korekta rozdziału: Susie
Rozdział
trzynasty:
Finite Incantatem
—
Lepiej się czujesz? — odezwał się głos przy łokciu Harry'ego.
Harry otworzył oczy, świat nadal wydawał się mu rozmazany,
ale tym razem wiedział, że należy sięgnąć po okulary. Zanim
zdołał je znaleźć, para dłoni nałożyła mu je delikatnie na
nos.
Był zesztywniały i obolały, a jego biodro pulsowało
boleśnie wewnątrz i na zewnątrz, ale można się było tego
spodziewać. Przynajmniej to koniec z igłami. A to było wiele
warte.
— Taak, lepiej — odpowiedział wreszcie, unosząc
wzrok.
— Napij się lemoniady.
Z jakiegoś powodu
zabrzmiało to naprawdę bardzo dobrze. Wypił łapczywie,
myśląc, że może po prostu był spragniony, ponieważ kwaśny,
cytrynowy napój wydawał się usunąć cały ból.
Wycierając usta w rękaw piżamy rozejrzał się dokoła i rozpoznał
salę w Świętym Mungo. W Frimley Park nie byłoby pokoju bez żadnej
medycznej maszyny.
Snape wstał, zamknął drzwi, rzucił na nie
zaklęcia ochronne, odwrócił się i zapytał:
— Wiesz
kim jestem?
— Taak — odpowiedział Harry zastanawiając się,
czemu go o to pytano. Rozejrzał się i zobaczył, że tylko jego
łóżko było zajęte. Mimo to nie czuł się wystarczająco
pewnie, by odpowiedzieć otwarcie. — Dał mi pan Trolla z minusem
za mój test, wraz z kilkoma ciekawymi komentarzami.
Snape
spojrzał na niego twardo, potem usiadł w swoim krześle przy łóżku.
Odwrócił się w stronę Harry'ego i spytał:
— Więc
już ci się nic nie plącze? Zupełnie nic?
— Czemu miałoby
mi się plątać?
— Cóż — Snape przeciągnął sylabę
z przyjemnością. — Przez chwilę wydawało się, że wziąłeś
mój wygląd nieco zbyt dosłownie. — Uśmiechnął się na
widok zszokowanej miny Harry'ego. — Właściwie, to było to tak,
jakbyś wypił wywar z blekotu. Bardzo interesujące. Dałeś
mi jasno do zrozumienia, że czujesz się tak swobodnie, by
powiedzieć Remusowi Lupinowi cokolwiek.
Harry nie był ani
trochę rozbawiony.
— Nie mówi pan poważnie? — Hmm,
wyglądało na to, że jednak mówił. — Co powiedziałem?
Snape wzruszył ramionami, chociaż wrażenie psuł sposób,
w jaki jego ramiona drżały od powstrzymywanego śmiechu.
—
Jakieś brednie. Nie byłeś nawet w stanie policzyć do trzech.
—
Nieprawda!
— Zapewniam, że tak było. Wspominałeś również
dodatkowe lekcje, czekoladę i zapytałeś mnie, czy przemiana w
wilkołaka boli.
Harry poczuł, jak czerwienieje na twarzy.
—
Nie — powiedział Snape łagodniejszym głosem. — Ostrzegali mnie
w Frimley Park, że przebudzenie po eliksirze znieczulającym może
spowodować, że będziesz mówił dość swobodnie.
—
Ale nie pamiętam, abym się budził, nie mówiąc już o
mówieniu, poza tym, zastanawiałem się, ale nigdy nie
zapytałbym Remusa o… o to.
— Najwidoczniej spytałbyś
— zauważył Snape, usta znowu zaczęły mu drgać. — A brak
wspomnień również jest normalnym objawem. Nie przejmowałbym
się tym, Harry.
— Wydaje się, jakbym tylko się zdrzemnął —
mruknął Harry, część jego nadal zastanawiała się, czy Snape go
nie nabiera. — Dzisiaj rano opuściliśmy Hogwart, prawda?
—
Dzisiaj jest dwudziesty szósty — powiedział Snape. —
Jeśli mi nie wierzysz, zapytaj uzdrowicielkę, kiedy przyjdzie. Albo
— zaproponował sardonicznie — może chcesz zobaczyć Proroka
Codziennego?
Chłopak drgnął. Jasne, Prorok wreszcie raczył
zawiadomić o powrocie Voldemorta, ale Harry nadal uważał go tylko
za skandaliczny szmatławiec, a nie gazetę.
— Uhm… Nie. Nie
sądzę.
Nadal skrępowany, zmienił temat, chociaż ciekawiło
go, co jeszcze powiedział. Czy mówił o Snapie? Albo wyjawił
coś, co mogło doprowadzić do wyrzucenia Rona, Hermiony i jego ze
szkoły? Jak na przykład warzenie Eliksiru Wielosokowego? Czy
przyznał, że uratował Syriusza od dementorów, opowiedział
o zmieniaczu czasu Hermiony?
Trudno jednak było sobie wyobrazić
Snape'a zachowującego się tak przyjacielsko, gdyby powiedział
coś takiego, więc Harry postanowił się nie martwić.
— Nie
jesteśmy w Frimley Park — zauważył. — Co się stało?
—
Całymi godzinami miałeś ogromną gorączkę i nie odzyskałeś
przytomności wtedy, kiedy powinieneś — wyjaśnił Snape,
marszcząc brwi przypominając sobie zatroskanie. — Ci głupcy
chcieli podać ci jeszcze więcej mugolskich leków przez tę
rurkę, którą wsunęli ci w ramię, jakby nie rozumieli, że
to właśnie ich obrzydliwy, błędnie uwarzony eliksir był
odpowiedzialny za twój stan!
— Już w porządku —
powiedział Harry myśląc, że to dziwne, aby to właśnie on
pocieszał.
— Może teraz tak — przyznał Snape, ściskając
swoje ręce. — Ale przez cztery dni albo leżałeś nieprzytomny,
albo bredziłeś. Poza tym, rozpoznali cię uzdrowiciele.
Nos
Harry'ego rozszerzył się ze zdenerwowania.
— To może być
problem.
— Tak. Powinienem był aportować cię w bezpieczne
miejsc, a potem wezwać uzdrowiciela z Zakonu. Ale obawiałem się,
że nie ma na to czasu. Nigdy nie widziałem tak wysokiej gorączki
jak twoja, a nawet zbliżonej. Ja… spanikowałem.
— Och —
odpowiedział Harry cichym głosem, raczej zszokowany. — Uhm, cóż,
to zrozumiałe. Musiałem wyglądać okropnie.
— Dość.
—
Więc? Co im pan powiedział?
— Jechałeś samochodem, miałeś
wypadek i zraniłeś się w biodro. Kiedy byłeś nieprzytomny,
lekarze z karetki podali ci leki. Najwidoczniej zareagowałeś na
niewłaściwe leczenie.
— I kupili to? — wykrzyknął Harry.
W książce, którą oglądał było pełno zdjęć śladów
pozostawionych przy pobieranie szpiku: małe, równolegle
ułożone cięcia. Nic, co przypominałoby rany po wypadku
samochodowym. — Nawet na mnie nie spojrzeli?
Snape nie był w
stanie spojrzeć mu w oczy.
— Oni… Uch, nie pozwoliłem im
użyć żadnego zaklęcia do skanowania, niczego, co mogłoby wykryć
brakujący szpik. Nalegałem na używanie tylko eliksirów,
takich, które oczyściłyby substancje pozostałą po
operacji. — Widząc podejrzliwy wzrok Harry'ego, dodał: — Sam
wyczarowywałem je do twojego żołądka. Nie ma obawy, że ktoś
mógłby odkryć całą prawdę.
— Taak — nalegał
Harry — ale czy żaden z nich na mnie nie spojrzał?
—
Może sam powinieneś to zrobić — odpowiedział słabo Snape,
odwracając się.
Harry tak uczynił Uchylił narzutę i zajrzał
pod dolną część piżamy. Uch, fuj. Skórę miał
rozszarpaną, jakby zdarto skórę i mięśnie zostały
rozcięte tak, jak ciotka Petunia uczyła go jak kroić pieczeń.
—
Och — powiedział wreszcie, nieco zaskoczony, że go nie bolało. —
Pan… Eee, wyczarował to na mnie?
— Musiałem — powiedział
sztywno Snape. Ramiona skrzyżował tak, że pokazały się
wyświechtane łokcie w marynarce Remusa. — Przepraszam, że tak to
wygląda.
— Uhm… Cóż, to chyba był dobry pomysł —
odparł Harry próbując zbyć to śmiechem, choć było to
nieco trudne. Zastanawiał się, czy Snape musiał odkryć mu biodro,
aby wyczarować tę ranę. Nie, zapewne nie — zdecydował,
ale stanowczo nie zamierzał pytać. Czas zmienić temat.
— Co
z ciotką Petunią? Jeśli tak długo leżałem tu, to musiała chyba
mieć już swoją operację?
Snape znowu miał problemy ze
spojrzeniem mu o oczy.
— Więc? — niecierpliwił się Harry,
przygryzając wargę, kiedy Snape nadal nie odpowiadał. — Były
jakieś problemy, odrzuciła przeszczep, tak jak mówili? Czy o
to chodzi?
— Nie, Harry — powiedział cicho Snape, potem
wziął jego dłonie w swoje. — Przykro mi, ale nie ma łagodnego
sposobu, aby ci to powiedzieć. Twoja ciotka umarła.
Harry
wpatrzył się w ścianę przed sobą nawet jej nie widząc.
—
Och. Uhm, myślę, że to okropne, że najpierw pomyślałem o polu
ochronnym.
— Praktyczne, powiedziałbym — zapewnił go Snape,
ściskając lekko jego dłonie.
— Nie, ślizgońskie —
zdecydował Harry, ale nie powiedział tego szyderczo. Zastanowił
się, jakim człowiekiem by teraz był, gdyby nie kłócił się
z Tiarą Przydziału. Usiadł na łóżku, znowu czując tę
obezwładniającą potrzebę zrobienia czegoś, ale nie można
było zrobić niczego. — Powinienem być zdenerwowany. Trochę,
przynajmniej. To znaczy, szczególnie zważywszy…
Snape
zawahał się, potem przesunął jedną rękę na kark Harry'ego i
zaczął go masować okrężnymi ruchami. Dotyk na początku był
niepewny, ale kiedy napięcie w ciele chłopaka zaczęło znikać,
mężczyzna zwiększył nacisk, wprawnie szukając palcami miejsc,
gdzie najlepiej było wcierać pewne eliksiry.
— Szczególnie
zważywszy co? — spytał łagodnie.
Harry wiedział, że nim
sterowano, może nawet manipulowano, ale to było takie miłe, gdy
ktoś się nim zajmował, że nie miał sił się tym przejmować.
Nawet faktem, że to Snape go pocieszał. Harry wiedział, że
wystarczyło, aby powiedział jedno słowo, a natychmiast by się to
skończyło. Ale nie chciał tego przerwać.
— No, wie pan —
odpowiedział, relaksując się coraz bardziej, w miarę, jak palce
kontynuowały masowanie karku, mimo że temat rozmowy do przyjemnych
nie należał. — To by się nie stało, gdyby nie ja.
— Ależ
stałoby się, Harry — stwierdził Snape podnosząc palcem brodę
chłopaka, by ten spojrzał na niego. — Stało się. To nie
twoja wina. Widziałeś, w jakim była stanie.
— Nie mogę… —
Mówić o tym, zamierzał powiedzieć, ale nauczyciel
zdawał się rozumieć.
— W porządku — zgodził się lekko
profesor. — Poinformuję uzdrowicieli, że się obudziłeś i
jesteś przytomny. Podejrzewam, że będą chcieli popracować chwilę
nad zewnętrznymi obrażeniami, chociaż, ponieważ nie możemy
wspomnieć o twojej operacji, będziesz musiał zdać się na moje
eliksiry, jeśli będzie cię coś w środku boleć.
— Nic mnie
nie boli — zaprotestował Harry, chociaż nie było to tak do końca
prawdą.
— Ale zacznie, gdy tylko eliksir Oddech Helas, który
był w twojej lemoniadzie, przestanie działać.
Harry przytaknął
zmęczony. Jeszcze nie tak dawno pomysł, że Snape mógł coś
dodać do jego napoju, byłby co najmniej niepokojący albo wręcz
straszliwy. Teraz jednak nie potrafił się tym martwić. Ron pewnie
by powiedział, że zwariował, ale on nie znał Snape'a.
A
Harry wiedział o nim mało, ale jednak wystarczająco dużo.
—
Dziękuję — powiedział kładąc się ponownie. — Za wszystko,
za bycie przy mnie podczas operacji, za bycie tutaj, teraz. Za
eliksir, za… — Nie wiedział, za co jeszcze podziękować.
—
Bardzo uważasz, aby wszystkim podziękować, prawda? — stwierdził
Snape wstając i otrzepał spodnie Remusa. — Nie musisz mi
dziękować, Harry.
Potem, jakby zażenowany tym, co właśnie
powiedział, ogłosił oschle:
— Wezwę kogoś, by ciebie
obejrzał. W międzyczasie, jeśli czujesz się wystarczająco
dobrze, nadrób nieco zaległości w nauce.
Podążając za
jego wzrokiem, Harry zauważył na stoliku nocnym stos książek. Nie
miał ochoty się uczyć, ale może to by odsunęło jego myśli od
innych rzeczy. Gdy Snape wyszedł, Harry wyciągnął ze stosu
Transmutacja: Teoria i przykłady dla klasy szóstej i
zaczął czytać.
——————————
— Można
by pomyśleć, że od czterech dni nic nie jadłeś — skomentował
lekko Snape, gdy Harry kończył drugi talerz z obiadem.
—
Taak, cóż, nie jadłem — odparł Harry. Zastanowił go
uśmieszek nauczyciela. — Prawda?
— Nie mogłem pozwolić ci
głodować, czyż nie?
— Kiedyś by pan pozwolił — zadumał
się Harry, potem jednak pomyślał, że to nieprawda. Nawet, gdy był
w pierwszej klasie, Snape pilnował go, chronił, gdy Quirrell
zaczarował jego miotłę. Był bezlitosny w swym krytycyzmie,
czasami zachowywał się, jakby najlepszym, co mogłoby go spotkać,
była śmierć Harry'ego, ale kiedy przychodziło co do czego,
zawsze byli po tej samej stronie, nawet wtedy. — Więc wczarował
mi pan coś do żołądka? — wywnioskował.
— Sok dyniowy —
zażartował Snape, potem uśmiechnął się na widok miny Harry'ego.
— Nie, oczywiście, że nie. Eliksir odżywczy, bardzo lekki, ale
wystarczający, aby utrzymać cię przy życiu. — Wzruszył
ramionami. — Nikt nie wiedział, ile czasu upłynie, zanim
odzyskasz przytomność.
— Cóż, teraz już jest ze mną
dobrze — ogłosił Harry, wysuwając nogi poza łóżko, by
wstać. Hm, dobrze to może za mocne słowo. Nogi się pod nim
uginały. Nie było to jednak coś, z czym nie mógłby sobie
poradzić. — Potrzebuję tylko telefonu. Nie sądzę, aby jakiś
był w Świętym Mungo?
— Telefonu — powtórzył
zakłopotany Snape.
— Taak, by zadzwonić do wuja Vernona —
wyjaśnił Harry. Na widok obojętnej miny Snape'a wykrzyknął: —
Może czarodzieje robią to inaczej, nie wiem. Ale muszę się
dowiedzieć, kiedy jest pogrzeb. Może powinniśmy po prostu wrócić
na Privet Drive.
— Nie sądziłem, że będziesz chciał pójść
na pogrzeb — stwierdził ostrożnie Snape.
— Cóż, źle
pan sądził — odparł Harry, czując się defensywnie,
nieszczęśliwie i zarazem podatnie na zranienia. Okropna mieszanka.
— Tak wypada zrobić, a zanim zacznie pan mówić, że
gryfońska lojalność to bzdury, niech pan pomyśli o naszym celu.
Małe szanse, abym po czymś takim był z Dudleyem w dobrych
stosunkach, ale z pewnością nie zgodzi się na jakiekolwiek pole,
jeśli nie przyjdę na pogrzeb jego matki. Chociaż… — Do głowy
przyszła mu pewna myśl. — Kiedy ona właściwie zmarła? Możliwe,
że pogrzeb już się odbył, gdy byłem nieprzytomny.
— Zmarła
przedwczoraj — powiedział Snape.
— Więc go nie przegapiłem,
jeszcze nie.
— Zapewne nie. Chociaż, nadal mógłbyś
wytłumaczyć nieobecność, mówiąc, że byłeś zbyt słaby.
— Nie.
— Harry…
— Nie.
— No dobrze —
zgodził się Snape. — Postaram się zlokalizować telefon,
ponieważ nie radziłbym wcześniej wracać na Privet Drive, by
porozmawiać z rodziną. Twój wuj jest zbyt gwałtowny.
Harry
nie wiedział, jak jego nauczycielowi się to udało, ale mężczyzna
wrócił po kilku minutach podając mu smukły, srebrny telefon
komórkowy. Harry nigdy z czegoś takiego nie korzystał.
Zajęło mu chwilę zrozumienie, że nie będzie sygnału po
podniesieniu słuchawki, a jeszcze dłużej odkrycie, jak się go
włącza.
Kiedy usłyszał sygnał, wyszeptał do Snape'a:
—
Mógłby pan? — I machnął rękę w stronę drzwi. Snape nie
wyszedł, chociaż odsunął się w ich stronę.
Harry wciągnął
głęboko powietrze i przygotował się na gniew wuja Vernona, ale
odebrał Dudley.
——————————
Dudley
najwyraźniej ryczał, pomyślał Harry. Prawie nie mógł
zrozumieć swojego kuzyna.
— Och, Ha… Harry — zaszlochał.
— To okropne, okropne. Sły… Słyszałeś? Powiedzieli ci?
— Taak, powiedzieli mi — odpowiedział łagodnie Harry. —
Przykro mi, Dudley. Wiem, że to nie pomoże, ale jest mi bardzo,
bardzo przykro.
— T… tata myśli, że zrobiłeś to spe…spe…
specjalnie! — powiedział Dudley głosem, który był czymś,
pomiędzy piskiem a jękiem. — Powiedział, że nie możesz wrócić
do domu, Harry. Ni… Nigdy!
Słychać było odgłos przełykania,
a potem Dudley jakby zdołał się wziąć w garść.
Harry mniej
więcej domyślał się, że Vernon nie przyjmie go z powrotem, że
całkowicie i nieodwracalnie utracił nie tylko pole ochronne, ale
również jedyny dom, jaki miał poza Hogwartem. Zdziwił go
nieco skruszony ton Dudleya, ale Harry zwalił to na ogólne
emocjonalne wyniszczenie. Przyszło mu na myśl, że jeśli już
komuś miała zginąć matka, to lepiej, aby tak się stało, gdy ten
ktoś miał tylko rok i nie był w stanie pojąć straty.
—
Możesz mi powiedzieć, kiedy jest pogrzeb? — spytał. — I gdzie?
— Oooch, lepiej nie przychodź, Harry — nalegał Dudley. —
Naprawdę. Tata cię zabije.
— Wiesz, że zawsze mówi
takie rzeczy — wybełkotał Harry. — Przynajmniej mnie.
—
Taak. Kiedyś myślałem, że to zabawne. Przepraszam za to. Ale
teraz… — Dudley znowu przełknął i zaczął mówić
szybko, jak gdyby ktoś nadchodził. — Nie widziałeś go. Te jego
spojrzenie. Jest przerażające, Harry. Nie przychodź, dobrze? Nie
przychodź.
— Dudley…
— Muszę iść — krzyknął
kuzyn. — Nie dzwoń więcej! Ale… No, możesz do mnie napisać.
Dobrze będzie, jeśli nie użyjesz sowy. Pa!
Połączenie
zostało przerwane. Harry przez chwilę wpatrywał się w telefon,
zanim przypomniał sobie, by go wyłączyć. Kiedy Snape podszedł,
Harry powiedział:
— Nie sądzę, aby Dudley mnie nienawidził.
— Ale głos miał martwy. — To nie wystarczy, aby dalej działało
poświęcenie mojej matki, prawda? To znaczy, jeśli wuj Vernon nie
przyjmie mnie do swojego domu, nie będzie gdzie ustawić pola.
—
Sądzę, że powinniśmy wrócić do Hogwartu — ogłosił
Snape. — Im szybciej, tym lepiej. Mogę się zająć resztą spraw
do czasu, kiedy wydobrzejesz.
— Nie — powtórzył
Harry, starając się zrozumieć, dlatego ten pomysł tak go
zasmucił. — Nie rozumie pan? Ja… Ja nawet nie wiem, czy moi
rodzice mieli pogrzeb. Nawet nie są pochowani! Zostali tylko…
wymazani. Nie mogę odejść i udawać, że to samo stało się z
ciotką Petunią. Nie mogę udawać, że jej śmierć nie miała ze
mną żadnego związku!
Snape nadal nie wyglądał na
przekonanego, więc Harry naciskał:
— Będziemy stać z tyłu,
dobrze? Kryć się… poza widokiem. Ale muszę iść, profesorze. Po
prostu muszę.
— Kiedy i gdzie? — westchnął Snape biorąc
telefon i wsuwając go do kieszeni w kamizelce Remusa.
— Dudley
nie powiedział. — Harry nie sądził, aby jego kuzyn to zrobił,
nawet gdyby zadzwonił jeszcze raz. — Niech mi pan załatwi jakąś
gazetę z Surrey. Tam będzie ogłoszenie.
Snape gapił się na
niego.
— Nie chce pan pomóc? — spytał Harry martwiąc
się, że jednak ominie go pogrzeb, jeśli Snape będzie sprawiał
problemy. — Dobra. Sam powłóczę się po mugolskim Londynie
szukając jakiejś gazety z Surrey. Krzyknę, jeśli zobaczę gdzieś
Voldemorta, pasuje?
— Przestań zachowywać się tak
dziecinnie. Ja również nie mogę wyruszyć, by spełnić
twoje pragnienie, chyba, że zostawię ciebie tutaj samego, a tego
nie zrobię.
— Niech je pan wyczaruje!
— Mimo
twojej wiary w moje możliwości, Potter, nie mogę tego zrobić.
Harry spojrzał na niego.
— Nie?
— Twoje zaskoczenie
tym, że nie mogę zrobić wszystkiego, wręcz łamie mi serce —
zadrwił Snape, ale pogarda dla całego tematu była doskonale
widoczna nawet w głosie Remusa. — Ale nie, nie mogę.
— Więc
niech ktoś z Zakonu ją kupi! — krzyknął Harry. — Teraz!
—
Nie podoba mi się twój ton, Potter!
Harry nie zamierzał
ustąpić ani o cal.
— A mnie pana!
— To się robi coraz
bardziej dziecinne — wycedził Snape, pogardliwie wypowiadając
każde słowo. Posłał wściekłe spojrzenie Harry'emu i odwrócił
się. — Zostań tutaj, i nie ruszaj się. Panuj nad swoją
histerią. Zabiorę cię na ten pogrzeb, dużo dobrego ci on
przyniesie.
Harry wszedł z powrotem do łóżka i
powiedział sobie, że kiedy to wszystko się już skończy, nie
będzie mieć nic przeciwko, aby już nigdy więcej nie
zobaczyć Severusa Snape'a.
——————————
Dzień był zimny i wietrzny, na południu zbierały się burzowe
chmury. Cmentarz tonął w popołudniowym cieniu. Harry zadrżał
przyglądając się pogrzebowi z pewnego oddalenia. Wiatr świstał
mu w uszach tak, że nie mógł rozróżnić słów
hymnu, który śpiewali żałobnicy, ale to było w porządku.
Chciał tylko patrzeć, wiedzieć, że jest wystarczająco odważny,
by znieść widok.
Przegapił właściwą część uroczystości.
Snape stwierdził, że parafialny kościółek jest za mały,
aby dało się w nim ukryć i zapytał uszczypliwie, czy Harry
naprawdę chce wywołać scenę podczas wydarzenia, które
według wszelkich prawideł powinno być uświęcone. Nie rozbawiło
go to, że Harry zaproponował pelerynę niewidkę, ale z drugiej
strony chłopak wcale nie żartował. Gdyby czarodziejska peleryna
nie została w jego kufrze w Hogwarcie, skorzystałby z niej. Szkoda,
że Accio nie zadziałałoby na coś, co musiałoby przebyć
całą drogę ze Szkocji. Zastanowił się, czy udałoby się to
komuś takiemu jak Albus Dumbledore.
Albo Voldemort.
Ceremonia
zakończyła się, Harry przyglądał się zza drzewa jak żałobnicy
jeden po drugim odchodzą w stronę zaparkowanych w pobliżu
samochodów. Pani Figg była między nimi, Harry rozpoznał
jeszcze kilka innych osób z sąsiedztwa. Wuj Vernon i Dudley
odeszli jako ostatni. Ojciec i syn, razem pogrążeni w żałobie,
lekko drżeli, mężczyzna otaczał ramieniem chłopaka. Harry chciał
podejść do nich, powiedzieć, jak bardzo mu smutno, że nie
wiedział, że do tego dojdzie, że tylko chciał pomóc.
Wiedział, iż lepiej nie mówić niczego takiego, ale
stając tam za drzewem, opatulając się płaszczem Remusa, wyszeptał
słowa i powiedział sobie, że to wystarczy.
Snape przyglądał
się mu.
— W porządku?
Nie, nie jest w porządku. Ona
nie żyje, NIE ŻYJE. I to moja wina. I biodro bardzo mnie
boli, ten twój cholerny eliksir to ŚWIŃSTWO! Nawet
już nie działa! A ona może i mnie nie kochała, ale mnie wychowała
i jestem jej coś winien, no nie? Za to, że mnie przyjęła, że
pozwoliła mi zostać po tym, jak dementorzy zaatakowali Dudleya? A
nawet nie mogę normalnie przyjść na jej pogrzeb, tylko się kryję!
Nie, nie jest w porządku!
— Taak, w porządku —
odpowiedział. Zobaczył, że Dursleyowie już poszli. — Chcę
pójść zobaczyć grób.
Snape zmarszczył brwi, ale
odpowiedział, że nie czuje tam żadnego mroku, poza smutkiem.
—
Pan… — Harry przełknął. — Niech pan tutaj zaczeka. Chcę być
sam.
— Nie będę daleko — zapewnił Snape drżąc lekko.
Harry nie sądził, aby to było ze strachu.
— Proszę niech
pan weźmie z powrotem swój płaszcz — zaoferował
zaczynając go z siebie ściągać.
Snape pokręcił głową.
—
To płaszcz Remusa i wolałby, abyś ty go miał, jeśli ci zimno.
—
Nie, w porządku…
— Ja też wolę, abyś ty go miał —
stwierdził stanowczo nauczyciel. — Idź.
——————————
Harry znalazł ukojenie przy grobie, pomyślał, że to raczej
niewłaściwe z jego strony. Uklęknął obok otwartej dziury patrząc
na kopiec świeżej ziemi znajdujący się obok i spróbował
pomyśleć, co powiedzieć ciotce Petunii.
Cmentarz przestał w
tym momencie być taki spokojny, gdy chłopak przemówił, jego
głos był pełen urazy.
— Miałaś mnie kochać — zaczął,
próbując myśleć mimo plątaniny duszących go emocji. —
Byłem tylko dzieckiem. To nie była moja wina, że zostawiono mnie
pod waszymi drzwiami. To nie moja wina, że nie byłem mugolem! Czy
wiesz, jak bardzo starałem się powstrzymać swoją magię, być
kimś, kogo byś kochała? Ale ty miałaś mnie kochać mimo
wszystko, miałaś! — Zamilkł przecierając dłonią mokry
policzek. — Zapewne widziałaś, że ja ciebie też nie kochałem.
Pewnie teraz to już nie ma znaczenia, ale nie nienawidzę ciebie…
No, nie w taki sposób, w jak ty nienawidziłaś mnie. Nie
chciałem, aby tak to się skończyło, aby Dudley został bez swojej
matki…
Zaszlochał, ponieważ wiedział, jak to jest, kiedy
tęskni się za matką, której już nie ma.
Mówienie
nie pomagało, zdecydował Harry. Tylko jeszcze bardziej wytrącało
go z równowagi. Klęczał dłuższą chwilę w ciszy,
przytulając płaszcz Remusa. Teraz już był ciepły, pocieszający.
Półmrok zaczynał zabarwiać cmentarz na szaro.
Harry
wstał myśląc, że Snape musi zamarzać sądząc, że Harry jest
stuknięty klęcząc tutaj tak długo, i to z powodu kobiety, która
nigdy nie znaczyła dla niego dużo, kiedy jeszcze żyła.
—
Ty! — oskarżył głos, kiedy wstawał. — Jak śmiesz!
Przyszedłeś się śmiać, profanować jej grób?
Zanim
Harry zdążył choćby się ruszyć, Vernon powalił go okrutnym
ciosem w twarz. Harry przeleciał kilka stóp zanim padł na
ziemię. Przed oczami widział gwiazdy, zaczęła w nim kipieć
znajoma wściekłość, wściekłość, która żądała ujścia
i miała je znaleźć.
Ale nic nie wydostało się z jego duszy,
nie pojawiła się żadna przypadkowa magia, by go ocalić. Vernon
szedł ciężko w jego stronę, z twarzą wykrzywioną wściekłości,
aż jego gruba szczęka zaczynała drżeć. Do diabła z dekretem,
nie pozwolę na to, nie tym razem, pomyślał Harry. Sięgając
do kieszeni swoich dżinsów, wyciągnał różdżkę i
wrzasnął pewnie:
— Petrificus Totalus!
Ale nic się
nie stało, zupełnie nic. Vernon Dursley nawet nie zadrżał ze
strachu. Nadal zbliżał się krzycząc o ciotce Petunii i Harrym i
niesamowitym tupecie.
— Petrificus Totalus! — zawołał
ponownie Harry wkładając w klątwę wszystkie swoje siły, z
różdżką niby przedłużeniem wyciągniętej wściekle ręki.
Ważnym przedłużeniem. Znowu jednak żadna siła nie wydostała się
w różdżki. — Immobulis! — spróbował. —
Impedimenta Forneo! Serpentsortia! Avunculare! Evanesco!
Vernon już prawie był przy nim, Harry zaczął się cofać w
panice.
— Exilio Fumare!
I magia wybuchła wokół
niego, deszcz płynnych zielonych iskier zakipiał w powietrzu, gdy
grzmot wstrząsnął ziemią pod nim. Vernon upadł twarzą do ziemi
z głośnym hukiem, a Dudley podbiegł krzycząc na Harry'ego:
—
Co ty zrobiłeś? Chcieliśmy tylko zostać jeszcze chwilę przy
mamie! Mówiłem, byś nie przychodził, mówiłem!
Harry zachwiał się, potem spojrzał na różdżkę,
zimną, leżącą bezużytecznie w jego dłoni. To nie jego magia
powstrzymała Vernona, tyle wiedział.
Snape zamigotał kilka
kroków dalej, a Harry słabo odpowiedział kuzynowi:
—
To nie ja, nie ja, ja nie…
Potem Snape zaczął coś mówić,
ale dla Harry'ego było to tylko zbitką dźwięków. Harry
zemdlał upadając na trawę, głową tuż przy nogach nauczyciela.
Rozdział następny:
Remus
