korekta rozdziału: Susie
Rozdział
dwunasty:
Szczera rozmowa
To,
że Snape krył się w ciele Remusa, było już wystarczająco
dziwne, pomyślał Harry, ale zobaczyć go ubranego w szpitalny
fartuch? Zbyt dziwaczne, aby opisać to słowami. Mimo tego, jego
obecność pomagała odwrócić uwagę od paniki, która
czaiła się gdzieś w środku.
Nie było w tym nic dziwnego,
wpatrywał się gołe przedramię Snape'a. A może to było
przedramię Remusa? Gdy Harry myślał o tym zbyt długo, zaczynało
mu się mylić. Ciekawiła go jedna sprawa związana z Eliksirem
Wielosokowym. Dał Snape'owi zewnętrzny wygląd Remusa, ale czy
był wystarczająco silny, aby zetrzeć mroczny znak?
Najwidoczniej
tak. Harry był pod wrażeniem. Podejrzewał, że ten brzydki symbol
węża i czaszki pozostanie. Pamiętał jednak, że wielosokowy
usunął tymczasowo jego własną bliznę, więc może nie powinien
być taki zaskoczony.
Kiedy już przemyślał tę sprawę, nie
wiedział, co robić, żeby zagłuszyć strach. Panika zaczęła
zalewać mu płuca tak bardzo, że musiał dyszeć, aby oddychać.
Bardziej niż cokolwiek innego chciał coś przytulić. Poduszkę, na
przykład. Albo pluszowego misia. Nigdy nie miał pluszowego misia, a
kiedyś było to jego wielkie marzenie. Harry zacisnął oczy, aby
powstrzymać coś, co mogło być łzami, i powiedział sobie, że ma
przestać być taką beksą.
Jasne. Czas dorosnąć, zachowywać
się jak przystało na jego wiek. Miał szesnaście lat, na litość
boską. Uch, och, gapi się na mnie, zdał sobie sprawę
Harry. Cóż, jeśli był czegoś pewien, to tego, że nie
pozwoli jednemu ze swoich nauczycieli zobaczyć jak płacze. Z
wyjątkiem Remusa, dodał, ale ta myśl była bezużyteczna.
—
Więc przekonał ich pan, aby pozwolili panu zostać, co? — Harry
spróbował zażartować. W grę wchodziło albo to, albo
zupełna porażka. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że małe
było prawdopodobieństwo, aby Snape się zaśmiał, zwłaszcza, że
przez cały poranek był małomówny i w nędznym nastroju. Bez
wątpienia Mistrz Eliksirów nadal rozpamiętywał wydarzenia z
Pokoju Życzeń. Harry chciał już o tym zapomnieć. On tak
zrobił, a miał o wiele więcej do wybaczania niż Snape.
—
Myślę, że wiesz jak ich przekonałem — odparł ponuro Snape. —
I dlaczego.
Taak, Harry wiedział dlaczego. To wszystko zostało
dokładnie przedyskutowane z Dumbledore'em rano, bez wątpienia
cała rozmowa została odegrana na jego użytek. Nadal od czasu do
czasu na Privet Drive 4 krążyły cienie. Voldemort wiedział, że
coś się działo, jeszcze tylko nie domyślił się co takiego. Mało
tego, że Harry'emu nie wystarczała bliska obecność Snape'a,
problem stanowiła sama operacja. Nie było wiadomo, jak zareaguje
organizm Harry'ego. Plan zakładał, że Snape pośpieszy z nim do
Świętego Mungo w chwili, kiedy zacznie dziać się coś niedobrego,
chociaż wszyscy mieli nadzieję, że nic takiego się nie stanie…
Bla, bla, bla. Harry praktycznie po chwili przestał
słuchać. Cała rozmowa przebiegała w sposób upokarzający,
obydwaj rozmawiali nad jego głową, jakby w ogóle nie
zauważyli, że tam siedział!
Choć wydawało się, że od
tamtego wieczoru Snape nie ma ochoty patrzeć na Harry'ego — może
to dlatego nalegał, aby rozmawiali w zupełnie zaciemnionym
pomieszczeniu — to teraz utkwił wzrok w chłopaku, leżącym na
stole operacyjnym, który trząsł się nerwowo.
Choć
brązowe oczy Remusa ociepliły się, tylko trochę, to ze względu
na Snape'a kryjącego się w środku trudno było przewidzieć, o
czym myśli mężczyzna.
— Nie bój się.
Cóż,
świetne pocieszenie, jeśli za chwilę ma się pójściem pod
nóż, prawda? Nie, żeby Harry potrzebował pocieszenia. Nigdy
go nie rozpieszczano, więc tego nie oczekiwał. Co więcej, nie mógł
sobie nawet wyobrazić Snape'a podnoszącego go na duchu.
—
Jest pan w tym beznadziejny — wykrzyknął nagle Harry, mając już
dość. — Powinien pan…
Snape podszedł bliżej.
— Tak?
Potrzymać mnie za rękę, powiedzieć, że wszystko będzie
dobrze…
— Nieważne — burknął Harry. Nie zamierzał
prosić o coś, czego i tak nie dostanie.
Jakaś cząstka jego
potrzeby musiała dać o sobie znać bez słów, chociaż Harry
był przekonany, że profesor nie użył legilimencji, to w następnej
chwili Snape podszedł jeszcze bliżej do niego i wymamrotał:
—
Naprawdę uważam, że nie musisz się martwić, Harry…
—
Taak, jasne. To pan powiedział, że to mnie zabije.
— Ale ty
powiedziałeś, że nie — zauważył Snape. — A twój
instynkt zazwyczaj jest dobry. Więc czemu jesteś taki spięty? —
Harry nie odpowiedział, więc nauczyciel naciskał dalej. — Chodzi
o igłę?
— Świetnie, niech mi pan przypomina, wytyka słabość
— jęknął Harry. — Jest pan zupełnie beznadziejny,
jeśli chodzi o pocieszanie.
Chciałby, żeby w czasie operacji
mógł być z nim prawdziwy Remus. On wiedziałby, co robić.
Położyłby mu rękę na czole i mówił, jacy jego rodzice
byliby z niego dumni, powiedziałby, że wszystko szybko się
skończy…
Harry musiał jednak przyznać, że Snape się
starał.
— Dobrze sobie poradziłeś, gdy zakładali ci to —
zapewnił chłopaka wskazując na kroplówkę, do której
pielęgniarka podłączyła Harry'ego, aby zapobiec odwodnieniu.
—
No tak, ale to tylko plastik — podkreślił Harry. — Albo guma,
albo cokolwiek, nie wiem, starałem się nie patrzeć! To bolało,
ale nie było gigantyczne i nie miało przejść przeze mnie jak… —
Przełknął.
— Nie zobaczysz nawet tej… tego — zauważył
Snape. Jego głos brzmiał tak, jakby mówił z wielkim trudem
i tylko dla dobra Harry'ego, próbował się uspokoić. —
Nie pamiętasz? Podadzą ci… jakiś rodzaj parującego eliksiru i
jakieś lekarstwo przez tę rurkę, a potem zaśniesz.
— Przez
to jest jeszcze gorzej — odrzekł Harry. — To ta bezbronność
jest najgorsza. To leżenie i przyjęcie igły, bycie
nieprzytomnym i niemożność walczenia, jeśli będzie taka
potrzeba…
Wiedział, że mówił bez sensu. W końcu sam
wybrał narkozę, jak nazywali to mugolscy lekarze.
Zaproponowano mu jeszcze zastrzyk w pachwinę, ale Harry wiedział,
że lepiej, aby nie był przytomny podczas zabiegu. Poddałby się
przerażeniu, wiedział o tym. Zadziałałby instynkt. Przypadkowa
magia wypłynęłaby z tego głębokiego miejsca w jego duszy, by
usunąć igłę.
Jeśli chciał przejść przez tę operację,
nie miał wyboru. Musiał pozwolić na swoją bezbronność, choć
wcale mu się to nie podobało.
— Będę walczył za ciebie,
jeśli będzie trzeba — obiecał uroczyście Snape.
— Niech
mnie pan nie zostawia. — Harry usłyszał własne błaganie i
skulił się.
— Nie zostawię.
Chłopak skinął głową,
dziwnie uspokojony, ale zanim zdołał powiedzieć coś jeszcze,
wszedł zespół chirurgów. Podczas kilku wstępnych
przygotowań Snape zdjął Harry'emu okulary i schował je do
kieszeni. Mimo tego zobaczył igłę. Coś zostało wprowadzone do
wenflonu tkwiącego w jego ramieniu. Drgnął, chociaż igła wcale
go nie dotknęła, i poczuł jak jego palce nagle zostają uchwycone
w ciepłym, bezpiecznym uścisku. Uścisku, który obiecywał,
że on będzie tam tak długo, jak będzie trzeba. Pomogło mu
to się skupić. Pomogło pamiętać, że nie był sam z mugolskimi
lekarzami. Był tu ktoś, kto rozumiał, kto mógł mu pomóc,
gdyby coś poszło straszliwie źle.
Zaczęło go zalewać
uczucie nieznośnej senności. Harry zamknął oczy, ledwie czując,
że założono mu na usta i nos maskę, zaraz potem zaczął oddychać
czymś chłodniejszym i wilgotniejszym niż zwykle.
A dłoń
nadal go trzymała. Była jak kotwica, której mógł się
chwytać, chociaż jego palce traciły siły.
Ostatnią myślą
Harry'ego było: Cóż, kto by pomyślał? Może jednak
Snape nie jest taki beznadziejny, jak myślałem.
——————————
Następną rzeczą, którą pamiętał, były niewyraźne
głosy odbijające się od ścian znajdujących się wokół
niego, podczas gdy on nie mógł otworzyć oczu. Nie mógł
się również ruszyć, ale chyba tego chciał, więc mu to nie
przeszkadzało.
Urywki rozmowy wirowały wokół niego,
nadpływając i znikając z zasięgu jego słuchu, jakaś siła z
zewnątrz przysuwała je bliżej, a potem oddalała. Harry'emu
niewyraźnie przypomniała się wycieczka do Brighton, na którą
pojechał, kiedy był mały. Pamiętał fale obmywające nabrzeże,
Dudley wbiegający i wybierający z wody, chlapiący na Harry'ego,
aż ten zaczynał krzyczeć. Frytki, pomyślał nagle Harry.
Naprawdę dobre frytki. Z octem… Mikstura z anatazu nie jest w
żaden sposób podobna do octu, panie Potter… ale nie, pan
Potter to mój ojciec, prawda?… czekaj, czy ja mam ojca?
Czując nagłą rozpacz, Harry zakwilił cicho.
Usłyszał
zbliżające się kroki, i tym razem udało mu się wychwycić
fragmenty rozmowy, niepołączone, które wymagały namysłu, a
dopiero potem nabierały sensu. Już wtedy rozpoznał piękny,
spokojny głos. Wiedział, że należy do Remusa. Remus, i jeszcze
kogoś.
— Powiedzieli cztery godziny…
— Za
długo… już dni…
— … chciałbym, aby już się
obudził…
— Remus — zdołał wychrypieć Harry. Nie
chciał, żeby się o niego martwił. Teraz już nie spał. No, tak
jakby. Wydawało się, że zaraz po wypowiedzeniu imienia znowu
zasnął, chociaż nadal słyszał i czuł przez sen. Dłoń odsunęła
włosy z jego czoła, potem ktoś przemył mu twarz, chociaż
zaklęcie czyszczące zadziałałoby zapewne równie dobrze…
Ale woda byłą taka przyjemna, tak bardzo przyjemna. Ciepła,
delikatnie pachnąca, pomogła mu zasnąć ponownie.
Harry
dryfował i śnił o długowłosej czarownicy, nucącej kołysanki
małemu, ciemnowłosemu chłopczykowi.
——————————
— Harry — usłyszał znowu głos, tym razem wyraźniejszy,
jakby jego słuch został wyostrzony, a nie zamroczony.
Chłopak
zamrugał, potem zabolały go powieki. Uczucie promieniało, a całe
jego ciało pulsowało słabym bólem. Ignorując go, zamrugał
ponownie, potem zdołał unieść powieki. Świat drgał, jak fale
ciepłego powietrza nad pustynią. Harry patrzył, nie widząc
pokoju, w którym był, ani korytarza za otwartymi drzwiami.
Zobaczył jedynie Remusa, nieco mniej wyraźnie niż zwykle, ale
nadal rozpoznawalnego.
— Cześć Remus — jęknął, mrużąc
oczy. Ile już czasu upłynęło, odkąd mógł naprawdę
porozmawiać z byłym nauczycielem?
Mężczyzna przysunął
krzesło bliżej do łóżka i położył dłoń na czole
Harry'ego.
— Nie masz gorączki — stwierdził, ale kiedy
odsunął dłoń, Harry chwycił je niezdarnie i westchnął,
zaplatając palce i kładąc rękę Remusa obok siebie na łóżku.
Dlaczego tak strasznie trudno było poruszyć ramieniem? Nie ważne,
teraz już czuł się lepiej.
— Dlaczego miałbym mieć
gorączkę? — zapytał, chociaż wydało mu się to niedorzeczne.
Nie był nawet pewny, czy dobrze usłyszał.
— Miałeś ją
przez całe godziny — wyjaśnił Remus zginając palce, Harry
jednak zacieśnił uchwyt i nie puścił. Ale dlaczego profesor
chciałby się odsunąć? Nigdy wcześniej nie wzbraniał się przed
pocieszeniem go. Może Remus był zły za to, co się stało z
Syriuszem? Nie, to nie mogło być to. W tej krótkiej notce,
jaką dostał, nie było czuć gniewu. Przynajmniej tak sądził…
Przypomniał sobie słowa Remusa… Miałeś ją przez całe
godziny… Ale słowa nie miały żadnego sensu.
— Godziny?
— powtórzył Harry marszcząc brwi. — Jakie godziny? Och,
chodzi ci o nasze dodatkowe zajęcia? — Mętny wyraz pojawił się
na jego twarzy, coś między zmarszczeniem czoła a dezorientacją. —
Czuję się naprawdę źle, Remus.
— Co się stało? —
zapytał ostro mężczyzna, pochylając się bliżej. — Spałeś
prawie czterdzieści godzin, a mówili, że będziesz spał
cztery. Mogą wystąpić kolejne komplikacje…
— Hę? — Nic
z tego nie rozumiał. — Nie, czuję się źle z powodu naszych
dodatkowych zajęć, głuptasie — fuknął. — Myślę, że nigdy
ci nie podziękowałem. Hm, a może to zrobiłem? Chyba nie pamiętam,
ale trzecia klasa była tak dawno temu. A może to w drugiej uczyłeś
obrony?
Obok niego Remus zesztywniał, jakby zaskoczyło go
pytanie, ale powoli kiwnął głową.
— To w trzeciej klasie
miałeś… ach, obronę ze mną, Harry — odpowiedział
głosem, który brzmiał jakoś dziwnie. Wesoło? Nie, nie
wesoło, jakby był zakłopotany, pomyślał Harry. — I jestem
całkiem pewny, że musiałeś mi podziękować.
— Nikt nigdy
nie udzielał mi lekcji, Remus. Nikt. Nigdy, ani razu — stwierdził
Harry, podciągając się słabo do góry. To bolało tak samo,
jak leżenie.
Remus zmarszczył brwi, co zdezorientowało
Harry'ego, aż w końcu pomyślał, że chciał poprawić łóżko.
Mężczyzna wyciągnął z kamizelki różdżkę i zaczarował
materac, aby zgiął się nieco do góry.
— Ach —
jęknął Harry, wyciągając się na oparciu. Remus był jak zawsze
taki uważny i delikatny. — Mmm. Dzięki, Remus. Teraz jest dużo
lepiej.
Znowu zerknął na mężczyznę. Zauważył, że wyglądał
jakoś dziwnie. Nieostro. Hm, całe pomieszczenie było zamglone. Nie
pomyślał, że mógłby poprosić o swoje okulary, nie
zauważył nawet, że zazwyczaj je nosił. Właściwie to mgiełka
była całkiem przyjemna. Pasowała do jego zamazanego nastroju.
—
Lubisz lemoniadę? — zapytał nagle ni stąd ni zowąd.
—
Zbyt słodka — odpowiedział Remus, a jego głos brzmiał tak,
jakby z trudem powstrzymywał się od śmiechu. — Chciałbyś
trochę, Harry? Jesteś spragniony?
Ale myśli Harry'ego już
popłynęły w innym kierunku.
— Myślisz, że skrzaty domowe
mają coś przeciwko cytrusom? Powiedz, pamiętasz czekoladę? To
było naprawdę dziwne.
Wydawało mu się, że Remus zamrugał,
ale dla Harry'ego wszystko było tak zamazane, że nie mógł
być pewien.
— Czekoladę, którą dał ci twój
kuzyn?
— Nie, czekoladę, którą ty mi dałeś,
głuptasie — odparł Harry, ściskając palce Remusa. Tak dobrze
było z nim porozmawiać. Remusowi mógł powiedzieć wszystko.
— W pociągu. Wiesz, po tym, jak prawie dopadli mnie dementorzy.
Czy podziękowałem ci za czekoladę? W każdym razie to było…
naprawdę dziwne.
— Hm? Co było w tym takiego dziwnego?
Harry
zamknął oczy i zadrżał.
— Że coś takiego jak czekolada
może sprawić, że poczuję się lepiej po tym, jak słyszałem,
krzyk mojej matki, błagającej o moje życie. Umierała, by
mnie ratować…
— Czy to słyszysz, za każdym razem,
gdy zbliża się do ciebie dementor? — wykrzyknął Remus.
Harry
otworzył ponownie oczy, chociaż świat nadal był zasnuty mgłą.
Hm, Remus wydawał się być zmartwiony. Może Harry nie podziękował
mu za czekoladę? Och nie, to na pewno to drugie, prawda? Ale czemu
to zdziwiło Remusa?
— Powiedziałem ci o tym. W trzeciej
klasie. A może to w drugiej miałem z tobą obronę?
—
Trzeciej — westchnął Remus. — Czemu nie spróbujesz
jeszcze trochę odpocząć, Harry? Myślę, że nie zdajesz sobie
sprawy z tego, że majaczysz. Sen zdecydowanie się przyda.
—
Nie chcę spać — powiedział zirytowany Harry. Dolna warga mu
zadrżała. — Będę miał te sny. Chcę rozmawiać. Nigdy cię nie
widuję, Remus. Chciałem cię zobaczyć, wtedy, gdy zmusili mnie do
udziału w tym Turnieju Trójmalignym — zachlipał. —
Naprawdę chciałem ciebie zobaczyć. Pewnie byś wiedział o
Sarkozielu. Mógłbyś mi nawet powiedzieć, gdzie je znaleźć.
Myślałem, że utonę, bo nigdy o nim nie słyszałem i nie miałem
pojęcia jak być syrenem. Dobrze, że Zgredek wiedział, gdzie było.
— Zupełnie nagle jego myśli jakby przeskoczyły poprzez jezioro.
— Uhm, mogę o coś cię spytać? To… trochę osobiste. Możesz
mi powiedzieć, abym się odwalił, jeśli chcesz. Nadal będziemy
kumplami.
Odpowiedziało mu nieostre skinięcie głową.
Harry
odwrócił się na bok i przeciągnął, próbując sobie
przypomnieć, co chciał powiedzieć. A tak.
— Czy zmiana w
wilkołaka boli?
— Od jak dawna chciałeś o to zapytać?
— sapnął Remus, jakby próbował wstrzymać oddech.
—
Od trzeciej klasy — wyjaśnił cierpliwie Harry, zachowując się
tak, jakby to Remus majaczył. — A może to w drugiej miałem z
tobą obronę?
Kolejny zduszony śmiech.
— W drugiej miałeś
z Gilderoyem Lockhartem, Harry.
Palce, które trzymał,
wyślizgnęły się z jego uchwytu, potem głos Remusa odezwał się
z gdzieś z oddali. Harry zmrużył oczy i zobaczył, że mężczyzna
rozmawia z uzdrowicielką w szatach koloru szałwii. Hm,
uzdrowicielka. Zastanawiał się, czemu, jeśli był ranny, nie był
z panią Pomfrey. Hm, w jaki sposób się zranił? Quidditch?
— Będzie pamiętał z tego cokolwiek? — Harry usłyszał
pytanie Remusa.
— Wątpię — odparła uzdrowicielka. —
Rozpoczniemy resztę leczenia, kiedy będzie bardziej przytomny.
Zazwyczaj nie czekałabym, ale wziąwszy pod uwagę powód,
przez który tu trafił? Lepiej być ostrożnym.
Harry
usiadł zupełnie i zauważył, że nie był w szkolnych szatach.
Właśnie niezdarnie wysuwał nogi poza krawędź łóżka,
myśląc, że lepiej będzie, jeśli się ubierze na trasmorgrifakcję
albo transmigrifikację, albo trans-coś-tam, kiedy Remus wrócił
i położył jego nogi z powrotem na łóżku. Delikatnie
położył go na plecach, a następnie owinął kocem. Harry czuł,
jakby się znowu roztapiał, ale tym razem w dobry sposób.
Remusowi mógł zaufać. Jemu mógł powiedzieć okropną
prawdę.
— Nie lubiłem Lockharta — przyznał, zupełnie
nieświadomy, że to nieistotne. — Miałem z nim szlaban. Kazał mi
podpisywać listy od fanów moją krwią.
— Co!?
Dziwne, w jaki sposób ryk może być cichy, pomyślał
Harry.
— Taak — kontynuował wesoło. Wspomnienia wirowały,
mieszały się… ale tam były. — Było takie pióro, które
przecinało skórę i pobierało krew. Cokolwiek się pisało,
wycinało to się na dłoni. Taak… Nie będę opowiadać kłamstw
na wszystkich zdjęciach Lockharta na miotle i na mojej dłoni, aż
do kości.
Remus wydał zduszony dźwięk.
— Nadal mam
bliznę — westchnął Harry. — Jeszcze jedną bliznę.
Wiedziałeś, że… uhm, główną cechą blizny poklątwowej
jest to, że jest szkaradna i szpecąca? Och, czekaj. To dwie
cechy, nie? — Zmrużył brwi. — Może tylko szkaradność. Nie
pamiętam…
— Twoja blizna nie jest szkaradna — zapewnił
cicho Remus.
Harry zamilkł, naszła go jakaś niewyraźna myśl.
— Och, wiesz co? Myślę, że te linie o kłamstwach były dla
kogoś innego. Może Snape'a? Nie, on nie jest taki zły.
Wiedziałeś, że on nie jest taki zły, Remus? On po prostu nie lubi
wilkołaków i uczniów, i mnie, i chyba nauczania, i
Gryfonów, i jeszcze Puchonów, i zniszczonych kociołków,
i Łapy, i właściwie Krukonów, i jak mówię
Voldemort, i…
— A jakich kłamstw? O czym? — przerwał mu
Remus, który wydawał się być zmęczony cała rozmową.
Harry ułożył się wygodniej na materacu.
— W czym? W
łóżku leżałem, głuptasie. Wiesz, co mówi Ron.
Ślizgoni leżą jak dywany. — Nagle zachichotał, dopiero
ziewnięcie przerwało mu śmiech. — I o wiele za dużo tego
soku dyniowego, mógłbyś powiedzieć o tym Zgredkowi? Uhm,
możesz mnie obudzić na lekcje? Mam następną transmugrifikację i
nie chciałbym jej przegapić. Naprawdę jestem w tym kiepski.
— Obudzę cię na lekcje, Harry — wycedził Remus. Po chwili
dodał. — Mam zawołać uzdrowicielkę i poprosić, aby dała ci
Eliksir Bezsennego Snu?
— Już na mnie nie działa — mruknął
Harry, dziwnie przytomny, kiedy zalała go fala wyczerpania. —
Przez bliznę mam sny. Albo… coś innego. Ale czasami śnię o
Łapie, więc to w porządku.
— Musimy wznowić lekcje
oklumencji. — Harry usłyszał westchnięcie Remusa. Ale Remus
nigdy nie uczył go oklumencji. Czy w ogóle ją znał?
Zagubiony Harry pozwolił, aby pytanie zniknęło z jego myśli
i, przysuwając się do ramienia obejmującego jego plecy, zasnął.
Rozdział następny:
Finite Incantatem
