korekta rozdziału: Susie

Rozdział osiemnasty:
Wspomnienia o Jamesie

Jakiś czas później Snape znalazł go w salonie. Harry nie wiedział o czym obaj mężczyźni mogli tak długo rozmawiać, więc pomyślał, że mistrz eliksirów chciał dać mu po prostu czas, aby się uspokoił. Zirytował się na myśl, że tak właśnie było, celowo zignorował wejście nauczyciela i kontynuował rozmowę z Sals.
Snape przysłuchiwał się temu przez chwilę, opierając się o półkę nad kominkiem, w końcu się odezwał.
— Piękny wąż.
Harry stwierdził, że zbyt długie ignorowanie profesora byłoby zbyt dziecinne. Spojrzał mu w oczy.
— Taak, znalazłem Sals w piwnicy.
— Ciekawe imię.
Harry zdjął gada z kolan i położył na podłodze, odsyłając go sykiem.
— Cóż, właściwie to najpierw myślałem o Gryff. Wie pan, z powodu kolorów. Burgund i złoty. Ale w końcu zdecydowałem się na Sals.
— Skrót od Salazara?
Harry, zupełnie zaskoczony, z trudem zdusił śmiech.
— Och, tak jak Slytherin? Nie, nie pomyślałem o tym. — Snape usiadł i Harry zaczął się robić nerwowy. — Dzisiaj znowu oklumencja?
— Za chwilę. Muszę się najpierw odprężyć. — Nie powiedział, że Harry też musi, ale to było dość oczywiste.
— Whisky?
Snape przyjrzał mu się dokładnie.
— Myślę, że nie. Porozmawiajmy. Myślałeś o tym, co oznacza twój nowy ulubieniec?
— Taak. Chodzi panu o wężomowę, prawda?
— Czarodziejski dar — przytaknął Snape, przyglądając mu się spod półprzymkniętych powiek. — Z całą pewnością twoja magia nie zniknęła.
— Hmm, też tak pomyślałem na początku. Ale wie pan, Dumbledore nie uważa, aby wężomowa była jakoś szczególnie związana z moimi mocami. Myśli, że to zostało przeniesiona na mnie razem z tym — dotknął palcem wskazującym blizny na czole.
— Nie zgadzam się — Snape wyprostował nogi i oparł je na niskim stole. Harry wpatrywał się zaskoczony w nauczyciela, dopiero po chwili przypominając sobie, że mężczyzna chciał się w końcu zrelaksować i doszedł do wniosku, że jemu też dobrze to zrobi .
— Albus jest błyskotliwym i potężnym czarodziejem — kontynuował Snape. — Mimo to wiedza dyrektora o najmroczniejszej magii nie jest pełna. Dar wężomowy nie mógłby się w tobie rozwinąć, gdybyś sam nie posiadał wystarczającej mocy, aby potrafić z niego korzystać.
— Więc ma pan na myśli to, że wężomowa jest najmroczniejszą magią? — sapnął Harry.
— Oczywiście, ale nie denerwuj się. Najmroczniejsza magia wcale nie oznacza czegoś złego. To wygodna nazwa na określenie rodzaju magii, która może zostać użyta w najgorszy z wyobrażalnych sposobów. Ta sama magia może być jednak wykorzystana do celów neutralnych, a nawet szlachetnych. Czy czary, którymi odczepiłem ten makabryczny portret były złe?
Harry pokręcił głową.
— Wężomowa jest uważana za zło głównie dlatego, że używano jej do przerażających rzeczy — wytłumaczył Snape.
— Taak, Voldemort powiedział Nagini, że może mnie zjeść po tym, jak on już ze mną skończy — przypomniał sobie chłopak i zadrżał.
Snape zachichotał. Harry zmieszał się, ale mistrz eliksirów szybko wyjaśnił.
— Wiesz, Harry, trochę trudno cię traktować jak normalnego szesnastolatka, kiedy mówisz coś takiego. — Odchrząknął. — Chociaż się staram.
Harry to doceniał, ale zdołał nie dziękować.
— W każdym razie, spodziewam się, że już pogodziłeś się z tym, iż mówisz językiem węży — kontynuował Snape. — Wiesz o tym od drugiej klasy, prawda? Nie powinno nadal cię to niepokoić.
— Ha! Czy nie było śmiesznie, jak wszyscy uważali, że jestem Dziedzicem Slytherina i chcę wyczyścić szkołę z mugolaków?
— Mało prawdopodobny scenariusz — zgodził się Snape, uśmiechając lekko i zakładając ręce na piersi.
— Z wyjątkiem pytona w zoo, z którym rozmawiałem, gdy miałem dziesięć lat, wężomowę słyszałem tylko od węża Voldemorta, bazyliszka i węża, którego wyczarował Malfoy podczas pojedynku — powiedział Harry. — Mało pozytywne doświadczenia.
— Cóż, więc rozmawiaj dużo z Sals — zasugerował Snape. — Równie dobrze możesz się przyzwyczaić do swojego talentu, Harry. To część ciebie, cokolwiek mówi dyrektor.
— Zacznijmy już po prostu lekcję, profesorze — westchnął zmęczony rozmową Harry.
— Za chwilę. Czy ty właściwie wiesz, co robił twój ojciec, Harry? Jak zarabiał na życie?
Harry prychnął myśląc, że Snape słyszał dużo więcej, niż pokazywał.
— A robił cokolwiek? — odparł. — Zważywszy, że Potterowie mieli więcej czarodziejskiego złota niż reszta świata uważa za przyzwoite?
— Mówisz jak Lupin. Nie przeczę, James był bogaty i nie odpowiadał mi sposób, w jaki mnie traktował w szkole. To, że z wyglądu jesteś do niego taki podobny, z pewnością na mnie wpływało… bardzo długo, Harry. Ale obraz, jaki zbudowałeś patrząc w myślodsiewnię? Nie jest właściwy.
— Nie musi mi pan tego mówić! — oświadczył gorąco Harry. Z każdą chwilą czuł się coraz bardziej nieswojo, usiadł na podłodze, gdzie ostatniej nocy pracowali i spytał: — Oklumencja?
Snape wstał, podszedł do niego, podciągnął go do góry i pochylił się nad nim.
— Muszę ci to powiedzieć — obiecał. — Myślodsiewnia nie jest obiektywna, Harry. To, co widziałeś, było rekonstrukcją tamtego dnia z mojej perspektywy. Bez wątpienia jest to prawdziwe, ale ma również swoje wady. A ty widziałeś tylko jeden dzień z całego życia swojego ojca.
— Syriusz mi powiedział, że zawsze się nad panem znęcali! — zaprotestował Harry.
— Prawda, ale ten dzień był wyjątkowo okropny — poinformował go Snape. — James dobrze wtedy nie wypadł, ale ty najwyraźniej stwierdziłeś, że był zupełnie bezwartościowym człowiekiem. A to… — Mistrz eliksirów odchrząknął. — A to nieprawda.
Harry sapnął z rozdrażnieniem.
— Za chwilę stwierdzi pan, że w końcu pan go nawet polubił!
— Nie lubiłem go — zaprzeczył mężczyzna. — Nigdy go nie lubiłem. Kiedy dorośliśmy zbyt wiele już nas… dzieliło, tak to nazwijmy. — Snape przez chwilę się wahał, potem położył dłonie na ramionach chłopaka. — Ale, Harry, on nie zawsze miał piętnaście lat. Wyrósł na porządnego człowieka i, chociaż nigdy nie byliśmy przyjaciółmi, na koniec go szanowałem. On i Lily trzykrotnie oparli się Czarnemu Panu, wiesz o tym. James był w Zakonie, poświęcał się, robił co tylko mógł, aby chronić ewentualne ofiary i sprowadzić śmierciożerców przed sąd. Pracował jako auror, ale odmawiał przyjmowania zapłaty. Nie chodziło tylko o bogactwa, jakie posiadała jego rodzina, ministerstwo nie było wtedy ani trochę bardziej kompetentne niż jest w tej chwili. James wolał trzymać dystans do oficjalnej polityki, która niestety zbyt łatwo zmieniała się pod wpływem kaprysu.
Nie wiedząc, co na to odpowiedzieć, Harry przyznał:
— Nikt nigdy nie powiedział mi o nim aż tyle naraz.
— Kiedy ludzie mówią, że jesteś do niego podobny, myślą o człowieku, jakim się stał — dodał Snape — a nie o tym, jakiego widziałeś w mojej myślodsiewni.
Harry wciągnął głęboko powietrze i powoli je wypuścił. Nie powinno dla niego tyle znaczyć to, że Snape praktycznie przyznał, iż wybaczył Jamesowi. Nie powinno, ale jednak znaczyło. Czuł się dużo lepiej. Nie zupełnie dobrze, ale zdecydowanie lepiej.
Strząsnął dłonie nauczyciela i powiedział:
— Możemy już przejść do oklumencji?
— Nadal jesteś zdenerwowany — zauważył Snape.
— Trudno, żebym nie był — odparł Harry. — Znaczy, było świetnie i w ogóle, ale wypełnienie umysłu… obrazami jest dość dziwne. Naprawdę, myślę, że trochę whisky by pomogło.
Snape odsunął się o krok.
— Musisz być w stanie oczyścić umysł bez takich pomocy. I beze mnie, Harry. Dzisiaj zrobimy to trochę inaczej. Spróbujemy to wykonać bez kontaktu fizycznego.
— Założę się, że potem nawet bez pana w moim umyśle — zgadł Harry. — A potem co? To wszystko? Myślę, że łatwiej mi będzie, jeśli będę znał cały plan, jeśli to panu nie przeszkadza. To znaczy jeśli to w niczym nie wadzi.
— Nie powinno — odpowiedział Snape. — W pierwszym kroku musisz nauczyć się, jak powstrzymać wszelkie myśli bez jakiejkolwiek zewnętrznej pomocy, ale nie jest to wcale koniec. Musisz być w stanie utrzymać spokój nawet w chwili ataku. Co więcej, Czarny Pan jest o wiele lepszym legilimentą niż ja. To, czego naprawdę potrzebujesz, to zdolność przekonania go, aby nie atakował cię pełnią sił.
Wskazał, aby Harry usiadł, a potem przykucnął przed nim.
— Jak mam przekonać do czegokolwiek Voldemorta? — spytał Harry, zaciskając dłonie na kolanach na sam dźwięk pytania. — Nie wyobrażam sobie, aby wycofał się, bo tak mu powiem.
Snape uniósł brew w niewątpliwym wyzwaniu i wycedził:
— Och, no dalej, panie Potter, z pewnością widzisz sposób? — Kiedy Harry pokręcił głowę, głos mężczyzny nabrał nieco kąśliwego tonu. — Tylko część ciebie jest czystym, szczerym Gryfonem, wiesz.
Przebiegłość… Ślizgońska przebiegłość…
— Och, ma pan na myśli… Odwrócenie uwagi, prawda?
— Czemu boisz się nazwać to po imieniu?
Harry otworzył usta, ale po chwili je zamknął, nie wiedząc, co powiedzieć.
— Kłamanie nie jest gorsze od mrocznej magii, Harry — zauważył spokojnym tonem Snape. — Wszystko zależy od celu, do jakiego wykorzystujesz to odwrócenie uwagi.
— Jasne — odparł Harry, czując się nieco pewniej. — Voldemort jest silniejszy niż ja, więc muszę być od niego mądrzejszy…
— Czarny Pan nie jest od ciebie silniejszy. Naznaczył cię jako równego sobie.
Harry wpatrywał się w swojego nauczyciela czując, jak krew odpływa mu z twarzy. Snape nie mógł mieć na myśli tego, co właśnie powiedział. Po prostu nie mógł. Nie był nawet równy Snape'owi, nie mówiąc już o Voldemorcie!
— Niech pan słucha, mówiłem panu — zaczął Harry. — Wszyscy myślą, że go okpiłem, ale to nieprawda. Miałem pomoc, zawsze ktoś mi pomagał! Mówiłem panu!
Snape machnął ręką, jakby nic z tego nie miało znaczenia.
— Niemniej, Czarny Pan nie ma więcej mocy niż ty, przepowiednia tak mówi. Jedyne co ma, to dużo lepsze pojęcie o tym, jak nią kierować. Ty faktycznie nie wiesz co z nią zrobić.
— Ja faktycznie nie mam żadnej magii, profesorze — kłócił się Harry. — Powinienem słuchać pana i Hermiony i trzymać się z dala od mugolskich lekarzy! To moja wina, że straciłem moc, powinienem zostawić ciotkę Petunię jej własnemu losowi, tak, jak pan mówił. W końcu i tak jej nie pomogłem, no nie? A teraz, jeśli polegnie cały czarodziejski świat, będzie to moja wina! Będę odpowiedzialny za wszystko co ten bydlak zrobi…
— Choć bycie porównywanym w czymkolwiek do panny Granger sprawia mi satysfakcję — przerwał mu Snape — nie powinieneś zapominać, że kierowałeś się chęcią zabezpieczenia pola ochronnego. Starałeś się chronić siebie do czasu, kiedy będziesz gotowy zmierzyć się z Czarnym Panem. Ja o tym wiem, tak jak Albus.
— Taak, no więc, dużo dobrego dadzą mi teraz gryfońskie motywy — burknął Harry, przygryzając ze wzburzeniem wnętrze policzka. — Powinienem pozwolić tej przeklętej tiarze przydzielić mnie do Slytherinu.
— Cóż, przynajmniej nazwałeś swoją małą przyjaciółkę Sals.
Ten komentarz rozładował nieco napięcia, tak, jak lekki uśmiech Snape'a.
— A co do przeszłości, Harry, musisz pozwolić jej odejść. Nawet najgorsze decyzje mogą wyjść na dobre, kiedy spojrzy się z szerszej perspektywy.
Słowa nie były jasne, ale Harry w jakiś sposób rozumiał, że mężczyzna mówił o Mrocznym Znaku wypalonym na ramieniu. Spojrzał tam, choć sam znak był ukryty pod szatami i zapewne więcej niż jednym rękawem.
— Tak — mruknął jedynie Snape, pojedyncza sylaba wypowiedziana nisko i powoli. — Rozumiesz.
Harry przytaknął.
— Dobrze, zacznijmy w takim razie — zdecydował Snape. Przysunął się nieco bliżej do chłopaka, ale unikając kontaktu, i wyciągnął przed siebie dłonie z rozłożonymi palcami.
— Dopasuj dłoń do mojej, ale nie dotykaj — powiedział głosem przerażającym, ale równocześnie spokojnym. Harry czuł, jakby się w nim zapadał. Kiedy zrobił o co go proszono poczuł energię pulsującą w powietrzu między ich dłońmi. Było zupełnie jak wtedy, gdy bawił się magnesami Dudleya i odwracał je do siebie tymi samymi biegunami, między nimi działała prawie materialna siła.
——————————
Tym razem Harry'emu dłużej zajęło wejście w mentalną wodę i scalenie się z nią, ale kiedy już się udało, mógł dłużej utrzymać się w tym stanie.
Gdy w końcu Snape się odsunął i opuścił zmęczone ręce na dywan, przyznał:
— Pod koniec byłeś sam, Harry. Opuściłem twój umysł jakiś czas wcześniej. Wyczułeś to?
— Nie — mruknął chłopak, osuwając się. Oklumencja była o wiele bardziej męcząca, gdy nie miał do pomocy Snape'a, mentalnie i fizycznie.
— To znaczy, że twoja oklumencja była prawie kompletna. Bardzo dobrze zrobione, panie Potter.
Harry'emu bardzo trudno było powstrzymać się przed pysznieniem. Usłyszał komplement od Snape'a? Teraz znaczyło to dużo więcej niż powinno, ale był zbyt zmęczony, aby teraz o tym myśleć.
— Jutro wymyśl jakiś inny obraz, w którym będziesz mógł się zatracić — polecił Snape. — Woda jest moja, rozumiesz. Chciałbym wierzyć, że jestem na tyle zdolny w oklumencji, że Czarny Pan nigdy nie zobaczył obrazu, którego używam, ale wolałbym nie ryzykować życia, jeśli wyczuje moją rękę w twojej mocy.
— Och… — Harry o tym nie pomyślał. Używanie oklumencji przeciwko Voldemortowi mogło zagrozić Snape'owi, jeśli Harry to źle zrobi? — Tak, dobrze, profesorze. Zrobię, co pan mówi.
— Nadzwyczajne słowa. — Snape stłumił dłonią ziewnięcie. — Nigdy nie myślałem, że je od ciebie usłyszę, a tym bardziej, że powiesz je poważnie.
— Mówię je poważnie!
— Tak, wiem o tym, Harry — przyznał Snape sardonicznie cedząc słowa, po chwili jednak jego głos był znów spokojny. — Nie zamierzałem sugerować nic innego. A przy okazji, poprosiłem Lupina, aby nie przejmował się tym, jak mnie nazywasz.
Harry spojrzał na swojego nauczyciela.
— Eee… Dlaczego?
— Powiedziałem mu, że nasze lekcje oklumencji wymagają pewnej mentalnej bliskości i że jego nalegania, aby podtrzymać mój autorytet jako nauczyciela, może tylko zagrozić postępom, jakie już zrobiliśmy.
Coś w doborze słów zwróciło uwagę Harry'ego.
— Mówi pan, że mu powiedział. To nie była prawda?
— Myślisz jak Ślizgon — pochwalił Snape.
— Czy to prawda?
— Nie wiem — przyznał Snape podnosząc się z kolan. Auć. Harry był pewny, że słyszał, jak trzaskają kości. — Możliwe. Zobaczymy. W każdym razie już czas, abym wracał.
— Tak szybko jest pan w stanie wracać? — spytał zatroskany chłopak. — Może powinien pan chwilę zostać. Moglibyśmy znowu porozmawiać, tak, by pan nie zasnął.
— Jest coś, o czym chciałbyś porozmawiać? — spytał łagodnie Snape, jakby naprawdę chciał wiedzieć.
Harry pomyślał o śnie, potem pokręcił głową. W sumie to nie było nic takiego. Tylko scena, w której Snape zbiera włosy do Eliksiru Wieloskokowego, a potem polana w lesie. Nic strasznego, zupełnie nie jak poprzedni sen.
— Wrócę więc — ogłosił Snape i podszedł do przepastnego kominka. — Pamiętaj o ćwiczeniu, Harry. Oczyść umysł kilka razy jutro i staraj się zatracać w czymś innym niż woda.
Zanim Harry zdążył odpowiedzieć, Snape'a już nie było.
— Dobrze, tak zrobię — odparł i tak. — I dziękuję, profesorze. Za wszystko.

Rozdział następny:
Sny