Ogłoszenie:
Tłumacz zastrzega, że nie ponosi odpowiedzialności, za wszelkie skojarzenia czytelników.


korekta rozdziału: Susie

Rozdział szesnasty:
Oklumuj umysł

— Sądzę, że na razie wystarczy whisky — oznajmił Snape, pochylając się, by odebrać Harry'emu szklankę. — Chcemy, abyś się zrelaksował, a nie upił. Harry zachichotał.
— Wypiłem tylko półtorej. Nie, dwie.
Snape wskazał różdżką na kominek i rozpalił ogień szybkim Incendio, potem usiadł po turecku na podłodze, przysuwając się do płomieni. Wskazał Harry'emu, aby do niego dołączył. Kiedy chłopak usiadł twarzą w jego stronę, Snape gestem dał mu znać, aby usiadł odwrotnie.
— Wygodnie ci tak? Jak z udem?
Harry miał wrażenie, że właściwie to nie jest to najprzyjemniejsza pozycja, ale po whisky wszystko otaczała taka przyjemna mgiełka, że nie był tego do końca świadomy tego, co się dzieje. Ziewnął.
— W porządku.
— Dobrze. Teraz odchyl się do tyłu. Oprzyj ciężar na dłoniach, jeśli chcesz. Muszę dotknąć twoich skroni.
Kiedy Harry zrobił jak mu powiedziano, poczuł chłodne palce masujące mu głowę. Uczucie to wzmocniło uspokajający efekt whisky. Wyobraził sobie, jak muszą teraz obaj wyglądać i znowu zachichotał.
— Hmm?
— Uhm, pomyślałem sobie, że dobrze, że nie próbował pan tego sposobu w zeszłym roku — przyznał Harry. — Jestem pewny, że spróbowałbym pana przekląć, a potem byłoby już tylko gorzej. Chociaż nie wiem, czy to wszystko mogłoby skończyć się gorzej.
— Myślisz o myślodsiewni?
— Nie — przyznał Harry. Myślał o Syriuszu. — Skorzystał pan z myślodsiewni zanim pan tu przyszedł?
— Nie, Harry — odparł powoli Snape, nadal masując jego skronie. — To nie będzie przypominało bitwy z zeszłego roku, kiedy wydzierałem ci wspomnienia, obawiając się równocześnie, że ty możesz zrobić to samo mnie. To będzie… przyjemniejsze. A teraz dalej się relaksuj. Oprzyj się o mnie, jeśli chcesz. Nie przewrócisz mnie.
Harry oparł więcej ciężaru na dłoniach.
— Dobrze — stwierdził łagodnie nauczyciel. — Popracujemy nad oczyszczaniem umysłu, Harry. Nie oznacza to, że masz nie myśleć o niczym, a przynajmniej nie w taki sposób, jak ci się wydaje. Masz koncentrować się na jednej rzeczy, póki nie wypełni całego ciebie. Póki nie pozbędziesz się innych myśli. Tylko jeden obraz, który pochłonie cię zupełnie. Gdy zrobisz to prawidłowo, przestaniesz nawet być świadomy, że wytwarzasz taki obraz. Zablokuje wszelkie myśli.
— Mhm — mruknął Harry. Gubił się w tym spokoju, w jednostajnym głosie mężczyzny, trudno mu było się skoncentrować. Potrząsnął głową próbując się skupić, dłonie Snape'a zacisnęły się mocniej na jego skroniach.
— Dobrze ci szło — powiedział. — Zrelaksuj się.
Ale Harry nie mógł.
— Usypia mnie pan — jęknął. — Nie będę w stanie wykonać pana instrukcji.
— Przestań się napinać. Powiedziałem, że dobrze ci idzie. — Snape westchnął, wyprostował nogi po obu stronach chłopaka i przyciągnął go sobie do piersi. — Wczuj się w mój oddech — nalegał. — Dopasuj swój do niego. To jak hipnoza. Słyszałeś o niej? Nie musisz się koncentrować na oczyszczaniu umysłu. Musisz przestać zwracać uwagę na swoje myśli i pozwolić mi pokazać ci obraz.
Harry wziął oddech wraz ze Snape'em, a potem wypuścił, palce dalej masowały mu skronie. Snape nadal mówił, głosem niskim i spokojnym. Harry z każdym wydechem opierał się coraz bardziej o mężczyznę, w pewnym momencie miał wrażenie, że zupełnie nie ma kości. Gdy Lockhart wprawił go w podobny stan, nie spodobało mu się to uczucie, ale teraz było przyjemnie.
— W porządku — mruknął Snape. — Teraz staraj się nie myśleć, Harry, staraj się nie czuć, nie pamiętać, nie reagować. Pozwól sobie po prostu być. Tak, dokładnie tak, wtop się we mnie. Wejdę teraz do twojego umysłu, nie niepokój się.
Po jednej stronie głowy Harry nadal czuł palce, ale po drugiej zastąpił je twardy czubek różdżki Snape'a.
Inkantacje wypełniły powietrze, szepty, które Harry mógłby zrozumieć, gdyby ich słuchał. Płynęły dokoła niego, owijając się wokół jego szyi i twarzy, potem, gdy miał wrażenie, że wciągnął je nosem, poczuł odmienność, jakąś obecność w umyśle.
To zupełnie nie przypominało opętania przez Voldemorta czy bycia pod wpływem Imperiusa. Nadal miał nad sobą kontrolę, ale ta odmienność była tam razem z nim. Po chwili zrozumiał, że to Snape. Mężczyzna cierpliwie czekał, że Harry pozwoli mu wejść dalej.
Harry osunął się, oparł się zupełnie o nauczyciela i wpuścił go do umysłu.
Przepływały przez niego rzeki tak szerokie, jakie w rzeczywistości nie mogłyby nigdy istnieć. Potem była już tylko jedna rzeka, rozszerzała się na jego oczach, aż całkowicie wypełniła krajobraz. Widział ją z góry, a woda uniosła się i pochłonęła go w swojej chwale. Zanurzony, otoczony z sześciu stron wodą, czuł nurt, chłód, kołysanie fal.
A potem obraz uległ zmianie, już nie był pod wodą, czując i widząc to stał się nią. Nie istniało nic poza wielką rzeką. Nie było już Harry'ego, a wraz z nim zniknęły wszelkie wspomnienia. Tylko wielka woda, która wypełniała cały świat, chrzcząc wszelkie stworzenie w świecie najczystszych bytów.

Wychodzenie z tego można było przyrównać do nagłego zanurzenia się w rzece, którą właśnie wizualizował. Szokiem. Harry wciągnął powietrze i napiął się, ale Snape trzymał go mocno, aż jego oddech uspokoił się prawie zupełnie. Wtedy Harry podniósł się nieco i odwrócił w stronę nauczyciela.
— To było… No, niesamowite.
Snape przytaknął, oczy miał na wpół przymknięte, było po nim widać, że jest wyczerpany.
— Czy tak powinna wyglądać oklumencja? Myślałem, że miałem wyłączyć emocje, czy coś takiego.
— Nic dziwnego, że tak słabo ci szło w zeszłym roku — odpowiedział ze znużeniem Snape.
Harry czuł się, jakby właśnie złapał znicz. To było takie same uczucie triumfu i podniecenia, taka sama dawka adrenaliny wypełniła jego żyły.
— Czemu w zeszłym roku nie powiedział mi pan, że chodziło o… Nie wiem… Nieistnienie, a nie o stoicyzm?
Odpowiedziało mu długie, bolesne westchnienie.
— Nie rozumiesz? To nie jest coś, czego się wyuczyłem, Harry. Ja się z tym urodziłem. Wystarczyło mi tylko wskazać kierunek. Naprawdę. A ten, kto mnie uczył, był… raczej szorstki w stosunku do mnie.
— Och — odparł Harry, zamyślając się. Przypomniało mu się, co Snape mówił przed sesją. Teraz rozumiał to bardziej, nawet pomimo drinka i natłoku wrażeń zrozumiał, czym była oklumencja. Snape uczył Harry'ego w jedyny sposób, jaki znał — sam był tak uczony. Ale to nie zadziałało zbyt dobrze, prawda? Bo Harry'ego nie urodził się z naturalnymi zdolnościami. — Hmm, pewnie dla pana oklumencja jest tym, czym dla mnie wężomowa — mruknął. — Chociaż myślę, że to nie do końca jest wrodzona umiejętność. W każdym razie, nigdy nie musiałem nad tym pracować. To po prostu jest.
Snape jęknął w odpowiedzi.
Harry poczuł się jak dupek, który aż do teraz myślał tylko o sobie. Odwrócił się i przyjrzał dokładniej nauczycielowi.
— To było zapewne ciężkie dla pana. Przykro mi. Tak okropnie jest być w mojej głowie?
— Pytania, jakie zadajesz… — mruknął Snape. Zmarszczył brwi, usiadł po turecku i pochylił się. — To tak, jakby słuchanie jak twój wuj mówi o normalnych ludziach przekonało cię, że sam się do nich nie zaliczasz. Bycie w twojej głowie nie jest bardziej okropne niż przebywanie w jakiejkolwiek innej, Harry. Wyczuwanie myśli jest po prostu męczące, to wszystko.
Ktokolwiek inny nie ma u siebie w głowie przyczajonego Voldemorta.
— Nieprawda. Choć nikt inny nie ma twojej blizny, to na pewno. W każdym razie, dzisiaj nie było tam Czarnego Pana. Sądzę, że wyeliminowanie Stworka z twojego domu zdecydowanie pomogło w umocnieniu zaklęć ochronnych.
Coś w słowach Snape'a zwróciło uwagę Harry'ego. Właściwie, to słyszał to sformułowanie już wcześniej. Twój dom. Chciał o to spytać, ale zdecydował, że może z tym poczekać.
— Pan… Uhm, nie wygląda pan najlepiej, profesorze. Chce pan czegoś? Szklankę wody, a może jeszcze whisky?
Snape podniósł się z trudem i zataczając się podszedł i osunął na krzesło.
— Tylko porozmawiać — odparł. Odpowiedź ta zdziwiła Harry'ego.
— Porozmawiać?
— Tak, to zbyt skomplikowany pomysł jak dla ciebie? — Kiedy Harry wzdrygnął się pod wpływem jego tonu, Snape westchnął, oparł głowę o oparcie krzesła i wyjaśnił. — Mógłbym teraz wrócić do siebie, chociaż nie byłoby to najmądrzejsze, ze względu na to, że jestem osłabiony. Ale nie powinienem również tu zasypiać. Więc porozmawiaj ze mną, Harry. Nie pozwól mi zasnąć, aż będę się czuł… bardziej sobą.
— Uch, no dobra, jasne — odparł Harry, klapnął na kanapę i oparł głowę na poduszce tak, aby widzieć Snape'a. — Więc ile jest już pan na nogach, profesorze?
Snape zachichotał szorstko.
— Sporo. To nie twoje zmartwienie.
Hmm, to nie była najbardziej owocna rozmowa, jaką kiedykolwiek prowadził. Cóż, Snape wspominał o tym, że dom był teraz bezpieczniejszy dla Harry'ego, gdy nie było już tego odrażającego skrzata, a Harry chciał już wcześniej zapytać, więc teraz to zrobił.
— No dobrze… A co stało się ze Stworkiem?
Snape otworzył jedno oko i spojrzał uważnie na chłopaka, jakby zastanawiając się, ile ujawnić. Minęła długa chwila. A potem kolejna. W końcu mężczyzna powiedział dwa słowa, które zaskoczyły Harry'ego.
— Zabiłem go.
— Zabił. Go. Pan. — Harry wytrzeszczył oczy, nie wiedząc, co myśleć. — Uhm, z powodu tego, co zrobił Syriuszowi?
— To z pewnością ułatwiło sprawę — przyznał zupełnie bezbarwnym głosem Snape. Harry miał wrażenie, że Mistrz Eliksirów absolutnie nie przejął się tym, że zabił skrzata domowego. Nie, żeby Harry'emu brakowało Stworka, prawdopodobnie sam by go zabił, gdyby tylko miał taką szansę. Jednak zdziwiło go, że Snape to zrobił. Do niego nie pasowała rozpacz po Syriuszu, prawda?
Ale Snape raz jeszcze go zmieszał, kontynuując nadal tym samym beznamiętnym głosem.
— Wiem, o czym myślisz, Harry. Ale nie chciałem, aby Black zginął. Kiedyś — tak, nie zaprzeczę. Ale wtedy naprawdę wierzyłem, że był odpowiedzialny za śmierć twoich rodziców i masakrę mugoli. Zajęło mi trochę przemyślenie tego i zrozumienie, że przez cały czas chodziło o Glizdogona. Po tym to wszystko, co działo się miedzy nami, to tylko wciąż jątrząca się stary kłótnia. Ale walczył z Czarnym Panem tak jak mógł. Jak ja. Nie powinienem z niego szydzić z powodu ran zadanych ponad dwadzieścia lat temu. Nie jestem z tego dumny.
— Tak właśnie powiedział — przypomniał sobie Harry, przekręcając się na bok i opierając głowę na ramieniu. — O tym, jak on i James pana traktowali. Wcale nie jestem z tego dumny.
Snape uniósł nogi i usiadł bokiem na krześle.
— Ale Stworek — przypomniał Harry. — Dlaczego pan go zabił, jeśli nie z powodu Syriusza?
— Było wiele powodów — westchnął Snape, zwijając się jeszcze ciaśniej. — W zeszłym roku zdradził swojego pana. Nie można było mu ufać. Już raz zdołał pokazać swoje przywiązanie do mrocznych czarodziejów, a w szczególności do Malfoyów. Danie mu ubrania byłoby równoznaczne z wysłaniem go do nich. I chociaż nie mógłby zdradzić lokacji tego domu, mógłby wydać informacje, jakie Zakon musi zachować w tajemnicy. O uwolnieniu go nie mogło być mowy, ale gdy ty się tu pojawiłeś nie można było go zatrzymać. Skąd mogłem mieć pewność, że nie opuści ponownie domu i nie zacznie tym razem opowiadać historyjek o tym, jak Harry Potter stracił magię?
— Gdy ja już się tu pojawiłem — powtórzył Harry. — Chwilę. Kiedy właściwie pan go zabił?
— Godzinę przed twoim obudzeniem.
Harry wypuścił powietrze.
— Nie mógł pan na mnie zaczekać?
— Abyś ty mógł go zadusić? — spytał dziwnym głosem Snape. — Wydawało mi się, że będziesz tego chciał, ale nie jest to zachowanie, które bym popierał. Poza tym, aby zabić skrzata domowego potrzeba magii, one naprawdę posiadają imponującą odporność, nie wspominając o zdolności przeżycia poważnych kar.
Harry pomyślał o Zgredku, uderzającym głową w ścianę i skrzywił się.
— Potrzeba czarnej magii — dodał Snape.
Harry zaśmiał się.
— Użył pan czarnej magii w tym domu? Dzisiaj?
— Wczoraj, jeśli mam być precyzyjny.
— Myślałem, że chciał pan, aby to miejsce było wolne od skaz — przyznał zdziwiony Harry. — No, wie pan, aby Voldemort nie zdołał mnie tu dosięgnąć poprzez bliznę.
— Czasami tylko złem można zlikwidować zło, Harry — wyjaśnił nauczyciel. — Musiałem użyć czarnej magii do odczepienia ze ściany zarówno tego piekielnego portretu, jak i gobelinu. Stworek nie był zadowolony, chociaż nie sądzę, aby podejrzewał, że będzie następny. A potem, kiedy już się z nim rozprawiłem, razem z Lupinem wyczyściliśmy cały dom z mrocznej magii. Nie było to takie proste, zapewniam. Myślę, że bardziej nadaje się do uczenia obrony, niż sądziłem. Skończyliśmy odczarowywanie chwilę przedtem, nim się obudziłeś. Hm, zastanawia mnie, czy to przypadek, czy jakoś się to ze sobą wiązało.
— Stworek stał na stole kuchennym i wylewał wino ze srebrnego kielicha Syriusza! — wykrzyknął Harry, nagle wyraźnie przypominając sobie swój sen.
— A niby skąd to wiesz? — zapytał cicho Snape.
Harry napiął się.
— Uhm, śniło mi się. Po południu.
— Śniło ci się — powtórzył sceptycznie Snape.
— A niby skąd miałbym to wiedzieć? To znaczy, jeśli tak naprawdę było?
— Tak było. I wiedziałbyś, gdyby Lupin ci powiedział.
— Ale tego nie zrobił! — odciął się chłopak. — Jeśli uważa pan, że jestem kłamcą, niech go pan spyta.
— Harry, chodzi tylko o to, że widziałem twój wynik z wróżbiarstwa. Raczej nie jesteś jasnowidzem. Ale skoro twierdzisz, że to twój sen, to tak było, dobrze? — Snape usiadł prosto. — Cóż, to pokazuje, że Marjygold czegoś nie zauważyła. Twoja magia nie zniknęła całkowicie, skoro masz prorocze sny. O czym jeszcze śniłeś?
— Dobrze, że zabił pan to małe gówno. Gratulował sobie tego, co zrobił Syriuszowi i planował, jak się zemścić na panu — przypominał sobie na głos Harry. — Och, i śniło mi się, że z domu Dursleyów wydostawała się oknami czarna energia i on tak jakby… zapadł się. A Dudley stał na trawniku i krzyczał. Och tak, i na niebie widniał Mroczny Znak.
Snape wyprostował się gwałtownie i wpatrzył w niego, potem zerwał na nogi.
— I nie wspomniałeś o tym Lupinowi? Nie pomyślałeś, by natychmiast mi powiedzieć, że w tym domu, który uważałem za bezpieczny dla ciebie, już pierwszego dnia miałeś sen, który pochodził od Czarnego Pana? Już pierwszego dnia? — Snape chwycił go za ramiona, tak jak rano, ale tym razem potrząsnął nim brutalnie i wykrzyknął: — Muszę wiedzieć takie rzeczy, Harry!
Harry odsunął gwałtownie głowę, najdalej jak tylko mógł, refleks wziął górę, kiedy wyszarpnął się w uchwytu Snape'a i osunął na podłogę. Kiedy zdołał się uwolnić, zerwał się na nogi i odsunął, ostrożność i doświadczenie kazało mu wydostać się z zasięgu potencjalnego ciosu.
— Merlinie kochany. — Snape, z osłupiałą miną, odsunął się od kanapy i patrzył na nieufną postawę Harry'ego. Potem, głosem pełnym nagany dla siebie wyszeptał: — Nie zamierzałem cię uderzyć, dziecko.
— Wiem — odszepnął Harry, czując się tak okropnie, jak wyglądał Snape. — Znaczy wiem o tym, profesorze. Znaczy, skoro nie zlał mnie pan po tym, jak zajrzałem do pana myślodsiewni…
Snape pokręcił głową.
— Nie powinienem mówić ci o Stworku.
— Nie, nie o to chodzi! — wykrzyknął zszokowany Harry podchodząc do Snape'a. — Nie boję się pana, profesorze. Odsunięcie się było instynktowne, to wszystko. Trochę głupie, naprawdę. Wiem, że nie jest pan moim wujem, dobrze? Niech pan nie myśli, że pana do niego porównuje, bo tak nie jest, przysięgam.
— Ale to zrobiłeś — zauważył cicho Snape. — Powiedziałeś, że jesteśmy do siebie podobni.
— Obaj umniejszacie ludzi — spróbował wyjaśnić Harry. Jak mógł coś takiego powiedzieć Snape'owi? Prawda, że obaj potrafili zachowywać się cholernie nieprzyjemnie, ale ich motywy były różne niczym noc i dzień. — Ale u pana to głównie sarkastyczne poczucie humoru. Myśli pan, że o tym nie wiem? Albo zupełnie szczere i prawdziwe. Wiem, że kiedy krzyczy pan na kogoś, kto właśnie wysadził kociołek, jest pan naprawdę zły i gotowy siać strach, aby upewnić się, że więcej taka sytuacja się nie powtórzy. Chociaż uważam, że lepiej by panu szło, gdyby pozostawił nam pan odrobinę godności — musiał dodać. — Ale wuj Vernon… To czysty sadyzm. On lubi patrzeć, jak się kulę ze strachu.
Harry wziął głęboki wdech i spojrzał Snape'owi w oczy.
— Faktem jest, że kiedy tak naprawdę się zdenerwował, chwytał mnie za ramiona i tak mną potrząsał. Szybko nauczyłem się, że lepiej się odsunąć, niż zostać spoliczkowanym.
— Mugole — stwierdził z obrzydzeniem Snape i pokręcił głową.
— Nie tylko mugole bywają tacy — zaprzeczył Harry. — Widziałem, jak Lucjusz Malfoy zachowywał się w stosunku do Zgredka, swojego skrzata domowego. W każdym razie, Malfoy był w stosunku do niego o wiele gorszy, niż wuj Vernon dla mnie. Czarodzieje potrafią być tak samo okropni jak mugole. Gorsi, jeśli weźmie się pod uwagę, jakie zaklęcia potrafimy rzucać.
— To prawda — zgodził się Snape, wzdychając ciężko. — Zastanawia mnie czemu po takim śnie nie poprosiłeś, aby ktoś sprawdził twoją rodzinę.
Harry zrobił wielkie oczy.
— Z tego samego powodu, dla jakiego nie wspomniałem o tym wcześniej panu. Wiedziałem, że sen nie pochodzi od Voldemorta. Blizna nawet mnie nie zabolała.
— Jeśli zaboli, powiedz mnie albo Lupinowi. Natychmiast.
— Myślałem, że po prostu jestem na nich zły — przyznał Harry i zadrżał. — Nawet nie pomyślałem o tym… Ale jeśli to ze Stworkiem okazało się prawdziwe… Myśli pan, że…?
— Nie — odparł krótko Snape. — Wiedziałbym, gdyby zaatakowano twój dom. Albo chociaż planowano coś takiego.
— Możemy zafiukać do pani Figg, aby się upewnić?
— Nie o takiej wczesnej godzinie.
— Ale…
— Zaufaj mi, Harry. Nic się nie stało na Privet Drive. Jeśli później nadal będziesz się czuł niepewnie, niech Lupin porozmawia z panią Figg przez kominek. W żadnym wypadku nie wolno ci samemu z nią rozmawiać.
— Tak, profesorze — mruknął Harry, doceniając radę. Zapewne dlatego Snape nie chciał teraz się w to mieszać — im mniej osób wiedziało, że był zaangażowany w sprawy Harry'ego, tym lepiej. — Czy przynajmniej powie mi pan, co pan zrobił wujowi Vernonowi? Wtedy, na cmentarzu? To znaczy, chciałbym wiedzieć czy nic mu nie jest — dodał Harry, czując wyrzuty sumienia, że nie zrobił tego wcześniej.
— Szczerze mówiąc, nie potrafię zrozumieć, czemu cię to obchodzi — wycedził nauczyciel.
Harry musiał się nad tym zastanowić. Stwierdził, że zapytał bardziej z poczucia, że tak należy, niż z prawdziwego niepokoju.
— Hmm. Cóż, ma pan rację. W zasadzie nie obchodzi mnie, co się z nim stało, ale jest jeszcze Dudley. Nie, żebyśmy się jakoś bardzo kochali, ale w czasie ostatniej wizyty zachowywał się naprawdę przyzwoicie. Nawet mnie ostrzegł, abym nie przychodził na pogrzeb. A poza tym, właśnie stracił matkę. Nie powinien tracić teraz ojca, nawet, jeśli wuj Vernon jest prawdziwym dupkiem.
Snape zastanowił się chwilę.
— Rzuciłem na niego Tronem-Relampagare, aby pozbawić go przytomności, to wszystko. Uderzenie pioruna. Podejrzewam, że w pięć minut po naszej aportacji był już na nogach. Bez wątpienia nadal wrzeszczał i wygrażał.
— Taak, zapewne — mruknął Harry. Nigdy nie miał przyzwoitego taty. Kiedyś marzył o tym, zanim poznał Syriusza. Kiedy jednak los zabrał mu wszelkie szanse na mieszkanie z ojcem chrzestnym, zaakceptował, że pewnych rzeczy nigdy nie będzie miał.
— Myślę, że jestem już w stanie wrócić do siebie — powiedział Mistrz Eliksirów. Zabawne, jak potrafił ukrywać twarz w cieniu, gdy mu to pasowało, pomyślał Harry. Światło wydawało się nie mieć znaczenia. Zastanawiał się, jak to robił.
Harry przytaknął.
— W porządku. Dziękuję, profesorze.
Snape zatrzymał się w drodze do kominka.
— Powiedziałem ci, że nie masz mi dziękować.
— Tak, ale muszę — zaczął wyjaśniać chłopak.
— Powiedz pannie Granger, że masz również to coś, co zmusza cię do dziękowania ludziom, dobrze? — warknął Snape. Najwyraźniej mężczyzna znajdował się u kresu wytrzymałości. — Nie będę słuchał tych bzdur, Potter, czy to jasne? Będziesz otrzymywał lekcje oklumencji i czegokolwiek innego, jeśli zajdzie taka potrzeba, ponieważ jest to niezbędne, abyś przeżył. Wolałbym, abyś nie zginął i nie skazał świata czarodziejów ma wieczny mrok. Nie musisz dziękować.
Powiedziawszy to, Mistrz Eliksirów chwycił garść srebrnego proszku z półki nad kominkiem.
Harry zastanowił się, czy nie powinien po prostu się zamknąć, ale stwierdził, że nie chce.
— Nie dziękowałem panu za tę cholerną oklumencję — zawołał przez pokój, z pewnym trudem powstrzymując się od dodania ty oślizgły dupku.
O dziwo, Snape chwycił przynętę.
— Och, więc oświeć mnie — zaszydził.
— Traktował mnie pan, jakbym był normalny, nie jakby trzeba było mi współczuć, podziwiać mnie, nienawidzić czy bać się — oznajmił Harry, patrząc w parę wściekłych, bardzo czarnych oczu. — I może pan nie wierzyć, ale jest pan jedynym dorosłym, który mnie tak traktuje. Nawet Remus dzisiaj wręcz ociekał współczuciem, aż zrobiło mi się niedobrze. Ale pan? Nie boi się przy mnie korzystać z magii tylko dlatego, że ja teraz nie mogę. Nie uważa pan, że się załamię przez to. Nie uważa, że jestem słaby.
Nieco proszku fiuu przesypało się Snape'owi przez palce, gdy je zacisnął.
— Nie uważam — potwierdził. — Ale Harry, wcześniej czy później, każdy się łamie z jakiegoś powodu.
Cóż, to mogło dać Harry'emu do myślenia, ale nie miał w tej chwili czasu, ponieważ Snape jeszcze nie skończył. Tuż przed tym, nim wrzucił proszek do ognia i krzyknął nazwę miejsca w hogwarckich lochach, dodał jeszcze coś.
— Harry? Nie ma za co.
I zniknął w zielonych płomieniach.

Rozdział następny:
Sals