korekta rozdziału: Toroj

Rozdział dziewiąty:
Panna Granger może mieć rację

Kiedy Harry otworzył następnego poranka zaczerwienione oczy, zobaczył Snape'a siedzącego wygodnie na krześle, z nogą założoną na nogę. Na kolanach Mistrz Eliksirów trzymał otwartą książkę i zdawał się skanować tekst wzrokiem.
Harry pokręcił głową, aby pozbyć się porannej dezorientacji, a jego włosy zawirowały dziko. Coś było nie tak, coś poza faktem, że Severus Snape przebywał w jego sypialni i tym, że Harry był na Privet Drive w październiku. Coś innego… dlaczego Snape miał na sobie ubrania Remusa, które nawet na niego nie pasowały?
Mistrz Eliksirów spojrzał na niego, gdy Harry odsunął kołdrę i usiadł.
— Dzień dobry.
To był głos Snape'a… Zajęło Harry'emu jeszcze chwilę pozbieranie tego wszystkiego razem.
— Pański eliksir! — rzekł oskarżycielskim tonem.
Snape odsunął sprzed oczu długi kosmyk czarnych włosów.
— Bez paniki! — fuknął. — Jesteśmy tutaj bezpieczni. — Odłożył książkę na bok, wyciągnął z kieszeni małą, metalową flaszkę, podobną do tej, której używał Szalonooki Moody. — Teraz jednak wezmę więcej. Wydaje się to… ułatwiać pewne sprawy.
Harry zignorował ostatnią uwagę i skoncentrował się na poprzedniej.
— Jesteśmy bezpieczni, powiedział pan. Więc z ciotką Petunią nadal w porządku?
— Nadal żyje.
Harry odwrócił wzrok, kiedy Snape napił się z flaszki. Pamiętał smak zgniłej kapusty, okropne, przyprawiające o mdłości uczucie przesuwania się w brzuchu, a potem szarpanie podczas zmiany, sama ona… Ale działanie eliksiru wydawało się nie robić wrażenia na Snapie. Albo mężczyzna przyzwyczajony był do picia różnych obrzydliwych substancji, albo w przepisie poprawił coś więcej, niż tylko długość działania.
Kiedy nauczyciel znów się odezwał, zrobił to głosem Remusa:
— Znalazłem tę książkę na dole. Przeczytaj ten fragment.
Harry wziął od niego książkę pod tytułem Leukemia: Diagnoza i Leczenie, i przebiegł oczami po ustępie, który wskazał Snape.
— Ja… nie rozumiem tego, profesorze — przyznał, kiedy już przeczytał fragment dwukrotnie. Nieświadomie przygotował się na uszczypliwe komentarze.
— Bez wątpienia. Jest nędznie napisane — odparł zwięźle Snape. — Mugolska publikacja, więc czego można się spodziewać? Szkoda, że nie potrafią pisać nawet na poziomie przeciętnego Puchona, ale mimo wszystko po przebrnięciu przez poboczne rozwlekłe teksty, wyłapałem kilka przydatnych informacji. Wstawaj, przedyskutujemy je przy śniadaniu.
Przypomnienie sobie wszystkiego, o czym rozmawiali w kuchni ostatniej nocy, sprawiło, że Harry zrobił się nieufny i pełen urazy. Ale nie wiedział jak to poruszyć, więc jego rozdrażnienie znalazło sobie inne ujście.
— Pozwoli mi pan zrobić śniadanie, czy mam zamówić kolejną pizzę?
— Gdybyś widział się wczorajszego wieczora, kiedy potykając się szedłeś trawnikiem, nawet nie próbowałbyś utrzymać się na nogach. Twarz miałeś bielszą, niż pan Malfoy. Ale teraz wyglądasz dobrze, więc oczywiście, odgrywaj rolę skrzata, jeśli tak to lubisz.
— Nie lubię, ale jedzenie samo się nie robi, nie tutaj.
— Szkoda — odparł Snape.
Harry przerzucił kołdrę, szukając butów i skarpet. Zabawne, nie pamiętał, aby je ściągał. Musiał je zrzucić podczas snu… Tylko, że teraz leżały ładnie na podłodze — skarpetki złożone, sznurowadła wsunięte w buty. Zirytowany, Harry spojrzał wściekle na Snape'a.
— Niech mnie pan nie dotyka, dobrze? A już zwłaszcza, kiedy śpię.
— Rzucałeś się — wyjaśnił Snape. — I wyglądało na to, że te wielkie… rzeczy zlecą z twoich stóp i w coś uderzą. Co ci się śniło?
— Nic.
— Czarny Pan? Śmierciożercy?
— Nic!
— Cedrik? Crouch? — Snape nagle wciągnął powietrze. — Black? Harry…?
— Ciotka Petunia i Dudley, jeśli musi pan wiedzieć! — Harry założył szybko skarpety i buty, i już bez słowa zszedł na dół do kuchni. Nie znalazł tam zbyt wiele do jedzenia, a mleko w lodówce skwaśniało. Harry znalazł jednak trochę mleka w puszce i płatki zbożowe — słodkie świństwo, którego zawsze domagał się Dudley — i miał na stole przygotowane w trzy minuty proste śniadanie.
Snape nie komentował jego umiejętności kulinarnych, chociaż nie zjadł zbyt dużo. Harry wziął trzy dokładki, popił sokiem pomarańczowym znalezionym w lodówce, a potem zrobił się dużo mniej zrzędliwy.
— No dobra. Co znalazł pan w książce?
— Znajdujesz się w kręgu krewnych, którzy mogą nadawać się do przeszczepu szpiku kostnego.
Harry podrapał się po głowie.
— Taak, dobra, to chyba ma sens. Wuj Vernon powiedział, że on i Dudley zgłosili się, ale się nie nadają. Myśli pan, że ja mógłbym się nadawać?
— To jest możliwe — odpowiedział Snape. — Ta książka jest dość zużyta. Była czytana wielokrotnie, więc jestem pewny, że twój wuj wie, że powinieneś przynajmniej zostać przetestowany. Ale nie wspomniał o tym. Poprosił tylko o twoją magię.
— Dziwne — musiał przyznać Harry. Nalał sobie jeszcze jedną szklankę soku. — Nie uważa przecież, że magia jest w porządku, więc dlaczego nie wolałby mojego szpiku zamiast… Och, więc o to chodzi.
— Słucham?
Harry uśmiechnął się ponurym uśmiechem, który zwykle pojawiał się na jego twarzy, gdy powtarzał, co sądzili o nim jego krewni.
— Mogę się założyć, że myśli, że mój szpik mógłby ją zbrukać czy coś takiego. Wie pan, magią.
— Ciekawy pogląd — mruknął Snape. — Krew czarodzieja jest rzeczywiście bardzo magiczną substancją, a mugole twierdzą, że komórki krwi rodzą się w szpiku kostnym. Chociaż dla nas to nie musi być prawda, rozumiesz. Mimo wszystko…
Harry zaśmiał się.
— Och, proszę. Petunia jako czarownica. — Nagle przestało to być śmiesznie. — Wie pan, myślę, że wolałaby jednak umrzeć. Nic dziwnego, że nie chcą, abym został dawcą. Sposób w jaki to wymyślili, magia do jej wyleczenia byłaby bezpieczniejsza. Kontrolowana. Chociaż ciekawe, dlaczego wuj Vernon skojarzył kontrolowaną magię ze mną. Nigdy nie widział, jak rzucam prawdziwe zaklęcie. Widywał tylko… przypadkową magię.
— Wszystkie czarodziejskie dzieci to robią — zauważył mimochodem Snape. — To tylko oznacza, że rzeczywiście jesteś normalny.
— Jak na czarodzieja.
— Tak. Jak na czarodzieja.
Harry wstawił naczynia do zlewu, potem odwrócił się w stronę stołu, przy którym nadal siedział Snape.
— Więc co w takim razie robimy z ciotką Petunią?
— To twoja decyzja — odparł Snape, stukając palcami po mahoniowym blacie. — Możesz udawać, że rzucasz jakieś zaklęcie i mieć nadzieję, że oni w to uwierzą. Mógłbym nawet umieścić zaklęcie Glamour na twojej ciotce, aby wszystko wyglądało bardziej efektownie, chociaż to nie zmieni jej stanu zdrowia.
— Może pan umieścić Glamour również na maszynach? — dopytywał się Harry. — Jedna jest do mierzenia ciśnienia krwi i pewnie badają jakoś jej temperaturę. I… Cóż, nie wiem co jeszcze, ale mógłby pan po prostu sprawić, aby cały ten sprzęt wskazywał normalne wyniki?
— Nie wiedziałbym, co znaczy normalne dla mugoli — odparł Snape. — Chociaż można się tego dowiedzieć. Mimo wszystko, magia jest wysoce organiczna. Powiązana z naturalnym światem, do używania przez żywe istoty dla żywych istot. Zmienianie skomplikowanych maszyn mogłoby… mieć nieprzewidziane konsekwencje.
Harry pamiętał wiele wykładów Hermiony o tym, jak mugolska technologia nie działała nawet w pobliżu źródeł silnej magii.
— Taak, ten pomysł odpada — zgodził się Harry. — Dobra, więc możemy udać zaklęcie, ale nie za dobrze. Cóż, wuj Vernon pana lubi; mnie za to nie ufa ani trochę…
Snape wyprostował się.
Co powiedziałeś?
— Myślę, że pan słyszał — powtórzył Harry, opierając się o ladę. — Pan naprawdę jest bardzo podobny do wuja Vernona, wie pan. Obaj lubicie upokarzać ludzi, zwłaszcza bezbronnych, na przykład uczniów, którzy nie mogą walczyć. Obaj uwielbiacie grozić ludziom i patrzeć jak się skręcają. Groźby i coś więcej również. Wczoraj, jeden po drugim chwyciliście mnie za ramię i trzymaliście tak długo, aż zachciało wam się puścić, nieważne co ja miałem na ten temat do powiedzenia.
— Powstrzymywałem ciebie przed upadkiem, głupi chłopaku!
— Wolę upaść niż być poniewieranym! Tak jak wolę spać w butach, jeśli tego chcę! Jeśli będę potrzebował pomocy, to o nią poproszę, dobra?
Snape odsunął swoje krzesło tak gwałtownie, że upadło na podłogę.
— W tym jest właśnie problem, ty nie prosisz!
— Taak, cóż, jestem pewny jak cholera, że prosiłem o pomoc w sprawie Syriusza, no nie? A pan tylko spojrzał na mnie z góry, znad tego wyniosłego nosa, i powiedział mi, żebym spadał, bo chciał pan, aby zginął! Wiedział pan, że śmierć moich rodziców nie była jego winą, ale przecież nie był niewinny! Nie w pana oczach, nie mógł pan spojrzeć poza fakt, że dwanaście lat w Azkabanie było wystarczającą zapłatą za… za… — Harry nagle przerwał mówić, ponieważ miał do wyboru albo zamilknąć, albo wybuchnąć płaczem. Odwracając się, zamrugał, aby pozbyć się tego uczucia.
— Dobra — powiedział wreszcie, kiedy już trochę się pozbierał, chociaż nie wiedział, czy Snape tymczasem nie wyszedł z kuchni. Zdawało mu się, że stracił jakiś okres czasu, jakby nie był świadomy czegokolwiek przez kilka minut. Co się stało z jego postanowieniem bycia dojrzałym? Syriusz nie żył, a Snape się z tego cieszył, żadna ilość łez tego nie zmieni. Harry rękoma ściskał ladę aż poczuł, że prawie pękają mu kości. Rozluźnił chwyt i spróbował odgrodzić się od gniewu. — Dobrze, więc wygląda na to, że udawanie rzucenia na nią zaklęcia odpada. Jeśli ceną ochronnego pola jest przywrócenie jej zdrowia, to zostaje oddanie szpiku kostnego, tak myślę. Jest coś jeszcze?
— To pytanie retoryczne, czy prosisz o pomoc? — odparł sztywno Snape.
Czując nagle falę zmęczenia, Harry podszedł do krzesła i machnął ręką zapraszająco, aby i Snape usiadł.
— Pytam co pan wie, co pan wydobył z tej książki.
Snape nie usiadł, ale odpowiedział, chodząc w tę i z powrotem, rozważając dokładnie problem. Harry tylko patrzył i słuchał, marszcząc brwi. Wyglądało na to, że bycie dawcą szpiku kostnego nie było niczym wielkim dla mugoli, ale Snape był aż nazbyt świadomy tego, że Harry jest czarodziejem, i do tego niezwykle potężnym. Zapytał czy Harry zdaje sobie sprawę, że mniej niż połowa w pełni wykształconych czarodziejów była w stanie wyczarować jakiegokolwiek Patronusa, nie mówiąc już o pełnym? A Harry zrobił to w absurdalnie młodym wieku, mając zaledwie trzynaście lat. Niedorzeczne, doprawdy, ale Snape uzasadniał, że nie było aż tak dziwne, zważywszy, że ojciec Harry'ego został animagiem jeszcze w szkole i to bez żadnego specjalnego treningu.
Było powszechnie wiadome, kontynuował Snape po krótkiej przerwie, że czarodziejska i mugolska medycyna nie łączyły się za dobrze, a efekt niekompatybilności wzrastał dla potężniejszych czarodziei, chociaż bardzo mało było wiadomo o tym fenomenie — większość osób miała wystarczająco dużo zdrowego rozsądku, aby wezwać uzdrowiciela, kiedy była chora. Mimo wszystko dzieci, zwłaszcza młodsze, tolerowały mugolskie interferencje lepiej niż dorośli, chociaż to znowu było oparte na okazjonalnych anegdotach, co nie mogło być podstawą do wyciągania wniosków. I była jeszcze sprawa czarodziejskiej krwi, mającej w sobie magiczną sygnaturę danej osoby. Mogło to sprawić, że Petunii się pogorszy zamiast poprawić, zwłaszcza, jeśli miała silną awersję do magii ogólnie, a do Harry'ego w szczególności. Z drugiej strony, rozumował Snape, mogłoby to zadziałać jako katalizator i zmienić rdzeń Petunii. Jej siostra, Lily, była potężną czarownicą, jeszcze wtedy, kiedy Snape znał ją ze szkoły, a potem zdołała ocalić swoje dziecko przed Czarnym Panem, więc wśród przodków Evansów musiała płynąć jakaś znacząca, czarodziejska krew, nawet jeśli była uśpiona tak długo, że rodzina o tym zapomniała… I tak dalej, i tak dalej. Snape chodził w tę i z powrotem, opowiadając szczegółowo o problemie.
— Dokładnie to pan przemyślał — przyznał Harry, kiedy Snape wreszcie skończył. — Ale jeśli oni zgodzą się mi pomóc tylko dlatego, że dam szpik, to czy nie będzie to jak przekupstwo? Powiedział pan, że to nie zadziała.
— Nie sądzę, aby galeony mogły wygenerować dobrą wolę — poprawił Snape. — Ale to może, jeśli się zgodzisz.
— Jeśli się zgodzę? — spytał Harry. — Co ma pan na myśli? Co się stało z będziesz błagał na kolanach, nawet, jeśli będę musiał cię do tego zmusić?
Snape wyglądał na przynajmniej nieco rozgoryczonego.
— Myślałem, że jesteś niewdzięcznym dzieciakiem, który uważa miłość i troskę krewnych za coś tak oczywistego, że nawet nie kłopocze się, by przeczytać od nich list. James miał takie cechy. Śmiał się wraz ze swoimi przyjaciółmi z rodziny.
Harry pomyślał o tym, stwierdzając z konsternacją, że pasowało to do tego, co wiedział o swoim piętnastoletnim ojcu.
— Chciałbym, żeby ludzie przestali mnie mylić z Jamesem — mruknął. — Cóż, sądzę, że nie mam dużego wyboru, prawda? Muszę zostać dawcą szpiku. Nie widzę innego sposobu na wygenerowanie dostatecznej ilości dobrej woli u Dursleyów.
Snape usiadł naprzeciwko niego i położył dłonie na stole.
— Myślę, że może jedynym wyjściem jest zostawienie ciotki jej własnemu losowi. Jeśli stracimy cię podczas próbowania utrzymania pola, stracimy wszystko, co się liczy. Słyszałeś przepowiednię.
— Stracicie mnie?
— Mugolska medycyna! — wysyczał Snape, rzucając mu groźne spojrzenie. — Nie słuchałeś? Nie jesteś mugolem, Harry. Nie powinieneś oddawać się pod opiekę lekarzom, kropka. Zapewne nie powinienem nawet o tym wspominać.
— Więc dlaczego pan to zrobił? — zapytał Harry, przekrzywiając z ciekawością głowę.
— Ponieważ nie masz piętnastu lat i nie jesteś idiotą — odparł ostro Snape. — Lepiej ci idzie, gdy masz więcej niż mniej wiadomości. To pogląd, jaki dyrektor zaczyna również doceniać, chociaż jestem pewny, że ty w to nie wierzysz. Możesz sam rozważyć te sprawy. Powiedziałem, że wybór należy co ciebie, czyż nie?
— Taak — zadumał się Harry. — Wiem, co ma pan na myśli, mówiąc o mugolskiej medycynie. Pan Weasley próbował w zeszłym roku szwów; nie wyszło to najlepiej. Oczywiście, mogło to być spowodowane jadem. Ale wie pan, byłem wychowany przez mugoli, co może też coś znaczyć, i powiedział pan, że dzieci tolerują takie rzeczy lepiej. Widzi pan, słuchałem. Chociaż pamiętam coś dziwnego związanego z doktorami, hm…
Snape przyjrzał mu się krytycznie.
— Co?
Harry'emu zajęło chwilę zebranie wspomnień, a nawet wtedy nie był pewien, czy chce je wyjawić. Ale po tym, jak Snape właśnie powiedział o dzieleniu informacji, pomyślał, że będzie lepiej jeśli to zrobi.
— Cóż, pamiętam, że chodziłem do lekarza wiele razy, ale głównie z powodu Dudleya, żeby się ode mnie niczym nie zaraził. Raz jednak… Nie wiem, musiałem mieć chyba trzy lata. Dudley był szczepiony, a lekarz powiedział, że ja też powinienem. — Widząc obojętny wyraz twarzy Snape'a wyjaśnił. — Uhm, wbijają w ciało igłę, by mogli wstrzyknąć… uhm, jakiś rodzaj eliksiru?
Snape przestał oddychać ale miał wystarczająco powietrza w płucach, aby powiedzieć:
— Zrobili to tobie, Harry? To… — W jego głosie słychać było oburzenie. — To wstrzyknięcie eliksiru?
— Taak — przyznał Harry. — Ale zajęło im to dużo czasu. Kiedy pielęgniarka pokazała mi igłę, krzyknąłem. To znaczy naprawdę krzyknąłem. Musieli mnie przytrzymać, ale kiedy igła dotknęła mojej skóry, poczułem taką dziwną drżącą falę zalewającą mnie. Ja… uhm, sprawiłem, że igła złamała się na pół, chyba. Nie jestem pewny. Wiem tylko, że ciotka Petunia też zaczęła krzyczeć, a potem syknęła, aby przynieśli następną, i tym razem ręką zasłaniała mi oczy, gdy to robili.
— Przypuszczam, że zostałeś ukarany — domyślił się Snape.
Harry tylko wzruszył ramionami, był tak zagubiony w myślach, że naprawdę zapomniał z kim rozmawia.
— Cokolwiek wstrzyknęli, chyba miałem na to alergię. Nie pamiętam właściwie szczegółów. Tylko, że bardzo się rozchorowałem. W całym schowku było gorąco i czuć było pot, i chciałem wypłukać usta, ale oni nie chcieli mnie wypuścić. — Wspomnienie było jednym z najgorszych, zapewne dlatego, że był wtedy za mały, aby rozumieć, dlaczego nikt mu nie pomaga. Harry znowu drgnął i spróbował zostawić to w przeszłości. — W każdym razie nigdy nie miałem kolejnej szczepionki. Nie wiem, jak to zrobili, jeśli się nad tym zastanowić. Jestem przekonany, że powinienem mieć więcej, by wolno mi było pójść do szkoły. — Zaśmiał się niewesoło.
— Byłeś zamykany w schowku za każdym razem, kiedy zrobiłeś przypadkową magię?
— Och nie, mieszkałem tam cały czas — wyjaśnił Harry, potem przeklął swoją gryfońską szczerość. Powinien po prostu pozwolić Snape'owi uwierzyć w tamto; wyjaśniłoby to również tę czarną energię. Części jego jednak ulżyło, że wyjawił sekret. Taak, tej zdezorientowanej części mnie, która prawie uważa, że to Remus, powiedział sobie uszczypliwie. Potem zrozumiał, że nie była to rzeczywiście prawdziwe. Ani uczciwe. Może to ta część mnie, która pamięta wczorajszy dzień. Starał się ułatwić mi deportację, kazał mi usiąść zamiast gotować, przesiedział całą noc by się upewnić, że będę bezpieczny. Poszukał wiadomości o leukemii i nawet nie wspomniał, że sam powinienem o tym pomyśleć.
— Harry? — zapytał Snape. I w jakiś sposób to przeważyło.
— Nie powie pan nikomu — wymamrotał Harry, ale nie było to ani pytanie, ani rozkaz.
Wzrok Snape'a był obojętny. Nie okazał żadnej reakcji, chociaż powiedział:
— Nie jesteś jedynym z poczuciem… decorum, co do takich tematów.
Harry podejrzewał, że to był sposób Snape'a na powiedzenie, że rozumie, iż Harry musiał porozmawiać z Syriuszem na tamten drażliwy temat. A może próbował podziękować Harry'emu za nie rozpowszechnienie najgorszych wspomnień Snape'a po całej Wieży Gryffindoru.
— Taak. Decorum to dobre słowo. Wuj Vernon nie ma tego za dużo, więc podejrzewam, że nie jest pan do niego tak podobny, jak powiedziałem.
Siedzieli w ciszy przez kilka minut, aż Snape szepnął:
— Więc… wybór należy do ciebie, Harry. Możemy bez żadnego komentarza wrócić do Hogwartu, jeśli chcesz, i nigdy więcej o tym nie mówić. Bez wątpienia twoja ciotka umrze i pole zniknie, na długo przed nadejściem lata, co uwolni ciebie od potrzeby ponownego przebywania tutaj.
— Kuszące — przyznał Harry. — Ale to pan powiedział, że Hogwart nie jest zupełnie bezpieczny. Ale jakby mógł być, kiedy Dumbledore jako nauczyciela obrony zatrudnia faceta z Voldemortem sterczącym z tyłu głowy? Tak bardzo, jak tego nienawidzę, zapewne muszę się trzymać jedynego miejsca na ziemi, gdzie naprawdę mogę być bezpieczny. A jeśli to oznacza, że dostanę się w łapy mugolskiej medycyny…? — Wzruszył ramionami.
— Hogwart może być bezpieczniejszą opcją, niż poddawanie się procedurze pobrania szpiku — zauważył profesor. — Z twojego doświadczenia wynika, że miałeś silną awersję do mugolskiej medycyny nawet jako dziecko. Teraz jesteś prawie dorosły, a ten zabieg jest dużo bardziej inwazyjny. Accio książka — zawołał nagle, machnąwszy różdżką w stronę sypialni na górze.
Kiedy książka wylądowała z hukiem na stole, Snape machnął różdżką, aby strony przerzucały się szybko. Wymamrotał inkantację nad przewracającymi się kartkami, jakąś serię łacińskich wyrażeń, których Harry nigdy wcześniej nie słyszał. Książka nagle znieruchomiała, Snape odwrócił ją w stronę Harry'ego.
— Przeczytaj ten rozdział, zanim zdecydujesz — pouczył.
Więc Harry tak zrobił, z grymasem na twarzy.
——————————
— Och, fuj! — Było jedynym, co zdołał powiedzieć, kiedy skończył czytać. — To absolutnie obrzydliwe, od początku do końca. I używają igieł. Jeszcze tego mi potrzeba.
— Więc rozumiesz, dlaczego mam zastrzeżenia.
— Taak — przyznał Harry. Miał ochotę uciec z powrotem do Hogwartu, ale wiedział, że to życzenie było samolubne, i to na kilku frontach. — Uhm, ale to i tak nic nie zmienia, wie pan? To znaczy, musiałbym to zrobić, nawet gdyby nie chodziło o pole. To moja ciotka.
— Wiesz jak irracjonalnie to brzmi? — odparł Snape, kręcąc głową. — Może i dzieli z tobą krew, ale była twoją ciotką tylko z nazwy, Harry. Nic nie jesteś jej winien.
— Jestem winien mojej mamie — wyjaśnił Harry. — Nie chciałaby, abym pozwolił umrzeć ciotce Petunii. Nie, kiedy mogę temu zaradzić.
— Mógłbyś się zdziwić — poinformował go sucho Snape, a w jego oczach kryła się zawziętość. — Znałem Lily Evans. Słyszałem, jak opowiadała o swojej nienawidzącej magii siostrze. Już samo to powinno przekonać mnie, że moje przypuszczenia co do twoich pierwszych jedenastu lat były fałszywe. W każdym razie nie mam wątpliwości, że twoja matka nie chciałaby, abyś przeszedł przez bolesną, bardzo niebezpieczną i niepewną procedurę, w nadziei uratowania kogoś, kto traktował ciebie tak haniebnie.
Harry nie widział, co na to powiedzieć, ponieważ argument Mistrza Eliksirów miał sens.
— Co więcej — kontynuował nauczyciel — twoja matka oddała życie, aby ocalić twoje! Myślisz, że chciałaby, abyś zmarnował to dla kogoś takiego jak Petunia Dursley?
— Trochę dramatyczny scenariusz — odparł Harry. — Niech się pan opanuje, dobrze? Nie umrę!
— A skąd to niby wiesz? Poprawiły się twoje zdolności z wróżbiarstwa? — Snape uśmiechnął się szyderczo, machając na boki rękami, w sposób, jakiego Harry nigdy u niego nie widział. — Widziałem twoje wyniki sumów, panie Potter!
— Niech pan posłucha, jeśli potrafię przeżyć Cruciatus, to poradzę sobie z igłą wbijaną w kość.
Cruciatus! — Snape chwycił z trudem powietrze, dłonie opadły mu na stół, tak mocno, że chyba zrobił sobie siniaki. — Jak to, Cruciatus?
— Nie jest pan aż tak dobrze poinformowany, jak pan myśli, co? — zaszydził Harry. — Taak, słyszał mnie pan. Voldemort rzucił to na mnie, po tym jak porwał mnie z Turnieju Trójmagicznego. Imperio też, a mimo to udało mi się ujść z życiem. Łatwo się przystosowuję. Gdyby nie to, bazyliszek by mnie dorwał! Niech więc pan po prostu da sobie spokój z tymi zmartwieniami i...
Harry nagle zamilkł, jego umysł zadzwonił przy jednej myśli. O cholera. To jest to. To dlatego wygląda na tak zdruzgotanego, dlatego nie może mi spojrzeć w oczy. Martwi się o mnie. Nie o przepowiednię, nie o przyszłość… o mnie.
— Będzie dobrze, zobaczy pan — zapewnił Harry lżejszym tonem. — Trelawney bez wątpienia przepowiedziałaby mój zgon, ale jak dotąd zawsze się myliła, więc nie musi się pan… eee… martwić.
Cruciatus w wieku lat czternastu. Dobry Merlinie. — Palce Snape'a zacisnęły się w pięści. — Czy nie cierpiałeś wystarczająco? Dlaczego i to musisz robić? Nie składaj tego na swoją matkę, która, gwarantuję, nie chciałaby tego.
— Cóż… — wymamrotał zamyślony Harry, zerkając na Snape'a. — Hermiona powiedziałaby, że to dlatego, że mam to coś, co mnie zmusza do ratowania ludzi.
— To wyjątkowo niezabawne, panie Potter.
— Lepiej nich się pan przełączy z powrotem na Harry'ego. Chcę wyjść.
— Wyjść? — Snape wyglądał tak, jakby nadal rozmyślał nad klątwami, jakie Harry zniósł.
— Taak, możemy? Nie wyczuwa pan żadnej mrocznej magii na zewnątrz, prawda? Powinniśmy iść do szpitala, ale nie chcę się aportować, jeśli nie muszę.
Snape przytaknął, wyciągnął różdżkę, obrócił nią powoli w kulistym ruchu, wskazując nawet na podłogę i sufit, wypowiadając Finite Incantatem. Potem smagnął różdżką po szerokim łuku, z oczami błyszczącymi koncentracją. Kiedy skończył, pokręcił głową, zaniepokojony.
— Myślę, że lepiej jak tu przyjdziesz, Harry.
Rozumiejąc, czego profesor nie powiedział, Harry podszedł bliżej. Pamiętając poprzedni raz zamknął oczy i przestał się ruszać, tylko wzdrygnął się, kiedy Snape położył mu rękę na ramieniu. Potem świat stopił się dookoła nich i poprzez nich, ale przynajmniej, kiedy Harry uświadomił sobie, że znajduje się już przy sali 328, nadal stał o własnych siłach.
Chwiał się co prawda, a żołądek wylądował mu gdzieś w okolicach kolan, ale jakoś trzymał się pionowo.
Przez chwilę oddychał głęboko, jakaś nieokreślona część jego była zadowolona, że ręka profesora nadal otaczała jego ramiona. Nawet lepiej, kiedy poruszył się, aby ją strząsnąć, odsunęła się.
— W porządku? — zapytał Snape, ale nie we współczujący sposób. Tylko w rzeczowy. To podobało się Harry'emu.
— Taak, dobrze. Trochę zasapany, ale w porządku. Eee, dzięki.
Snape wykonał delikatny gest, aby to zignorować.
— Jesteś pewny, że chcesz to zrobić, Harry?
Harry skrzywił się, ale przytknął. Jak złe mogło to być? Nie gorsze niż to, gdy ten osioł, Lockhart, usunął mu kości i pani Pomfrey musiała sprawić, aby odrosły. Z pewnością nie mogło to być gorsze niż Cruciatus, nawet jeśli nie zareaguje jak mugol.
Westchnąwszy głośno, Snape powiedział:
— Muszę przyznać, że mam nadzieję, że nie będziesz się nadawał, Harry.
— Ha. Z moim szczęściem?
— Może twoja rodzina nie zgodzi się, ze względu na…
— Moją nienormalność — dokończył Harry. — Cóż, wtedy będę musiał nalegać.
Snape położył mu rękę na ramieniu, kiedy Harry już miał wejść do sali.
— Wiesz, panna Granger może mieć rację.
— O tym ratowaniu ludzi? — Harry westchnął. — Cóż, w takim razie zabiorę się za to.

Rozdział następny:
Testy