korekta rozdziału: Toroj
Rozdział
ósmy:
Jesteśmy kwita
Snape
uchwycił ramię Harry'ego, by go podtrzymać.
— Będziemy
musieli przemyśleć ten problem — wyjaśnił płynnie. Kiedy
Vernon już miał się znowu odezwać, profesor uniósł dłoń
i uprzedził go: — Tak, rozumiem doskonale, czas jest istotny. To
nie zmienia faktu, że prosi pan o nieznane zaklęcie. Jeśli magia,
jakiej pan wymaga, jest w ogóle możliwa, będzie musiała
zostać opracowana.
— Więc, jak długo to potrwa? — zapytał
Vernon niespokojnie.
— Im szybciej zaczniemy nad tym pracować,
tym lepiej — zakończył Snape. — Harry opuścił obiad, aby
tutaj przybyć. Niech pan na niego spojrzy. Trzęsie się. Musi coś
zjeść.
Harry pomyślał, że to raczej duża przesada, chociaż
nie mógł zaprzeczyć, że jest głodny.
Vernon zaczął
zrzędzić coś na temat, że chłopak opuszczał więcej niż jeden
obiad wcześniej i nic mu nie było, ale typowe dla niego uwagi
zostały zupełnie przyćmione przez to, co zrobił Dudley.
—
Chcesz trochę czekolady, Harry? — zapytał.
Harry nie mógł
uwierzyć własnym uszom, kiedy odwrócił głowę i zobaczył
kuzyna, wyciągającego ku niemu czekoladowego batona z migdałami,
nadal owiniętego w papierek. Oszołomiony, zauważył równocześnie,
że Dudley nie zjadł zbyt wiele cukierków, które
kupił. Harry podejrzewał, że choroba ciotki Petunii dość mocno
odbijała się na chłopaku.
— Uch, taak, jasne — wykrztusił
z trudem Harry. Co się stało z Dudleyem, który terroryzował
sąsiadów i bił wszystkich mniejszych od siebie? Który
Harry'emu nigdy nie powiedział nic, co nie było zniewagą bądź
groźbą? Harry zastanowił się, czy oferta nie była jakimś
podstępem.
Ale chyba nie. Dudley podał mu batonik bez wahania.
— Uch, dzięki, Dudley — zdołał powiedzieć Harry. Poczuł
się trochę lepiej, Snape nie musiał już go trzymać, ale kiedy
próbował uwolnić ramię, Mistrz Eliksirów nie puścił
go.
— Zostaw to na potem — odezwał się Snape. — Po
obiedzie.
Hm, może to dobrze, że Snape go nie puścił. Zawroty
głowy powróciły z pełną siłą. Jak niby miał zrobić to,
czego chciał wuj Vernon? Nie mógł, prawda? Harry nie sądził,
aby ktokolwiek to potrafił, ale nie był zupełnie pewny. A co z
polem chroniącym go przed Voldemortem? Wuj nigdy nie pozwoli
Dudleyowi na założenie zaklęć ochronnych, jeśli Harry pozwoli
umrzeć ciotce Petunii, nieważne, że nie mógł nic na
to poradzić…
— Oddychaj — powiedział za nim cicho Snape,
zanim zwrócił się ponownie do Vernona. — Może mógłby
pan zarekomendować gospodę, gdzie moglibyśmy zostać na noc?
Vernon odwrócił się, by pogładzić Petunię po czole.
Rozkojarzony, nie słyszał pytania Snape'a dopóki go nie
powtórzył.
— Co? Och. Eee, właściwie… —
odchrząknął i wydawał się rozważać to, wypiął pierś,
dodając sobie ważności, kiedy zaczął wreszcie mówić. —
Dopóki nie powiem inaczej, chłopak może zostać w domu.
Zawiódł mnie wiele razy, ale tym razem tego nie zrobi,
prawda? Jestem pewny, że zrobi, co właściwe dla swojej rodziny. No
nie, chłopcze?
Dłoń Snape'a ścisnęła ramię Harry'ego
mocniej niż wcześniej. Kiedy chłopiec spojrzał w górę,
zobaczył jak profesor skinął lekko głową.
Harry nie
wiedział, co to znaczy, ale ponieważ nie byłoby dobrym pomysłem
odpowiedzieć nie, mruknął wymijająco i opuścił wzrok z powrotem
na swoje za duże buty.
— Obawiam się, że muszę zostać tam,
gdzie Harry — mówił Snape. — Polecenie dyrektora. Stąd
moje pytanie.
— Sprawia kłopoty, tak… — wymamrotał
Vernon, pochylając się jeszcze bardziej nad żoną. — Ona rzadko
kiedy się teraz budzi. Cóż, profesorze, podejrzewam, że
dyrektor wie, co mówi. W każdym razie też nie chcę, żeby
chłopak był sam w moim domu. Nie wiadomo, co zrobi. Zajmie pan jego
pokój; chłopak może spać na podłodze bawialni.
— Sam
w domu? — odezwał się zdezorientowany Harry. — Nie wracacie do
domu?
— No oczywiście, że nie! — wybuchł Vernon. —
Dudziaczek i ja mamy tu za rogiem pokój, ale i tak rzadko z
niego korzystamy. Zamierzam tu być, kiedy Petunia się obudzi, nie
myśl, że nie! Nie byliśmy w domu od wielu dni!
Harry zdołał
tym razem strząsnąć rękę Snape'a, stał bez pomocy, chwiejąc
się lekko. Nie wiedział jak zareagować na wybuch wuja, więc
odezwał się tylko niepewnie:
— Może w takim razie powinienem
również tu zostać?
— Idź ze swoim nauczycielem —
westchnął Vernon, ponownie opierając głowę o ścianę.
Harry
starał się nie odwracać wychodząc. Nie chciał znowu widzieć
ciotki Petunii, wyglądającej tak okropnie, naprawdę nie chciał.
Coś jednak go zmusiło.
Kiedy Harry zerknął przez ramię,
zobaczył Dudleya, stojącego w nogach łóżka, trącego oczy
i starającego się nie płakać.
——————————
— Nie jesteś w stanie iść — stwierdził Snape, kiedy
weszli do windy. Tym razem nie wydawał się zatroskany z tego
powodu.
— Och, nic mi nie jest — odparł Harry, przeciągając
się nieznacznie. Uczucie paniki cofnęło się nieco, ale wiedział,
że gdzieś tam się czaiło, gotowe zawładnąć nim ponownie, jeśli
będzie za bardzo myślał o tym, czego wuj od niego żąda.
—
Oszczędź mi tych bohaterskich póz. Czy kiedykolwiek się
aportowałeś?
— Uhm, cóż… używałem świstoklika —
powiedział Harry, trąc dłonią ramię. Snape wiedział o tym, był
tego pewien. Trzecie zadanie, Cedrik… — Nie podobało mi się to.
— Aportacja nie jest dużo lepsza, szczególnie, jeśli
nie jest się do tego przyzwyczajonym. — Bez żadnego ostrzeżenia
podszedł krok do Harry'ego i przycisnął go mocno do siebie. —
Zamknij oczy i nie ruszaj się…
— Puść! — krzyknął
Harry wyrywając się, choć jego towarzysz tak bardzo przypominał
Remusa Lupina. To nie Remus, nie Remus, powtarzał w myśli.
— Dobra! — sarknął Snape, odsuwając się ponownie. — Sam
tego chciałeś.
I wtedy świat zakręcił się wokół
Harry'ego, rozpuszczając się w przyprawiającą o mdłości breji
kolorów. Nie było pociągnięcia za pępek, ani uczucia bycia
gdzieś ciągniętym. Było tylko okropne wrażenie, że cały świat
roztopił się wokół niego. Potem wtopił w niego,
kości go zaczęły od tego boleć, mięśnie protestowały, usta
wypełniły się kwasem, jego ciało toczyło walkę i przegrało.
——————————
Harry znalazł się nagle na
rękach i kolanach na trawniku przed Privet Drive 4. Przez dłuższą
chwilę w ogóle się nie poruszał. Miał wrażenie, że
ziemia kręci się z niebezpieczną prędkością i jeżeli wstanie,
zostanie z niej zrzucony. W tym momencie jednak wirowanie zwolniło
do spokojnego falowania, więc podniósł się i uklęknął.
— Niewiele lepiej? — zapytał, patrząc złowrogo na Snape'a,
który stał kilka stóp dalej, ze skrzyżowanymi
ramionami i lekkim uśmieszkiem na twarzy. — A może raczej tysiąc
razy gorzej? Mógł mnie pan przynajmniej ostrzec!
—
Starałem się zaabsorbować od ciebie szok aportacyjny, jeśli sobie
przypominasz.
— A pomyślał pan choćby przez chwilę, aby mi
to powiedzieć?
Snape zmrużył ironicznie oczy, chociaż
na twarzy Remusa ta mina nie była tak zastraszająca, jak Mistrz
Eliksirów zamierzał.
— Doświadczenie jest najlepszym
nauczycielem. Będziesz się mnie trzymał następnym razem,
gwarantuję.
— Nie stawiałbym na to — wymamrotał Harry,
wstając. Było już ciemno, zaczął się więc zastanawiać, jak
długo byli w szpitalu. Ciemność jednak oznaczała, że sąsiedzi
zapewne nie widzieli, jak przybyli. Jednak co do ich zniknięcia… —
I dla pańskiej wiadomości, większość wind ma zainstalowane
kamery. Ktoś może mieć nas na filmie jak się deportujemy. To dużo
gorsze niż siedem osób mówiących, że widziało
latający samochód.
— Hmpf… — odparł jedynie Snape.
— Alohomora. Twój wujek powiedział, abyś tu został,
ale nie pomyślał, żeby dać ci sposób na dostanie się do
środka.
— Taak, pewnie stwierdził, że zrobię to co pan.
—
Masz zwyczaj łamania dekretu?
— Nie! — krzyknął Harry
straciwszy cierpliwość. — Nigdy tutaj nie robiłem żadnej magii,
jeśli mogłem coś na to poradzić, dobra? — Ten wstęp tylko
przypomniał mu o rozbitym wazonie i o tym, przez co stracił
panowanie. Cała ta zjadliwość, skierowana do niego, i do tego
mnóstwo kłamstw. A Snape to wszystko słyszał.
Westchnąwszy, Harry przeszedł obok Snape'a i skierował się
do kuchni, gdzie zaczął otwierać szafki, szukając czegoś, co
nadawałoby się do ugotowania bez robienia niepotrzebnego bałaganu.
Może zupa w proszku…
— Siadaj — rozkazał Snape. Kiedy
Harry tego nie zrobił, mężczyzna chwycił go za ramiona i pchnął
na krzesło.
— Zdaje się, że powiedział pan, że muszę coś
zjeść! — wybuchnął Harry, podnosząc się. — Nie mamy tutaj
skrzatów domowych. A może pan zamierzał gotować?
—
Siedź spokojnie, głupi dzieciaku. — Snape usiadł po drugiej
stronie stołu. Kładąc dłonie na mahoniowej powierzchni, przemówił
w cichym skupieniu. — Przeżyłeś dzisiaj kilka poważnych
wstrząsów, nie wspominając już tego, że aportacja
pozostawia uczucie podobne do przenicowania na lewą stronę. Weź
kilka głębokich wdechów. Jeśli nie uspokoisz się przed
posiłkiem, to się rozchorujesz.
— Odwal się — odparł na
to Harry. Nie obchodziło go, co myśli Snape. Zajmował się sobą
od… właściwie od zawsze, i nie potrzebował złośliwego,
wtrącającego się drania regulującego jego posiłki.
— Pięć
punktów… — Snape przerwał, chichocząc cicho, ale Harry
nie widział w tym nic zabawnego. — Dość oczywiste, że ty byłeś
tu skrzatem domowym, Harry.
Harry sapnął.
— Więc nie
uważa mnie pan już za sławnego Harry'ego Pottera,
rozpieszczonego i zepsutego?
Snape uniósł brew.
—
Nie. Uważam, że jesteś zmęczony, podenerwowany, nie tak dorosły
za jakiego chciałbyś uchodzić i potrzebujesz porządnego posiłku.
Takiego, którego nie musiałbyś robić sam. Myślę, że mamy
dość dużo do przedyskutowania. Czy niedaleko jest restauracja,
którą mógłbyś polecić?
Przez chwilę Harry czuł
przemożną ochotę powiedzenia znowu Odwal się. Dziwne,
zważywszy, że Snape był taki… właściwie prawie taki, jaki
byłby prawdziwy Remus. Może po prostu mu nie ufał.
— Och, po
prostu zamówię pizzę — jęknął Harry. — Nie potrzebuję
dzisiaj żadnej dodatkowej katastrofy. W domu, podobno, Voldemort nie
może mnie dorwać, więc niech mi pan poda telefon.
— Dlaczego
podobno?
— Nie wierzę w połowę rzeczy, jakie mówi
Dumbledore, już nie — westchnął Harry. — Tu mamy przykład.
Powiedział, że pomyłką było proszenie, aby pan mnie uczył
w zeszłym roku. Powiedział, że powinien zrozumieć, że przeszłość
doprowadzi do katastrofy. A jednak znowu jesteśmy tutaj na jego
polecenie, razem.
— To co innego niż oklumencja — wskazał
Snape. — A kto powinien się tobą zajmować, tu w Surrey?
Mundungus Fletcher? Arabella Figg?
— A co z prawdziwym Remusem?
— Który jest teraz śpiącym w zamkniętym pomieszczeniu
wilkołakiem. Poza tym, Potter, jeśli nagle Czarny Pana zainteresuje
się tobą bardziej niż zwykle, będę o tym wiedział wcześniej
niż ktokolwiek inny po naszej stronie. To może być przełomowe, a
Albus o tym wie.
Naszej stronie. Dziwnie było to
usłyszeć. Zbyt wiele lat myślenia o Snapie jako o wrogu. Którym
był, och, zdecydowanie nim był… ale to było coś poza
wojną.
— Uważam, że dyrektor jest niekonsekwentny —
wymamrotał Harry. — Mimo wszystko, jeśli chce pan wiedzieć
dlaczego nie ufam Dumbledore'owi, nie musi pan szukać dalej.
—
Życie nie jest kryształowo czyste, Potter. Jest płynne i ciągle
się zmienia. Jeśli osądzisz Albusa zbyt ostro tylko z powodu
reagowania na zmienne okoliczności, to będziesz głupcem.
—
Myślałem, że i tak jestem głupcem, według pana.
—
Zdecydowanie jesteś, skoro jesteś wystarczająco tępy, aby
wierzyć, że połowa tych rzeczy, które mówię w
klasie, nie jest przeznaczona jedynie dla uszu Malfoya, by powtórzył
je swojemu ojcu. — Snape przesunął ręką po włosach, odsuwając
brązowe kosmyki Remusa z czoła. — Z perspektywy czasu,
zrozumiałem, że nie powinienem przerywać twoich sesji oklumencji,
chociaż muszę zauważyć, że twoja zupełna odmowa praktyki
sprawiała, że bez względu na to, co zrobiłem, były prawie bez
wartości. W każdym razie podejrzewam, że Albus uważa, że dał mi
drugą szansę. Spekulowałbym nawet, że przyprowadzenie ciebie
z listem osobiście do niego, przekonało go, że mogę… poradzić
sobie tym razem lepiej.
Snape czekał na odpowiedź, a kiedy
żadna się nie padła, zasugerował:
— Miałeś zamiar zamówić
pizzę, tak?
— Taak. I prosiłem, żeby podał mi pan
telefon. — Okazało się, że Harry znów musi coś tłumaczyć
Mistrzowi Eliksirów. I wskazać. Gdyby był w lepszym
nastroju, to byłoby nawet zabawne. Może. — Ta niebieska rzecz
obok pana, na ścianie. — Nie czuł się na siłach, by pójść
po książkę telefoniczną, więc znowu zadzwonił na informację i
otrzymał numer pizzerii.
Gdy Harry rozmawiał przez telefon,
Snape odszedł na obchód domu, z różdżką w
pogotowiu. Harry nie wiedział, co planuje mężczyzna, ale nie
obchodziło go to. Niech sobie szuka tej całej czarnej energii.
Cholera, niech ją nawet znajdzie. Nie pozostało już dużo do
odgadnięcia, prawda?
Siedząc z głową opartą na stole, Harry
wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń i czekał na
głupią pizzę.
——————————
Musiał
zasnąć, ponieważ potem pizza stała już na stole, obok talerze i
sztućce, a Snape starał się rozszyfrować, jak to się podaje.
Harry podniósł się, odurzony, i apatycznie zaczął jeść
zniekształcone kawałki pizzy, jakie Snape wreszcie zdołał
przenieść na jego talerz. Ożywił się nieco dopiero, kiedy Snape
ugryzł jeden kęs i zadławił się. Hm, przecież nie może to
być gorsze od niektórych mikstur, które każe nam pić
na lekcjach… Ale ta myśl przypomniała o czymś Harry'emu.
— Czy wziął pan swoją… eee… dawkę?
Snape gapił się
na niego w sposób, który Harry wziął za zdecydowane
tak. Czując się lepiej, wstał, aby przynieść dla nich obu trochę
wody. Tym razem Snape nie próbował go powstrzymać.
—
No dobrze. — Harry postanowił nie owijać w bawełnę. — Słyszał
pan, czego chcą. Co robimy?
— To może poczekać — odparł
Snape. Wypił całą szklankę wody, zanim zjadł kolejny kęs pizzy,
krzywiąc się niemiłosiernie. Obrazek byłby naprawdę niesamowity,
gdyby nie fakt, że Harry był w stanie wyobrazić sobie Remusa,
jedzącego pizzę. Kiedy Snape skończył swój kawałek,
odłożył sztućce, automatycznie ustawiając je równolegle,
jakby były to przyrządy na stole do eliksirów. —
Zanalizujmy zachowanie twojego wuja. Pisze do ciebie list, z co
najmniej obraźliwym słownictwem, a potem wymyśla ci w całej
rozciągłości. I robi to przy nieznajomym, chociaż musiał
wiedzieć, że nie chciałbyś, aby ktoś słyszał o twoich brudach
rodzinnych.
— No więc wuj Vernon to nieznośna świnia —
przyznał Harry. Nigdy nie powiedział tego na głos, a teraz odkrył,
że mu ulżyło. — Nic wielkiego.
Snape zmarszczył brwi jakby
uważał, że jednak to nie była błahostka, ale Harry pomyślał,
że po prostu pewnie nie wie, jak dokładnie kontrolować mięśnie
twarzy Remusa.
— Chodzi o to, panie Potter…
— Jeśli ma
pan zamiar tak mnie nazywać, to mam nadzieję, że rzucił pan
Silencio. — Harry uświadomił sobie, że powinien o tym
pomyśleć kilka minut wcześniej. To tylko pokazywało, jak był
zmęczony.
Snape tylko znowu na niego spojrzał. W ten ja —
jestem — nauczycielem — a — ty — uczniem sposób. Harry
z konsternacją usłyszał jak Snape najwyraźniej ustępuje.
—
To i Imperforable — odparł ostro Mistrz Eliksirów. —
Teraz, jak mówiłem, motywem twojego wuja do wezwania ciebie
tutaj była potrzeba raczej znaczącej przysługi, jednak nie
zachowywał się jak petent. Z tego co mogłem wydedukować, zrobił
wszystko co mógł, aby cię znieważyć. To nadaje nowe
znaczenie słowu irracjonalny.
— Cóż, to pan użył na
nim legilimencji. Tak, zauważyłem to. W każdym razie teraz wie
pan, jaki on jest. Denerwuje się, nie myśli za dobrze. Czemu to ma
znaczenie? — powiedziawszy to, Harry chwycił pizzę rękami i
zaczął jeść.
— Ma znaczenie, ponieważ zrozumienie go
oznacza, że będziemy wiedzieć jak z nim sobie radzić, panie
Potter. Legilimencja służy do odblokowywania wspomnień, nie
psychiki. Jeśli mamy go przekonać, aby pozwolił nam rozszerzyć
pole, musimy określić, jak najlepiej na niego wpływać.
—
Cóż, to proste, nie? Niech pan użyje Obliviate, aby
zapomniał jak mnie nienawidzi, a potem zapyta. Hm, jeśli to nie
wystarczy, jestem pewny, że jest jakieś zaklęcie, które
narzuciłoby mu jakiś poziom troski o mnie.
— Zdecydowanie
potrzebujemy lepszego kursu obrony — mruknął Snape. — Chociaż
może magia poświęcenia jest raczej tematem dla siódmej
klasy. Cóż, jak by nie było, nie możesz oszukać ludzi, by
uczestniczyli w stawianiu ochronnego pola. To po prostu nie działa.
— Dumbledore wyraźnie mi powiedział, że moja ciotka przyjęła
mnie niechętnie, profesorze.
— Dumbledore, któremu
nie ufasz? — zakpił lekko Snape. — To problem semantyki. Mogła
nie cieszyć się przyjmując ciebie tutaj, Potter, ale zrobiła to z
własnej woli. Nikt jej nie zmusił. Nikt jej nie przeklął. Nie
została nawet przekupiona. Sumienie powiedziało jej, co ma zrobić
i tego będziemy potrzebowali od Dudleya.
— Więc nawet
nie mogę zaoferować im nieco swojego złota — podsumował ponuro
Harry. — Chociaż gdybym im dał galeony, pomyśleliby pewnie, że
są przeklęte, mógłbym się założyć. Ale myślałem, że
mógłbym ich zamienić nieco na funty. Jest pan pewny, że to
ani trochę nie pomoże?
— Nawet gdybyś oddał im wszystko i
został żebrakiem. Nie można kupić dobrej woli. Brak jakiejkolwiek
u twojego wuja może stanowić spory problem, zakładając, że
Dudley nie zgodzi się na nic, dopóki nie zrobi tego jego
ojciec.
— Nie musi mi pan przypominać o ich braku dobrej woli,
profesorze.
— Jestem pewny, że nie muszę. Ale tu chodzi o
więcej niż tylko jej brak. Wspomnienia twojego wuja o tobie są
raczej skrzywione. Wierzy, że to ciebie należy winić za wszystkie
nieszczęścia.
Nieszczęścia. Cóż, czy nie było
to ładne, neutralne słowo dla nieokiełznanych, emocjonalnych
zniewag, nie wspominając o pracach domowych i okazjonalnych
uderzeniach w twarz? Harry kontynuował jedzenie, starając nie
denerwować się przypuszczeniami, jakie wspomnienia zobaczył
najpewniej Snape. Cóż z tego, jeśli Mistrz Eliksirów
wiedział wszystko? Co z tego, jeśli rozpowszechni to po
Slytherinie? Albo gorzej, będzie kawałkami wywlekał podczas
typowej fali zniewag na każdej lekcji eliksirów? Przytrafiały
mu się już gorsze rzeczy. Taak, jak na przykład to, że jego
własna krew pomogła podnieść się Voldemortowi do kolejnego
panowania; jak wiedza, że był winny za każdą wynikającą z tego
śmierć. Jak zrozumienie, że nie jest normalnym człowiekiem, a
jedynie blizną i przepowiednią.
Jak nieumyślne wywabienie
Syriusza na śmierć.
— Cóż, pana dzieciństwo też nie
było cudowne! — wybuchnął nagle, nie dbając tym razem, czy
Snape wścieknie się o to, co on wie.
— Prawda —
przyznał Snape, przechylając na bok głowę by przyjrzeć się
uważnie Harry'emu. — Myślę, że w tym może jesteśmy kwita.
— Och, świetnie — wypalił Harry, zbyt zdenerwowany, aby
zrozumieć, że było to znaczące wyznanie od kogoś pokroju
Severusa Snape'a. — To po prostu wspaniały dzień. Cóż,
powiem panu tylko jedną rzecz, profesorze! Przeprosiłem wtedy, i
było mi przykro, i nigdy nikomu nie powiedziałem o tym ani
słowa, nikomu z wyjątkiem Syriusza, a jego zapytałem tylko
dlatego, bo musiałem wiedzieć, co on sobie wtedy myślał. Musiałem
wiedzieć, jak mój ojciec mógł być takim kompletnym
głupcem i dupkiem, dobra? Więc jeśli jesteśmy kwita, to…
och, zapomnij.
Zamilkł.
— Jeśli jesteśmy kwita… —
zadumał się Snape mrużąc oczy, przyglądając się Harry'emu w
sposób, w jaki nigdy nie robił tego Remus, jak drapieżnik
czyhający na ofiarę. — Ach. Czy ten wybuch miał być niezręcznym
i raczej dziecinnym sposobem proszenia mnie, abym nie dzielił się z
nikim tym, czego dowiedziałem się o tobie?
Harry patrzył
wściekle w swój talerz. Widok ponadgryzanej pizzy był
zniechęcający. Harry miał ochotę rzucić ją o ścianę i
przyglądać się jak sos pomidorowy będzie spływać po paskudnej
tapecie w kwiatki.
— Panie Potter?
Ten wyniosły ton
wypowiadany głosem Remusa sprawił, że podniósł wzrok, ale
jego zielone oczy nadal wyrażały wściekłość.
— Nie
prosiłem o nic, profesorze. Nie proszę o coś, czego
nie mogę dostać.
— Bez wątpienia kolejny skutek mieszkania
tutaj — skomentował Snape, kręcąc głową. Zawahał się, a
potem kontynuował: — Zapewne nie jest to odpowiedni moment, ale
czy mogę zapytać, co odpowiedział twój chrzestny, kiedy go
zapytałeś?
— Och, jasne, czemu nie? Rozgrzeb całe moje życie
— zagderał Harry. — Powiedział, że byli idiotami. Że mieli
piętnaście lat i wszyscy są idiotami, gdy mają piętnaście.
Snape oparł plecy o krzesło, złożył razem palce i popatrzył
z powagą na Harry'ego.
— Twój ojciec, panie Potter, w
przeciwieństwie do tego, co ci powiedziano, nie był bezrobotny.
Harry nie wiedział, jak rozmowa zeszła na ten temat, ale
wydawało się, że przyniosło to ulgę po tym wszystkim, co się
wydarzyło.
— Wiem — przyznał. — I nie zginął w wypadku
samochodowym, oczywiście. Nie był ladaco bez grosza.
— Nie
był bez grosza, nie — odparł Snape. Uwaga mogłaby być złośliwa
jak cholera, ale nie brzmiała w ten sposób. Bardziej jakby…
jakby Snape przyznawał, że piętnastolatek wydoroślał i zostawił
za sobą swoją głupotę.
Harry skończył kolejny kawałek
pizzy, potem wytarł usta rękawem, myśląc, że pepperoni było
dużo tłuściejsze niż pamiętał. Ale to były ubrania Dudleya,
więc nie warto było wstawać po serwetkę, nawet jeśli Snape
wykrzywił pogardliwie usta.
— Wróćmy do poprzedniej
rozmowy — zarządził Snape. — Twój wuj. Czy masz
jakiekolwiek pojęcie, dlaczego świadomie zraża ciebie do siebie,
kiedy równocześnie potrzebuje twojej pomocy?
— Och, to
proste — odpowiedział Harry, odsuwając talerz i wycierając
dłonie w spodnie Dudleya, specjalnie, aby zobaczyć jak Snape znowu
się krzywi. — Wuj Vernon nigdy nikogo w całym swoim życiu o nic
nie prosił. Jedynymi metodami, jakie zna, jest zastraszenie albo
łapówka. — Harry zmarszczył czoło, przypominając sobie
mnóstwo rzeczy na poparcie tego stwierdzenia, ale zmusił się
do skoncentrowania na temacie rozmowy. — Więc stwierdził, że nie
zrobię tego, jeśli mnie ładnie poprosi.
— Zwłaszcza, że
faktycznie nie poprosił ładnie. — Usta Snape'a wykrzywiły się
lekko. — Ale to prowadzi do następnej sprawy. Dlaczego jego
żądanie sprawiło, że się prawie hiperwentylowałeś? Słyszałem
szczegółowe sprawozdania o tobie, zarówno od
śmierciożerców jak i Albusa. Szczerze mówiąc,
wygląda na to, że mniej boisz się Czarnego Pana, niż własnych
krewnych. Nie możesz naprawdę uważać ich za bardziej
przerażających niż on.
— Taak, wiem… — Harry przesunął
palcem po bliźnie. — Ale kiedy on mnie atakuje, są rzeczy, które
mogę zrobić. To nie tak, że myślę, że mogę mu zagrozić; byłem
przerażony wtedy na cmentarzu. Ale miałem… nie wiem… wybór.
Zaklęcia. Cokolwiek. Poza tym, za każdym razem, kiedy stawiałem mu
czoła, jak pan pamięta, miałem pomoc. Najpierw było to
zwierciadło Ain Eingarp, potem Fawkes i Tiara Przydziału, i… uhm,
moi rodzice wychodzący z jego różdżki. A ostatnim razem
Dumbledore i statuy w Departamencie.
Snape nie kwestionował ani
słowa z tej chaotycznej mowy. Pewnie słyszał już to wszystko ze
swoich źródeł, tak jak powiedział. Czy to nie super być
Chłopcem O Którym Wszyscy Mówią Przez Cały Czas?
—
W każdym razie, jakie to ma znaczenie? — zapytał Harry,
rozpoznając impuls do użalania się nad sobą i odrzucając go. —
Czują jak czują, nie mogę tego zmienić. Nawet uratowanie ciotki
Petunii nie zmieniłoby tego tak naprawdę, nie sądzę, chociaż
Dudley mnie zastanawia.
— Zobaczył to, czego nie widział twój
wuj — stwierdził cicho Snape. — Zrażanie ciebie do nich nie
jest najlepszym sposobem na proszenie o pomoc.
— Ha. — Harry
wyciągnął z kieszeni czekoladowego batona i zaczął go jeść. —
Osobiście uważam, że dementorzy tak go nastraszyli, że nabrał
nieco rozumu. Albo kiedy próbowali wyssać jego duszę,
zdołali wyssać najgorszą część. Taak, zapewne to wszystko jest
połączone. To znaczy niech pan pomyśli, nie dał mi orzechów
w karmelu, dał mi czekoladę. — To nie było śmieszne, ale
jednak Harry się zaśmiał.
— Nie żartuj na temat dementorów
— zbeształ go Snape.
— Nie robiłem tego. Naprawdę uważam,
że mogli zmienić Dudleya na lepsze. — Harry oparł się o krzesło
i przyjrzał sufitowi, który zdawał się falować. Świadczyło
to o tym, jak był zmęczony. To pewnie dlatego rozwiązał mu się
język. — Wie pan, to dziwne, siedzenie i mówienie w ten
sposób. Chyba nie znieważył mnie pan w ciągu ostatnich
trzech minut.
— Poczułbyś się lepiej, gdybym to zrobił? —
zapytał Snape, nieco arogancko. No, tak byłoby lepiej, podejrzewał
Harry.
— Taak, zapewne tak — przyznał, wstając i
przeciągając się. — Przypomniałoby mi, że nie jest pan
Remusem. Cóż, jestem wykończony. Wuj Vernon się wścieknie,
jeśli się dowie, ale skorzystam z sofy, nie z podłogi. Może pan
zająć mój pokój, tak jak powiedział. Chyba nie ma
sensu trzymania pana z dala od niego, nie teraz. Dobranoc.
—
Idź na górę do swojego pokoju — zarządził Snape. —
Zaraz tam przyjdę.
— Po co? Nie potrzebowałem, aby ktoś mnie
otulał do snu od… — Och, cholera. Ciotka Petunia nigdy nie
otulała go, ale nie miał zamiaru tego powiedzieć, jak jakiś
litujący się nad sobą przygłup.
Snape pokręcił głową.
—
Ten dom może być przesiąknięty poświęceniem krwi twojej matki,
ale jeśli twoja ciotka umrze w nocy, Czarny Pan wejdzie tu.
Nie powinieneś pozwolić panu Malfoyowi zobaczyć tego adresu. Nie
ma wątpliwości, że Lucjusz Malfoy rozprowadził go już po
wszystkich zainteresowanych.
— Więc pan wiedział, że
to list. Wiedział pan, że nie oszukiwałem, nawet zanim go pan
wziął!
— Tak — potwierdził Snape bez śladu wyrzutów
sumienia. — Jestem świadomy tego, co dzieje się w mojej klasie,
panie Potter.
— Gdyby pan wiedział, Neville nie dodałby do
eliksiru łusek smoka, gdy potrzebował skóry chochlika!
—
Pan Longbottom ma nauczyć się poprzez doświadczenie, tak jak wy
wszyscy.
— I nie obchodzi pana, że kończymy nie umiejąc nic!
— zripostował Harry. — Po prostu super. A poza tym, jeśli jest
tutaj tak cholernie niebezpiecznie, powinniśmy wrócić do
Hogwartu, prawda?
— Nie bez przetransferowania mocy poświęcenia
twojej matki na twojego kuzyna. To imperatyw. Kiedy wszystkie rzeczy
weźmie się pod uwagę, ten dom jest bezpieczniejszy dla ciebie niż
Hogwart, do którego Voldemort wdarł się już wielokrotnie od
czasu twojego przybycia. — Snape zmarszczył brwi patrząc na
światło elektryczne w kuchni, ale zanim Harry zdołał się ruszyć,
by je wyłączyć, mężczyzna machnął różdżką by zgasić.
Cały niepokój Harry'ego powrócił do niego.
—
Dudley mógł mi dać cukierka, ale nie zrobi nic przeciwko
ojcu, a wuj Vernon nie kiwnie palcem, by mi pomóc tak długo,
jak ciotka Petunia leży tam chora. Więc co zrobimy z tym? To
znaczy, ja oczywiście nie mogę jej wyleczyć, ale czy można
coś zrobić? Zna pan jakiś eliksir, coś, co może mają w Świętym
Mungo, coś, cokolwiek?
Snape zaczął iść po schodach i
kiwnął na Harry'ego, aby szedł za nim.
— Nie.
— Jest
pan pewny? — zapytał chłopiec, znowu czując ogarniający go
strach.
— Lekarstwa czarodziejów działają poprzez
interakcję z magicznym rdzeniem w naszych ciałach. Są bezużyteczne
bądź nawet śmiercionośne, gdy zostaną użyte na mugolach.
—
Kurde…
— Szokujący język, jak na takiego Gryfona pełnym
sercem jak ty, panie Potter — powiedział przeciągle Snape, idąc
na górę.
— Wiedziałem. Wiedziałem, że nie wytrzyma
pan trzech minut bez obrażania mnie.
Snape odwrócił się
na stopniu, i spojrzał na niego na dół.
— Uważasz to
za obraźliwe? A ja tutaj powstrzymywałem, co naprawdę myślę.
—
Jasne — odparł Harry. — Wiem, co pan naprawdę o mnie
myśli. Ogłasza pan to jasno trzy razy w tygodniu, nie wspominając
o momentach spotkań w korytarzach, i niech mi pan nie mówi,
że to wszystko na pokaz. Zaczął pan to już wtedy, kiedy Lucjusz
Malfoy jeszcze nie miał komu raportować.
— Wydarzenia z
twojego drugiego roku powinny wykazać ci błąd takiego wniosku.
Snape czekał, aż Harry podejdzie do niego i ich twarze znajdą
się na tym samym poziomie. Potem pochylił się bliżej, jego oczy
błyszczały w sposób, który faktycznie przypominał
Snape'a, nie Remusa. W jego głosie słychać było wiarę w
pewność swoich słów.
— Pozwól, że podzielę
się tym, co o tobie myślę, panie Potter. Dzisiaj w szpitalu
nazwałeś siebie nienormalnym, wymyśliłeś bajeczkę, czym
naprawdę jest mugoloznawstwo. Wystawiłeś się na zniewagi i
obelgi, i nie powiedziałeś ani słowa, aby je odeprzeć.
— Co
z tego? — odciął się Harry prostując się, mimo że czuł
oddech Snape'a na szyi. Czuł się, jakby Snape nazywał go
tchórzem, co tylko pokazywało, jak mało mężczyzna
rozumiał. — To pan powiedział, żebym się im przypodobał!
—
Kupiłeś te kwiaty — kontynuował mężczyzna — w celu
sprowokowania kłótni na temat pieniędzy, tak abyś mógł
oświadczyć, że ktoś inny wykorzystuje ciebie jak skrzata
domowego. Wiedziałeś, że twojemu wujowi spodoba się ten pomysł.
Skłamałeś, panie Potter. Manipulowałeś. Intrygowałeś.
To było zupełnie ślizgońskie.
Harry zesztywniał i wycedził
przez zaciśnięte zęby:
— To cios poniżej pasa, nie sądzi
pan? — Oczywiście. Snape sam był Ślizgonem. Od kiedy to walczył
uczciwie?
— Co ja myślę, panie Potter, to że
powinieneś pozwolić Tiarze Przydziału na zrobienie tego, co do
niej należało.
To tyle co do zaciskania ust; szczęka Harry'emu
zupełnie opadła.
— Wie pan o…
— Oczywiście, że
wiem. Byłem przy tym — odparł łagodnie Snape, nareszcie się
odsuwając. — Gryfońska waleczność i honor, jakie szlachetne
cechy. Podejrzewam, że mają swoje miejsce. Ale by pokonać Czarnego
Pana potrzeba więcej niż to. Wymagany jest spryt, coś, co
opanowałbyś do teraz, gdybyś został umieszczony w moim Domu.
—
Uau, dzięki, zawsze chciałem być kłamcą i oszustem — wycedził
Harry, kręcąc głową. Nie chciał myśleć, co by się stało z
nim w Slytherinie, naprawdę nie chciał.
— Jesteś zbyt
nieroztropny, by wymyślić jakąkolwiek taktykę bitewną, która
pomogłaby wygrać tę wojnę. — Snape wszedł na górny
korytarz i przyjrzał się wielu zamkom po zewnętrznej stronie drzwi
pokoju Harry'ego. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. To
dość trudne przy rysach twarzy Remusa, pomyślał Harry.
Kiedy
Snape otworzył drzwi i wszedł do środka, Harry stwierdził, że ma
już dosyć.
— Nich pan posłucha, to chore. Nie potrzebuję
niańki, a nawet gdybym potrzebował, tam jest tylko jedno łóżko…
— Myślisz, że planuję spać? — spytał Snape z brodą
uniesioną wyzywająco. — Nie. Ty będziesz spać, ponieważ
naprawdę potrzebujesz odpoczynku. Ja będę czuwał. Nie sądzę,
aby twoja ciotka miała umrzeć tej nocy, ale nie zamierzam
ryzykować.
— Nie mogę spać, jeśli będzie pan tutaj
siedział i patrzył na mnie
— Tak, możesz. Mam
eliksir…
— Wypchaj się tymi swoimi eliksirami!
—
Harry… — powiedział cicho Snape, głosem zupełnie spokojnym ale
lodowatym. — Skończ te głupoty i idź do łóżka.
Dojrzałość może iść się powiesić, pomyślał
Harry.
— Niech pan posłucha, sofa jest naprawdę w porządku…
— Będziesz spał w swoim łóżku — ogłosił
stanowczo Snape — albo usiądziesz tutaj ze mną i wyjaśnisz mi tę
czarną energię w schowku pod schodami. Nie? Tak myślałem.
Harry
wlazł pod kołdrę w pełnym ubraniu i zacisnął mocno powieki.
Cała jego twarz wykrzywiona była w groźnym grymasie. Mięśnie
miał napięte. Nie zamierzał spać, gdy Snape patrzył, po prostu
nie. To nie był upór albo głupota, jak nazywał to Snape,
tylko zwykła konsekwencja tego, że nie potrafił się zrelaksować
— nawet jeśli łagodne zaklęcie falujące w powietrzu sprawiło,
że prześcieradło pachniało lekko łąką. Nawet, jeśli jego
powieki stawały się coraz cięższe, a cichy odgłos krzesła
skrobiącego podłogę wydawał się przesuwać w sen, a pokój
powoli zalewało ciepło… i błogość…
Nawet, jeśli…
—
Hej… — wymamrotał sennie Harry, przewracając się na bok i
zwijając w kłębek pod nakryciem. — Nazwał mnie pan Harrym…
uhm, a nikogo nie było w pobliżu, kto mógłby usłyszeć.
—
Ktoś był w pobliżu — odparł cicho Snape. — Ciii, Harry.
Zaśnij.
Rozdział następny:
Panna Granger może mieć
rację
