Objawienie.

Trzy lata upłynęły od czasu, gdy Król Ar-Pharazon Złoty wysłał swą armadę przeciwko Sauronowi, wracając triumfalnie ze swym znamienitym więźniem i bez najmniejszego ubytku wśród swych oddziałów. Wielkie Zwycięstwo, jak je odtąd nazywano. Uroczystości trwały przez cały miesiąc. Triumfalna procesja przeszła przez każde ważne miasto w Numenorze. W każdym z nich Sauron, ubrany w białą szatę z czerwonym płaszczem, kroczył pieszo przed koniem Króla i, związany złotym łańcuchem, paradował przed tłumem entuzjastycznego gminu i oniemiałej szlachty. Ar-Pharazon, władca imperium, które rozciągnęło się na wszystkie śmiertelne krainy, był sławiony jako największy człowiek, który kiedykolwiek chodził po Ziemi. Minstrele na dworze śpiewali, że jego sława przyćmiła nawet chwałę jego znamienitych przodków- Earendila Żeglarza i Elrosa Półelfa.

Sauron został więźniem w Pałacu Armenelos. Pozwolono mu zatrzymać jego złotą błyskotkę - "Przyznaj mi przynajmniej tą jedną drobnostkę, mój suzerenie." powiedział do Króla - i wydano mu stosowną garderobę. Trzymano go w jednym z apartamentów Pałacu, który był przestronny i nawet wystawny, chociaż dobrze strzeżony. I tak Sauron, straszliwy demon z tysiąca mrożących krew w żyłach opowieści, został zredukowany do pozycji wasala króla Ar-Pharazona Złotego. Czasami król usadzał go u stóp swego złotego tronu, żeby możni z jego dworu mogli zadziwiać się królewską zdobyczą i zazdrościć mu władzy. Innym razem król samotnie odwiedzał więzienny kompleks Saurona. Okazjonalnie, by móc triumfować na nim, lecz czasem, by posłuchać tych pięknych słów, które Sauron wypowiadał do swego pana, zawsze tym czystym, wibrującym głosem, który działał na słuchacza jak balsam.

Ar-Pharazon rozpamiętywał te zdarzenia, siedząc na wygodnym krześle w więziennych komnatach Saurona w chłodny, wiosenny dzień. Nie czuł się dobrze tego poranka i chociaż nie można oczekiwać od prawie 160 latka, by czuł się młodo i żwawo, król był zmartwiony swą dolegliwością. Martwiło go to, gdyż mimo tego, że był panem i władcą Mórz i śmiertelnych krain Ziemi, wciąż nie pokonał swego największego wroga - widma starości i śmierci.

"Ani też, obawiam się, nie podbiłeś Valinoru, mój suzerenie" powiedział Sauron z odcieniem żalu w jego pięknym głosie. Sauron, który ku pobłażliwości króla, zawsze podążał za ostatnią modą na dworze, odziany był w niebieskie szaty, obramowane złotem, z błyszczącym czerwonym płaszczem. Jak zawsze, złoty pierścień był jego jedyną ozdobą.

"Oczywiście, że nie podbiłem Valinoru! To kraina bogów, ty głupcze!" wrzasnął król, linie starczego wieku pogłębiły się, gdy się skrzywił. Wydał charczący kaszel i owinął swój złoty płaszcz ciaśniej wokół niebieskich szat. Choroba zawsze wywoływała u niego szczególnie kiepski humor. I skąd Sauron wiedział, o czym on myślał? Ta Istota zawsze zdawała się wykazywać niezwykłe umiejętności czytania myśli.

"Masz zupełną rację, mój suzerenie. Wybacz mą głupotę. Tak, Valinor jest boską siedzibą Valarów... i Wysokich Elfów także. W Nieśmiertelnych Krainach niedotknięci śmiercią mieszkają wśród wiecznych cudów i piękna."

Król zacisnął zęby i zaklął. "Nie wspominaj mi słowem o śmierci!" powiedział. "Nie jestem w nastroju, by o tym słuchać." Jak dla wielu Numenorejczyków, nieśmiertelność elfów była dla niego jak łyżka dziegciu, gorzka do przełknięcia. Mógł zaakceptować wieczność Valarów, gdyż byli starsi niż istota świata i ukształtowali fragmenty jego kreacji. Lecz elfowie? Niewiele różnili się od ludzi z wyglądu i nie byli wiele potężniejsi w sile ciała i umysłu od ludu Numenoru. W istocie, nie byli nawet tak potężni jak Numenorejczycy, którzy zatriumfowali w pokonaniu i ujarzmieniu Saurona, tam gdzie elfowie zawiedli.

Jednak elfowie byli nieśmiertelni, a ludzie, nawet długo żyjący Ludzie z Numenoru, nie. To było nieuczciwe. Gorzej niż nieuczciwe, pomyślał Ar-Pharazon; to było głęboko niesprawiedliwe. Wielu Ludzi z Numenoru, jak wiedział, zgadzało się z nim; ich zawiść o wieczne życie, dane elfom, była głównym źródłem separacji pomiędzy elfami i ludźmi, która rozwinęła się w ostatnich stuleciach.

"Nigdy nie poznam cudów i piękna Nieś... Valinoru" powiedział Ar-Pharazon, głosem naraz cichym i znużonym. "Valarowie pozwolili swoim elfickim pupilom tam mieszkać, lecz ludziom nie wolno postawić tam stopy. Musimy zadowolić się Numenorem i krainami Śródziemia na wschodzie."

"Oczywiście, suzerenie" odparł Sauron. "Zakaz Valarów; słyszałem o nim. Wygląda więc na to, mój suzerenie, że musisz przyjąć los, który oni ci wyznaczyli. Wciąż jesteś panem i władcą wszystkich Mórz i wszystkich krain Ziemi, oprócz jednego Valinoru. Jesteś najpotężniejszym, najbardziej wzniosłym mężem, który kiedykolwiek żył. Czy ta świadomość nie koi twych myśli? Czy nie ułatwi ci ona odejścia w zmierzch, mój suzerenie?" Wiecznie młoda twarz Saurona przepełniona była szczerą troską, a jego głos był miękki i współczujący.

"Tak, tak!" uciął król. Po prawdzie, nie był usatysfakcjonowany, ani trochę. Tak, był władcą całego świata, poza krainą Valarów i Wysokich Elfów, ale co z tego? Zostało mu jeszcze trochę lat, nie wiedział nawet ile, a potem odejdzie. Już nie będzie Ar-Pharazonem Złotym, lecz jego wspomnieniem. Będzie tylko kolejnym posągiem wśród tak wielu posągów martwych monarchów, które zdobiły Domy Królów u stóp Góry Meneltarmy. Czy ktoś tak naprawdę zapamięta jego moc i chwałę, kiedy już go nie będzie? Czy będzie ich to w ogóle obchodzić? Nawet jeśli tak, w co król mocno wątpił, to co z nim? Nie będzie dłużej doświadczać dreszczyku panowania i rozkoszy mocy i prestiżu.

„Przeklęci Valarowie!" pomyślał Ar-Pharazon do siebie. Na pewno to za ich sprawą elfowie cieszyli się wiecznym życiem, gdy ludzie musieli stawać w obliczu nieuchronnej śmierci?

"A jednak" podsunął Sauron. "nie wszyscy ludzie muszą stawiać czoło śmierci i też nie wszystkim zakazano wstępu do krain Valinoru. Chociażby twój przodek, trzykroć wsławiony Earendil Żeglarz. Valarowie udzielili mu przepustki do Nieśmiertelnych Krain, i w nagrodę za jego męstwo, przyznali mu nieśmiertelność. Aż do dziś, opływa on nieba w swym zaczarowanym statku Vingilocie, ukazując się ludziom jako zaranna i wieczorna gwiazda."

"Jak dobrze wiesz, Earendil był w połowie elfem, a jego żona była nim nawet więcej niż w połowie i policzono ją pomiędzy elficki lud" powiedział Ar-Pharazon. "Dlatego, że ich syn, Elros, a mój przodek, odrzucił nieśmiertelność, by zostać pierwszym Królem Ludzi, moja linia jest śmiertelna. Jego brat, Elrond Półelf przyjął dar wiecznego życia i mieszka w Imladris lub Rivendell, jak zwą je niektórzy, w Śródziemiu, aż do dziś"

"To wszystko prawda, mój suzerenie" powiedział Sauron. "Jednak, jeśli dobrze pamiętam, Earendil został policzony między ludzi, bez względu na jego półelficką krew, tak jak ty jesteś człowiekiem, pomimo twoich półelfickich przodków. Valarowie zrobili dla niego wyjątek."

Ar-Pharazon nie mógł temu zaprzeczyć. "Tak, tak zrobili. Tak jak gdyby potomkowie Earendila nie byli tak godni nieśmiertelności jak ich przodek."

Ar-Pharazon przypomniał sobie starą historię sprzed wielu generacji. Powiedziane było, że Valarowie usłyszeli o zgorzknieniu Ludzi Numenoru na fakt, że nie mogą cieszyć się z daru nieśmiertelnego życia. Wysłali swych emisariuszy do króla Tar-Atanamira Wielkiego i, co niezwykłe, ci emisariusze powiedzieli mu, że śmierć jest darem dla ludzi od Boga Stwórcy! Że ustrzega ona ludzi przed koniecznością trwania na Świecie, era po erze, długo po tym jak radość życia przemija, i od cierpienia ciągle spiętrzającego się brzemienia bezcelowych lat. Gdyż elfowie, jak mówili, były na wieczność związane z tym Światem i nawet gdy ich ciała zostaną uśmiercone, ich dusze muszą pozostać wiecznie przykute do Ziemi, cierpiąc rosnące znużenie bezcelowej egzystencji, tak samo jak wtedy, gdy mieli jeszcze ciała. Podczas gdy, mówili, ludzkie dusze są wolne - po krótkim pobycie w swych śmiertelnych ciałach mogą odejść poza Ziemię, nawet poza same Kręgi Świata. W tym względzie, nawet Valarowie zazdroszczą ludziom, powiedzieli emisariusze, gdyż oni, tak samo jak elfowie, muszą pozostać w tym Świecie aż do Końca Dni. Tak więc, ani nieśmiertelność elfów, ani śmiertelność ludzi, nie były takie, za jakie ludzie je uważali.

Tar-Atanamir nie uwierzył w ani jedno słowo tego nonsensu, ani też jego potomek, Ar-Pharazon. To Tar-Atanamir pierwszy zaczął zrywać kontakty między Numenorem, a elfami Valinoru i Śródziemia. Pośród możnych, tylko ci głupcy, lordowie Andunie, uwierzyli Valarom za czasów Tar-Atanamira. Ten trzęsący się tchórz, Amandil i jego syn, Elendil, jak było powszechnie wiadome, wciąż wierzyli im do dziś. To z tego powodu oni jedyni, pomiędzy możnymi Numenoru, byli wciąż uważani za przyjaciół elfów, chociaż mała grupka zwolenników, którzy mieszkali głównie w Romennie, na wschodzie Numenoru, także podzielała ich przekonania.

"Valarowie twierdzili, że są bezsilni, by zmienić los elfów czy ludzi, chyba że Bóg Stwórca sobie tego zażyczy." powiedział Ar-Pharazon. "Potrafią przedłużyć ludzkie życie, lecz ostatecznie ludzie i tak muszą umrzeć. Mówili, że to On, Bóg Stwórca, a nie oni, był tym, który zrobił wyjątek dla Earendila, przyznając mu nieśmiertelne życie. Nawet jego wyjątek był swego rodzaju karą za postawienie stopy w Valinorze i odkąd musi na wieczność opływać morza na swym zaklętym statku i nie może wrócić już nigdy do krain ludzi."

"Tak, Bóg Stwórca. Illuvatar, jak zwą go elfowie, chociaż ludzie znają go jako Eru." powiedział Sauron. Przerwał, wyglądając na zamyślonego. Jego oczy zwęziły się i spojrzał uważnie na króla. "Powiedz mi, mój suzerenie" zapytał. "mówi się, że kilku z ludzi, choćby twój przodek Earendil i może twój przodek Elros, mieli dość szczęścia, by mieć sposobność na potwierdzenie obecności Valarów, na spojrzenie w ich twarze. Jednak, czy ktokolwiek widział twarz Eru?"

"Nikt" potwierdził król. " On istnieje poza granicami czasu i przestrzeni. Tak mówią nam elfowie."

"Tak mówią?" dociekał Sauron. "Więc pozwól mi zapytać cię, mój suzerenie, że skoro żaden człowiek nigdy nie widział tego Eru, w istocie nie mogąc go zobaczyć, to skąd wiesz, że on istnieje?"

"Cóż to za bluźnierstwo?" zawołał Ar-Pharazon. Nawet on był zszokowany tym bezbożnym pytaniem, chociaż, prawdę mówiąc, mało wagi przykładał do Eru w trakcie swego długiego życia.

"Zaledwie zadałem pytanie, mój suzerenie. Jeśli nie możesz nigdy zobaczyć Eru, to skąd wiesz, że on istnieje?"

"Mamy na to jedynie słowo elfów" przyznał Ar-Pharazon.

"A skąd elfowie zdobyli tą informację?"

"Od Valarów" odparł król.

"A zatem" ciągnął Sauron. "Valarowie twierdzą, że nie potrafią przydzielić nieśmiertelności ludziom, bo Eru ich przed tym wzbrania. A gdy robią wyjątek, tak jak dla twojego przodka Earendila, oświadczają, że w tym przypadku, Eru im na to zezwolił. Jednak żaden człowiek, nawet żaden elf, nie widział choćby najmniejszego dowodu, że ten Eru w ogóle istnieje. Interesujące, czyż nie? I bardzo wygodne dla Valarów, gdy nie chcą odpowiadać na modły ludzi."

Ar-Pharazon milczał przez kilka chwil. Potem zwrócił się do Saurona. "A co ty myślisz, mój sługo?" zapytał. "Ty sam kiedyś należałeś do głównych sług Valarów, nim wygnali cię ze swych szeregów, gdy świat był jeszcze młody, jeśli starożytne elfickie legendy o tobie nie kłamią. Czy wierzysz, że Eru istnieje?"

Sauron popatrzył się wprost na króla swymi czystymi, niebieskimi oczami. "Ja nie mam żadnych wątpliwości, że Bóg Stwórca istnieje. On jest Władcą Ciemności, Władcą Wszechrzeczy, który istniał nim powstał Świat, nim nawet narodziło się światło."

"Zatem wiesz, że Eru istnieje?" zapytał Ar-Pharazon.

"Znowu to imię" odparł Sauron, krzywiąc się. "Powiedziałem, że wierzę w istnienie Boga Stwórcy, prawdziwego Boga Stwórcy. Bo ja nigdy nie widziałem tej wyroczni Valarów, Eru. Nie mam podstaw, by wierzyć w cokolwiek innego poza fantomem, stworzonym przez Valarów, by usprawiedliwiać użycie ich własnych mocy. Widziałem i zawsze służyłem tylko jednemu, prawdziwemu Stwórcy, Władcy Ciemności."

"A kto jest tym Władcą Ciemności?" zapytał król.

Głos Saurona zniżył się do szeptu, by upewnić się, że tylko Ar-Pharazon usłyszy. "Był nazywany wieloma imionami, lecz Jego prawdziwe imię to Melkor. Jestem jego lojalnym sługą. Valarowie są niczym więcej jak buntownikami przeciw jego Rządom i on to pewnego dnia wystąpi z Ciemności, z wnętrza wielkiej Pustki, by udzielić im zapłaty. To za moją lojalność wobec niego mnie wygnano, lecz zawsze Jemu służyłem i służę Jemu także dzisiaj."

"Mówisz zagadkami" odparł król pogardliwie. "Nie jestem ignorantem w elfickiej wiedzy. Zwą tam Melkora imieniem Morgotha, którego Valarowie wygnali z Kręgów Świata trzy i pół tysiąca lat temu. Byłeś tylko jego niewolnikiem, a teraz jesteś moim. Ale, jeśli Melkor jest prawdziwym Stwórcą, jak twierdzisz, tedy powiedz mi; czemu stworzył elfów jako nieśmiertelnych, a ludzi śmiertelnymi?"

"On nie ustanawiał losów ras" odparł Sauron spokojnie. "Powierzył je swym sługom, Valarom. Oni zdecydowali się zrobić swoje ulubione elfy nieśmiertelne, żeby móc na wieczność cieszyć się z ich towarzystwa, zostawiając ludzi, rasę, o którą mało dbali, by dopełnili swój los w pyle i cieniu grobowca. I, jak już mówiłem, Valarowie zbuntowali się przeciwko Melkorowi. Na razie, pozostaje on wciąż w Ciemności, pierwiastku, z którego powstał." Sauron zwęził swe oczy i uniósł wymownie ręce. "Lecz zbliża się dzień, kiedy powróci w całej Swej sile! Ukarze zbuntowanych Valarów i ich elfickich pupili i nagrodzi tych ludzi, którzy za nim podążą."

"Jak nagrodzi swych wyznawców?" zapytał król, zdumiony, jednak z wciąż rosnącym przekonaniem, że te objawienia są prawdziwe, że wyjaśniają wszystkie tajemnice, tak dobrze skrywane przez elfów i Valarów.

"Tym, co tylko pożąda ich serce" wyszeptał Sauron, łapiąc Ar-Pharazon za ramiona. "Nawet życiem wiecznym, jeśli udowodnią Mu swą wierność."

"Ty to wiesz?" zapytał król, zszokowany, a jednak podniecony w tym samym czasie.

Sauron wycofał swój uchwyt i popatrzył na Ar-Pharazona. "Głoszę tylko prawdę Melkora. Jestem Jego lojalnym sługą. Będziesz mu służył, czy nie? Lub powinienem powiedzieć, czy będziesz służył Valarom i ich fałszywej wyroczni, Eru, którzy obiecali ci tylko zimny grób, czy Melkorowi, który obiecuje ci życie wieczne?"

Dla króla Ar-Pharazona Złotego nie było żadnych wątpliwości, kiedy właściwa odpowiedź była oczywista. Czekał na to całe swoje życie. Najpierw, został władcą świata, Królem Ludzi. To był dopiero początek, a nie koniec. A teraz... "Wybieram służbę Melkorowi" powiedział Ar-Pharazon, a jego starzejące się ciało drżało ze strachu i oczekiwania.

"Przysięgnij mi to, jako prawdziwemu posłańcowi Melkora" powiedział Sauron. "Weź mą prawą dłoń, ucałuj złoty pierścień, który reprezentuje Jego moc, i przysięgnij, że będziesz lojalnie służył Melkorowi, Władcy Wszechrzeczy, Dawcy Wolności, aż do Końca Dni, i że zaoferujesz mu każdą ofiarę, której zażąda, na dowód swej lojalności. Przysięgnij to, wypełnij swą przysięgę, a życie wieczne będzie twoje, mój królu!"

Król wystąpił naprzód. Swymi zwiędłymi, starczymi dłońmi przytrzymał jego jak zawsze gładką, bladą dłoń. Czy wieczne piękno i młodość Saurona nie były symbolem prawdziwości obietnicy Melkora, złożonej swym najwierniejszym i najbardziej zasłużonym sługom?

Ar-Pharazon ucałował złoty pierścień. Potem patrząc do góry na Saurona, powiedział, "Przysięgam, że ja, Ar-Pharazon Złoty, król Numenoru, będę lojalnie służył Melkorowi, Władcy Wszechrzeczy, Dawcy Wolności, aż do Końca Dni, i że złożę mu każdą ofiarę, której zażąda, na dowód mej lojalności."

Czyste, niebieskie oczy Saurona błyszczały z rozkoszy, gdy jego wargi wykrzywiły sie w triumfalnym uśmiechu. "Dokonało się!"