".
Absolutna, całkowita bzdura, te lekcje obrony, tak jak wszystkie poza trzecim rokiem.
Dobrze, że przynajmniej utrzymali GD. Ktoś musiał przynajmniej próbować przygotować uczniów na wypadek, gdyby doszło do bitwy ze śmierciożercami, nie mówiąc już o samym Voldemorcie. I jeśli nauczyciele tego nie robili, to uczniowie sami musieli się tym zająć.
Jeszcze jeden powód, dla którego Harry stracił większość respektu dla Dumbledore'a. Dyrektor mógł zatrudnić przyzwoitych nauczycieli obrony. Harry był tego pewien. Jednak tego nie robił. Zamiast tego narażał uczniów na tego typu idiotyzmy. Bez wątpienia miał swoje powody… wielką, zagmatwaną plątaninę usprawiedliwień, dlaczego musiał to zrobić w ten sposób, i dlaczego musiał to wszystko trzymać w sekrecie… Dumbledore myślał, że jest jakimś wielkim strategiem albo kimś w tym rodzaju. Cóż, jego strategie skończyły się Syriuszem wpadającym za zasłonę śmierci pod koniec ostatniego roku szkolnego. Harry miał już tego dość. Nie mógł zmusić dyrektora do ujawnienia całej prawdy. Wszystko co mógł robić, robił.
Najlepiej jak umiał.
Do czasu, kiedy Harry to wszystko przemyślał, pielęgniarka kręciła głową, jakby obudziła się właśnie ze snu.
— Sala 328, powiedziałam. No, idźcie już. — Jej powolne machnięcie objęło ich obu.
Skierowali się w stronę wind, ale w połowie drogi Harry zatrzymał się.
— Chwileczkę. Powinienem o tym wcześniej pomyśleć. Ma pan jakieś mugolskie pieniądze za sobą? Bo ja nie.
— Dyrektor pomyślał, że to się przyda — mruknął Snape, grzebiąc w kieszeni. — Czego potrzebujesz?
— Kwiatów. — Harry wskazał na małą kwiaciarnię, którą właśnie minęli.
— Ach. Dobrze, proszę w takim razie — powiedział Snape i wyciągnął w jego stronę kilka banknotów stufuntowych.
— Odłóż większość z tego, Remus — zaakcentował Harry. To była dość poważna gafa, ale przynajmniej jeśli jacyś stronnicy Voldemorta czaili się gdzieś w cieniu, pomyłka nie wydałaby się im tak dziwna. Skąd by mieli wiedzieć, ile warte są mugolskie pieniądze?
Harry wziął jeden banknot, schował go do kieszeni, przeszedł do kwiaciarni i szybko przejrzał co było do wyboru. Lilie są cudowne, pomyślał. Ale nie, lepiej nie. Najprawdopodobniej przypomniałyby ciotce Petunii o Lily Potter. Poza tym były drogie. Kupił w końcu pół tuzina kwiatów w małym, szklanym wazonie. Były dość niepokaźne, ale wiedział, że gdyby kupił coś bardziej ekstrawaganckiego, wuj Vernon oskarżyłby go o wyczarowanie ich. A i tak będzie musiał wyjaśnić, w jaki sposób stać było go na te kilka.
— Dzięki, Remus — powiedział Harry uśmiechając się lekko i wyciągając rękę z resztą pieniędzy w stronę Snape'a.
— Zatrzymaj je — burknął Snape i odwrócił się.
— Nie, naprawdę… — nalegał Harry, ale mężczyzna już odszedł. — Cóż, dobra. Dzięki za pożyczkę — dodał, kiedy już go dogonił.
Nawet jeśli Snape chciał coś odpowiedzieć, oniemiał na widok otwierających się drzwi windy i ludzi wychodzących z niej. Mężczyzna znowu wyglądał na oszołomionego, co było dość absurdalne, zważywszy że Snape potrafił twierdzić z kamienną twarzą, że jest zdolny uwięzić w butelce sławę, uwarzyć chwałę, a nawet powstrzymać śmierć. Co było tak zdumiewającego w zwykłej windzie?
To była mugolska magia, o to chodziło. Tylko, że to nie była magia — to były tylko maszyny. Harry wiedział o tym. I Snape zapewne też, ale wyglądało na to, że nigdy nie widział żadnej z tych maszyn z bliska. Lepiej się nie śmiać, zdecydował Harry. Miał tylko nadzieję, że Snape zdoła się opanować przy Dursleyach. Jeśli będzie się gapił na sprzęt szpitalny jak dwulatek odkrywający ubikację, rodzina Harry'ego na pewno się domyśli, że jest czarodziejem.
Weszli do środka, Harry nacisnął guzik trzeciego piętra, starając się nie śmiać, kiedy winda szarpnęła Snape'em i mężczyzna omal się nie przewrócił. Nie ma wątpliwości, magia zapewniała bardziej płynną jazdę.
— Dobra, 328 — powiedział Harry, kiedy drzwi się otworzyły. Sprawdził strzałki na ścianie. — W tę stronę.
Po chwili odnaleźli właściwą salę i zajrzeli do środka. Znajdowało się tam dziesięć wąskich łóżek, pięć po każdej stronie pokoju. W sumie układ nie różnił się zbytnio od skrzydła szpitalnego w Hogwarcie, chociaż tutaj oczywiście wszędzie był medyczny sprzęt. Harry nie rozpoznawał niczego z tego, ale nie zamierzał pokazać swojej niewiedzy Snape'owi. Spędził wystarczająco dużo czasu nie mając pojęcia, co się dzieje podczas lekcji eliksirów, tak więc odwrócenie ról było dla niego dość satysfakcjonujące.
— Jesteś mugolem, pamiętaj — wysyczał cicho Harry zanim weszli. Potem coś jeszcze przyszło mu na myśl. — Słuchaj, kiedy wuj Vernon traci nad sobą panowanie, często staje się niedyskretny. Nie wiadomo co powie, więc czy mógłbyś umieścić wokół nas wszystkich zaklęcie wyciszające? Eee, czy to może być zrobione bez ścian czy zasłon albo czegoś, do czego można by przyczepić zaklęcie?
— Obrona nie stoi w tym roku na wyższym poziomie, niż w jakimkolwiek wcześniejszym, jak widzę — odparł Snape, chociaż skinął głową na tak.
Harry nie mógł się powstrzymać.
— Och, ale ty byłeś świetny, Remus, naprawdę świetny. Najlepszy nauczyciel w Hogwarcie, zawsze tak o tobie myślę: absolutnie najlepszy.
Po tych słowach wsunął się do pokoju. Kiedy już jednak był w środku, uśmiech szybko zniknął z jego twarzy.
———————————
Kilku pacjentów odwróciło głowy, kiedy przechodzili, ale większość osób w sali intensywnej terapii spała. Włącznie z Dursleyami. Wszystkimi Dursleyami.
Petunia leżała w łóżku najbliżej okna. Była jeszcze bardziej koścista niż kiedykolwiek wcześniej, cerę miała tak bladą, że wydawała się być półprzeźroczysta. W niektórych miejscach była nawet sina. Oczy miała zamknięte, twarz zwróconą w stronę światła, jej chuda pierś poruszała się w górę i w dół w płytkich oddechach. Harry przełknął. Oczywiście, czytał, że była chora. I nawet że było to poważne. Jednak z jakiegoś powodu spodziewał się, że będzie wyglądała tak jak zwykle. Cierpka, mierząca go krytycznym wzrokiem, z ustami wykrzywionymi z niesmakiem, jak wtedy kiedy wrzeszczała na niego za zabłocenie podłogi, albo za przesolenie pieczeni, albo za to że dostał lepsze oceny niż Dudley.
Wyglądała na chorą. Bardzo chorą, tak bardzo, że Harry nie wierzył własnym oczom. Przez dłuższą chwilę tylko patrzył. Nigdy nie widział nikogo w takim stanie, nawet Cedrika w tych okropnych chwilach po tym, jak Voldemort wysyczał Zabij niepotrzebnego.
Tamto było wystarczająco złe, ale to było jeszcze gorsze. Powolna śmierć, mugolska śmierć. To było paskudne, co rak robił z ciotką Petunią.
W tym momencie Harry zmierzył się z prawdą o sobie, prawdą prawie tak samo paskudną: kiedy pierwszy raz usłyszał wiadomości o jej chorobie, miał małą nadzieję, że może cierpieć. W końcu on cierpiał. I to z jej rąk. Wierzył, że na to zasługiwała, że dostała to, co jej się należało.
Cóż, mógł poświadczyć, że ciotce Petunii było daleko do doskonałości, ale zmienił swoją opinię o raku. Nikt na to nie zasługiwał. Gniła już za życia, a jej ciało chwytało się nadziei, kiedy już żadnej nie było. Harry'emu ścisnął się żołądek i zrobiło mu się niedobrze, ale przełykanie pomogło. Trochę przynajmniej. Wciągnięcie kilku orzeźwiających wdechów było nawet lepsze. Dopiero wtedy zdołał odwrócić od niej przerażony wzrok.
Łzy kłuły go w oczy. Nie płakał nad Petunią, ale ze wstydu. Jedna czy dwie łzy spłynęły mu po twarzy, ale Harry nawet tego nie zauważył, dopóki Remus w milczeniu nie podał mu białej chustki. Nie, to nie Remus, musiał sobie przypomnieć, chociaż tym razem było to trudniejsze.
— Dzięki — wyszeptał, nie patrząc na Snape'a. Dzięki Bogu, że to nie Remus stał za nim, inaczej mógłby powiedzieć coś więcej, o swoim poczuciu winy — że praktycznie życzył jej tego. Ale nie wiedział, naprawdę nie rozumiał, co znaczyła śmierć. Powinien to wiedzieć, po Cedriku, po Syriuszu. Ale nie, był głupi, bezmyślny i dziecinny.
Harry oddał chustkę Snape'owi i przestał na niego zwracać uwagę. Vernon Dursley spał na krześle przysuniętym do łóżka, chrapał z głową przechyloną lekko na bok. Dudley siedział na drugim krześle, z głową i ramionami ułożonymi w nogach łóżka. Na nocnym stoliku stał bukiet goździków i leżał mały stosik kart z życzeniami.
Harry patrzył przez chwilę, niepewny co ma zrobić, potem, wzruszając ramionami, postawił wazonik z kwiatkami obok goździków i poszedł przynieść wolne krzesło od innych, śpiących pacjentów. Ustawił je bezszelestnie niedaleko łóżka ciotki i pokazał Snape'owi, aby na nim usiadł. Po tym Harry przyniósł kolejne krzesło dla siebie.
Siedzieli tak w ciszy kilka minut. Harry godził się z sobą, przyzwyczajał się do przerażających faktów, których ta wizyta dotyczyła. Faktów nie tylko dotyczących życia i śmierci, ale również jego samego. Znowu dojrzałość, skrzywił się.
W pewnym momencie pomyślał, że powinien wziąć coś do czytania. Z drugiej strony nie miał żadnych książek oprócz hogwarckich podręczników, a te zdecydowanie nie byłyby najlepsze w tej sytuacji. Dobrze zrobił zostawiając je w swoim pokoju u Dursleyów. W domu mieli oni oczywiście jakieś książki, ale Harry wiedział, że lepiej ich nie dotykać.
Snape wydawał się niespokojny, ale Harry podejrzewał, że po prostu drażni go bezczynność. Czy kiedykolwiek Mistrz Eliksirów po prostu siedział i nic nie robił? W klasie był szaloną kulą aktywności, pędzącą od jednego stołu do drugiego, szydząc z eliksirów Gryfonów i wychwalając te zrobione przez Ślizgonów, chociaż często wyglądały tak samo. Kiedy siedział w sali, to po to, aby sprawdzać eseje: jeden palec poruszał się po kartce w miarę jak profesor czytał, druga ręka pisała wściekle komentarze, takie jak: Wygląda na to, że tym razem zapodziałeś cały mózg. Nie wracaj do klasy, dopóki go nie znajdziesz.
Nawet kiedy tylko patrzył jak pisali testy, jednocześnie klarował rozpuszczalniki albo porządkował składniki eliksirów, przez cały czas nie spuszczając z uczniów wzroku. Nic dziwnego, że widział jak Harry wsuwa list pod kartę egzaminacyjną.
Teraz Snape nie miał nic do roboty, a Harry widział, że niedługo doprowadzi to Mistrza Eliksirów do szaleństwa.
Snape nagle wstał i podszedł do nóg łóżka, gdzie wisiała karta choroby. Wziął go i zaczął czytać, przesuwając palcem po karcie linijka za linijką, zupełnie jak przy sprawdzaniu esejów.
— Nie sądzę, aby odwiedzający mogli to oglądać — wyszeptał Harry.
— Nic to nie da. Zupełnie nieczytelne.
Harry pomyślał, że to niezła uwaga z ust kogoś takiego. Jedyne co powstrzymywało pierwszorocznych od płaczu, kiedy dostawali z powrotem swoje eseje to fakt, że połowa komentarzy była napisana długimi, pofalowanymi gryzmołami, których nikt o zdrowych zmysłach nie mógł mieć nadziei odczytać. Po zobaczeniu na marginesie Jeśli naprawdę uważasz, nalewka ze sfermentowanego soku cisu nie jest trująca, sugeruję abyś przygotował tego trochę i wypił. Podziel się ze swoimi kolegami Gryfonami, naprawdę nie czuło się potrzeby poznania reszty komentarzy.
Burknięcie Snape'a nie było głośne, ale wystarczyło, by obudzić Dudleya.
Chłopak przeciągnął się, mamrocząc coś i podniósł głowę, chwiejną z wyczerpania. Popatrzył na Harry'ego, zamrugał kilka razy.
Ze swojej strony Harry nie wiedział co robić, poza gapieniem się na kuzyna. Dudley wyglądał na również chorego, i chociaż nie był tak wymizerowany jak jego matka, zdecydowanie stracił na wadze. Dużo.
Oczywiście, Dudley nadal był pokracznie gruby, ale mimo wszystko było widać znaczną poprawę. O dziwo jednak ojciec nie kupił mu żadnych nowych ubrań, które by lepiej pasowały. Bluza i spodnie Dudleya wisiały na nim tak jak na Harrym.
Harry upewnił się, że jego różdżka jest całkowicie schowana w rękawie. Potem wstał, podszedł do swojego kuzyna i przyklęknął na jednym kolanie obok jego krzesła. Ale nie po to, by błagać. Nie zamierzał błagać, nieważne co na ten temat miał do powiedzenia Snape. Jednak nie duma go powstrzymywała, ale rzeczywistość. Jeśli Dursleyowie nie zamierzali mu pomóc, to nie pomogą, to było proste. Błaganie nie zmieniłoby niczego. Nauczył się tego jeszcze zanim skończył pięć lat, i od tamtego czasu nie błagał. Ani razu.
W każdym razie było za wcześnie na mówienie o polu ochronnym. To nie było coś, z czym mógłby wyskoczyć zaraz od progu. Będzie musiał wymyślić sposób jak poruszyć ten temat, by nie brzmiało to rażąco i egoistycznie. Nie powinien martwić się o siebie, gdy ciotka Petunia leżała tutaj tak chora.
Klęczał teraz. To wydawało się prostsze, niż przenoszenie krzesła. Wydawało się mniej niepożądane, bardziej szanujące atmosferę pokoju szpitalnego i wyraźnego smutku Dudleya.
— Cześć, Harry — jęknął wreszcie kuzyn, nadal zdezorientowany wystarczająco, aby wygłosić oczywistą prawdę. — Przyszedłeś.
Kiedy Harry przytaknął, Vernon Dursley zaczął się poruszać, a on miał więcej do powiedzenia na ten szczególny temat. Dużo więcej, jak się okazało.

Rozdział następny:
Wuj Vernon