Cena bez miary.

Elendil stał na dziobie flagowego okrętu Ar-Pharazona, osłaniając swe niebieskie oczy przed gorącym Południowym Słońcem. Tam, na horyzoncie, leżała gruba ciemna linia - wybrzeże Śródziemia, a dokładniej Bliskiego Haradu.

Twarz Elendila rozpromieniła się z podekscytowania. Chociaż miał już 31 lat, wciąż był młody wedle miary Numenorejczyków i była to jego pierwsza podróż poza brzegi swej rodzinnej wyspy. Dotychczas wiódł on przytulne życie w pałacu swego ojca, Amandila, w Andunie. Jednak pomimo żywionych przez niego złych przeczuć, Elendil był bardzo zadowolony, że król wezwał go na wojnę. Amandil, mimo że w młodości był wielkim kapitanem, nie miał skłonności do ulegania popędom. Elendil wręcz przeciwnie, zawsze był rządny przygód i cieszył się ze sposobności przetestowania swej odwagi w wojnie, nie dbając o zagrożenia, którym stawi tam czoło.

"Wygląda na to, że nasz cel jest w zasięgu wzroku, Admirale." powiedział Elendil, odwracając się do człowieka stojącego przy nim. "Zbliża się dzień zapłaty. Sauron Przeklęty z pewnością wyśle swe hordy na nasze spotkanie, nim zbliżymy się do jego kraju."

"Tak, a my będziemy dobrze przygotowani, by ich powitać!" odparł Minastir, kapitan statku flagowego króla i admirał Jego floty. Był potężnym mężczyzną o grubo ciosanej twarzy, wysokim prawie na siedem stóp, z czarną brodą i poważnymi oczami. "Nasi chłopcy tłoczyli się pod pokładem od tygodni i wyczekują tylko okazji, by móc podciąć rząd orkowych karków!"

"Zawsze patrzysz na jasną stronę medalu, co admirale?" zaśmiał się Elendil. Potem spojrzał w kierunku brzegu i zmarszczył brwi.

"Co to za czarna chmura, zbliżająca się do floty?" zapytał, odgarniając z oczu lok brązowych włosów. Olbrzymia, czarna chmura rzeczywiście zbliżała się szybko do floty i to pod wiatr.

"Dziwne" zmarszczył brwi Minastir. "To wygląda prawie jak... stado ptaków, może? Lub..."

"Kruków" powiedział Elendil. Spojrzał na nie swymi daleko-widzącymi oczami, dorównującym elfickim - dar od swoich półelfich przodków. Dostrzegł setki kruków, zataczających kręgi nad awangardą floty. Lecz co kruki robiły tak daleko od brzegu?

Stojąc w swym obserwatorium na szczycie Barad-dur, Sauron mógł widzieć przez oczy swych kruczych sług, gdy te unosiły się nad odległą numenoryjską flotą. Mroczny Władca był daleki od zadowolenia. Oczekiwał w pełni, że jego prowokacja prędko poprowadzi Numenor do otwartej wojny przeciwko niemu. Taka była jego najskrytsza nadzieja, gdyż, kiedy nie mógł stanowić wyzwania dla potęgi Numenoru na morzu, planował szybko zmiażdżyć ich armie na lądzie. Wciągnąłby ich w zasadzkę i przytłoczył ogromną hordą orków i dzikich ludzi, których miał do swej dyspozycji. Wtedy nic nie stałoby mu na jego drodze do panowania nad śmiertelnymi krainami Ziemi.

Sauron, który mógł zwrócić swój wzrok na dowolny skrawek Śródziemia, nie był wstanie nic dostrzec poza jego zachodnimi brzegami. Jednak nie powstrzymało go to przed użyciem bardziej przyziemnych metod, by dowiedzieć się co tylko się da o Numenorze: o jego mocnych stronach, słabościach, ambicjach. Dzicy ludzie z Południa od dawna odwiedzali kolonie Numenoru jako handlarze, przynosząc drewno i kość słoniową na wymianę za żelazo i wełnę. Poprzez swych agentów pośród Południowców zdołał przekupić lub zastraszyć niektórych spośród wysokich rangą oficerów i szlachty, stacjonujących w Umbarze, i przez tych oficerów i szlachtę pozyskał informacje od kilku szczególnie przekupnych dworzan z Armenelos, gdzie skorumpowani urzędnicy byli tak łatwi do znalezienia jak owocożerne robaki w sadzie. Agenci Saurona w Armenelos przywiedli go do przekonania, że Numenor wyśle potężną flotę przeciw niemu. W tej sprawie mieli rację.

Lecz w czasie gdy Sauron siedział bezpieczny w Barad-dur, upajając się własną ogromną siłą na lądzie, ci skorumpowani dworzanie nie ostrzegli go jak prawdziwie niesamowitą militarną potęgę Numenor jest w stanie zwołać, tak samo na lądzie, jak i na morzu, kiedy już wywołało się jego gniew. "Tam jest ponad tysiąc statków" pomyślał Sauron do siebie, patrząc na błyszczące zbroje ludzi, stojących na pokładzie. "i każdy statek ma po tysiąc mężczyzn, profesjonalnych żołnierzy, na pokładzie... ci głupcy w Armenelos nie powiedzieli, że będzie ich choćby trzecia część tej liczby... jak mam ich wciągnąć w zasadzkę, gdy przewyższają liczebnie moje własne siły?"

Mroczny Władca zaczął czuć cień wątpliwości, jakich nie czuł od czasu wygnania po Wojnie Gniewu wiele wieków wcześniej. Czyżby był zbyt pewny siebie? Czyżby jego plany w końcu poszły na opak, po tylu stuleciach sukcesów?

Jego agenci zapłacą za tą porażkę w raportach, co do tego nie ma wątpliwości.

Lecz w międzyczasie, co on ma zrobić?

Sauron przypomniał sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, jak długo ma Jedyny Pierścień w posiadaniu, może przyzwać takie rezerwy mocy, o jakich ludzie nawet nie śmieli myśleć. Tak dużo czasu minęło od kiedy Numenorejczycy mieli porachunki z elfami, że wątpliwym było, że zrozumieją czym jest Jedyny Pierścień, lub do czego jest zdolny.

I po drugie, nie ma znaczenia jak silna była armia Numenoru, sami ludzie są słabi. Nie tylko słabi i wiotcy ciałem, lecz słabi umysłem i charakterem. To znał bardzo dobrze. Jeśli siła nie pomoże mu przeciwko Ludziom Zachodu, to...

Początki nowego planu uformowały się w umyśle Saurona. Kolejny raz pozwolił sobie na ślad uśmiechu.

Gdy słońce zaczynało tonąć na Zachodzie, flota Ar-Pharazona wpłynęła w potężne porty Umbaru o murach z czerwonego piaskowca i płaskich trawiastych wybrzeżach, pokrytych tu i ówdzie palmami daktylowymi i figowcami. Światło słoneczne błyszczało na czerwonych i złotych żaglach floty i na śnieżno-białym odeskowaniu statków.

Ar-Pharazon stał na tylnym pokładzie swego statku flagowego i kontemplował scenerię. Tutejsza forteca, przypomniał sobie, została założona dawno temu przez Numenorejczyków i był to teraz główny bastion i posterunek wzdłuż południowo- zachodnich wybrzeży Śródziemia. On sam był tutaj przy kilku okazjach w swej młodości, jako generał wiodący karne ekspedycje przeciwko tym dzikim ludziom z Południa, którzy, pod władzą Saurona, starali się nękać zyskowny handel Numenoru z dzikimi ludami z wybrzeży.

Z Umbaru, dwa tygodnie marszu na północ zawiodą jego armię do południowych granic Mordoru. Tam góry były niskie i z wieloma przejściami, znacznie łatwiejsze do przekroczenia niż strome mury Gór Cienia, które leżały wzdłuż zachodnich marchii Czarnego Kraju. Kolejne dwa tygodnie marszu przywiodą ich, milionową armię, do Czarnej Wieży, samej Barad-dur. Wtedy niech Sauron drży przed potęgą Numenoru i przed gniewem Ar-Pharazona Złotego.

"Hej, Minastirze!" zawołał Ar-Pharazon.

Admirał pośpieszył do niego. "Mój suzerenie?"

"Wyślij wiadomość do Zarządcy naszego garnizonu w Umbarze" powiedział Król. "Niech moje kwatery i te dla moich admirałów i generałów będą przygotowane. Będzie on również asystował przy rozładunku moich żołnierzy ze statków, co jak przewiduję, zajmie większą część tygodnia, zostawiając bardzo ograniczoną liczbę wolnych doków. Kiedy nasza armia rozłoży już obóz i będzie gotowa na lądzie, zwołam naradę wojenną."

"Natychmiast, suzerenie" odparł Minastir, zasalutował, odwrócił się elegancko i ruszył przez główny pokład, szukając posłańca do poniesienia wiadomości.

Ar-Pharazon odwrócił swój wzrok z powrotem na flotę i uśmiechnął się. Wkrótce, bardzo niebawem, Sauron zostanie pokonany. A wtedy całe Śródziemie padnie mu do stóp!

Tydzień później, armia Numenoru obozowała przed fortecą w Umbarze, wspaniała ze swymi niebieskimi, złotymi i białymi namiotami. We wnętrzu wielkiej sali fortecy, zbudowanej z błyszczącego białego marmuru, zdobionego złotem, hebanem i kością słoniową, król Ar-Pharazon wezwał swą naradę wojenną. Wśród obecnych przy wojennym stole, wyrzeźbionego z jakiegoś ciemnego drewna z dżungli i ukształtowanego w formie półksiężyca, był Minastir i inni oficerowie floty, generałowie armii, śmietanka szlachecka z Numenoru i Kimhilkad, Kapitan Garnizonu w Umbarze. Także obecny, jednak zobowiązany przez króla do zachowania ciszy podczas narady, był młody Elendil. Elendil był rozdarty pomiędzy niecierpliwością w trakcie nużących deliberacji rady i zapałem, by poznać strategię, którą wkrótce zastosują przeciw Czarnemu Krajowi.

"I jakie wieści o ruchach wroga, kapitanie Kimhilkadzie?" zapytał król, usadzony na środku przestrzeni między rogami półksiężycowego stołu, na małym złotym tronie, trzymanym w fortecy dla jego rzadkiego użytku. "Czy ten pies z Mordoru wysłał swych służalców bliżej naszych sił, kiedy już zeszliśmy z pokładów tu, w Umbarze? Do tego czasu z pewnością musi być świadomy naszej obecności."

"Jest tego świadomy, bez żadnej wątpliwości, Wasza Wysokość" odparł Kimhilkad, starzejący się człowiek o posturze niedźwiedzia z długą, szarą brodą i poważnymi, brązowymi oczami. "Lecz jest to dziwne. Ostatni kontakt, jaki nasi zwiadowcy mieli z siłami Nieprzyjaciela był w dniu naszego przybycia. W tym czasie jego najbliższe armie obozowały tydzień drogi na północ stąd, poza Przesmykami Harnen, strzegąc drogi do zachodnich granic Czarnego Kraju. Od czasu naszego przybycia, nasi zwiadowcy nie byli w stanie zlokalizować żadnych sił Saurona. Jednak nie potrafię sobie wyobrazić, by Nieprzyjaciel mógł całkowicie porzucić swe południowe marchie, które są najmniej górzyste i najbardziej podatne na inwazję. Najbardziej prawdopodobne jest, że mogli wycofać swe siły dalej na północ, w zachodnie marchie Mordoru, pomiędzy rzeką Anduiną, a Górami Cienia. To pozwoliłoby im oflankować nas, gdy nasza armia wmaszeruje do Mordoru w kierunku północnym. W każdym razie, siły Nieprzyjaciela zdecydowanie nie zbliżają się ani trochę do naszych oddziałów tu, w Umbarze."

"Bez wątpienia psy wroga nie są chętne, by wyjść na spotkanie swej zgubie" zawyrokował Ar-Pharazon. "Admirale Minastirze!"

"Tak, suzerenie?"

"Zostawisz małą flotyllę swoich statków tu, w Umbarze, do obrony portu. Weź większą część floty i płyń w sile wzdłuż północnego brzegu, aż dotrzesz do ujścia Anduiny. Potem popłyń rzeką na północ, omiń Pelargir i zacznij rozmieszczać swą flotę wzdłuż wschodnich brzegów Anduiny, aż do Cair Andros. Jeśli zobaczysz jakikolwiek ślad sił wroga, rozmieść swe katapulty przeciw nim. Zmieć ich falą ognia! Zamienimy ziemię pomiędzy rzeką, a Górami Cienia w morze płomieni, z którego siły Saurona będą musiały uciekać. W międzyczasie nasza armia wyruszy na północ pod moim dowództwem, do Przesmyków Harnen. Rozłożymy tam obóz i będziemy obserwować reakcje wroga. Te z jego oddziałów, które wciąż będą stać w poprzek Harnen, stawiając czoła szalejącym płomieniom, z armiami w odwrocie za swymi plecami i z nieuniknioną zagładą czekającą z przodu, ogarnie panika. Uciekną, poddadzą się, lub jeśli niektóre będą na tyle nieokrzesane by walczyć, zostaną wycięte w pień przez naszych ludzi. Otworzy się wtedy droga do marszu na północ, aż dotrzemy do Pustkowi Gorgoroth i staniemy przed Czarną Wieżą."

"Jak rozkażesz, mój suzerenie, tak się stanie" zasalutował Minastir.

Ar-Pharazon, który dotąd ostentacyjnie ignorował Elendila, zwrócił swą uwagę na niego. "Szczeniaku! Patrz na swego króla, gdy mówi do ciebie!" warknął. Twarz Elendila zalśniła z upokorzenia, gdy został zaadresowany na oczach wszystkich szlachciców i generałów Numenoru, jakby wciąż był chłopcem.

"Skoro, pomimo że masz powyżej trzydzieści lat" powiedział Ar-Pharazon. "nigdy nie udowodniłeś swej męskości w wojnie, jesteś bez wątpienia chętny, by dostać swą szansę. Dostaniesz ją ode mnie. Przejmiesz dowództwo na awangardą naszej kawalerii i powiedziesz ich na zwiad do Przesmyków Harnen. Podążysz na północ wzdłuż rzeki i będziesz wypatrywał sił wroga. Jedź tak daleko na północ jak Góry Cienia, jeśli będziesz musiał, dopóki nie dostrzeżesz ich z daleka. Gdy zaobserwujesz jaką decyzję wydają się podejmować; czy przygotowują się do ucieczki, poddania lub do walki, przyjedziesz wtedy z tym raportem z powrotem do mnie."

Elendila wciąż spalał płomień wstydu na obrazę Króla, jednak teraz jego serce podskoczyło z radości na tę perspektywę. Dowództwo nad całą dywizją kawalerii, z misją wielkiej wagi! Podniósł się z krzesła i zasalutował Królowi, prawą pięścią zaciśnięta przed jego lewą piersią, zgodnie ze zwyczajem. "To dla mnie honor, mój suzerenie." powiedział najgłośniejszym, najgłębszym głosem, jaki tylko mógł przywołać. "Nie przyniosę ci zawodu."

"Ufam, że nie" odparł Król, patrząc na niego chłodno. "gdyż nie będę tolerować porażek u żadnego z mych sług. Teraz idź do obozu i przejmij dowództwo nad dywizją kawalerii! Co do reszty z was, wracajcie na swe posterunki. Narada jest zakończona. Do zwycięstwa! Za Earendila i Numenor!" wykrzyknął, wstając, wyciągając swój miecz i wymachując nim, z ramieniem sztywnym i wyprostowanym, w kierunku sklepienia.

"Do zwycięstwa!" wykrzyknęli ludzie przed nim, tak samo wstając z krzeseł i wyciągając swe miecze w odpowiedzi. Potem schowali je do pochew i odeszli, by wydać rozkazy do swych żołnierzy.

Gdy Elendil wypadł z pokoju, Minastir dogonił go, kładąc mu rękę na ramieniu. "Gratulacje, mój chłopcze!" powiedział. "Niech Valarowie mają cię w swojej opiece!"

"Wielkie dzięki, admirale" odparł Elendil dumnie.

"To normalna rzecz do powiedzenia, do oficera, któremu właśnie przyznano dowództwo. Jednak" ostrzegł Minastir z ponurym uśmiechem, "przyjmij radę od starego żołnierza: w twoim najlepszym interesie jest polegać przede wszystkim na swoim własnym mieczu jako ochronie."

Elendil zaśmiał się. Jednak, po raz pierwszy, nie mógł zdusić śladu zdenerwowania na myśl o swej wielkiej przygodzie.

Osiem dni później awangarda numenoryjskiej kawalerii obozowała jakieś dwadzieścia mil na północ od Przesmyków Harnen. Jadąc co sił, dotarli do Harnen w zaledwie cztery dni. Na miejsce na południe od rzeki, jak Elendil dobrze wiedział, niedawno przybyła królewska armia i rozstawiała teraz rozległe, ufortyfikowane obozy.

Elendil spacerował na skraju obozu swej dywizji i patrzył na płaszczyznę brązowej, skąpanej w słońcu krainy, rozciągającą się przed nim, tak różnej od bujnych, zielonych gór i równin pięknego Numenoru. Suche trawy poruszały się w sporadycznym powiewie gorącej bryzy ze Wschodu, a upalne powietrze błyszczało od pyłu. Samotny sokół, zasłyszany z oddali, krzyknął przenikliwie. O dziwo, mimo że Elendil palił się do przygód przez całe swe życie, nagle odkrył w sobie tęsknotę za swą piękną, ojczystą wyspą, chociaż opuścił ją zaledwie półtora miesiąca wcześniej.

Daleko-widzące oczy Elendila przestudiowały północny horyzont. Gdzieś tam, kilku z jego poruczników prowadziło małe oddziały kawalerii na zwiad, sprawdzając, czy zdołają znaleźć jakikolwiek ślad sił Nieprzyjaciela. Sam Elendil prowadził te zwiadowcze misje w ciągu poprzednich trzech dni i cieszył się nimi, lecz czuł, że mądrzej będzie pozwolić na jakieś działania podległym sobie oficerom niż miotać się, by zrobić wszystko sam, z zapałem żółtodzioba.

Jego własne misje zwiadowcze nie wykryły żadnych śladów sił Nieprzyjaciela. Prawdę mówiąc, nikt nie znalazł żadnych śladów armii Saurona, od czasu kiedy numenoryjska flota rozładowała się w Umbarze ponad dwa tygodnie temu. Wyglądało to tak, jakby armie Nieprzyjaciela podwinęły ogony i uciekły na pierwszą plotkę o przybyciu armady z Numenoru.

"Czyżby Mroczny Władca stracił nerwy?" zastanawiał się głośno Elendil i zaśmiał się na tą myśl.

"Nie stracił nerwów, ale odzyskał zdrowy rozsądek" powiedział wysoki, czysty głos za jego plecami.

Zaskoczony Elendil, odwrócił się, chwytając za rękojeść miecza. Jak ktokolwiek zdołał podkraść się do niego od tyłu, tak, że go nie zobaczył ani nie usłyszał?

Przed nim stał bardzo wysoki człowiek, mierzący prawie siedem stóp od czubka głowy do palców. Wyglądał młodo, prawdopodobnie na dwadzieścia, trzydzieści lat. Jego oczy były czysto niebieskie, długie włosy kruczoczarne, skóra jak biały marmur, usta rubinowo czerwone. Był taki piękny z wyglądu, że przypominał Elendilowi Gil-galada, króla Wysokich Elfów z Lindonu na północnym-zachodzie Śródziemia, którego Elendil spotkał, gdy ten odwiedzał pałac ojca w Andunie lata wcześniej. W istocie, nie widząc okrągłych uszu, można by wziąć go za elfa. Ubrany był w szaty z białego materiału, z powiewającym szkarłatnym płaszczem. Nie nosił broni, ni żadnej ozdoby, poza złotym pierścieniem, na którym błyszczały intrygująco litery elfickiego alfabetu. Elendil zerknął krótko na pismo, które formowało słowa, wyglądające bardziej na barbarzyński bełkot, niż jakikolwiek normalny język ludzi, czy elfów.

Elendil wciąż gapił się zdumiony, gdy wysoka postać przed nim przemówiła ponownie. "Widzę, że moja obecność nie była wyczekiwana" zaśmiał się mąż, przyjemnym śmiechem, jak dźwięczenie srebrnych dzwonków. "Lecz prawdopodobnie nie jest zaskakująca, mam rację, mój młody przyjacielu Elendilu?"

"Skąd znasz moje imię?" odparł Elendil, odzyskując rezon. "Jak zbliżyłeś się do mnie tak bezgłośnie i niewidocznie? Kim jesteś i skąd pochodzisz?"

„Ach, dociekliwość młodych" westchnął mężczyzna. "Odpowiadając na twe pytania - wiem wiele rzeczy i potrafię chodzić niewidoczny i niesłyszany, jeśli chcę. Mam na imię Sauron z Mordoru i jestem twym więźniem."

Elendilowi opadła szczęka ze zdumienia. Sauron? Ten człowiek, stojący przed nim, który wyglądał pięknie niczym elf i był odziany jak szlachcic przechadzający się po ogrodach Armenelos, był Mrocznym Władcą Mordoru? Lordem wilkołaków i wampirów ze starych dni? Prawą Ręką Morgotha, Mrocznego Nieprzyjaciela Świata? I on po prostu przyszedł i poddał mu się, bez nawet pozorów walki?

"Żartujesz" odparł Elendil, marszcząc brwi, chociaż nie potrafił ukryć rosnącego w nim strachu i zdumienia. Zastanawiał się, czy mógłby się uszczypnąć, by sprawdzić, czy nie śni.

"To nie jest żart, Elendilu" powiedział mężczyzna swym czystym, dźwięcznym głosem. "Widziałem waszą flotę i armię z daleka i wiem, że wasz król, Ar-Pharazon Złoty przybył wywrzeć na mnie zemstę. Silne są me armie i daleki mój zasięg, lecz wygląda na to, że po tylu długich latach nie jestem tak mądry, jakbym chciał. Nigdy nie chciałem niczego więcej prócz porządku i harmonii w moim kraju. Nie będę bez potrzeby poświęcał moich lojalnych sług w bezowocnych próbach obrony mej osoby przed niezniszczalną armią Ludzi Zachodu. Dla ich dobra i po to, by uchronić te krainy od wojny, poddaję się twojej mocy, Elendilu, byś mógł przyprowadzić mnie do swego króla. Teraz mój los jest w twoich rękach."

Elendil wciąż nie mógł uwierzyć własnym uszom. "Poddajesz mi się, bo obawiasz się o dobro swoich zwolenników?" zapytał. "Jesteś tym samym Sauronem, który odrąbał głowę królewskiego kuzyna i obrócił to w okrutne szyderstwo? Nie miałem wtedy wrażenia, że Mroczny Władca Mordoru jest taki współczujący."

"Ach tak, biedny lord Armeneltir" odparł mężczyzna, wyraz konsternacji przemknął mu przez twarz. "Obawiam się, że było to nieszczęśliwe nieporozumienie. Wasz ambasador przemawiał dumnie, lecz niektórzy z moich orkowych sług nie są tak cierpliwi jak ja. Byli tak obrażeni przez jego harde słowa, że pozbawili go głowy bez ostrzeżenia i wywlekli gdzieś ciało, zanim mogłem ich powstrzymać. Zabili też jego ochroniarzy."

"W istocie" kontynuował, "Orkowie nie są najbardziej niezawodnymi ze sług. Zwróciłem to, co zostało z biednego człowieka do waszego miasta, Pelargiru, jako pokojową ofiarę dla króla, lecz wygląda na to, że moje czyny zostały źle zrozumiane. A więc teraz Jego Wysokość będzie miał swą zemstę."

"Tak twierdzisz?" odparł Elendil. Jego serce ostrzegało go, że słowa tego człowieka to niedorzeczny worek kłamstw. Lecz jego umysł, dziwnie niejasny, jakby osnuty mgłą, zaczynał wierzyć, że wszystko o czym on mówił ten człowiek swym czystym, kojącym głosem brzmiało wybitnie rozsądnie. Ponadto, ani serce ani umysł Elendila nie mogły powstrzymać rosnącego przekonania, że chociaż brzmiało to nieprawdopodobnie, ten kto stał przed nim naprawdę był Sauronem i że jego chęć poddania się była całkowicie szczera.

Człowiek - czy był on człowiekiem? - nie, Istota uśmiechnęła się. "Lecz nie stójmy tu, tracąc na błahe pogawędki cały wieczór, mój młody przyjacielu" powiedział tym czystym, wibrującym głosem. Wyciągnął dwa blade, szczupłe nadgarstki w stronę Elendila. "Zwiąż mi ręce i poprowadź mnie jako więźnia do twego króla."

Jak w jakimś śnie, Elendil patrzył jak jego ręce biorą linę, wiszącą u jego pasa, stanowczo lecz delikatnie związują kreaturze ręce, a potem on prowadzi ją do obozu...

Na złotym tronie, który nosił ze sobą w trakcie kampanii, siedział król Ar-Pharazon we wnętrzu swego namiotu ze złotego i niebieskiego materiału, w swym obozie na południe od Przesmyków Harnen. Król nosił srebrno-złotą zbroję i był odziany we wspaniały czarny płaszcz z aksamitu, z wyszywanym z jedwabiu Białym Drzewem Numenoru na jego powierzchni. Mając za nic swą królewską godność, otwarcie napawał się znajdującą się przed nim sceną.

Rozpłaszczony na ziemi, z butem odzianego w czarną tunikę żołnierza, umieszczonym niezbyt delikatnie na jego szczupłym karku, leżał Sauron z Mordoru! Ten tak zwany Mroczny Władca Świata, poniżony i upokorzony u stóp Ar-Pharazon Złotego, Władcy Mórz i Króla Ludzi! I to wszystko bez tchórzliwego gnojowego robaka Saurona, podejmującego choćby próbę walki. Po prostu poddał się temu szczeniakowi, Elendilowi, a potem Elendil zaciągnął go do królewskiego obozu!

Początkowo, król był bardzo sceptyczny. Osobnik, twierdzący, że jest Sauronem zaoferował mu worek kłamstw jako wymówkę w sprawie morderstwa lorda Armeneltira i jego ochroniarzy. Ci słabi umysłowo głupcy, którzy rzekomo byli królewskimi generałami, zdawali się nawet wierzyć jego wymówkom, jednak sam Ar-Pharazon nie był tak łatwowierny. Wiedział, że Sauron jest kłamcą i mordercą i był bardzo podejrzliwy w stosunku do tej kapitulacji. Skąd miał wiedzieć, czy osobnik przed nim nie był tylko wabikiem, a prawdziwy Sauron nie prowadzi swych armii w kierunku jego obozu w tym właśnie momencie?

Jednak, gdy król słuchał więźnia, który przepraszał za swe niedbalstwo i wyznawał chęć poddania się królewskiej Łasce, Ar-Pharazon był coraz bardziej przekonany, że to naprawdę jest Sauron, rozciągnięty w pyle przed nim. Po pierwsze, więzień w trakcie przesłuchania wymienił wiele starożytnych wydarzeń i wykonał wiele ciekawych nawiązań do tajemnych i ezoterycznych tematów, z którymi tylko wielki mistrz wiedzy mógłby być zaznajomiony. Szybko stało się jasne, że mistrzostwo wiedzy tej istoty wielce przewyższa jego własne, a Ar-Pharazon miał ponad 150 lat nauki na swym koncie. Skoro wszyscy żywi ludzie, służący Czarnej Wieży byli barbarzyńcami - a niewidzialni Czarni Jeźdźcy, którzy służyli Mrocznemu nie byli zdolni przyjąć ludzkiej formy – król wiedział, że nawet oszust w służbie Mordoru nie mógł zdobyć takiej wiedzy, która przewyższałaby jego własną, nieważne jak długo szkolonoby go na taką misję.

Ponadto, ten, który zwał siebie Sauronem, był tak urodziwy jak żaden inny człowiek, którego król kiedykolwiek widział, a wiedział on, że Sauron przywdziewa piękną formę od tak dawna, jak sięgała ludzka pamięć. Było też faktem, że istota posiadała niesamowite zdolności regeneracji. Żołnierze króla biczowali jego marmurową skórę cały dzień i kilka razy ciężko go pobili, wystarczająco by zabić zwykłego człowieka. Za każdym razem rany istoty leczyły się w ciągu minut i znowu wyglądał tak pięknie jak wtedy, gdy wmaszerował do królewskiego obozu. Jasnym było, że żaden zwykły, śmiertelny Człowiek nie mógłby dokonać takiego wyczynu.

Jednak żadna z tych rzeczy nie przywiodła Króla do konkluzji, bez żadnych wątpliwości, że ten wyglądający pięknie osobnik przed nim był samym Sauronem. Ostatecznie, były to wewnętrzne podszepty jego serca, tak jak racjonalne argumenty jego umysłu, które mówiły mu, że Mroczny Władca rzeczywiście poddał mu się bez walki i jest jego więźniem.

Gdyż ta kapitulacja udowodniła Ar-Pharazonowi to, co jego serce wiedziało przez cały czas. Był w istocie bardziej potężny niż ośmielał się myśleć! Czy ta kapitulacja nie jest dowodem jego wszechmocy, jego świetności, jego przeznaczenia? Czyż nie od zawsze w swym sercu wierzył, że jest tak potężny, tak niepowstrzymany?

Nawet Sauron z Mordoru wiedział, że to prawda, że Ar-Pharazon Złoty jest niepowstrzymany! Dlatego ten tchórzliwy łajdak wolał poddać mu się i oddać się na jego łaskę, niż brać udział w desperackiej ostatecznej walce. Sauron zmiótł armie przeklętych elfów przed nim, obrażał króla z wnętrza bezpiecznej Czarnej Wieży, lecz kiedy król ruszył na niego w słusznej sile, nie ważył się zaryzykować otwartej wojny z Dziedzicem Earendila Żeglarza! Podła kreatura musiała zrozumieć, że poddanie się Łasce króla przed rozpoczęciem wojny było jego jedyną szansą na przetrwanie.

Ar-Pharazon oczywiście planował jego egzekucję, kiedy już zada mu odpowiednią dawkę bólu i upokorzenia. Ostry topór i rzeźnicki pieniek powinien załatwić sprawę, jeśli nic innego nie mogło. Jednak, mimo całego tchórzostwa Saurona, było coś w tym łajdaku, kiedy już widział go przed sobą, co wydawało mu się dziwnie intrygujące. Czy był to ten czysty, złoty głos, który tak szczerze tytułował Ar-Pharazona Władcą Mórz i Ziemi? Czy był to fakt, że istota tak starożytna i mądra rozpoznała jego wrodzoną wyższość, jego przeznaczenie, kiedy wzniosłe elfy i jego własni możni nie potrafili?

To ostatnie Ar-Pharazon miał od dawna za złe w szczególności. Wiedział, że pomrukują za jego plecami, jak to przejął tron siłą i szydzą o tym, jak ożenił się ze swą bliską kuzynką, królową, wbrew prawom Numenoru. Zaciskanie pętli i kilka opuchniętych możnych głów zredukowało pomruki, ale ich nie wyeliminowało. Ar-Pharazon wiedział, że za jego plecami, jego własna szlachta szydziła z niego. Jak palił go gniew na samą myśl! Gdyby tylko mógł udowodnić im swą wartość...

Zwrócił swą uwagę z powrotem na więźnia u swych stóp. "Strażniku, podnieś swą stopę z szyi więźnia!" warknął król. Strażnik zrobił to natychmiast, lecz Sauron nie wstał. Pozostał rozciągnięty twarzą w dół w brudzie, obraz porażki i poniżenia.

"Psie Mordoru!" powiedział Król. "Usłysz mnie dobrze. Złamałeś święte prawo nietykalności osoby Ambasadora. Ponadto zamordowałeś mojego kuzyna, Armeneltira i jego ochroniarzy, z zimną krwią. Za same te czyny, zasługujesz na karę śmierci i twoja egzekucja byłaby sprawiedliwą rzeczą, w istocie."

Sauron pozostał w cichym pokłonie. Ar-Pharazon uśmiechnął się. "Lecz król musi wiedzieć kiedy udzielać przywileju łaski, tak jak i administracyjnej sprawiedliwości. Zastanawiam się nad udzieleniem ci łaski, bez względu na twoje zbrodnie. Zbliż się do mego tronu, ucałuj mój sygnet, przysięgnij lojalność i posłuszeństwo mnie i mym przyszłym dziedzicom. Zrób to, a ja zmienię twój wyrok śmierci na dożywocie, w Pałacu Armenelos w Numenorze, co jak ośmielę się stwierdzić, w twoim przypadku jest na zawsze.

Nie wstając do końca, Sauron przyczołgał się do królewskiego tronu. Bez patrzenia w górę, podniósł wyciągniętą rękę króla i ucałował sygnet. Potem powiedział "Król Ar-Pharazon Złoty, Władca Morza i Ziemi jest zarówno mądry, jak i sprawiedliwy. Ja, Sauron z Mordoru, jestem dumny, mogąc przysiąc wierność jemu i jego potomkom.

"Dokonało się!" powiedział Król, który wstał, uradowany. "Powstań, mój wasalu!"

Sauron powstał. Zadrapania i blizny z jego ostatniego bicia znowu całkowicie się zagoiły.

Ar-Pharazon, z rozpromienioną srebrno-brodatą twarzą, z niebieskimi oczami błyszczącymi bystro, spojrzał na więźnia. To była nagroda, o której nawet najpotężniejsi dawni królowie nie ważyli się marzyć! Starożytna, nieśmiertelna istota z legend i ten, kto rozpoznał Ar-Pharazona Złotego jako swego pana i władcę! Nie, jako pana i władcę wszystkich mórz i lądów na Ziemi! Jaki możny z Numenoru waży się teraz zaśmiać za jego plecami, zobaczywszy niesławnego Saurona z Mordoru, poniżającego się przed królem? Zaprawdę, pomyślał Ar-Pharazon, jego triumf, jego zemsta, będzie słodka.

Gdy król siedział, pogrążony w swej zadumie, Sauron pozwolił, by ślad uśmiechu przeciął jego wargi.