Polska
premiera rozdziału czternastego! ;)
Jak zawsze wielkie
podziękowania dla cudownej Szu! Wszelkie pozostałe literówki
to wina moja i mojego worda (spółka z o.o.)
A teraz
zapraszam już do czytania i komentowania!
Informacje co do ukazywania się nowych rozdziałów znajdują się w moim profilu ;)
korekta rozdziału: Susie
Rozdział
czternasty:
Remus
Harry
obudził się w przerażająco znajomym pokoju, nieco czyściejszym,
niż gdy widział go poprzednio. Co tu robił? W sypialni Syriusza na
Grimmauld Place 12? Harry jęknął głośno, przekręcił się na
bok i skulił. Zamknął oczy, ale wydawało mu się, że nadal może
dojrzeć kształt pokoju skąpanego w mętnym świetle zwiastującym
świt.
— Harry? — Natychmiast usłyszał znajomy głos
Remusa.
Dalej zaciskał mocno oczy.
— Zabierz mnie stąd,
dobrze? Nie jestem pewny, co sobie myślałeś, przyprowadzając mnie
akurat tutaj!
— Nie ja cię tu sprowadziłem — odpowiedział
Remus. — Severus to zrobił.
— Severus? — Harry
wyprostował się i usiadł na podwójnym łóżku,
patrząc na Remusa. — Co to znaczy — Severus?!
— Jest na
dole — wyjaśnił Remus. — Ale zawołam go, jeśli chcesz…
—
Czekaj — rozkazał Harry, czerwieniąc się, gdy zauważył, jak
obcesowo się zachował. — To znaczy, ty nie jesteś… — Zbyt
późno dotarło do niego, że przy używaniu eliksiru
wielosokowego każdy mógł podszywać się pod Remusa, więc
lepiej, aby uważał, co mówi. — Uhm, kiedy byłeś w
Hogwarcie, gdzie spędzałeś pewien szczególny okres w
miesiącu?
— Och, Harry — zaśmiał się Remus, ale kiedy
zobaczył, że chłopak nadal miał skupioną minę, wymamrotał: —
We Wrzeszczącej Chacie.
Nadal podejrzliwy, Harry kontynuował:
— Co znaczy koniec psot?
— Czyści mapę Huncwotów.
Harry, naprawdę!
— Och, no dobra — ustąpił chłopak. —
Chyba jesteś sobą. Więc Severus… Eee, to znaczy, profesor Snape
jest na dole? Jest już sobą?
— Tego bym nie powiedział —
odparł Lupin. — Och, wielosokowy przestał działać, jeśli o to
pytałeś. Ale on… Jest lekko zaniepokojony, tak to nazwijmy.
Harry jeszcze raz rozejrzał się po pokoju i zaczął drżeć.
— No więc, zawołaj go, dobrze?
— Harry — powiedział
cicho Remus odchodząc od łóżka. — Poradzimy sobie z tym,
dobrze? Pokonamy to.
W tym momencie Harry przypomniał
sobie cmentarz, wuja Vernona i kolejne zaklęcia, które nie
chciały zadziałać. Podniósł wzrok, zielone oczy
rozszerzyły się, gdy prawda do niego dotarła.
— Straciłem
magię, prawda?
— Poradzimy sobie z tym — powtórzył
Remus. — Zawołam Severusa.
——————————
Kiedy nauczyciel wszedł, Harry nie mógł oderwać od
niego wzroku. Chyba nigdy wcześniej nie widział Snape'a w
mugolskim ubraniu. No, może poza chwilą, gdy bogin przybrał jego
postać, ale tego nie można było nazwać normalnym. Teraz
Mistrz Eliksirów miał na sobie ciemnoszare spodnie i
ślizgoński, zielony golf. Całość mogłaby jakoś wyglądać w
połączeniu z szatami, ale bez nich? To po prostu nie był Snape.
—
Zbyt pośpiesznie uznaliśmy, że wydobrzałeś — odezwał się
stojąc w drzwiach, jakby nie chciał podchodzić bliżej do
Harry'ego. — Byłeś nieprzytomny przez kilka godzin, zanim
zasnąłeś naturalnym snem, co świadczy o tym, że nadal nie jesteś
zdrowy.
— Nie wspominając o tym, że próbowałem rzucić
dziesięć czy dwadzieścia klątw na wuja Vernona — wymamrotał
Harry. — Nawet nie drgnął, a już na pewno go to nie zatrzymało.
Było tak, jakby wiedział, że nie potrafię już czarować!
— Najzwyczajniej był rozzłoszczony.
Harry zaśmiał się
histerycznie.
— Czy to nadal jest uznawane za złamanie prawa,
jeśli rzucane klątwy nie działają? Choć to i tak nie miałoby
znaczenia, gdyby złamali mi różdżkę, już nie. Niezbyt mi
się przyda, no nie?
Przerwał mu łagodny głos Remusa.
—
Harry, wiesz lepiej niż ktokolwiek inny, że wolno ci użyć magii w
samoobronie.
— Taak, wiem — przyznał chłopak. — Nie mogę
zwyczajnie uwierzyć, że to się dzieje. Co, do cholery,
poszło źle? Czarodzieje nie tracą mocy ot tak!
—
Najwyraźniej przeszczep szpiku kostnego zaburzył poziom twojej
kontroli nad magią — wyjaśnił obcesowo Snape. Na widok uważnej
miny Harry'ego dodał: — Tak, tak, Lupin wie teraz o wszystkim.
Musi, gdyż zostaniesz tu z nim do chwili, gdy sytuacja zostanie
rozwiązana.
Harry zdenerwował się.
— Tutaj? Nie
mogę tutaj zostać!
— Gdzie indziej mielibyśmy ciebie
bezpiecznie umieścić? — dopytał się Snape drwiącym głosem. —
Nigdy nie wrócisz na Privet Drive, a o Hogwarcie nie ma nawet
mowy.
— Powrót do Hogwartu brzmi dobrze — odparł
wściekle Harry. — Muszę wrócić do swoich zajęć.
Snape
warknął, nieco jak Remus w wilczej postaci.
— Zwariowałeś
zupełnie, Potter? W tej chwili, z tego co nam wiadomo, nie masz
żadnej mocy! A mimo to proponujesz powrót do miejsca, gdzie
prawie na każdej lekcji wymaga się od ciebie aktywnego korzystanie
z magii? Jak myślisz, jak długo byłbyś w stanie ukryć przed
innymi swój stan?
— Ron i Hermiona nie powiedzieliby
nikomu…
— Merlinie, ratuj przed naiwnymi idiotami! —
wykrzyknął Snape. — Nie każdy w Hogwarcie jest wdzięczącym
się, schlebiającym ci Gryfonem, który aż pali się do
krycia twoich sekretów! Według planu lekcji masz kilka razy w
tygodniu zajęcia z Draco Malfoyem, nieprawdaż? Myślisz, że ujdzie
jego uwadze, że już nie jesteś w stanie rzucić nawet
najprostszego zaklęcia?
Harry, dopiero gdy wypuścił powietrze
uświadomił sobie, że je wstrzymał.
— Och. Chyba rozumiem.
Martwi się pan, że Voldemort to odkryje.
— Co za wspaniała
dedukcja, panie Potter — zadrwił Snape.
— Severusie, powoli,
ty i ja mieliśmy dość czasu, aby to wszystko przemyśleć —
wtrącił Remus. — Bądź sprawiedliwy.
— Ach, Gryfoni i
sprawiedliwość — prychnął pogardliwie. Wszedł do pokoju i
kontynuował rozmowę. — Największym marzeniem Czarnego Pana jest
twoja śmierć. Wykiwałeś go, Potter, a tego nie potrafi zdzierżyć.
Gdyby dowiedział się, że aktualnie jesteś bezbronny, poruszyłby
nawet piekło, byle się do ciebie dobrać. Hogwart, ze wszystkimi
swoimi starożytnymi zabezpieczeniami, nie byłby wystarczająco
bezpieczny dla ciebie. Tylko spore magiczne zdolności i ogromne
szczęście, ocalały ci do tej pory skórę!
— Dobrze,
już dobrze, rozumiem — odparł Harry. Jezu, mógł już
sobie darować po pierwszym zdaniu, nie musiał go traktować jak
kompletnego głupka. — Nie podoba mi się to, właściwie to nawet
tego nienawidzę, ale podejrzewam, że ma pan rację. Grimmauld Place
12 jest prawdopodobnie najbezpieczniejszym dla mnie miejscem.
Nienanoszalny, lokację może ujawnić tylko Strażnik Tajemnicy, a
nim jest jedyny czarodziej, którego Voldemort kiedykolwiek się
lękał! Dobrze? Rozumiem!
— Wydaje się zrozpaczony —
skomentował cicho Lupin.
— A czego się spodziewasz? —
wykrzyknął Harry. — Syriusz nie cierpiał tego miejsca!
Nienawidził tego, że był tu zamknięty jak w klatce, za jedyne
towarzystwo mając wrzeszczący portret matki, która nim
gardziła, i najbardziej nielojalnego skrzata w historii
czarodziejów! — Dziwne iskry sprawiły, że oczy Harry'ego
zapłonęły. Kiedy znowu się odezwał, głos miał zimny i
wyrachowany. — A gdzie jest Stworek?
— Stworek nie żyje —
ogłosił Remus.
— Czy jego głowa wisi na ścianie? —
zaszydził chłopak, zaciskając z rozczarowania pięści. Chciał
osobiście zabić te małe gówno. Taak, dusić go, aż oczy mu
wypłyną z czaszki, potem skręcić mu kark, a na koniec porządnie
kopnąć, i jeszcze raz, aż zostanie z niego krwawa miazga.
Mroczne
cienie pojawiły się pod jego oczami, gdy o tym rozmyślał.
—
Opanuj się, Potter! — ryknął nagle Snape podchodząc bliżej i
chwytając chłopaka za ramiona. Nie potrząsnął nim, tylko
trzymał. — Problemem jest nie twój dom, ani skrzat domowy,
którego nienawidzisz, ani jakikolwiek inny, pozbawiony
znaczenia kaprys, jakim obecnie zaprzątasz sobie głowę. Jest nim
twoja magia.
— A raczej jej brak — wymamrotał Harry,
spoglądając na Snape'a. Długie, czarne włosy mężczyzny kryły
wyraz jego twarzy. Taak, Snape lubił ukrywać… Dotarło do niego,
że sarkazm i gniew nauczyciela miały na celu maskowanie czegoś
innego, czegoś, co już wcześniej widział, chociaż wtedy była to
twarz Remusa. Ale to Snape się za nią krył. Snape martwił się o
niego. Bardzo. Niepokoił się, jak to określił Remus.
Zdusiło
to gniew Harry'ego, teraz czuł się… pokonany. Nawet troska
Snape'a nie mogła naprawić tego, co się działo, prawda?
—
Cóż za ironia, prawda? — powiedział Harry przełykając
ślinę i strząsając ręce nauczyciela. — Przez całe lata
marzyłem, aby cała ta magia zniknęła. A teraz, kiedy Dursleyowie
już na dobre ze mną skończyli, sama znikła!
Łagodny głos
Remusa oferował nadzieję i pocieszenie.
— Spodziewam się, że
to tymczasowa aberracja, Harry. Już cię przebadała uzdrowicielka.
Harry zdjął okulary, przetarł oczy i ponownie je nałożył.
— I?
— Przebadała cię z góry na dół —
ogłosił powoli Snape, nadal stojąc tylko o cale od kolan Harry'ego
— i stwierdziła, że prawdopodobnie jest to wina długotrwałej
gorączki. W połączeniu z zepsutymi mugolskimi eliksirami,
znajdującymi się w twoim organizmie, wypaliła kompletnie twój
magiczny rdzeń. W tym samym czasie organizm zauważył utratę
szpiku kostnego, co nie wpłynęło korzystnie na twój stan
zdrowia. Twoja krew skupiona na brakach w szpiku nie broniła się
przed problemem utraty magii. Tak przynajmniej uważa uzdrowiciel
Marjygold.
— Pan uważa inaczej? — spytał Harry, bojąc się,
że odpowiedź może być jeszcze mniej przyjemna niż to, co
usłyszał do tej chwili.
— Sytuacja jest dużo bardziej
skomplikowana, niż uzdrowicielka Marjygold może sądzić —
wyjaśnił Snape. Usiadł na rogu łóżka, zwrócony w
stronę Harry'ego. — Jest w Zakonie i ufam jej, inaczej bym jej
nie wezwał, ale w jej teorii są pewne nieścisłości.
Harry
usiadł prosto.
— Na przykład jakie?
— Oddech Helas
uśmierzył ból. Gdyby twój magiczny rdzeń wypalił
się do cna, tak, jak twierdzi Marjygold, eliksir okazałby się
bezużyteczny bądź śmiertelny, jak już ci kiedyś wyjaśniłem.
— Na początku działał — Harry czuł, że ma ściśnięte
gardło. — Ale w dzień pogrzebu był już bezużyteczny. —
Dobrze, że nie był to jeden z tych śmiertelnych przypadków.
— Bolało cię i nic mi nie powiedziałeś, Harry?
— Nie
przywykłem do narzekania, jasne?
Snape skinął głową,
zamyślił się i zerknął znacząco na Remusa.
— Co? —
spytał natychmiast Harry, a kiedy ociągali się z odpowiedzią,
dodał: — No dalej. Co?
To Remus w końcu się odezwał.
—
Severus wspomniał o rzeczach, o których mówiłeś w
ciągu ostatnich dni, Harry. O… obwinianiu siebie, myśleniu, że
śmierć innych jest twoją winą. Zastanawialiśmy się, czy nie
próbujesz się ukarać. Podejrzewamy, że uzdrowicielka
zupełnie minęła się z prawdą. Nie ma wątpliwości, że twój
rdzeń został uszkodzony przez gorączkę, ale prawdziwym powodem
może być twoja chęć, by ukarać się za oddanie szpiku kostnego
ciotce.
Harry miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Czy naprawdę
tak myślał o nim Remus?
— Nie wierzy pan w te bzdury,
prawda? — spytał, odsuwając się i spoglądając na Snape'a. Po
chwili jednak objął wzrokiem ich obu.
— Wolałeś cierpieć
na cmentarzu niż poprosić o więcej eliksiru — zauważył Snape.
— Taak, i dobrze. Inaczej magiczny eliksir by mnie
zabił! — Harry zamyślił się. Ten eliksir był bezużyteczny,
nie śmiertelny. Cóż, nie o to chodziło. — I miałem dużo
na głowie!
— Dokładnie — stwierdził Remus. — Pewnie nie
chodzi tylko o twoją ciotkę, prawda? Obwiniasz się o Syriusza,
Cedrika Diggory'ego i pewnie o odrodzenie Voldemorta.
—
Odbyliście ładną, długą pogawędkę, co? — odparł zjadliwie
Harry. — Cóż, pomyślmy. Hm, zachowałem się jak zupełny
kretyn i ruszyłem bezmyślnie prosto w pułapkę, przez co Syriusz
musiał mnie ratować, i to ja nalegałem, jak na Gryfona
przystało, aby Cedrik chwycił razem ze mną puchar, i to moja
krew pomogła w odrodzeniu tego krwiożerczego dupka, więc
powiedziałbym, że właściwie to widzę. Może jeszcze dokończmy
listę, co? Jeśli już jesteśmy w tym temacie, to śmierć moich
rodziców też była moją winą! Voldemort chciał dopaść
mnie, teraz to wiemy. Gdyby nie ja, Remus nadal miałby
swojego najlepszego przyjaciela. A nawet dwóch!
— Black
to również moja wina — powiedział cicho Snape.
—
Wiem o tym! — wrzasnął Harry, zrywając się na nogi. — I
Dumbledore'a i śmierciożerców i Voldemorta i, jeśli już
o tym mowa, to winnym jest sam Syriusz! Nie twierdzę, że to
wszystko to moja wina. Cholera, częściowo pańską winą
jest śmierć moich rodziców, no nie? Już wtedy pan
szpiegował i jakoś zbyt dobrze to nie wyszło, prawda?
—
Harry… — wtrącił Remus.
— Pozwól mi mówić
— przerwał mu Harry, chodząc po pokoju w tę i z powrotem
próbował zebrać myśli. — Dobra. Wina rozkłada się na
wiele osób, nie jestem tak głupi, by udawać, że nie leży
ona również po mojej stronie, nieważne, jakie banały
chcecie mi wmówić. Ale to drugie? — Zaśmiał się
szorstko. — Karzę się? Co za bzdura. Założę się, że
żadne z was nie ma wykształcenia psychologicznego, więc darujcie
sobie analizowanie mojej osobowości, dobrze? Pomyślcie chwilę!
Och, jasne, karzę się tracąc panowanie nad magią! To ma sens,
nie? Bo teraz nikt nie będzie mógł wypełnić proroctwa,
nikt nie pokona tego wężopodobnego drania i w ogóle. Więc
zginie dużo więcej osób i będę mógł czuć się
jeszcze bardziej winny. Dziękuję za waszą rzetelną psychoanalizę,
ale nie jestem tak świrnięty!
— On niegłupio mówi,
Lupin — odparł po chwili Severus.
— Taak, on
niegłupio mówi — przedrzeźniał Harry. — Ile muszę mieć
lat, abyście przestali rozmawiać mi nad głową?
— Odzywaj
się do nas z szacunkiem — skarcił go Snape. — Lupin jest tutaj
po to, aby ci pomóc, ja również.
Będę się
odzywał, jak mi się będzie podobało, chciał wykrzyknąć
Harry, ale wiedział, że nauczyciel miał rację. Wypuścił to z
siebie, a teraz nadszedł czas, aby to wszystko sobie poukładać.
—
Więc jaki jest plan? — zapytał spokojnie Harry, opierając się o
ścianę i z zadowoleniem przyglądając oniemiałym minom mężczyzn.
Zapewne spodziewali się, że dłużej będzie się wściekał. Może
przypomnieli sobie, jak stracił nad sobą kontrolę i zniszczył
gabinet Dumbledore'a.
Teraz też byłby do tego zdolny. Był
wystarczająco wściekły. Właściwie, to czuł, jakby ta czarna
energia ze schowka dostała się jakoś do jego uszkodzonego szpiku.
Ale nie miał zamiaru pozwolić jej, by przejęła nad nim całkowitą
kontrolę. Musiał się trzymać i rozwiązać jakoś problem, tak
jak powiedział Remus.
Snape przez chwilę przyglądał się
Harry'emu, a potem wyjaśnił plan, jak to nazwał Harry.
—
Lupin będzie ciebie uczył, by znowu pobudzić twoją magię.
Zostanie tu z tobą tak długo, jak będzie trzeba, a na ten czas
reszta Zakonu nie będzie odwiedzała kwatery głównej. Im
mniej będą wiedzieć o twoim… problemie, tym lepiej. Ja muszę
wrócić do Hogwartu, do swoich zajęć i obowiązków
względem Zakonu, ale będę przychodził wieczorami, gdy będę
mógł, aby pomóc ci w oklumencji.
Harry uniósł
dłoń do blizny.
— Myśli pan, że to nadal jest potrzebne,
nawet, gdy jestem… charłakiem?
— Nie jesteś charłakiem —
zapewnił natychmiast Snape. — Zostałeś ranny, wyzdrowiejesz. —
Zamilkł, ale Harry nic nie odpowiedział. — A co do twojej blizny,
nie mam powodu, by sądzić, że Czarny Pan korzystał z twojej magii
wysyłając ci sny, dlatego musisz za wszelką cenę nauczyć się
chronić umysł.
— Ale jak mam to zrobić bez własnej magii?
Snape wyglądał na zaskoczonego.
— Aby zdyscyplinować
umysł nie potrzeba magii, Harry, choć oczywiście może pomóc.
W każdym razie oczekuję, że zacznie powracać wraz z upływem
czasu i twojej pracy z Lupinem.
— Więc oklumencja —
wymamrotał chłopak i skinął głową. — Jasne. Jeśli Voldemort
spróbuje wejrzeć w mój umysł i zobaczy, że nie mam
mocy, będę miał przerąbane.
— Dokładnie.
— Ale
Dumbledore powiedział, że to on powinien mnie uczyć —
przypomniał Harry. Nie chodziło o to, że chciał pracować z
Dumbledore'em, ale podejrzewał, że dyrektor będzie nalegał. —
Czy to nie jest nadal aktualne?
— Profesor Dumbledore, Harry —
zbeształ go Remus.
Snape uniósł nieco brodę.
—
Masz coś przeciwko temu, abym to ja cię uczył? Jeśli tak, powiem
Albusowi — zamilkł i odwrócił wzrok. — Wiem, że ten
poranek nie był łatwy, ale myślałem, że już zostawiliśmy to za
sobą, Harry.
— Zostawiliśmy — wymamrotał Harry, nieco
zażenowany, że musi to przyznać przy Remusie. — Tylko… — Nie
wiedział jak to powiedzieć, nie chciał odgrywać się na Snapie.
Nie chciał nawet ranić jego uczuć, zakładając oczywiście, że
je w ogóle miał. Ale oklumencja była zbyt ważna, aby ją
ignorować. — Czy będzie mnie pan tym razem uczył? W
zeszłym roku tylko pan krzyczał i groził. A tak, jeszcze atakował,
aż niemal nie byłem w stanie nic widzieć.
Remus zachichotał
cicho.
— Prawie jak stary Trutt od zaklęć, Severusie.
Pamiętasz? Oczywiście, szybko się uczyłeś, ale pamiętam, że i
ty czasami uważałeś jego metody za… nieprzyjemne.
— Ja nie
prowadzę zajęć jak Trutt — zdenerwował się Snape. —
On był bezwartościowy.
Harry nie znał żadnego Trutta,
ale wiedział, co myśli o metodach nauczania stosowanych przez
Snape'a.
— Powtarzał pan tylko w kółko Chroń
umysł, Potter. Pozwalasz mi wygrać, sam dajesz mi broń! —
przedrzeźniał. — Ale ani razu nie powiedział mi pan, jak to
zrobić!
— Powiedziałem ci, abyś oczyszczał umysł
codziennie przed snem, ty niewdzięczny durniu!
— Taak, a ja
nawet nie próbowałem — przyznał Harry, nie chcąc nawet
myśleć dlaczego. — Dobrze, więc znowu w temacie winy: obaj
jesteśmy winni i wiem o tym. Bardziej się postaram, obiecuję. Tym
razem zrobię swoją część. Wiem, co mogę stracić, co wszyscy
możemy stracić, jeśli Voldemortowi uda się teraz wejrzeć we
mnie.
— Severusie? — zapytał Remus, jak gdyby uważając, że
oferta Harry'ego była więcej niż uczciwa.
Snape sapnął z
irytacją.
— Postaram się wyjaśnić sprawy dokładniej i
pomóc ci w ćwiczeniach.
— No proszę, to nie było
takie trudne, prawda? — zakpił lekko Harry. — Mogę wysyłać
sowy do przyjaciół, gdy tu jestem?
Snape odsunął z
twarzy długie kosmyki czarnych włosów.
— Tak, ale
uważaj, co piszesz. Zapewne uda ci się powiedzieć wystarczająco,
a jednocześnie niezbyt dużo. Nie wysyłaj ich jednak. Zabiorę je,
kiedy przyjdę, i wyślę przez szkolne sowy.
Harry pomyślał,
że to już paranoja, ale jeśli ktoś obserwował okolicę, nie
byłoby zbyt dobrze, aby sowy wylatywały i wlatywały do Grimmauld
Place 12.
— Po prostu nie może pan zostawić mojej
korespondencji w spokoju, prawda? — zażartował.
Mały
uśmieszek zagościł na twarzy Snape'a.
— Co jest, Potter?
— Och, niech pan przestanie — odparł lekko Harry. — Albo
powiem Remusowi jak pewnego dnia na lekcji przeczytał pan na głos
moją prywatną korespondencję.
— Severusie! — Lupin sapnął
głośno.
— Spokojnie, ustąpił — zaśmiał się Harry.
Pomyślał, że potrzebował dobrego śmiechu. Dość
satysfakcjonujące było, że mógł się pośmiać wraz ze
Snape'em, który oddychał nieco zbyt głęboko, jakby
starając się powstrzymać.
A co do poczty, czy sowy były w
stanie znaleźć Grimmauld Place 12? Przecież im Dumbledore
osobiście nie mówił, że te miejsce istnieje.
— Uhm,
mam prośbę — zaryzykował. — Ron i Hermiona będą musieli
jakoś się ze mną kontaktować. Podejrzewam, że sowy odpadają.
Mogę im powiedzieć, aby wsuwali listy do swoich esejów? Wie
pan, zwinęliby je ciasno z pergaminem i pan by mi je przyniósł?
— Zapewne — wycedził, starając się nadać głosowi mroczny
ton, co nie do końca mu wyszło. — Wspomnij jednak, aby twoi mali
przyjaciele nie upuścili żadnych listów na podłogę,
dobrze?
— Tak, profesorze.
Snape przytaknął raźnie.
—
Naprawdę muszę iść, Harry. Zostaniesz tu z Remusem, dobrze?
—
Taak, jasne.
— Nie wyprowadzaj go z domu — ostrzegł Snape
Lupina. — Dom chroni go przed mroczną magią, tym bardziej teraz,
gdy nie ma już tu Stworka. Możliwe, że Czarny Pan nie będzie w
stanie komunikować się poprzez bliznę tak długo, jak Harry tutaj
pozostanie. Może dać nam to wystarczająco dużo czasu, aby
opanował oklumencję.
Tym razem Harry nie próbował nawet
wspominać, że nadal tam stoi, nawet kiedy Snape kontynuował.
—
Nadal jest blady, Lupin, i możliwe, że będzie musiał pracować
długo w nocy. Upewnij się, że prześpi kilka godzin po południu.
— Pewnie nie wolno mi pić eliksiru nasennego? — spytał
Harry. — Bezużyteczny albo śmiertelny?
— Bezużyteczny.
—
Uhm, a co z kupieniem czegoś w aptece? Wie pan, mugolska medycyna?
— Naprawdę uważasz, że mądrze będzie wystawić się na
działanie jeszcze większej ilości tej podejrzanej substancji,
przez którą jesteś w takim stanie? — spytał wyniośle
Snape.
Nie, Harry nie sądził, aby to był taki dobry pomysł.
Westchnął.
— Przykro mi, że nie mogę nic więcej dla ciebie
zrobić — przyznał łagodnie Snape. — Bez wątpienia biodro
nadal cię boli, ale to też będziesz musiał wytrzymać.
Bolało
okrutnie, Harry nagle miał przeczucie, że wcale nie będzie
potrzebował środków nasennych — ból zmęczy go
bardzo szybko. Na głos powiedział tylko:
— W porządku.
Bywało gorzej.
Snape przytaknął.
— Zobaczymy się
wieczorem, w takim razie — powiedział do Harry'ego, zanim
podszedł do kominka i chwycił garść Fiuu z półki.
Gdy
Mistrz Eliksirów zniknął w zielonych płomieniach, Harry
odwrócił się do Remusa.
— To ja się ubiorę. —
Spojrzał na nieznaną, przydługą piżamę zastanawiając się, czy
należała do Syriusza. Na tę myśl natychmiast zrobiło mu się
nieprzyjemnie i nieswojo. — Uhm, są tu jakieś moje rzeczy?
—
Severus przyniósł trochę przez Fiuu — wyjaśnił Remus,
wskazując na kufer z szufladami.
Harry zastanowił się, jak to
zrobił. Może jako Remus. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić
Mistrza Eliksirów wkraczającego do pokoju wspólnego
Gryfonów i informującego zdawkowo, że potrzebuje ubrań
Harry'ego. Ale przed nim znajdował się, ładnie złożony, wybór
koszulek, swetrów i dżinsów. Były nawet buty i
skarpetki. Żadnych szkolnych szat, ale nie będą mu tutaj
potrzebne, prawda?
— Hej, gdzie są moje pergaminy? — zawołał
Harry. Remus wyszedł z pokoju, aby chłopak mógł się ubrać.
— Severus powiedział, że nie będziesz ich potrzebował —
odpowiedział Remus i Harry, który właśnie wciągał dżinsy,
prawie się przewrócił.
— Co on sobie myśli? Że
jestem na jakichś wakacjach? — wrzasnął Harry i otworzył
szeroko drzwi, nadal zapinając rozporek. Remus był tuż za nimi.
Ups. — Sorry, nie chciałem cię ogłuszyć.
— Obaj
uważamy, że musisz skoncentrować się na jedynej rzeczy, która
się tej chwili liczy — wyjaśnił łagodnie Remus.
— Taak,
cóż, moje owutemy też się liczą — odparł Harry, zanim
oprzytomniał. — Ale nie, jeśli nie odzyskam magii. Dobra, po
kolei. Więc co na początek? Jak mamy w ogóle zacząć?
—
Przynieś swoją różdżkę. Jest w dolnej szufladzie —
polecił Remus. — I zejdź na dół. Ale nie martw się,
Harry. Nie wierzę, aby twój rdzeń wypalił się do cna.
Znajdziemy niedopałek i obudzimy go z powrotem do życia.
—
Taak — odpowiedział Harry, ale wcale nie był tego taki pewny.
Rozdział następny:
Expecto Patronum
