korekta rozdziału: Susie
Rozdział siedemnasty:
Sals
—
Snape uważa, że nie straciłem całkowicie magii — ogłosił
Harry, jedząc następnego poranka jajecznicę.
Remus zatrzymał
filiżankę z herbatą w połowie drogi do ust.
— Oklumencja
poszła aż tak dobrze?
— Taak, dobrze — przyznał chłopak.
— Okazuje się, że Snape jednak umie uczyć, kiedy naprawdę tego
chce.
Poczekał na Profesor Snape, Harry, które
oczywiście zaraz usłyszał, ale tym razem zdołał nie prychnąć z
irytacji. Remus nie zasługiwał na takie traktowanie. Harry
stwierdził, że zdecydowanie woli sposób, w jaki traktuje go
Snape. On się nad nim nie litował i zdecydowanie nie zmuszał go do
mówienia profesor Dumbledore. Nawet przestał się go
czepiać, gdy mówił Voldemort.
— W każdym razie
— kontynuował Harry kończąc śniadanie — wczoraj miałem sen.
Śnił mi się Stworek, który stał na tym stole i pił za
śmierć Syriusza, a potem dom Dursleyów, który jakby
się zapadał w sobie, a nad nim wisi Mroczny Znak. Snape przyznał,
że część ze Stworkiem była prawdziwa, ale ta druga nie, jednak
powiedział, że mogę poprosić, abyś zafiuukał rano do pani Figg,
aby się upewnić.
— Z przyjemnością — odpowiedział
mężczyzna, odsuwając się od stołu. — Teraz?
— Tak,
proszę.
Harry chował się w korytarzu, podczas gdy Remus
upewniał się, że Privet Drive 4 nadal stoi i nic niezwykłego się
tam nie dzieje. W pewnym momencie chłopak wysyczał:
— Czekaj!
Powiedz jej, aby załatwiła mi telefon komórkowy, dobra?
Ale
Remus najwyraźniej go nie usłyszał. Praktycznie rzecz biorąc,
jego uszy znajdowały się w Surrey.
Harry westchnął, gdy
mężczyzna zakończył rozmowę.
— Chciałem ci powiedzieć,
abyś jej przekazał, by załatwiła mi telefon komórkowy.
Wiesz, tak abym mógł zadzwonić do domu, kiedy będę chciał.
Aby nie trzeba było jej kłopotać, gdybym znowu miał taki sen.
—
Spodziewasz się więcej takich snów? — zapytał Remus,
pocierając skroń.
— Nie… Nie wiem. Może. Eee, może, żeby
nie kłopotać pani Figg, mógłbyś wyjść na chwilę i
zdobyć go? Mam trochę mugolskich pieniędzy, Snape mi pożyczył.
Myślę, że mógłbym je znaleźć…
— Zdecydowanie nie
— odmówił stanowczo Remus. — Nie zostawię cię samego w
domu.
— Czemu nie? Został oczyszczony z mrocznej magii. Snape
powiedział, że jesteś bardzo dobry z obrony, wiedziałeś o tym?
Profesor Snape, Harry…
Jeśli Harry komplementem
chciał manipulować Remusem, to jego wysiłek na nic się nie zdał.
Sam nie był pewien czy taki był jego zamiar. Z drugiej strony,
sprawa telefonu została już wcześniej rozwiązana, tylko chłopak
o tym nie wiedział.
— Proszę — powiedział Remus,
otwierając komodę w bawialni. Podał Harry'emu ten sam srebrny
telefon, z którego korzystał w Świętym Mungu. — Severus
przewidział, że możesz go chcieć.
Przez chwilę chłopak
zastanawiał się, skąd Snape wytrzasnął ten telefon. Poza tym,
nie był specjalistą od telefonów komórkowych, ale czy
ktoś nie dostawał rachunku za rozmowy, tak, jak Dursleyowie
dostawali za telefon stacjonarny? Hmm. Zastanawiał się, czy
powinien o tym wspomnieć Snape'owi, zaoferować, że zapłaci
swoimi pieniędzmi czy coś w tym stylu? Z drugiej strony nie
wiedział, jak długo może działać aparat, zanim wyładują się
baterie, więc może to i tak nie miało znaczenia.
Jeden
dzwonek, drugi… Harry czekał dziesięć. Najwyraźniej nie było
ani wuja Vernona, ani Dudleya. Choć Harry i tak nie wiedział, co
miałby powiedzieć. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek dzwonił
do domu, poza tym jednym razem, gdy pytał o pogrzeb. A to nie
poszło najlepiej, prawda?
Nie umknęło uwadze Harry'ego, że
Remus cały czas siedział w fotelu, który poprzedniej nocy
okupował Snape, i patrzył, jak Harry dzwonił. Chłopak miał
okropne wrażenie, że nawet gdyby udało mu się połączyć, Remus
i tak by tam został i słuchał każdego słowa.
Harry'emu
trudno było w to uwierzyć. Niesamowite, naprawdę, ale dowody na to
miał przed oczami. Dosłownie.
Severus Snape miał więcej
decorum i respektu dla Harry'ego niż Remus Lupin.
Snape
przynajmniej poprosił poprzedniej nocy o pozwolenie na
przeczytanie listu. Oczywiście, Harry podejrzewał, co mogło by się
stać, gdyby odmówił, ale mimo wszystko był na tyle
uprzejmy, by spytać. Nawet, jeśli nie traktował tego tak poważnie,
jak powinien, to i tak się liczyło.
A Remus nadal tu
siedział, najwyraźniej nieświadomy, że szesnastoletni, pokłócony
z rodziną młodzieniec może chcieć nieco prywatności podczas
dzwonienia do domu!
Harry wyłączył telefon i włożył do
kieszeni. Postanowił, że spróbuje jeszcze później. I
zrobi to z dala od wścibskich oczu… i uszu. Oczywiście, jako że
Remus był wilkołakiem, Harry podejrzewał, że mężczyzna ma
niezwykle czuły słuch, więc może zabrać sporo czasu poszukanie
odpowiedniego miejsca. Jednak dom na Grimmauld Place był duży.
Znajdzie jakiś cichy kąt, w który będzie mógł
porozmawiać. Gdzieś.
To przypomniało mu o czymś.
—
Snape ciągle powtarza, że to mój dom — powiedział Harry
wstając. — Czy to tylko taka fraza, zważywszy na to, że tu
zostanę na kto wie jak długo?
Remus wydawał się szczerze
zdziwiony.
— Nie, to jest twój dom, Harry. Syriusz
zostawił ci wszystko, co miał, włącznie ze swoimi skarpetami w
szufladach. Nie wiedziałeś?
— W szufladach nie było jego
skarpet — zauważył zimno chłopak.
— Prawda. Gdy Severus
zajmował się portretem i gobelinem, Merlinie, nie masz pojęcia,
co musiał zrobić, aby odczepić te szkaradzieństwa, wyczyściłem
dla ciebie sypialnię Syriusza.
— Niby po co?
— Cóż,
to były pamiątki…
— Taak, pamiątki, które może
chciałem zachować, ty głupcze! — wykrzyknął Harry. Nagle
poczuł ogromną ochotę, by kogoś uderzyć, najlepiej Remusa. Aż
różdżka zaczęła go świerzbić, jakby chciała rzucić
silną klątwę. Myśląc, że to może być przydatne, pobiegł po
nią na górę, przez cały czas podsycając w sobie gniew i
przeskakując po trzy stopnie na raz w drodze powrotnej. Wyciągnął
gwałtownie ramię spiralnym ruchem i cisnął w Remusa Rompere.
A raczej w jego lustrzane odbicie. Harry nie miał tak właściwie
zamiaru go skrzywdzić, nawet jeśli był wystarczająco wściekły.
W zasadzie to i tak nie miało to znaczenia. Lustro nawet nie
zafalowało pod wpływem klątwy, nie mówiąc o jakimkolwiek
pękaniu.
Sfrustrowany Harry ściągnął but i rzucił go w
stronę lustra, które nadal nie chciało się zbić.
—
Tak? — wrzasnął, stwierdzając, że ma już tego dosyć. Następną
rzeczą, jaka przeleciała przez pokój, była mała brązowa
statuetka.
Remus zadrżał, gdy lustro roztrzaskało się na
tysiące kawałków.
— Harry…
Harry odwrócił
się w stronę mężczyzny i uśmiechnął się z zakłopotaniem.
—
Uhm, nie straciłem nad sobą panowania aż tak, jak to wygląda. But
to z czystego gniewu, przyznaję. Ale potem zastanowiłem się, czy
lustro nie jest zaczarowane tak, by nie pękło, i czy dlatego klątwa
nie zadziałała. — Wzruszył ramionami. — To by było na tyle,
jeśli chodzi o moją teorię. I przy okazji, nie wyrzucaj nic
więcej, co należało do Syriusza. Naprawdę to nie należy do
ciebie.
— Nic nie zostało wyniesione z tego domu oprócz
tego, co usunął Severus — uspokoił go mężczyzna. Harry'emu
nawet ton jego głosu wydawał się zniewagą. — Wszystko pozostałe
zostało popakowane i schowane w piwnicy.
Mojej piwnicy,
pomyślał Harry, sama fraza była już denerwująca. Naprawdę był
właścicielem domu, całego domu?
— Czemu nikt mi nie
powiedział, że to wszystko należy do mnie? Snape chyba myślał,
że już o tym wiem.
— Profesor Snape, Harry. A co do tamtego,
to nie wiem. Albus powinien ci powiedzieć, był wykonawcą
testamentu. Może chodziło o sposób, w jaki zginął Syriusz.
Okoliczności są nieco mgliste…
A może chodziło o to, że
Dumbledore traktuje mnie jakbym nadal był tym jedenastoletnim
chłopcem, którym mógł manipulować, pomyślał
Harry. Różdżka znowu zaczęła go świerzbić. Tym razem nie
próbował rzucić żadnej klątwy. Może to ma coś
wspólnego z wakacjami. Dumbledore wiedział, że wolałbym
przybyć tu niż na Privet Drive, ale zamiast dać mi wybór,
zrobił tak, że nie miałem innego wyjścia. Nie sądził, że
zrozumiem znaczenie pola ochronnego albo że uznam, że w moim
interesie jest utrzymanie w mocy poświęcenia krwi mojej matki.
Ciekawe, czego mi jeszcze nie powiedział.
— Jest jeszcze
coś, o czym powinienem wiedzieć? — W głosie Harry'ego
pobrzmiewało echo jego mrocznych myśli. — Jakieś rzeczy po
Syriuszu?
— Jego skrytka w Banku Gringotta również
należy do ciebie. — Remus skrzywił się lekko. — A Blackowie
byli jak Potterowie, Harry. Więcej złota niż reszta z nas uważa
za przyzwoite.
Zazdrości, pomyślał Harry.
—
Pewnie Dumbledore ma klucz?
— Profesor Dumbledore, Harry —
poprawił Remus, ale skinął głową.
Nagle przyszła Harry'emu
do głowy pewna myśl, coś, o czym powinien właściwie pomyśleć
już wcześniej. Remus napisał w liście, że Snape nadal łaskawie
dostarcza mu eliksir tojadowy, ale mogło to być bardziej
wrodzona uprzejmość Remusa niż naga prawda.
— Jest coś,
czego potrzebujesz? — spytał w końcu. — To znaczy… — W
końcu nie chciał obrazić mężczyzny, ale czuł, że musi mu to
zaproponować. — Uhm, może dożywotni zapas swojego eliksiru?
—
Zepsuje się — odparł Remus, uśmiechając się lekko. — Chociaż
masz rację, jest dość drogi. Jednak sądzę, że tak długo, jak
Severus i ja razem pracujemy w Zakonie, będzie mi go dostarczał.
Ale dziękuję, Harry.
— To nic takiego — odpowiedział
chłopak i naprawdę tak uważał.
——————————
Aż do wieczora Remus zajmował Harry'ego nie tylko nieudanymi
próbami wyczarowania Patronusa, ale również
całą gamą innych, dołujących doświadczeń. Chociaż chłopak
wiedział, że nie to było jego zamiarem. I tylko ta wiedza
powstrzymywała go od nawrzeszczenia na swojego byłego nauczyciela
obrony.
W pewien sposób to śmieszne. Ile razy Remus
musiał zobaczyć, że Harry się potyka, zanim decydował, że te
czy inne zaklęcie nie zadziała? Chłopak nie sądził, że stracił
magię na dobre. Wierzył w to, co Snape powiedział o jego śnie. Po
prostu uważał, że metody Remusa do niczego nie doprowadzą.
Znowu
śnił tego popołudnia, ale aż do chwili, gdy z kimś tego nie
sprawdzi, nie był w stanie powiedzieć, czy te ostatnie sny były w
jakimkolwiek sensie prorocze. Znowu sen składał się z dwóch
osobnych części, rozdzielonych szaleńczym wirowaniem. Tym razem
nie śniło mu się nic alarmującego. Widział jak Snape i Remus
wymieniają przez chwilę uprzejmości w gabinecie Dumbledore'a.
Remus wyglądał okropnie. Blady, słaby, drżący, oczy miał
zaczerwienione, ale siedział tam, uprzejmy jak zawsze i odpowiadał:
Tak, Severusie, Lucinda ma się całkiem dobrze., a Snape
uśmiechnął się i przytaknął, wstał z krzesła i spytał Mogę?
Zacisnął wargi i szybkim ruchem różdżki obciął kilka
włosów Remusowi.
Potem obraz zaczął się coraz szybciej
obracać, gabinet Dumbledore'a zniknął w plątaninie wirujących
kolorów, a Harry zobaczył pustą polanę w lesie, trzy
gałęzie poruszały się na wietrze. Las był spokojny i ciemny,
pogrążony w mroku nocy. Porzucony. Ale coś nadchodziło, ktoś
nadchodził…
Harry obudził się, zanim ten ktoś zdążył się
pojawić.
——————————
Remus zaoferował
się pomóc mu w piwnicy, ale Harry dał jasno do zrozumienia,
że chce być sam. Miał ku temu swoje powody. Tym razem, kiedy
zadzwonił, odebrał wuj Vernon. Harry otworzył usta, ale w końcu
nie wydusił z siebie ani słowa. Chciał porozmawiać z Dudleyem,
ale kiedy przyszło co do czego, okazało się, że nie miał odwagi
o to poprosić.
Stawiłeś czoła Czarnemu Panu z mniejszą
obawą, niż ta, jaką pokazałeś przy swoich krewnych,
przypomniał sobie słowa Snape'a.
Zdegustowany sobą Harry
obiecał sobie, że jeśli następnym razem odbierze Vernon Dursley,
jemu również stawi czoła.
Schował telefon i szybko
odnalazł kartony z rzeczami Syriusza. Ubrania zajmowały prawie całe
największe pudło. Kilka mniejszych zawierało osobiste rzeczy,
między innymi pozbawione tytułów, związane książki,
zaczarowane tak, by nie dały się otworzyć. Zaciekawiony odłożył
je na bok i zaczął przekopywać pozostałe pudła.
Znalazł
starą różdżkę Syriusza, z której zapewne ten
wyrósł, i spróbował rzucić kilka zaklęć, które
nie zadziałały.
W ostatnim pudle, leżącym na samym dole,
znalazł małe lusterko, bliźniacze do tego, jakie sam posiadał.
Harry przycisnął je do piersi i jęknął, raz jeszcze czując się
tak okropnie, jak wtedy, gdy je odnalazł po śmierci Syriusza. To
nie tylko smutek, że nigdy nie będzie w stanie porozmawiać ze
swoim ojcem chrzestnym przez lustro, to było przerażające,
wstrząsające poczucie winy. Cholera, miał sposób,
aby skontaktować się z Syriuszem. Sposób, na który
machinacje Stworka nie zdołałyby wpłynąć. Cały czas to miał.
Gdyby tylko otworzył paczkę, którą dostał od chrzestnego!
Gdyby to zrobił, Syriusz nadal by żył. Harry nie ruszyłby do
Departamentu Tajemnic, gdyby wtedy wiedział o lustrze.
Głupi,
głupi! Niewybaczalnie głupi!
Harry siedział na twardej
posadzce, kuląc się nad lusterkiem i płakał.
——————————
Nie wiedział, ile czasu minęło, ale w końcu łzy przestały
płynąć. Usiadł po turecku, wpatrując się w ściany, które
lekko świeciły. Czar sprawiał, że lśniły, gdy ktoś był w
piwnicy. Lusterko nadal leżało mu na kolanach, milczące i martwe.
Jak Syriusz.
Ból ponownie chwycił go za serce, ale tym
razem łzy już nie popłynęły. Gdzieś wewnątrz chłopak poczuł
chłód. Zamarzał, całkowicie, czuł ukąszenia mrozu tak
silnego, że wydawał się go rozszczepiać na pół.
Cichy
dźwięk odwrócił jego uwagę. Pogrążony w smutku, Harry
nie zwrócił na początku na niego uwagi, dopiero gdy zaczął
powtarzać się nieregularnie. Wtedy chłopak uniósł wzrok i
zobaczył małego, sunącego powoli węża. Czysty mahoń z
połyskującym podczas ruchu złotem. Wąż zbliżył się, uniósł
głowę i wysunął język.
Harry zamrugał przypominając sobie
pytona z zoo. Ten wąż, nie dłuższy niż ramię Harry'ego,
przyglądał się chłopakowi z ciekawością i jakby ponurą miną.
Zdecydowanie nie przypominał niebezpiecznych gadów, z jakimi
Harry miał wcześniej do czynienia, takich jak Nagini czy
bazyliszek.
— Cześć mały — przywitał się przecierając
oczy.
Nie wiedział, że odezwał się w mowie węży, która
dla niego brzmiała dokładnie tak, jak angielski, dopóki wąż
nie zasyczał w odpowiedzi, co Harry dokładnie zrozumiał. Jakby
mogło być inaczej?
— Długo tu byłeś, ludzki chłopcze.
Harry usiadł prosto i odłożył lusterko na bok.
— Tak, a
ty? Mieszkasz tutaj?
— Tu są myszy — odparł wąż
przysuwając się bliżej, aż do samych kolan chłopaka.
Harry
poklepał się po nodze, zapraszając gada do wspięcia się na nią,
ale ten tylko przyglądał mu się w zamyśleniu.
— Nazywam się
Harry, nie ludzki chłopiec — powiedział. — Masz jakieś imię?
Wąż pokręcił zadziwiony głową.
Cóż, Harry
stwierdził, że to mogło trochę poczekać.
— Podoba ci się
tu?
— Zimno. Ale są myszy. Jem, potem się wspinam.
Harry
zerknął na schody i zrozumiał.
— Zjadłeś wystarczająco na
jakiś czas? Będę się teraz wspinał i jeśli chcesz, to zabiorę
cię w ciepłe miejsce.
Gad przytaknął i owinął się wokół
nadgarstka chłopaka.
——————————
Na górze
Harry rozpalił w kominku, rzucił na podłogę poduszki i położył
się na nich. Wąż zsunął się z jego ramienia, zwinął na
dywanie i oparł głowę na ogonie.
— Dlaczego z twoich oczu
kapie dessszcz? — zapytał. Harry pomyślał, że skoro węże nie
mogły płakać, takie słowo zapewne nie istniało w ich języku.
—
Byłem sssmutny — odparł Harry głosem, który dla
normalnego człowieka byłby tylko sykiem.
Wąż przytaknął
lekko.
— I nadal jesssteś?
— Taak, chyba tak.
Siedzieli
tak chwilę, a ciszę przerywało tylko trzaskanie ognia w palenisku.
— Jak ciepło — zasyczał w końcu wąż. — Ale dla ciebie
to nie to samo, ludzki chłopcze? Jest ci ciepło, ale nadal
sssmutno?
— Nazywaj mnie Harry — wyjaśnił ponownie Harry. —
Ale tak, ciepło niczego dla mnie nie zmienia.
Wąż wsunął mu
się na kolana i usadowił na udach.
— Bo Harry jest zawsze
ciepły.
— Taak, możliwe.
Zaswędziało go nieco, gdy gad
się poruszył.
— To co zasssmuciło Harry'ego?
Harry
uśmiechnął się lekko. Naprawdę zamierzał tu siedzieć i
opowiadać o swoich problemach wężowi? Właściwie to czemu nie?
Lepsze to, niż gdyby znalazł go, tak dumającego, Remus. Z
pewnością znowu stwierdziłby, że to depresja blokuje jego magię.
A ona nie blokowała, prawda? Nie tylko sny o tym świadczyły,
ale również wężomowa.
Czując się przez chwilę jak
czarodziej, Harry odpowiedział na pytanie gada. Wyjaśnił sytuację
z Dursleyami, opowiedział o rzeczach, o których prawie
zapomniał, tak dawno temu się zdarzyły. Opowiedział o swoich
rodzicach, o tym jak Syriusz był uwięziony w Azkabanie, podczas gdy
to Pettigrew powinien tam być. O uratowaniu Syriusza, o puszczeniu
wolno Pettigrew, za co mężczyzna odwdzięczył mu się w najgorszy
z możliwych sposobów podczas Turnieju Trójmagicznego.
Mówił o byciu Chłopcem Który Przeżył, o tym, jak
nigdy nie chciał oklasków i oczekiwań, jakie się z tym
wiązały. Nawet nie chciał być Chłopcem. Tylko… chłopcem.
Ludzkim chłopcem, jak to nazwał wąż.
——————————
— Kim jest Lucinda? — spytał po kolacji Harry, zastanawiając
się z roztargnieniem, co powiedziałby Remus, gdyby nalał sobie
trochę whisky. Snape zostawił butelkę.
Mężczyzna spojrzał
na niego ostro.
— Gdzie usłyszałeś to imię?
— Dzisiaj
podczas snu — odparł lekko. — Mówiłem ci, Snape
powiedział, że część snu jest prorocza.
— Profesor Snape,
Harry.
— Taak, jak chcesz. W każdym razie widziałem was obu w
gabinecie Dumbledore'a i podejrzewam, że on spytał o tę Lucindę,
bo ty odpowiedziałeś, że czuje się dobrze. Kim ona jest?
Remus
zawahał się.
— Przyjaciółką.
No dobra, Harry
potrafił zrozumieć aluzję.
— Dobra — powiedział lekko. —
Poznałeś już Sals?
Przyglądał się, jak Remus unosi ze
zdziwieniem brwi, gdy zaczął mówić do węża,
odpoczywającego wygodnie w rękawie kurtki. Bez wątpienia Remus
słyszał syczący dźwięk, Hermiona tak opisała wężomowę.
A
potem Sals wysunęła głowę z mankietu wystawiając język. Harry
wyjął ją drugą ręką.
— Piękny, prawda?
Widocznie
powiedział to po angielsku, bo Remus odpowiedział.
— Tak… —
odparł niepewnym, chwiejnym głosem.
— Co? Nie boisz się
węży, prawda? — spytał chłopak.
— Nie, po prostu nie
spodziewałem się, że wysunie ci się jakiś z rękawa. Był tam
przez całą kolację?
— Taak. Chyba spała. Sals dużo śpi.
— Sals — powtórzył z powątpiewaniem Remus.
Harry
uśmiechnął się.
— Miała być Sally, ale potem pomyślałem,
że nie wiem, czy to ona. Pewnie mógłbym spytać, ale to by
było… niewłaściwe. Trudno to wyjaśnić. Znaczy chyba
zdołałbym zadać to pytanie w wężomowie, ale brzmiałoby dziwnie.
Więc zdecydowałem, że lepiej będzie Sals. No wiesz, pokrywa obie
możliwości.
— Czemu nie spytałeś jak ma na imię?
—
Próbowałem — przyznał Harry. — Nie wiem, może nie mają
imion, dopóki jakiś czarodziej im go nie nada. Sals na
początku chyba nie rozumiała, ale teraz już chyba tak. —
Przełączył się na wężomowę. — Sals, to jest Remus.
Wąż
zasyczał w stronę Remusa. Harry zmarszczył brwi i pokręcił
głową.
— Co? — dopytywał się Remus.
— Nic. —
Harry wypił kolejny łyk herbaty, jeszcze bardziej żałując, że
nie ma odwagi nalać sobie whisky. To chyba jednak nie byłby dobry
pomysł. Mógł zburzyć to dziwne porozumienie, jakie zdołał
zbudować ze Snape'em.
— Czemu zmarszczyłeś czoło? —
nalegał Remus. — Czy Sals groziła, że mnie ugryzie, czy coś
takiego? Powinienem się trzymać z daleka od twojej małej
przyjaciółki?
Harry spojrzał na niego zaskoczony.
—
Och nie, Sals nie jest groźna. Nic w tym rodzaju. — Zasyczał
kilka razy na węża. — Sals spytała, czy jesteś moim ojcem, to
wszystko. Właściwie to brzmiało to bardziej jak: czy byłem twoim
jajkiem. Wężomowa czasami jest dość dziwna.
— A
zmarszczyłeś brwi dlatego, że…?
— Jezu, nigdy nie
potrafisz odpuścić? Jak myślisz, dlaczego? — odparł Harry
podnosząc głos. Zdołał znieść pytanie Sals dość dobrze,
ponieważ wąż nie mógł wiedzieć, że takich pytań lepiej
nie zadawać, ale Remus powinien. Im więcej o tym myślał, tym
bardziej się denerwował, rzeczy, których nigdy nie zamierzał
wypowiedzieć, same wychodziły przez jego usta. — Może dlatego,
że mógłbym chcieć mieć ojca, choćby przez dziesięć
minut, tak, żebym mógł go pamiętać? Nie, cofam to. Może
dlatego, że mógłbym chcieć mieć ojca, którego
mógłbym szanować! O tak, to musi być to! James Potter,
szukający Gryffindoru. Jesteś taki podobny do ojca, Harry,
wszyscy tak mówią. Mój Patronus przyjmuje jego postać.
A w zeszłym roku odkryłem, jaki był w rzeczywistości. Próżny,
samolubny, okrutny dupek, a wymówką mojego cholernie
błyskotliwego ojca chrzestnego na to wszystko była jakaś bzdura o
tym, że byli idiotami. Jakby to wszystko tłumaczyło!
—
Harry…
— Powinieneś po prostu przestać analizować moje
uczucia! — wrzasnął chłopak. — Kurde, nigdy nie myślałem, że
będę wolał spędzać czas ze Snape'em niż z tobą!
—
Profesorem Snape'em, Harry! — poprawił go Remus i Harry aż
zagotował się z gniewu.
— Nie musisz mi mówić, jak
mam się odzywać! — wybuchnął. — Powiedz to jeszcze raz, a
zacznę go nazywać Severusem, przysięgam!
Cichy dźwięk
zwrócił na siebie jego uwagę, odgłos odchrząknięcia.
Harry odwrócił się, aż bojąc się spojrzeć. Już
wiedział, kogo tam zobaczy. Kogóż niby innego? Cały Zakon
miał omijać Grimmauld Place przez jakiś czas. Wszyscy poza Harrym,
Remusem i… Snape'em.
— Od jak dawna pan tu jest? — sapnął
chłopak.
— Wystarczająco długo — odparł Snape. —
Przeproś profesora Lupina.
— To on powinien mnie przeprosić!
— wybuchnął Harry, zabierając ze stołu Sals. Te wszystkie
wrzaski przestraszyły ją, czuł to.
— Severusie —
powiedział cicho Remus. — W porządku. Harry jest pod wpływem
dużego stresu.
— A kiedy jest inaczej? — zripostował Snape.
— Pan Potter specjalnie powiedział mi, że woli być traktowany,
jak normalny młodzieniec w jego wieku, pomijając niezwykłe
okoliczności. I dlatego — odwrócił się w stronę
Harry'ego i pochylił lekko — przeproś profesora Lupina.
Teraz.
Fale gorąca i zimna na przemian oblewały
Harry'ego. Wiedział, że Sals to czuje. Coraz bardziej się bała.
Wiedział również, że Snape ma rację. Nie mógł
twierdzić, że chce być traktowany jak wszyscy inni, a potem
złorzeczyć, kiedy to docierało. I… O cholera. Remus chciał
tylko pomóc, nieważne, że robił to w zupełnie
nieodpowiedni sposób. Harry zareagował za mocno i o tym
wiedział.
— Przepraszam, profesorze Lupin — ogłosił
sztywno Harry, a potem dodał ciszej. — Naprawdę, Remus.
Przepraszam.
Z Sals owiniętą wokół nadgarstka, Harry
starał się jak mógł zachować jakieś poczucie godności,
zostawiając dorosłych samych w kuchni.
Rozdział następny:
Wspomnienia o Jamesie
