korekta rozdziału: Susie
Rozdział piętnasty:
Expecto Patronum
Harry klęczał tuż przy samym kominku w salonie i wskazywał różdżką
na rozgrzebany popiół znajdujący się wewnątrz. Wykrzyknął z całą mocą:
— Incendio!
Pojedyncza smuga popiołu wzbiła się w powietrze, po chwili jednak
opadła i dołączyła do innych na palenisku.
— Widzisz, już lepiej — powiedział zachęcająco Remus. — Tym razem
coś się stało.
— Remus, dmuchnąłem na to, to wszystko!
Harry usiadł na podłogę i wyciągnął się, prawie mając nadzieję, że
bahanka albo jakiś demon wodny wyłoni się z cienia. Przynajmniej wtedy
zobaczyłby, jak Remus rzuca czary. Bo jego własne niestety nie działały.
Cóż, przynajmniej Remus, w przeciwieństwie do Snape'a, nie miał w
zwyczaju warczeć, że się nie stara. Naprawdę się starał, z całej siły.
Wizualizował płomień wydobywający się z jego różdżki, wyobrażał sobie uczucie,
jak najpierw tuż pod skórą, a potem poza nią zbiera się magia i wyrzuca
z siebie zaklęcia.
Ale to na nic.
— No dalej, wracajmy do pracy — nalegał cicho Remus, podciągając
Harry'ego za rękę. — Nie pozwolimy, aby to nam psuło nastrój. Może
niepotrzebnie zaczęliśmy od Incendio. Potrzebujemy czegoś prostego. Może
Wingardium Leviosa?
Harry pokręcił głową. Nie było łatwiejszego zaklęcia niż Incendio
i Remus doskonale o tym wiedział. Kogo próbował nabrać? Potrzeba tylko ułamka
mocy, aby rozpalić ogień. Uniesienie czegoś i utrzymanie tego w powietrzu
wymagało podtrzymania magii.
Ale Remus nalegał, więc Harry spróbował.
— Wingardium Leviosa — wymówił zaklęcie, wskazując na
kawałek puchu, który wydostał się z poduszki leżącej na sofie. Chłopak
wpatrywał się w niego, każąc mu się unieść, ale ten nic sobie z tego nie robił.
Śmieje się ze mnie szyderczo, pomyślał Harry z obrzydzeniem. Odwrócił
się do Remusa z miną I co teraz?
— Harry, ktoś, kto zdołał wyczarować Patronusa będąc nastolatkiem,
a ty to zrobiłeś, po prostu nie może stracić magii przez zwykłą
gorączkę. — Remus zamyślił się. — Och, może właśnie o to chodzi.
— Co?
Remus usiadł na zatęchłej sofie i poklepał miejsce obok siebie.
Harry przysiadł się do niego.
— Przez tych kilka ostatnich dni rozmyślałeś raczej o ponurych
rzeczach, prawda?
— Uhm… Cóż, niespecjalnie. To znaczy, czułem się dużo gorzej pod
koniec ostatniego roku szkolnego — przyznał Harry, zastanawiając się, do czego
zmierza jego były nauczyciel.
— Ale zostałeś wciągnięty w tyle spraw związanych z Severusem…
— Hej, Snape i ja dogadujemy się całkiem dobrze, a może nie mogłeś
nie zauważyć?
— Profesor Snape, Harry. I miło to słyszeć. Ale mimo
wszystko, na początku zapewne nie było ci przyjemnie. Spadły na ciebie
dodatkowe zmartwienia. Brak pola ochronnego, śmierć ciotki i atak wuja, co, jak
sądzę, nie zdarzało się tak rzadko, nie mówiąc już o przerażeniu, jakie
musiałeś czuć przed narkozą i…
— Ale papla z tego Snape'a — burknął Harry.
— Chodzi o to — kontynuował cicho Remus — że te wszystkie rzeczy
nagromadziły się, jedna po drugiej. Myślę, że znajdujesz się teraz w ponurym
miejscu, a emocjonalnie…
— Och, świetnie, kolejna psychologiczna bzdura. Znowu opiszesz
mnie jako masochistę? Czy może tym razem jako tchórza, który próbuje przed tym
wszystkim uciec?
— Gdzie poznałeś takie słowo jak masochista? — mężczyzna wciągnął
głośno powietrze.
— Remus, mam szesnaście lat, nie dwanaście — odparł Harry. — I
przeczytałem je w podręczniku do wróżbiarstwa.
Remus spróbował wrócić do poprzedniego tematu.
— Jesteś w ponurym miejscu — powtórzył surowym głosem. Harry już
mu nie przerywał. Jakby powiedział Snape, okazał nieco więcej szacunku. — Wierz
mi, Harry, to nie są bzdury. Powszechnie wiadomo, iż nastawienie psychiczne
wpływa na leczenie. A ty masz rany, zarówno fizyczne jak i magiczne, które
wymagają intensywnego leczenia. Twoja depresja może to hamować. Zatem
proponuję, abyśmy popracowali najpierw nad zaklęciem Patronus, które,
jak wiesz, wymaga wyjątkowo szczęśliwych wspomnień. Zmuszając się do myślenia o
nich, zmusimy cię do leczenia.
To było najgłupszą rzeczą, jaką Harry słyszał z ust Remusa.
Głównie dlatego, że wiedział, że nie ma depresji. Jasne, jego życie ostatnio
było ciut ponure, ale czy kiedyś było inaczej? Ze schowka pod schodami, poprzez
Voldemorta i spetryfikowanych przyjaciół, po ginących znajomych i katastrofę z
Syriuszem. Jego życie nie było usłane różami. Ale nigdy nie miał depresji,
nie w takim znaczeniu, jak uważał Remus. Zwyczajnie nauczył się ignorować te
okropne rzeczy, odsuwać je od siebie, i iść dalej.
Chociaż odsunąć Syriusza było niełatwo. Naprawdę trudno.
Może rzeczywiście miał lekką depresję. Zmarszczył czoło. Nie
spodobał mu się ten pomysł. Czy Snape też tak uważał?
— To zupełnie normalne, że, po tym wszystkim czego doświadczyłeś,
jesteś przygnębiony — stwierdził łagodnie Remus, przyglądając się mu ze
smutkiem i zrozumieniem.
Widząc ten wzrok Harry poczuł się jak hipogryf, którego pogłaskano
pod pióra. Albo może raczej, jak hipogryf, który właśnie został obrażony. Nie
potrzebował rozpieszczania. Co więcej, nie chciał, aby Remus uważał, że tego
potrzebuje.
Z drugiej strony rozumiał, że mężczyzna stara się tylko pomóc. Dla
dobra ich przyjaźni, nie wspominając o swojej magii, Harry zdecydował, że
skoncentruje się na opanowaniu swoich lekcji, a nie na bezcelowych dyskusjach o
swoich uczuciach.
— No dobra, Patronus — wymamrotał wstając i ustawiając się
ponownie. Teraz wspomnienie. Coś radosnego, przyprawiającego o zawrót głowy ze
szczęścia. Ta magiczna, perfekcyjna chwila, kiedy wierzył, że zamieszka z
Syriuszem…
Harry wyciągnął ramię i skierował różdżkę nieco w górę.
— Expecto Patronum!
Nic. Zupełnie nic.
——————————
Po południu Harry miał już zupełnie dość przywoływania wesołych
wspomnień. Godziny wykrzykiwania Expecto Patronum tylko wzmagały
frustrację, a to nie poprawiało mu nastroju.
Tyle wysiłku, a nawet srebrna mgiełka nie wydostała się z tej
przeklętej różdżki.
Jeśli Harry wcześniej nie miał depresji, to teraz z pewnością się
jej nabawił. Poszedł na górę, aby się trochę przespać, głównie dlatego, że nie
chciał później zasypiać podczas lekcji oklumencji. Snape tym razem zobaczy, że
traktuje to poważnie.
Jednak zamiast wrócić do sypialni Syriusza, skierował się do
pokoju, który wcześniej dzielił z Ronem. Łóżka nie były posłane, ale nie
przeszkadzało mu to. Położył się na zdrowym boku, zamknął oczy i zaczął liczyć
od tysiąca w dół. Czasami ułatwiało mu to zaśnięcie, czasami nie. Tym razem
pomogło.
Stworek stał na stole, wściekle rozlewając wino z
piętnastowiecznego, srebrnego pucharu z herbem Blacków. Portret pani został
usunięty, gobelin również, przez tego noszącego czarne szaty zdrajcę krwi,
tego, który przychodził, ale nigdy nie zostawał. Och, użył on mrocznej magii, o
tak, zaklęć i inkantacji, i klątw, chociaż nie był prawdziwym mrocznym
czarodziejem. O tak, Stworek wiedział, wiedział. I Stworek zostanie pomszczony,
tak, jak został pomszczony na okropnym paniczu, który złamał pani serce…
Wirowanie, Stworek zawirował, po chwili cały
pokój już obracał się dokoła, a potem całe miasto, aż wszystko się zatrzymało.
Stworek zniknął, a zamiast niego pojawił się dom na Privet Drive 4.
Ciemne energie czaiły się pod schodami, potem
przedostały się przez szpary w drzwiach i wypełniając kąty i cały dom. Dudley
krzyczał na trawniku, Nie, nie, niech przestanie, niech
przestanie! Dom wydawał się być rozpierany od środka. Szyby wystrzeliły z
okien, kawałki szkła obsypały Privet Drive i Magnolia Crescent, a poprzez
grubą, dławiącą warstwę czarnej energii Harry widział, jak dom wybucha, zanika
zupełnie, aż nie pozostaje po nic poza plamą na zwęglonym polu i zranioną
ziemią.
A nad tym wszystkim, na niebie, złowieszczo
wisiał Mroczny Znak.
Chwytając powietrze Harry usiadł prosto i dotknął dłonią czoła.
Ale to był tylko odruch. Blizna nie bolała. Nawet podczas snu.
Więc Harry zdecydował, że snu nie wywołał Voldemort, ale on sam.
Może jednak był nieco bardziej przygnębiony niż myślał.
——————————
W domu nie było żadnego skrzata, zatem ćwiczenia musiały zostać
przerwane, aby ktoś mógł przygotować obiad. I dobrze, zdecydował Harry.
Natychmiast po drzemce Remus wysłał Harry'ego z powrotem do pracy nad zaklęciem
wesołości, jak nazywał to w myślach Harry. Ale zaklęcie w ogóle nie
wywoływało u niego radości, prawda? Czuł, że jeszcze raz nie wyjdzie mu Patronus,
a kogoś udusi. Co za szkoda, że nie ma jednak w pobliżu Stworka,
pomyślał.
Nigdy nie przepadał za gotowaniem, choć był w tym raczej dobry. We
dwóch z Remusem poradzili sobie dość szybko. Przy surówce i kilku kotletach nie
było dużo pracy.
Harry zauważył, że Remus stara się przy nim nie używać magii.
Nawet puszkę soku grejpfrutowego otworzył ręcznie, chociaż było widać, że nie
za bardzo wie, jak korzystać z otwieracza. To chyba najlepiej świadczyło o tym,
jak czuje się Remus.
Po zjedzeniu posiłku i zmyciu naczyń mężczyzna potarł dłonie i
zaproponował kolejną próbę z Patronusem. Harry'emu zrobiło się niedobrze
na samą myśl o kolejnej porażce, więc powiedział, że musi napisać kilka listów,
zanim przyjdzie Snape.
— Profesor Snape — pouczył go Remus.
— Taak — wymamrotał Harry i uciekł po schodach do swojej sypialni.
Nie znalazł jednak tam pergaminu. Westchnąwszy, przeszedł wzdłuż podestu do
pokoju Syriusza i zatrzymał się pod drzwiami.
Ale po chwili wszedł do pomieszczenia, mówiąc sobie, że Syriusz
nie żyje i nienawiść do domu niczego nie zmieni.
——————————
Pergamin i pióro z łatwością znalazł w dużym, starym biurku w
kącie pokoju. Nie mogąc się powstrzymać Harry przeszukał również inne szuflady.
Nie wiedział, czego szuka, po prostu chciał popatrzeć. Ale ktoś tu był przed
nim, nie zostało nic, co wcześniej należało do Syriusza. Nawet pióro wyglądało,
jakby zostało zakupione w Esach Floresach jakiś tydzień temu.
Harry westchnął ponownie, usiadł i przygotował się do pisania.
Stwierdził, że jeden list wystarczy. Wyjdzie na to samo, Ron i Hermiona byli
teraz praktycznie nierozłączni. Ale musiał ostrożnie dobierać słowa na wypadek,
gdyby list dostał się w niepowołane ręce. Harry przez chwilę gryzł pióro w
zamyśleniu.
Drogi Ronie i Hermiono,
Nic mi nie jest, ale sprawy się trochę
skomplikowały i trochę potrwa, zanim wrócę do szkoły. Chciałbym wam powiedzieć
wszystko, ale wiem, że zrozumiecie, kiedy powiem, że nie mogę. Pamiętacie
poprzednie wakacje, kiedy Dumbledore kazał wam nie mówić o pewnych rzeczach, a
wy dotrzymaliście słowa i mi nic nie powiedzieliście, nawet w listach? To coś w
tym stylu. Wiem, że wykażecie tyle samo zrozumienie, co ja. (Nawet nie
przypominajcie mi teraz, jak krzyczałem i zachowywałem się jak rozwydrzony
bachor. Wiem, że poradzicie sobie z tym dużo lepiej niż ja.)
Więc jak lekcje? Śmiesznie jest nie chodzić na
nie, ale i tak mam co robić. Hej, przynajmniej nie muszę chodzić na sami -
wiecie - jaką - lekcję do sami - wiecie - kogo.
Napiszę do was niedługo. A skoro mowa o tej
szczególnej lekcji, to muszę wam coś powiedzieć. Zabrzmi to trochę dziwnie, ale
zróbcie co mówię, dobra? Aby przesłać mi list będziecie musieli zwinąć go razem
z esejem i oddać. Na jakim przedmiocie, zapytacie? Hmm, cóż, ostatnio mowa tam
była o trądziku Rona (sorry, Ron). Tak, na tej lekcji. Nienawidziłem jej od pierwszego dnia. A skoro już o tym mowa,
to powiedziano mi, że mam was ostrzec, abyście nie wypuścili tego listu
z rąk. Radzę spalić go i popioły wymieszać, na wypadek, gdyby ktoś, kogo nie
nazwę, ale kto może być paskudną fretką, postanowił wypróbować zaklęcia
rekonstruowania.
Nie martwcie się o mnie, dobra? Nic mi nie
jest.
Harry
Przeczytał list dwa razy i zdecydował, że się nada.
——————————
Harry przysypiał na kanapie na dole. Co jakiś czas budził się i
zastanawiał, czy nie powinien zrezygnować i pójść do łóżka. W końcu Snape nie
powiedział, że będzie każdej nocy.
Jednak dwie rzeczy trzymały go tam.
Po pierwsze naprawdę nie chciał ścielić łóżka ani spać w łóżku
Syriusza, a po drugie naprawdę chciał zobaczyć Snape'a.
Dziwny pomysł, ale prawdziwy. Remus mógł sobie myśleć cokolwiek o
Harrym, ale to Snape był przy nim w ciągu tych kilku ostatnich dni. To Snape
widział schowek, ale nigdy nic o nim nie wspomniał w klasie. To Snape nie śmiał
się z Harry'ego, kiedy dowiedział się, że chłopak boi się igieł. Ale aż tak się
nie bał, gdy obok niego był Snape.
Harry znowu zasnął.
——————————
Obudził go odgłos kogoś wchodzącego przez Fiuu. Usiadł na kanapie
i założył okulary, Snape podszedł bliżej. Jak zwykle szaty wirowały za nim
dramatycznie. Mroczny i narzucający jakby przeszedł prosto z lochów do domu
Syriusza, ale mniej więcej to właśnie zrobił.
— Hej — przywitał go Harry, mrugając i przecierając oczy. — Uhm, z
magią nie poszło dzisiaj za dobrze.
— Dobry wieczór — odparł Snape. — I tak, wiem. Już rozmawiałem z
Lupinem.
Harry przypomniał sobie, jak Dumbledore mu mówił, że członkowie
Zakonu mieli bezpieczniejsze środki komunikacji niż sowy czy kominki, więc to
miało sens. Przypomniało mu to jednak o liście, który napisał. Harry wziął go
ze stolika przy kanapie i podszedł z nim do Snape'a. Na zewnątrz koperty
napisał po prostu Ron Weasley i Hermiona Granger, Hogwart, Szkoła Magii i
Czarodziejstwa.
Snape wziął ją, ale zamiast schować, odwrócił dwukrotnie i
zapytał:
— Mogę?
Harry przełknął.
— Znaczy się przeczytać?
Mroczny, sardoniczny wzrok odpowiedział mu bez słów, że pytanie
było idiotyczne.
— Czemu chce pan to zrobić? — spytał Harry. — Nie ufa mi pan?
— Masz kilka godzin, panie Potter? Podejrzewam, że zajęłoby
przynajmniej tyle, by chociaż zacząć definiować parametry mojego zaufania do
ciebie.
— Mógł pan po prostu odpowiedzieć nie — zauważył Harry. —
Skoro najwyraźniej tak jest.
Snape strzepnął popiół z ramienia.
— Ufam twoim intencjom, powinienem powiedzieć. Dyskrecja na temat
tej sytuacji jest dla twojego dobra. Chociaż mam wątpliwości co do egzekwowania
tej dyskrecji. I szczerze powiedziawszy, panie Potter, o wiele wyżej cenię
twoje życie niż twoją prywatność.
— Dobra, niech pan czyta — poddał się Harry. Podejrzewał, że gdyby
się nie zgodził, Snape i tak by przeczytał, najprawdopodobniej przy nim. Harry
wolał uniknąć takiego deptania swojej dumy. — Ale żadnego odejmowania punktów —
dodał.
Snape uniósł brew, otwierając kopertę szybkim zaklęciem.
Harry napiął się i wstrzymał oddech przypominając sobie, że
napisał, iż nienawidził eliksirów od pierwszego dnia. Cóż, przynajmniej nie
użył słów oślizgły drań czy jeszcze gorszych.
— Dobrze sformułowane — zadecydował Snape, składając list na
czworo. — Będziesz musiał przygotować nową kopertę. Naprawa byłaby niewidoczna,
ale nadal wykrywalna, gdyby ktoś znał odpowiednie zaklęcia.
Zdecydowanie paranoja, pomyślał
Harry. Ale stwierdził, że w ogóle mu to nie przeszkadza. Za bardzo ulżyło mu z
powodu, że Snape nie zamierzał komentować treści listu.
Tu jednak Harry się mylił. Kiedy podawał Snape'owi nową kopertę,
Mistrz Eliksirów skomentował:
— Nie wiedziałem, że znasz Reconstitutio, Harry. Czy panna
Granger odnalazła to zaklęcie podczas swoich częstych najazdów na Dział Ksiąg
Zakazanych?
Harry jednak dobrze ukrył zdziwienie.
— Dział Ksiąg Zakazanych? Co to jest? — skłamał bezczelnie, choć
oczywiście już w tydzień po uczcie powitalnej, wszyscy uczniowie o nim
słyszeli. — I czemu chce pan znaleźć haczyk na Hermionę, profesorze?
— A jak myślisz? — odparł Snape, kierując się w stronę sofy. —
Jest Gryfonem. A przy okazji, przysłała ci to — dodał i wyciągnął z szaty
ogromną, mocno zwiniętą rolkę pergaminu. — Notatki z lekcji od dwudziestego
drugiego. Dziewczyna musi się nauczyć, że nie należy spisywać każdego słowa.
Notatki powinny być notatkami, a nie cholernymi transkrypcjami.
Harry zachichotał cicho, ale nie tylko z komentarza Snape'a na
temat tego, co Hermiona uważa za pracowitość, ale również z przedostatniego
słowa. Takie słownictwo nie pasowało do Mistrza Eliksirów Hogwartu, ale z
drugiej strony Harry zaczynał pojmować, że w Snapie kryło się więcej, niż
podejrzewał. O wiele więcej.
Potem o czymś pomyślał.
— Uhm, skąd wiedziała, że może to przekazać mi przez pana? Jeszcze
nie dostała ode mnie listu! — A po chwili: — Och. Domyśliła się. Cóż, taka już
jest.
— Odrażająca ilość intelektu jak na kogoś w tym wieku — stwierdził
zjadliwie Snape, choć Harry wiedział, że wcale tak nie uważa. Szczerze mówiąc
Snape wyglądał, jakby znalazł powód, aby podziwiać Hermionę. Chociaż
niechętnie. Bardzo, bardzo niechętnie. Snape usiadł marszcząc brwi, założył
nogę na nogę, długimi, smukłymi dłońmi poprawił szatę.
— Zapewne za dużo zdradziłem, gdy wszedłem do twojego… Cóż,
naprawdę nie wiem, co to było, panie Potter. Arabski buduar? W każdym razie panna
Granger domyśliła się wtedy, że jestem jakoś związany z twoimi problemami.
Irytująca dziewczyna. Kusiło mnie, aby ją przekląć, gdy przyniosła mi to, nie
tylko dlatego, że nie potrzebujesz teraz szkoły do odwracania uwagi.
— Jasne, Remus i ja już to omówiliśmy — zgodził się Harry,
odrzucając na bok notatki i siadając bokiem na drugiej stronie sofy, tak, aby
widzieć Snape'a. — Właściwie, to omówiliśmy wiele spraw — dodał ponuro. — Na
przykład jego wiedzę o tym, że mój wuj nie jest najmilszym człowiekiem, jaki
chodził po ziemi. Albo to, że sławny Harry Potter bał się iść pod skalpel! Co
się stało z decorum, hę? Z dyskrecją?
Snape machnął różdżką w stronę lampy włączając ją, potem złączył
palce i dopiero wtedy odpowiedział.
— Czy mówiłem, abyś przeprosił za rozmawianie o moich prywatnych
sprawach ze swoim chrzestnym? Nie, nie mówiłem. Ani nie powiem, nigdy. Miałeś
powód, aby z nim o tym mówić, słuszny powód. Ja też miałem powód, by
porozmawiać z Lupinem. Zapewniam cię, że ani razu nie nazwałem cię sławnym
Harrym Potterem, chociaż powiedziałem mu wszystko to, co uznałem za
konieczne.
— Konieczne!? — wykrzyknął chłopak.
— Lupin przejmuje się teorią, że mentalny, psychiczny i magiczny
stan jest ze sobą nierozerwalnie związany.
— Zauważyłem! Nie tylko uważa, że jestem jakimś cholernym
masochistą, dążącym do samodestrukcji, ale wierzy również, że moje złe
nastawienie jest przyczyną braku magii. — Harry zamachał rękami i spojrzał na
swojego nauczyciela. — Uważa, że mam depresję!
— Nie byłoby to takie niezwykłe w twojej sytuacji — odparł Snape.
Harry nie miał zamiaru tak łatwo mu odpuścić, chociaż nie
zaskoczyło go, że Snape nie dał się złapać na słowną przynętę. Mężczyzna umiał
unikać tematu, co do tego nie było wątpliwości. Ale Harry chciał wiedzieć, więc
spytał.
— Nie uważa pan, że mam depresję, prawda? Znaczy nie tylko
dzisiaj, ale ostatnio. Tak ogólnie.
Snape postukał palcem w policzek i przyjrzał się chłopakowi.
— Napisałeś przyjaciołom, że czujesz się dobrze. Sądzę, że sam w
to wierzysz. Ale to wcale nie znaczy, że to prawda.
To była bardzo niejasna odpowiedź, ale Harry odpuścił.
— Jak lekcje? — zmienił temat. — Dumbledore pana zastąpił? Udawał
pana, gdy był pan ze mną przez cały ostatni tydzień?
Snape przyglądał mu się przez chwilę, potem wycedził:
— Nauczył wszystkie klasy od pierwszej do szóstej jak zredukować
cukier owocowy do dropsów cytrynowych.
Harry sądził, że się roześmieje — obrazek był absurdalny — ale
zamiast tego poczuł zimną, twardą wściekłość, wypływającą z jego rdzenia i
wypełniającą go aż po końcówki palców.
— Głupiec! — wrzasnął, wściekłość rozrywała go tak, że aż bolało.
— W co on gra? Nikt nawet przez chwilę nie uwierzy, że pan pozwoliłby
nam robić cukierki na lekcji! Cała szkoła już pewnie wie, że to Dumbledore
używał wieloskokowego. Wiec wiedzą, że mnie nie ma w tym samym czasie co pana.
A dwa plus dwa daje cztery, no nie?! Hermiona nie jest aż taka genialna, no
nie…
— Harry, Harry! — przekrzyczał go Snape. — Żartowałem, Harry.
Chłopak przestał krzyczeć i przyjrzał się swojemu nauczycielowi.
— Pan nie żartuje.
— Więcej tego z pewnością nie zrobię — odparł Snape. — Wydawałeś
się… spięty, a to przeszkadzałoby w oklumencji. Pomyślałem, że trochę humoru
pomoże ci się zrelaksować. W zamian pękłeś jak stara różdżka. I proszę, odzywaj
się uprzejmiej. Albus Dumbledore nie jest głupcem.
Harry pomyślał o ostatnim roku, o sekretach zbyt długo przed nim
ukrywanych, o cenie, jaką zapłacił za to, że dyrektor go ignorował i zacisnął
mocno usta.
— Może powinniśmy zacząć to, po co tu przybyłem — zasugerował
spokojnie Snape. — Już jest późno, a nie mogę zostać przez cała noc. Ćwiczyłeś
oczyszczanie umysłu?
— Nie, bo nie wiem jak! — Harry zabębnił dłońmi o kolana. — Co mam
robić, myśleć o niczym? Jak ktoś żywy może nie myśleć o niczym?
— Czyszczenie umysłu nie do końca na tym polega — wyjaśnił Snape.
— Dzisiaj spędziłem nieco czasu myśląc o twoich komentarzach dotyczących
zeszłorocznych lekcji i przeprowadziłem pewne poszukiwania. To prawda, że
niecierpliwiłem się. Uważałem, że niezbędne jest, abyś zamknął Czarnemu Panu
dostęp do swojego umysłu jak najszybciej, więc cię pośpieszałem. — Zamilkł
zasmucony. — Po operacji powiedziałeś, że nikt poza Lupinem nigdy cię nie
uczył, co oczywiście nie jest prawdą, ponieważ ja też to robiłem. Ale to, że tak
uważałeś, dało mi do myślenia, Harry. W zeszłym roku byłem oburzony, że
narzucono mi twoją obecność. Nie miałem… zrozumienia dla ciebie, nie wtedy.
Myślałem, że jesteś taki jak James. Twoje ohydne zachowanie, brak ćwiczeń, nie
respektowanie mojej prywatności wcale nam nie pomagało.
— Jasne — zgodził się Harry, kładąc dłonie na kolanach. — Nigdy
nie twierdziłem, że jestem idealnym uczniem.
— Ale, co może nawet ważniejsze — kontynuował profesor —
oklumencja przyszła mi tak naturalnie jak oddychanie. Posiadam do niej wrodzone
zdolności, co bardzo mi się przydało, zważywszy jak często muszę przebywać w
pobliżu Czarnego Pana. Szczerze mówiąc, to spodziewałem się tego samego po
tobie.
— Dlatego, że wyczarowałem Patronusa mając trzynaście lat?
— Podejrzewam, że to też miało jakiś wpływ. Wiedziałem, że jesteś
zdolnym czarodziejem. Ale głównie dlatego tak dużo oczekiwałem od ciebie,
Harry, ponieważ trudno mi wyobrazić sobie, że oklumencja może być jakimkolwiek
wyzwaniem. Tak samo eliksiry. Dla mnie są zwyczajnie zrozumiałe.
— Ale nie dla mnie, Neville'a, Deana czy jakiegokolwiek innego
szóstoklasisty. Wyłączając Malfoya i Hermionę.
— Zaczynam to zauważać — odpowiedział niejasno Snape. — W każdym
razie, jeśli chodzi o oklumencję, przejrzałem dzisiaj kilka opracowań
napisanych przez ekspertów. Podręczników dla nauczycieli, Harry. Nie zaczniemy
tam, gdzie skończyliśmy w zeszłym roku. Teraz rozumiem, że wymagałem, abyś
latał zanim nauczyłeś się choćby raczkować.
— Więc jak mam się nauczyć raczkować?
— Ufając mi — odparł po prostu Snape. — By ciebie nauczyć, będę
musiał wejść do twojego umysłu.
Harry'emu zaschło w gardle.
— Znowu legilimencja?
— Nie, nie to. Nie będę wydzierał od ciebie wspomnień tak jak
wtedy. Chodzi bardziej o dzielenie się myślami i dążenie do wspólnego celu.
Ale, Harry, nie mogę tego dla ciebie zrobić, jeśli mi nie pozwolisz. Dlatego
potrzebuję twojego zaufania.
— Ma pan kilka godzin? — zażartował słabo Harry, potem dodał. —
Nie, to głupie. Nie myślę, że zamierza pan…
— Zaatakować twój umysł, aby otworzyć go dla Czarnego Pana?
Harry drgnął.
— Jezu, Dumbledore naprawdę wszystko panu mówi. Nie, już tak nie
uważam. Pamiętam, że dyrektor mówił, że panu ufa i jak wtedy myślałem, że to
bzdura, i że wolałbym znaleźć się w piwnicy pełnej Diabelskich Sideł niż
przebywać w pobliżu kogoś takiego jak pan, ale… Tak. Chyba od tamtego czasu
wydoroślałem.
— Wydoroślałeś — przytaknął Snape. Wyciągnął przed siebie różdżkę
i machnął nią wyczarowując dwie szklanki z bursztynowym płynem i kostkami lodu.
Jedna szklanka doleciała do Harry'ego i zatrzymała się w jego ręku. Harry
powąchał płyn i zmarszczył nos.
— To bardzo dobra whisky — nalegał Snape. — Słodowa.
— Nie ognista?
— Ognista ma magiczne właściwości, na razie lepiej, jeśli wypijesz
mugolską. — Uniósł szkło. — Na zdrowie.
Harry wypił niedużo, wykrzywił się i wypił jeszcze trochę.
— Co świętujemy?
— Relaksujemy się — wyjaśnił Snape. — Odprężenie pomoże w
następnym etapie. Więc wypij swoją whisky, Harry.
— Powiedział pan to takim samym tonem, jakim pani Weasley mówi Wypij
swój sok dyniowy.
— Cóż, zależy jej na tobie, jak podejrzewam — skomentował
burkliwie Snape.
Nie patrząc na Harry'ego, przechylił głowę do tyłu i wypił całość.
Rozdział następny:
Oklumuj umysł
