Zysk i strata.
Na polanie pośród lesistych gór niedaleko Andunie, najdalej na północny-zachód wysuniętego miasta Numenoru, dwa wspaniałe, białe rumaki ścigały się nawzajem z wielkim pędzie. Jednego ujeżdżał młody człowiek z długimi brązowymi włosami i brodą, a drugiego inny ciemnowłosy młodzian, którego niebieskie oczy skupione były na buku, stanowiącym linię mety. Przez jakiś czas dwa konie parły łeb w łeb, lecz w pewnym momencie ten, prowadzony przez brązowowłosego, wysunął się na przód tuż przy mecie. Młodzieniec wydał z siebie okrzyk radości i zwolnił konia do kłusa, gdy chłopak za nim wyprzedził go, a potem zaczął okrążać drzewo w galopie.
"I znowu mnie pobiłeś, Isildurze." powiedział ciemnowłosy młodzieniec ponuro. "Może powinieneś znaleźć zawodnika bardziej równego sobie i zostawić mnie wśród mych ksiąg?"
"Nie bądź niemądry, Anarionie" wyszczerzył zęby Isildur, gdy w jego brązowych oczach tańczyły figlarne ogniki. "Zawsze traktujesz te małe zawody zbyt poważnie - to przede wszystkim dobra zabawa."
"Łatwo ci mówić, bracie. Ty zawsze wygrywasz" powiedział Anarion.
"Możliwe" odparł Isildur. "Lecz ja zawsze do nich ćwiczę, a nie śpieszę do biblioteki, kiedy tylko mam okazję. Wiem, że dziadek Amandil zachęca cię do tych studiów, lecz trochę świeżego powietrza i ćwiczeń, od czasu do czasu, dobrze ci zrobi. Nasz ojciec Elendil powierzył mi, jako twojemu starszemu bratu i mężczyźnie w wieku 21 lat - pięć lat starszemu od ciebie, jeśli zapomniałeś, odpowiedzialność za dbanie o twoje odpowiednie wychowanie."
"Naprawdę?" Anarion wyszczerzył zęby złośliwie. "A kto ciebie wychowa odpowiednio? Ciekawe, co lord Elendil, nie wspominając już o lordzie Amandilu, zrobili by, gdyby ich poinformować chociaż o połowie twoich występków. Ta dziewka kuchenna, na przykład..."
"Nie zrobiłbyś tego!" odparł Elendil z pobladłą twarzą. "A już na pewno nie powiedziałbyś Lordowi Amandilowi!"
Anarion zamierzał mu odpowiedzieć, lecz uciszył go wysoki krzyk, dochodzący z lasu. Isildur nakazał mu zachować ciszę i zaczął nasłuchiwać w skupieniu.
"Dziecko!" zawołał Isildur, gdy krzyk rozległ się znowu. "Szybko, za mną!" nakazał i pogalopował w las, a Anarion pomknął zaraz za nim.
Po kilku minutach napotkali źródło dźwięku, który teraz przerodził się w żałosne zawodzenie. Mała, obdarta dziewczynka, nie starsza niż pięć lat, kuliła się pod dębem, sama i wyraźnie zgubiona. Krzyknęła znowu na widok Isildura i Anariona i, próbując uciec, potknęła się i upadła na ziemię.
Isildur i Anarion zsiedli z koni i podeszli ostrożnie do dziewczynki, starając się jej nie wystraszyć. "Już dobrze, malutka" powiedział Anarion. "Nie chcemy zrobić ci krzywdy. Jesteśmy tu, by ci pomóc."
Wciąż łkając, dziewczynka spojrzała na niego nieufnie. Anarion zauważył, że jej sukienka była rozdarta i dziecko krwawiło z rozdarcia na lewej łydce.
"Zaufaj mi, malutka" powiedział Anarion. "Chcesz, żebym powstrzymał krwawienie?"
Skinęła niepewnie. Anarion, tak jak uczył go jego dziadek Amandil, delikatnie umieścił opuszki palców na ranie według elfickiego sposobu. Kiedy je podniósł, krwawienie ustało.
"Nie piecze więcej?" zapytał. Kiwnęła głową, patrząc na niego zdziwiona.
"Gdzie są twoi rodzice, dziecko?" zapytał Isildur. "Musiałaś się jakoś od nich oddzielić."
Mała dziewczynka znowu zaczęła zawodzić i zajęło jej kilka minut, by się uspokoić, gdy Anarion szeptał do niej łagodnie. Zaraz potem zdołała wypowiedzieć kilka słów.
"Tylko mama" powiedziała. "I Beleg."
"Kim jest Beleg?" zapytał Isildur.
"Duży brat" odparła. "Ma siedem. Myśli, że jest lepszy, bo ja mam tylko pięć. Jestem Hareth."
"Witaj więc, Hareth" powiedział Anarion. "Jestem Anarion, a to mój brat, Isildur. Pięć, mówisz? No no, jestem pewny, że jesteś lepsza niż Beleg. Młodsze dziecko jest zawsze lepsze od starszego!" zaśmiał się. "Lecz gdzie jest twoja mama i brat, Hareth?"
Dziewczynka znów zaczęła płakać. "Odeszli!"
"Odeszli dokąd?" zapytał Isildur.
Hareth zaczęła się trząść. Spojrzała w górę na Isildura. "Źli ludzie" łkała. "Na koniach, jak wy. Zbieraliśmy owoce w lesie i oni podjechali do nas. Zabrali mamę i Belega też. Chcieli zabrać mnie, lecz uciekłam i ześlizgnęłam się ze zbocza. Uderzyłam głową o drzewo. Obudziłam się, było ciemno, a ich wszystkich nie było. Byłam sama cały dzień. Płakałam i zasnęłam. Obudziłam się, płakałam znowu, a wtedy wy przyszliście."
Isildur zerknął na brata, który wyglądał na zszokowanego. "Porywacze?" zawołał Anarion. "Na progu Andunie? Jakim cudem taki nieporządek panuje na naszych ziemiach?"
"Nigdy go tu nie było" odparł Isildur ponuro. "I upewnimy się, że więcej żadnego nie będzie." Zwrócił się w stronę Hareth. "Powiedz mi, dziecko, w którą stronę poszli ci źli ludzie, kiedy zabrali twoją mamę i brata?"
"W górę zbocza" powiedziała dziewczynka, wskazując na północ. "W stronę gór."
"Chodź z nami, Hareth" rzekł Isildur. "Znajdziemy twoją mamę i twojego brata też."
Mała dziewczynka zapłakała znowu, lecz Anarion namówił ją, by dała się ponieść i posadzić na konia. Potem, siedząc już w siodłach, on i Isildur zaczęli wspinać się powoli na wzgórze, podążając za wskazówkami Hareth, aż przybyli na miejsce porwania. Isildur był zdolnym leśnikiem, i szybko dostrzegł trop, który, według jego rachuby, zostawiło pięć koni.
"Ilu było tych ludzi, Hareth?" spytał Isildur. Podniosła wszystkie palce prawej ręki.
"Pięciu na dwoje" zmarszczył brwi Anarion.
"Tak" rzekł Isildur. "lecz my jesteśmy wnukami suwerennego pana tej krainy i każdy z nas wart jest dziesięciu bandytów z lasu, nawet jeśli są na koniach!"
Anarion miał zamiar zapytać, jak zwykli bandyci zdobyli pięć koni, lecz zdecydował się milczeć i podążać na razie za przewodnictwem Isildura.
Isildur i Anarion podążali za tropem przez bukowe i dębowe drzewostany przez kilka godzin, aż dotarli daleko w górne partie górskich zboczy. Drzewa przerzedziły się i jechali teraz przez porośnięte trawami górskie szczyty. Nagle Isildur, który odziedziczył po swoim ojcu, Elendilu, daleki wzrok, gestem nakazał Anarionowi się zatrzymać. Wskazując na grzbiet góry, rzekł do brata "Widzisz to? Dym!"
Oczy Anariona mierzyły horyzont. "Nic nie widzę, bracie, chociaż zawierzę twemu słowu w tej sprawie. Twoje oczy zawsze były lepsze niż moje."
"Tam jest dym" powiedział Isildur. "wydobywający się z jednej z jaskiń, które znaczą szczyt góry. To równie dobrze może być obóz bandytów. Zbliżmy się ostrożnie, ale z mieczami w pogotowiu. Jeśli dojdzie do najgorszego, ty chronisz dziecko, a ja rozliczę się z tymi szumowinami sam." Anarion poluzował miecz w pochwie, szepcząc do Hareth, by była cicho. Łzy zakręciły jej się znowu w oczach, ale zdołała zachować spokój.
Jechali przez kilka minut, a potem Anarion także mógł już dostrzec dym, ledwie cienką smugę, ciągnącą się w górę zbocza. W tym miejscu Isildur mógł już odróżnić sylwetki ludzi i ich koni. "To dziwne" rzekł. "Wydają się zbyt bogato odziani jak na bandytów. Możliwe, że to możni na polowaniu, a my podążyliśmy złym tropem. Podjedźmy do nich jawnie i zapytajmy, czy widzieli jakichś złoczyńców w pobliżu."
Gdy zbliżyli się do mężczyzn, którzy siodłali i dosiadali koni, Isildur mógł dostrzec jeszcze więcej szczegółów. "Rozpoznaję jednego z nich" rzekł. "Tam jest lord Nuphkor, jeden z Ludzi Króla. To muszą być jego podwładni. Zastanawiam się, co on robi tu, w Andunie, gdy normalnie mieszka w Armenelos? Nie dostaliśmy żadnych wieści o jego przybyciu do naszej krainy."
Do tego czasu Nuphkor i jego podwładni zauważyli Isildura i Anariona. Ludzie Króla byli teraz wszyscy w siodłach, ale nie podjechali do braci, ani nie odpowiedzieli na pozdrowienia Isildura. Wkrótce byli dostatecznie blisko, by Anarion mógł wyraźnie ich widzieć, na tle wąskiego, ciemnego wejścia do jaskini, z której wydobywał się okropnie cuchnący dym. Isildur jechał przed Anarionem i dotarł do nich pierwszy.
"Hej tam, mój lordzie Nuphkorze!" zawołał. "Powiem jeszcze raz, witaj w Andunie. Lecz co sprowadza was do tych ziem?"
Nuphkor, szczupły, czarnobrody mężczyzna w średnim wieku o mocno opalonej skórze, odziany w pełne wdzięku szaty z czarnej i białej wełny, nie odpowiedział. On i jego podwładni patrzyli na braci czujnie.
"Zapytam jeszcze raz, Nuphkor, co sprowadza was do tych ziem?" domagał się Isildur, przyjmując nieuprzejmość mężczyzny z rosnącym gniewem. "I co to za okropny zapach, wydobywający się z tamtego obozu? Szukaliśmy bandytów, którzy porwali rodzinę tego dziecka"- Isildur wskazał na dziewczynkę, która siedziała na koniu z Anarionem. "a teraz znajdujemy was tutaj, cuchnących, jakbyście palili gnój, lub coś gorszego, cały dzień."
"Wstrzymaj swój język, szczeniaku!" uciął Nuphkor. "Królewski Namiestnik w Armenelos mianował mnie na jednego ze swych zastępców. Szacunek jest wskazany - szczególnie od prowincjuszów, takich jak wy, którzy bez wątpienia są dobrze zaznajomieni ze smrodem gnoju." Podwładni Nuphkora parsknęli śmiechem i popatrzyli się bezczelnie na braci.
"Mianowani przez Saurona, pana wszelkiego robactwa, nie zasługują na mój szacunek, Nuphkor" powiedział Isildur chłodno. Więcej niż cztery dekady temu, przed narodzeniem Isildura i Anariona, król bez wyjaśnienia zwolnił Saurona z wyroku więzienia. Co jeszcze bardziej niezwykłe, jednocześnie wyznaczył go na Królewskiego Namiestnika. Sauron, który zręcznie wykorzystał swój urok, by zyskać popularność wśród możnych i dworzan w Armenelos, użył swojej pozycji Namiestnika, by wypełnić cywilne zarządy możnymi, znanymi jako jego wielbiciele. W istocie, ostatnimi czasy nawet mniej istotny urzędnik zawdzięczał swą pozycję Sauronowi. Lordowie Andunie nie popierali tego, a Isildur i Anarion podzielali ich poglądy.
Nuphkor i jego zwolennicy, w międzyczasie, patrzyli groźnie na Isildura. "Wyraź się w ten sposób o Namiestniku jeszcze raz, szczeniaku, a twoja głowa dekorowała będzie mury przy bramie w Armenelos."
"To nie moja głowa będzie dekoracją na mury, jeśli nie wyjaśnicie tego wtargnięcia na nasze ziemie, i to szybko" odparował Isildur.
Do tego czasu Anarion zdążył dojechać do brata. Zamierzał powiedzieć coś, by ostudzić narastający gniew obu mężczyzn, gdy nagle Hareth wybuchła krzykiem. Wskazując na Nuphkora, krzyczała "Mama! Zabrałeś mamę i Belega! Oddawaj ich! Ja chcę do mamy!"
Nuphkor popatrzył na zawodzące dziecko i zbladł. Jego zwolennicy, o podobnych twarzach barwy popiołu, milczeli. "Co mówisz, Hareth?" zapytał Anarion cicho. "To nie są bandyci, oni są z dworu Jego Wysokości, z dalekiego Armenelos."
"Zabrali mamę!" chlipała dziewczynka, ciągle na nich wskazując. "Oddajcie ją!" Potem zaczęła płakać niekontrolowanie, a Anarion starał się ją uspokoić. Ludzie Króla dalej milczeli.
Isildur popatrzył ponuro na Nuphkora i jego zwolenników. "No i co wy na to?" zapytał. "To dziecko mówi, że zabraliście jej mamę i brata. Słysząc to, podążyliśmy za tropem porywaczy do waszego obozu, a że odmawiacie podania powodu wtargnięcia na nasze ziemie, skłaniam się do tego, by jej uwierzyć. Co wyście z nimi zrobili?"
"Spalili na opał" zaszydził jeden z dworzan, a Hareth znowu zaczęła zawodzić.
Nuphkor szybko zdzielił go w głowę. "Cicho, ty głupcze!" uciął. "Ta sprawa stała się zbyt poważna, byś mógł pobłażać sobie swoimi grubiańskimi żartami." Potem odwrócił się do Isildura. "Jak śmiesz!" powiedział lodowato. "Jestem zastępcą Królewskiego Namiestnika, a ty śmiesz oskarżać mnie o porwanie i rozbój!"
Anarion, z twarzą niezwykle bladą, patrzył na Nuphkora. "Bracie" powiedział do Isildura. "czyżbyś spędzał tyle czasu na koniu, że nie słuchałeś wiadomości i plotek z tej krainy? Kobiety i dzieci znikały z wielu miejsc, chociaż nigdy wcześniej z Andunie, i często potem widziano dym, wznoszący się ze szczytu pobliskiej góry. Często widywano też Ludzi Króla w pobliżu. I co to za okropny zapach, wydobywający się z tamtego ogniska? Jaka rozpałka mogła pozostawić taki odór? Może sługus Nuphkora wyjawił prawdę, kiedy powiedział... to, co powiedział... na początku założyłem, że za porwanie odpowiedzialni byli zwykli bandyci, choć nie mogłem zrozumieć, jak zwykłych zbójów mogło być stać na własne konie... ale co, jeśli..."
Ze zduszonym krzykiem, Nuphkor popędził konia, wyciągając miecz na Anariona. Anarion wycofał się, zakrywając Hareth własnym ciałem i dobywając miecza, by się obronić. Lecz Isildur wkroczył, wytrącając broń Nuphkora z ręki, parując szybko własną, a potem uderzając Nuphkora w bok głowy jelcem. Nuphkor został wyrzucony z siodła i zwalił się na ziemię. Obydwu braci skierowało swe klingi w stronę wyciągniętych ostrzy pozostałej czwórki jeźdźców, którzy patrzyli na nich czujnie. Hareth była teraz cicho, zbyt przerażona, by się odezwać.
W końcu Isildur przerwał ciszę. "Gdyby nie to dziecko, zaszlachtowałbym was wszystkich, tu i teraz. Lecz nie pozwolę jej patrzeć na taką rzeź. Weźcie to plugastwo" powiedział, wskazując mieczem na Nuphkora. "i wynocha z naszych ziem. Jeśli ktokolwiek z was tu powróci, zabiję go osobiście."
Bez słowa, jeden z Ludzi Króla zsiadł z konia, podniósł wciąż ogłuszonego Nuphkora, wsadził go na siodło i zabezpieczył liną. Potem wsiadł z powrotem, wziął konia Nuphkora za uzdę i poprowadził go na wschód, w kierunku Armenelos. Jego trzej kompani podążyli za nim, lecz wcześniej jeden z nich odwrócił się do braci i zawołał:
"Zapłacicie za tą obrazę, szczeniaki" rzekł mężczyzna, gdy grymas gniewu przeciął jego ziemistą twarz. "Lord Sauron dowie się o tym, a on nie zapomina, ani nie wybacza swym wrogom."
"To nie Sauron, lecz król jest zwierzchnikiem na tych ziemiach" odparł Isildur. "Mój ojciec Elendil i dziadek Amandil są jego krewniakami, nawet jeśli odległymi, i król wysłucha ich, gdy mu opowiedzą o tym, co tutaj zaszło."
Dworzanie zaśmiali się drwiąco, a potem odwrócili się i popędzili do Armenelos. Isildur i Anarion popatrzyli na siebie ponuro, a potem zwrócili swe wierzchowce i pojechali w kierunku pałacu swego dziadka w Andunie.
Gdy opuszczali trawiaste wyżyny i zagłębiali się w las, słońce zaczynało tonąć na Zachodzie. Bracia przyśpieszyli tempo, gdyż powietrze było zimne, a wydłużające się pod drzewami cienie zdawały im się dziwnie złowieszcze. Z chęcią znaleźliby się znów między grubymi murami, przed kojącym blaskiem paleniska.
Anarion poczuł wielki smutek, gdy spojrzał w dół na małą dziewczynkę, którą uratowali. On i Isildur sami stracili matkę przez chorobę, kiedy byli dziećmi. "Spokojnie, Hareth" rzekł Anarion, bo znowu zaczęła płakać. "Niedługo będziesz bezpieczna. Nikt nie skrzywdzi cię wewnątrz pałacu Andunie. Nawet sam Sauron."
W miesiąc po konfrontacji jego synów z Nuphkorem, Elendil, syn Amandila, stał na balkonie pałacu swego ojca w Andunie i rozpamiętywał jak doszło do ich obecnie trudnego położenia.
48 lat wcześniej, król Ar-Pharazon wrócił triumfalnie z wojny, przywożąc Mrocznego Władcę Saurona jako swą zdobycz. Amandil obawiał się, że nic dobrego nie wyniknie z przywiezienia Saurona do pięknej ziemi Numenoru jako więźnia tam, gdzie nie mógł nigdy przybyć jako zdobywca. Jednak nie odważył się podzielić tymi obawami z królem, który był niezmiernie dumny, demonstrując wszystkim, jak to Sauron jest jego wasalem. Król zdawał się uważać to za znak swej wielkości.
Początkowo król tylko paradował, z Sauronem w formie trofeum, łupu wojennego. Lecz trzy lata po tak zwanym Wielkim Zwycięstwie, nastawienie króla wobec Saurona zmieniło się tak diametralnie, że Elendil zaczął się zastanawiać, czy jego ojciec nie miał jednak racji twierdząc, że Ar-Pharazon jest w istocie szalony i staje się coraz bardziej szalony pod wpływem ckliwych pochlebstw Saurona. Gdyż Ar-Pharazon zaanonsował, że od tej pory Sauron nie będzie dłużej jego więźniem. Udowodniwszy swą lojalność, będzie jedynym doradcą króla i nowym Królewskim Namiestnikiem Armenelos, z mocą administracyjną Królewskiego Pałacu i zarządzania królewskim majątkiem.
W kilka dekad od tego czasu, wpływ Saurona gwałtownie się rozrastał, zarówno w murach Armenelos, jak i poza nimi. Wszyscy zgadzali się, że jego głos jest tak piękny, a słowa, które wypowiada, tak szlachetne i sprawiedliwe, że nie mogąc się powstrzymać - zgadzali się wypełniać wszystkie jego prośby - lub jego rozkazy - kiedy byli w jego obecności, nawet jeśli jego urząd nie dawał mu do tego prawa.
Na początku Namiestnictwo Saurona zdawało się robić trochę dobrego dla Numenoru. Udało mu się przywrócić porządek w chaotycznej cywilnej administracji, wykonał także egzekucje kilku wysoko postawionych urzędników, których korupcja była szczególnie zauważalna.
Lecz potem, po kilku latach, sprawy zaczęły przybierać zły obrót, przynajmniej w opinii Amandila i Elendila. Zawsze za zgodą króla, Sauron wprowadził wiele nowych praw i ustanowił swoją zgodę konieczną dla wielu rutynowych czynności, tak że rzadko można było przetransportować statkiem ładunek jabłek z jednego krańca Numenoru na drugi bez jego zgody. Żadne istotne transakcje nie mogły być prowadzone nigdzie w królestwie bez konsultacji z nim. Wiele z dawnych urzędników lub Królewskich Doradców, tak jak Amandil, zostało zwolnionych, a inni umarli w tajemniczych okolicznościach. Byli zastępowani przez grupkę lojalistów Ar-Pharazona, znanych jako Ludzie Króla. Od tego czasu, wraz z wzrastaniem ilości nowych praw, wzrastała też korupcja, starająca się je omijać, aż w końcu było nawet więcej nadużyć rządowych pozycji, małostkowych kradzieży i niechęci wśród mieszkańców Numenoru, niż wcześniej.
Jeszcze gorsze były szeptane przez niektórych mroczne plotki o Ludziach Króla, czy nawet o samym królu, i ich relacji z Sauronem. Podobno słyszano szepty i inkantacje, wydobywające się z mrocznych katakumb w nocy, mówiono, że gryzący dym wzrasta czasami ku niebu z samotnych jaskiń i szczytów gór, zawsze tego samego ranka, gdy kobieta i dziecko, a nawet dwa, znikały bez wieści. Ci, którzy donosili na te zdarzenia, uciszani byli złotem, a czasami bardziej bezpośrednimi metodami.
Pomimo tego, miesiąc temu Elendil, za zgodą swego ojca, Amandila, rozpoczął śledztwo w sprawie porwania kobiety i dziecka w Andunie, które zostało zgłoszone przez Isildura i Anariona. Elendil wystosował oficjalną prośbę do króla, by rozpoczął kryminalne śledztwo, z lordem Nuphkorem i jego podwładnymi jako podejrzanymi.
Jednakże wyglądało na to, że Sauron zdecydował się użyć incydentu z Nuphkorem jako pułapki, i że Elendil złapał przynętę. Tego samego ranka posłaniec od Saurona, w towarzystwie wielkiej grupy ciężko opancerzonych przedstawicieli Straży Domu Królewskiego z Armenelos, przyniósł im rozkaz, podpisany i przypieczętowany przez samego króla Ar-Pharazona. Rozkaz informował lordów Andunie iż, mimo że zachowają dziedziczne prawo pozyskiwania dochodu z ziem swych przodków, nie będą mogli więcej na niej mieszkać!
"Gdyż" powiedział Królewski Herold z uśmieszkiem na swej twarzy ozdobionej brązową brodą. "jest szeroko wiadome, że lordowie Andunie są tak zwanymi przyjaciółmi elfów, mimo że kontakty między poddanymi króla, a elfami były niechętnie widziane już od czasów Tar-Atanamira i formalnie zakazane przez dziada króla Ar-Pharazona, Ar-Gimilzora. A teraz jeszcze wysuwacie oszczercze zarzuty przeciw najbardziej lojalnym sługom króla, osobiście wybranym przez jego zaufanych doradców i Namiestnika, Saurona Mądrego. Widać tu jasno działanie zgubnego wpływu elfów, które przez was, ich marionetki, starają się osłabić administrację króla Ar-Pharazona. Nie ma się też czemu dziwić, że jesteście tak podatni na ich wpływ, kiedy żyjecie tak blisko nich, gdyż wiadome jest, że gdy powietrze jest czyste, Biała Wieża tego szkodliwego elfickiego miasta Avallone może być widziana z najwyższej wieży Andunie, która stoi na najdalszym Zachodzie Numenoru. Tak więc, z rozkazu króla ty i twoi dziedzice jesteście niniejszym niezwłocznie wygnani z prowincji Andunie. Zamiast tego zamieszkacie w pałacu w Romennie. Tam, na Wschodzie Numenoru, będziecie dalej od swych elfich panów i mniej zdolni do wyrządzania szkód."
I to było wszystko. Król przemówił, a teraz Elendil, jego ojciec, Amandil, jego synowie, Isildur i Anarion, nie mieli wyboru - musieli odejść z Andunie - domu swych przodków od ponad trzech tysięcy lat, do odległej Romenny na Wschodzie. Romenna znana była głownie jako schronienie dla tych mieszkańców Numenoru, którzy ciągle uważali się za Wiernych w stosunku do Valarów i starożytnych tradycji przyjaźni z elfami. Lordowie Andunie zawsze byli z nimi w dobrych stosunkach, nawet jeśli zachowali lojalność do Domu Królewskiego w Armenelos, którego wrogość do elfów pogłębiała się z biegiem lat. Teraz wyglądało na to, że król - bez wątpienia ponaglany przez Saurona - chciał, by wszyscy przyjaciele elfów w Numenorze byli ograniczeni do Romenny, przypuszczalnie po to, by ich wpływ mógł być utrzymany tylko w tym małym mieście.
Amandil płakał, gdy dostał wiadomość, jednak przyznał, że nie mają innego wyboru, muszą usłuchać królewskiego rozkazu. Gdyby zrobili inaczej, staliby się wyrzutkami i wkrótce stracili by i życie i majątek. Isildur i Anarion byli wściekli; Isildura trzeba było powstrzymać siłą, by nie rzucił się na Królewskiego Herolda.
Wspominając wydarzenia tego dnia, Elendil westchnął i poprawił lok włosów, nachodzący na jego niebieskie oczy. Nie wyglądał nawet na połowę jego 79 lat, lecz dziś czuł się staro. Tak naprawdę, pomyślał do siebie, oskarżenia nie były prawdziwe. Chociaż lordowie Andunie byli znani jako przyjaciele elfów, to od dobrych siedemdziesięciu lat nie mieli żadnych wieści od elfów ze Śródziemia, a minęło już ponad sto lat od kiedy odwiedziły ich Wysokie Elfy z Tol Eressei. Jednak, chociaż ich rodzina cierpiała wygnanie z ich ojczyzny, pod pretekstem przyjaźni z elfami, Elendil teraz czuł wielką potrzebę, by sam ich poszukać. Może mogłyby zaoferować jakąś radę lordom Andunie odnośnie tego, jak najlepiej zwalczać wpływ, który Sauron ma nad królem.
Elendil nie mógł udać się do elfów z Eressei lub Valinoru, gdyż Zakaz Valarów uniemożliwiał mu podróż do Nieśmiertelnych Krain. Lecz, jeśli można to zrobić w sekrecie, mógłby odwiedzić elfy ze Śródziemia. Ereinion Gil-galad, król Wysokich Elfów z Lindonu, był od dawna lojalnym przyjacielem dla lordów Andunie. Jego ziemie były jednymi z nielicznych skrawków Śródziemia nie podlegającym kontroli Ar-Pharazona. Po prawdzie, teraz gdy Elendil i jego rodzina muszą żyć w Romennie, będą bliżej Lindonu niż wtedy, gdy mieszkali w Andunie. Gil-galad był mądry i starożytny, a jego rada na pewno będzie dla nich niezmiernie cenna. Kiedy czas będzie odpowiedni, zadecydował Elendil, ukradkowa wycieczka do Lindonu będzie wskazana.
Elendil pogładził swą brodę i spojrzał w dół z balkonu na dziedziniec pałacu w dole. Zobaczył swoich służących, pod czujnym okiem któregoś z odzianych w czarne tuniki Strażników Domu Królewskiego, zajętych ładowaniem dobytku jego rodziny na wózki. Poza murami pałacu z białego marmuru, mieszkańcy Andunie byli w żałobie. Chociaż nie mieli reputacji przyjaciół elfów, jak obywatele Romenny, to większość z nich wciąż kochało swych lordów, szczególnie Amandila, i pozostali im wierni. Mieszkańcy, z twarzami przepełnionymi rozpaczą i niedowierzeniem, opuścili swoje piękne domy z bielonego kamienia przetykanego turkusami i wypełnili szerokie ulice miasta. Chociaż wielka grupa Strażników Domu Królewskiego obserwowała ich uważnie, by powstrzymać ich od zamieszek, wielu publicznie przysięgało podążyć za swymi lordami całą drogę do Romenny. Amandil i Elendil nie zniechęcali ich, bo wyczuwali, że im więcej mieszkańców otwarcie ich poprze, tym mniej narażeni będą na bezpośredni atak ze strony Saurona i króla. Największym niebezpieczeństwem dla lordów Andunie była izolacja od swych ludzi i utrata ich poparcia, gdyż można by się ich wtedy łatwiej pozbyć, gdyby Sauron tego zapragnął, a król się zgodził.
Wzdychając, Elendil rzucił ostatnie spojrzenie z balkonu na Zachód, gdzie słońce zachodziło szkarłatnym płomieniem nad przystanią Andunie, znacząc Zachodnie Morze różowym połyskiem. Tam, po raz ostatni, mógł niewyraźnie zobaczyć bladą smugę na horyzoncie, z promieniem światła wydobywającym się z niej; Białą Wieżę nieśmiertelnego Avallone na Tol Eressei. Wpatrywał się w nią, tak bliską, a zarazem tak daleką, przez wiele minut. Potem, odwrócił się i spojrzał na Wschód gdzie, poza górami, niebo ciemniało coraz bardziej.
Pasuje jak ulał, pomyślał Elendil. Cień ze Wschodu przyniósł już zmierzch do Numenoru. Modlił się tylko o to, by nie przyniósł nocnych ciemności.
Kilka miesięcy po przeprowadzce do Romenny, z błogosławieństwem swego ojca, Elendil wziął garstkę zaufanych ludzi na łódź i odpłynął z doków o świcie. Najpierw skierował się na wschód, żeby wyglądało na to, gdyby szpiedzy króla go obserwowali, że statek płynie w stronę Pelargiru, który od dawna był w stałym kontakcie z Romenną. Jednak gdy tylko nie mógł być już widziany z brzegu, ustawił kurs na Północ i płynął przez kilka tygodni przez wzburzone morze do Lindonu, leżącego na dalekim północnym-zachodzie Śródziemia.
Lindon, kraina leżąca między Górami Błękitnymi a Zachodnim Morzem, była wszystkim, co zostało po Beleriandzie, głównej krainie elfów ze Śródziemia podczas Dawnych Dni. Beleriand został zatopiony pod falami, wywołanymi przez Wojnę Gniewu pod koniec Pierwszej Ery, lecz ci elfowie, którzy przeżyli kataklizm, wciąż mieszkali na jego jedynych pozostałościach. Sam Lindon został rozdarty na dwie części przez formowanie się Zatoki Lune podczas zatopienia Beleriandu. Na Południu rozciągał się Harlindon, dom Elfów Szarych i Elfów Leśnych, które żyły w Beleriandzie od najwcześniejszych er Dawnych Dni. Na Północy leżał Forlindon, dom większości Noldorów ze Śródziemia, tych którzy woleli pozostać na wygnaniu przez jakiś czas, niż odpłynąć do Valinoru. To do Forlondu zmierzał Elendil, gdyż tam król Wysokich Elfów, Ereinion, zwany częściej Gil-galadem, miał swą siedzibę.
Gdy statek mógł być już widoczny z lądu, Elendil dostrzegł latarnię morską, wokół której skupiało się kilka iglic i wież z białego marmuru. Otaczały ją liczne drewniane domy, misternie wyrzeźbione skomplikowanym stylem Leśnych Elfów, których pewna liczba żyła w Forlondzie, w formie służących Najwyższego Króla. Wokół rozpościerały się gęste lasy Śródziemia. W dokach stało kilka Białych Łabędzich statków Morskich Elfów, Falathrimów, gdyż niektórzy z nich żyli na wschodniej krawędzi Zatoki Lune, w Mithlondzie, znanym ludziom jako Szare Przystanie, rządzone przez lorda Cirdana. Elendil przepłynął własnym statkiem obok tych i dobił do wolnego miejsca przy molo, odwijając flagę lordów Andunie na maszcie. Gdy statek zbliżył się do brzegu, kilka Elfów Leśnych, których śniade włosy powiewały tu i tam wśród morskiej bryzy, rzuciło cumy jego załodze, żeby mogła zabezpieczyć statek. Kiedy wszystko było gotowe, jego załoga opuściła trap i Elendil zszedł na molo.
Elendil zamierzał właśnie przedstawić się elfom, kiedy przerwał mu ostry, czysty dźwięk srebrnych trąbek. Gdy spojrzał w prawo, w stronę lądu, zbliżyła się do niego grupka elfów, odzianych w niebiesko-złote szaty Noldorów. W centrum grupy stał wyjątkowo wysoki elf, noszący cienki złoty diadem na swych długich, czarnych włosach, który nie mógł być nikim innym tylko samym Najwyższym Królem Gil-galadem.
Elendil stanął na baczność i zasalutował elfickiemu lordowi, tak jak w młodości uczono go salutować rodzinie królewskiej. Leśne Elfy na molu zaśmiały się z niego, a ich śmiech brzmiał jak dźwięczenie kryształowego szkła. Sam Gil-galad uśmiechnął się i pośpieszył w jego stronę. "Witaj, przyjacielu elfów!" powiedział, gdy w jego głębokich, niebieskich oczach błyszczały ogniki rozbawienia i radości. "Twoje salutowanie jest uprzejmym gestem, lecz nie jest potrzebne. Mogę być Najwyższym Królem, lecz my, elfy, i elfi przyjaciele witamy się prosto i bez formalności. Nie dla nas wyszukane rytuały pięknego Numenoru!"
"Elen sila lumenn omentielvo" odparł Elendil, "Niech gwiazdy świecą nad godziną naszego spotkania." Było to tradycyjne powitanie wśród Wysokich Elfów.
"Tak już lepiej!" zaśmiał się Gil-galad. "Lordowie Andunie i ich krewniacy zawsze są mile widziani tu, w Lindonie, chociaż nie odwiedzaliście nas przez wiele długich lat. Z mojej strony, przynajmniej 70 lat temu ostatni raz odwiedzałem Numenor, chociaż były to odwiedziny krótkie i w sekrecie. I, jeśli się nie mylę, ty musisz być Elendilem, synem lorda Amandila. Kiedy ostatnio się spotkaliśmy, byłeś zaledwie chłopcem. Wygląda na to, że dorosłeś do męskości w mgnieniu oka."
"Tak, jestem teraz mężczyzną w wieku prawie 80 lat, chociaż też czas był dla mnie znacznie dłuższy niż mgnienie oka." odparł Elendil grobowym tonem.
Gil-galad patrzył się na niego przez kilka chwil, a potem jego ton stał się bardziej poważny. "Musisz być znużony, przyjacielu Elendilu, po takiej długiej podróży przez Morze z odległego Numenoru. Lecz kiedy będziesz gotowy, omówimy sprawy, które cię tu przywiodły. Bo chociaż towarzystwo lordów Andunie zawsze jest mi miłe, przyznaję, że jestem świadomy tego, że twoja wizyta tutaj nie ma na celu tylko odświeżenia znajomości ze starymi przyjaciółmi."
Gil-galad zaraz uśmiechnął się znowu. "Lecz dość tego typu spraw. Jesteście naszymi gośćmi! Proszę, zaproś swą załogę na molo, a będą towarzyszyć nam do mojego domu. Zaprowadzimy was do waszych komnat, byście mogli umyć się i odświeżyć. Potem będziemy razem jeść, weselić się, a my zaśpiewamy wam pieśni z dawnych dni!"
Wieczór upłynął bardzo przyjemnie. Elendil nie pamiętał go zbyt wyraźnie, gdyż czas spędzony wśród elfów zdawał się przemijać jak sen. Było tam wino lepsze niż jakikolwiek nektar i biały chleb, słodki jakby z dodatkiem miodu i niezwykłe owoce, dojrzałe i soczyste. Był tam śmiech, muzyka z lir, fletu i harfy i pieśni, śpiewane jasnymi głosami w starym elfickim języku, opowiadające o starożytnych dniach, gdy było tylko światło gwiazd pośród lasów, śmiech strumieni i śpiew morza i wiele cudownych rzeczy, które dawno temu odeszły w zapomnienie.
Elendil spał głęboko tej nocy w swym miękkim łóżku i śnił o wielu niezwykłych rzeczach, tak jakby stare pieśni obrały formę w jego umyśle. Następnego ranka zjadł lekkie śniadanie złożone ze słodkiego chleba, który wydawał się bardzo sycący i wędrował przez jakiś czas pomiędzy wieżami i domami Forlondu, słuchając śmiechu pięknych elfich głosów i podziwiając piękno urodziwych elfich panien. Panien, w istocie, pomyślał do siebie. Były bez wątpienia starsze niż prababcia jego babci!
Elendil czuł tu taki spokój, jakiego nie zaznał od czasu, gdy był chłopcem. Jednak, wiedział że nie stać go na wędrowanie bez celu ścieżkami spokojnego Forlondu. Na elfów przemijanie dni wydawało się nie mieć większego wpływu niż opadanie liści jesienią. Lecz ze swej pozycji śmiertelnika odczuwał on ich przemijanie i jego obowiązkiem było odszukać Gil-galada i poprosić go o radę.
Znalazł Gil-galada czekającego na niego w ogrodzie za jego domem. Jego dom był niskim, skomplikowanym budynkiem z marmuru przetykanego klejnotami, z owalnymi oknami i drzwiami i z wdzięcznymi wieżami o stożkowych dachach z gładkiego marmuru, stojącymi od frontu. Chociaż nie był on tak wielki jak pałace w Numenorze, był na pewno bardziej kojący dla oka i przytulny dla serca. Sam Gil-galad siedział przy srebrnej fontannie, której woda śmiała się radośnie, na misternie rzeźbionym, drewnianym krześle, ustawionym na jasnej, zielonej trawie i wśród delikatnych niebieskich, złotych i białych kwiatów. Starożytne drzewa o gładkiej, szarej korze i ciemnozielonych liściach oferowały cień, schronienie od blasku słońca. Przy fontannie stało drugie, puste krzesło i Gil-galad gestem zaprosił Elendila, by usiadł.
"Jak minął ci dzień, przyjacielu Elendilu?" zapytał Najwyższy Król.
"Nie miałem takiego pięknego dnia od wielu długich lat, przyjacielu Gil-galadzie" odparł Elendil tęsknie. "Powinienem złożyć wam wizytę dawno temu. Jak bym chciał, by moi synowie mogli zobaczyć elfów i usłyszeć ich pieśni w ich własnej krainie!"
"Ufam, że pewnego dnia będą mogli" zaśmiał się Gil-galad. "Nauczą się, że mimo wszystkich cudów Numenoru, Śródziemie też ma swój urok."
Lecz wtedy jego śmiech ucichł, Najwyższy Król spoważniał i popatrzył uważnie na Elendila. "Powiem otwarcie, mój młody przyjacielu" powiedział. "Wyczuwam, że nie wszystko jest z tobą dobrze. Twoje serce jest bardzo niespokojne. Wierzę że wiem, czemu mnie szukałeś, jednak wolę usłyszeć to w twoich własnych słowach. W jakiej sprawie mam ci doradzić?"
Elendil zmarszczył brwi. "Nie wszystko jest dobrze z Numenorem. Nie była tak od czasu, gdy Mroczny Władca po raz pierwszy skalał naszą piękną wyspę swą ohydną obecnością, prawie pięć dekad temu, chociaż ostatnio sprawy szczególnie się pogorszyły."
Gil-galad także zmarszczył brwi na wzmiankę o Nieprzyjacielu. "Od dłuższego czasu nie mieliśmy regularnych wieści z Numenoru, jednak możesz być pewien, że elfowie są świadomi tego szaleństwa. Nie powinno się nigdy pozwolić Mrocznemu opuścić Śródziemia. Mówi się nawet, że wasz król wyznaczył Saurona jako swojego najbardziej zaufanego doradcę. Z mojej strony mam nadzieję, że jest to tylko absurdalna opowieść, wyśniona przez jakiegoś podróżnika na dnie kielicha. Czy może być to prawdą?"
"Niestety, może. A to jest tylko czubek góry lodowej." Elendil wyjaśnił Gil-galadowi szczegółowo przebieg zdarzeń w Numenorze przez te dekady, odkąd Sauron został Królewskim Namiestnikiem, z punktem kulminacyjnym w wygnaniu lordów Andunie do Romenny.
"Ramię Saurona urosło zaiste długie, jeśli może roztoczyć takie jarzmo nad rodziną, która jest niewiele mniej królewska niż ta króla" powiedział Gil-galad. "Czy lordowie Andunie nie są też dziedzicami Earendila i Elrosa, nie mniej niż ci z królewskiej linii?"
"Jesteśmy" odpowiedział Elendil. "Jednak to, czego nie mogę zrozumieć, to czemu król kontynuuje to szaleństwo. Nawet przed tym jak wysłał swą armadę przeciw Sauronowi, mój ojciec, Amandil, od dawna utrzymywał, że król jest szalony. Jednak, szalony czy nie, Ar-Pharazon zawsze miał żelazną wolę i żaden człowiek nie mógł jej nagiąć. Jednak teraz wygląda to prawie tak, jakby przeszedł z bycia panem Saurona, do bycia jego marionetką. Wystarczy, że Sauron sobie czegoś zażyczy, a Pieczęć Króla to zatwierdza."
"Sauron nie jest żadnym człowiekiem" odparł Gil-galad grobowym tonem. "Jest tak starożytny, że najstarsze z elfów są przy nim jak dzieci. Co więcej, ma teraz swój przeklęty Pierścień, co bardzo wyolbrzymia jego moc i zwiększa jego wpływ na wszystkie wolne ludy tego świata. My elfowie, jesteśmy bardzo starzy według ludzkiej miary i utalentowani we wszystkich rodzajach wiedzy, a jednak nawet my byliśmy długo oszukiwani przez jego wolę. Przeklęty niech będzie dzień, kiedy Celebrimbor z Eregionu zaprosił Annatara, Pana Darów do wnętrza swej fortecy! Ani też nie mogliśmy przeciwstawić się szturmowi Saurona, gdy ten już się ujawnił. Wielu elfów zostało zabitych, a ci, którzy wciąż pozostali w Śródziemiu, wycofali się do ostoi takich jak Forlond, wysp pokoju na morzu wojny. Jak więc twój król, mąż śmiertelny, może mieć nadzieję na oparcie się woli Saurona i mocy Jedynego Pierścienia?"
"Co to za Jedyny Pierścień, o którym mówisz?" zapytał Elendil.
Gil-galad wydawał się zdumiony. "Czyżbyś nie słyszał opowieści o Pierścieniach Władzy, i o tym, jak głupota elfów z Eregionu stworzyła Sauronowi sposobność, by mógł powstać jako nowy Mroczny Władca? Myślałem, że kroniki i księgi historyczne Numenoru nie mają sobie równych na całym świecie."
"Możliwe, że mój ojciec o tym słyszał" przyznał Elendil. "bo on zawsze był uczonym z powołania, bez względu na to, że za młodu był też wielkim morskim kapitanem. Jednak, nie słyszałem, by o tym wspominał. I obawiam się, że zbyt zajęty byłem zarządzaniem jego majątkiem, by spędzać dużo czasu w starych bibliotekach. Co więcej, edukacja sponsorowana dzieciom możnych z Numenoru przez królewskich nauczycieli, wysyłanych z Armenelos, nie mówi nic o elfach od czasów Tar-Atanamira i mówiła niewiele o nich wcześniej. Wiele starych zapisków, dotyczących elfów i naszej z nimi przyjaźni zostało zniszczonych przez dziadka Ar-Pharazona, Ar-Gimilzora."
"Zatem widzisz" stwierdził Gil-galad. "pułapkę, którą Sauron zastawił na nas wszystkich. Siedem Pierścieni krasnoludów okazało się dla niego mało użytecznych, gdyż krasnoludy są ogromnie uparte i mają wolę z adamantu. Kiedy się zorientowali, że prawdziwym celem Pierścieni było zniewolenie ich, po prostu je odrzucili, chociaż czy Siedem zaginęło w jaskiniach, zostało zjedzonych przez smoki, czy przejętych przez sługi Mrocznego Władcy, tego nie wiem."
"Lecz" kontynuował. "Dziewięć Pierścieni ludzi wykonało swe zadanie aż nazbyt dobrze. Wielcy królowie i władcy ludzi przyjęli je, gdyż Sauron, w przebraniu Annatara, przyrzekł im wieczne życie i potężną moc, jeśli zostaną ich Powiernikami. I przez jakiś czas tak to wyglądało. Jednak dni ludzi są policzone i żeby mogli żyć poza wyznaczony im czas, ich ciała i dusze musiały rozciągnąć się coraz cieniej, aż w końcu nie byli w ogóle widzialni okiem śmiertelnika. I taki był los tych dziewięciu nieszczęśników; obiecano im wieczne życie i moc; lecz teraz są tylko nieumarłymi sługami Saurona, na zawsze związanymi z jego wolą. Pod komendą ich wodza, tego nazywanego ich Królem, zwani są Nazgulami w Czarnej Mowie Mordoru, chociaż w naszym języku mówimy na nich Ulairi."
"Ulairi" zadrżał Elendil. "Upiory Pierścienia, jak ludzie ze Śródziemia je nazywają, chociaż nie rozumiałem, co pierścienie mają z nimi wspólnego. Z pewnością słyszałem o nich, chociaż dopiero dzisiaj poznałem ich prawdziwe pochodzenie."
"Nie jestem zdziwiony, że słyszałeś o Czarnych Jeźdźcach" powiedział Gil-galad. "gdyż opowieści o ich okropnych czynach z pewnością dotarły nawet do błogosławionych brzegów świętego Valinoru."
"A co z Trzema Pierścieniami elfów?" zapytał Elendil. "Z pewnością moglibyście użyć ich przeciw Sauronowi?"
Gil-galad westchnął. "Nie poważylibyśmysię. Trzy Pierścienie są instrumentami pokoju, a nie bronią na wojnę. Są stworzone, by łagodzić niszczycielskie efekty czasu, inspirować serce, naprawiać ciało i koić duszę. Co więcej, chociaż Sauron nigdy nie położył na nich ręki, bo stworzył je sam Celebrimbor, Trzy są wciąż związane z mocą Jedynego. Gdybyśmy włożyli je na palce, ujawnilibyśmy się Sauronowi, tak długo jak nosi on Jedyny Pierścień. Mógłby odczytać wszystkie nasze myśli, wszystkie nasze sekrety i nie moglibyśmy mieć żadnych nadziei, by go pokonać."
"Tak więc Trzy były bezpiecznie ukryte wśród naszego ludu," kontynuował Gil-galad. "Staraliśmy opierać się Sauronowi wojną, lecz szczyt naszej potęgi przeminął jeszcze przed Wojną Gniewu, wieki temu. Było nas zbyt mało by powstrzymać szturm rozległych orkowych hord Saurona, a teraz jest nas nawet jeszcze mniej. Po tym jak Sauron dał Celebrimbora i elfów z Eregionu pod miecz, wielu z nas uciekło przez Zachodnie Morze do Valinoru. Ci z nas, którzy pozostali w Śródziemiu, mieszkają jedynie w Lindonie, lub w przystaniach, takich jak kraina lorda Elronda - Imladris, królowej Galadrieli - Lothlorien, lub Leśna Kraina króla Thranduila, która leży w Zielonej Puszczy, na wschód od Anduiny. Ledwo możemy obronić nasze własne kraje, nie mówiąc już o przeprowadzeniu ofensywy na Saurona. Wasi własni królowie, co mówię ze smutkiem, dawno zapomnieli o przyjaźni z nami, więc nie możemy szukać pomocy u ludzi." Elendil wbił wzrok w ziemię, ze wstydem przyjmując prawdę, zawartą w słowach Gil-galada. "Nawet krasnoludy nam nie pomogą" kontynuował elf, "gdyż obwiniają one elfów z Eregionu za wzrost mocy Saurona - i nie mogę powiedzieć, że się mylą - i teraz nie udzielą pomocy żadnemu elfowi. Błagaliśmy je o pomoc w potrzebie, lecz bez skutku - ich kamienne serca pozostały całkowicie nieporuszone."
"Nie rozumiem" zmarszczył brwi Elendil. "jeśli Sauron jest tak niezmiernie potężny, nie tylko dzięki mrocznym mocom, ale też dzięki Jedynemu Pierścieniowi, to czemu poddał się ekspedycji Ar-Pharazona 48 lat temu, nawet nie próbując się bronić? Dlaczego potulnie zaakceptował swój status więźnia? Dlaczego wydaje się wciąż służyć królowi, nawet jeśli jest tylko sługą z tytułu?"
"Sam długo głowiłem się nad tymi pytaniami, od czasu, gdy dostałem pierwsze wieści o pozornym poddaniu się Saurona waszemu królowi," rzekł Gil-galad mrocznie. "Widzę dwie możliwości do rozpatrzenia. Po pierwsze, w czasie gdy my, elfowie, jesteśmy nieliczni i jego armia przewyższa nas wiele razy, armie Ludzi Numenoru są niezliczon wiele lepszymi żołnierzami niż orkowie, czy dzicy ludzie. Co więcej, Sauron miał nad nami przewagę zaskoczenia i na początku byliśmy w defensywie, a Numenor sam rozpoczął ofensywę przeciwko Mordorowi. Jeśli odstawimy na bok moc Saurona i jego Pierścienia, jest bardzo prawdopodobne, że otwarta wojna skończyła by się całkowitym unicestwieniem jego armii i mógłby się znaleźć w oblężonej Barad-dur, z siłami króla obozującymi na płaszczyźnie Gorgoroth, poniżej. Unikając otwartej wojny, Sauron zachował swe armie, które się nie rozpadły, chociaż wycofały się w głąb Mordoru i nie wychylały się. W istocie, nasi zwiadowcy donieśli, że odkąd Sauron odszedł, jego kraina Mordor jest rządzona przez jego poruczników, Ulairi i ich Króla Nazguli. Ar-Pharazon najwyraźniej myśli, że trzymając Saurona jako zakładnika, może mieć pewność, że jego zwolennicy nie będą sprawiali kłopotów, a Numenorejczycy, w swej żądzy metali i drewna, nie patrzyli poza mury krainy Mordoru, którą uważają za opuszczone pustkowie. I tak podstęp Saurona nie został wykryty przez Numenor, a armie umocniły się pod jego nieobecność, czekając cierpliwie na dzień, kiedy zostaną spuszczone na jego rozkaz."
"Jednakże, to nie wyjaśnia wszystkiego," kontynuował Gil-galad. "Sauron jest potężny, a Pierścień zwiększa nawet jego potęgę. Jego obecność w bitwie, przy asyście Ulairi, mogłaby pozwolić jego siłom wywalczyć impas z Numenorem. Sauronowi, oczywiście, nie wystarczy impas, on chce absolutnej dominacji. Co prowadzi nas do drugiego punktu."
"Czyli?"
"Że jeśli Sauron poczuł, że jeśli nie może unicestwić Ludzi Zachodu siłą, prawdopodobnie pomyślał, że może tego dokonać dzięki oszustwu."
"Oszustwu?" zapytał Elendil. "Masz na myśli podstęp?"
"Tak" odparł Gil-galad. "Znacznie bardziej ambitny podstęp, myślę, niż tylko udawanie zakładnika, budując w tym samym czasie armie w sekrecie. Powiedz mi, czy kiedykolwiek widziałeś, lub rozmawiałeś z Sauronem?"
"Dwukrotnie, dawno temu. Wstydzę się to przyznać, ale to mnie się poddał, w pobliżu Przesmyków Harnen. Widziałem go drugi raz, gdy paradował przez Andunie jako więzień, jako część zwycięskich uroczystości. Pamiętam, że za każdym razem wyglądał niesamowicie pięknie. W istocie, nawet przypominam sobie, miał interesujący złoty pierścień na prawej ręce, chociaż poświęcałem temu wtedy mało uwagi."
"A co z jego głosem?" zapytał Gil-galad.
"Kiedy pierwszy raz go spotkałem" rzekł Elendil. "mówił do mnie od razu o jego chęci poddania się i powodach tej decyzji. Za drugim razem, gdy go widziałem, przemawiał do nas krótko, oferując przeprosiny za swe liczne zbrodnie i powtarzając, jak to przysiągł służbę i lojalność królowi. Jego głos wydawał się taki piękny, kojący dla słuchaczy...
"Nawet piękniejszy, niż głos elfickiego króla?" zapytał Gil-galad z ponurym uśmiechem.
Elendil zawahał się. "Nie chcę cię obrazić" rzekł. "ale tak, nawet piękniejszy, jeśli taka rzecz jest możliwa. Moje serce na początku wątpiło w jego słowa, jednak mój umysł nie był w stanie kwestionować czegokolwiek, o czym on mówił - wydawało się to takie mądre i logiczne. Za każdym razem dopiero w jakiś czas po jego odejściu, byłem w stanie przemyśleć jego słowa i znowu zwątpić w ich szczerość."
"Zatem posmakowałeś mocy Jedynego Pierścienia," rzekł Gil-galad. "Gdyż Sauron, w swym obecnym przebraniu Annatara, zawsze był co najmniej czarujący i przekonujący - przypomnij sobie jak omotał elfów z Eregionu, zanim wykuł Jedynego. A Pierścień ogromnie zwiększa jego moc. Nawet elficki lord, uczony w wiedzy, miałby duże problemy, by oprzeć się sile głosu Saurona tak długo, jak ten nosi Pierścień. A wasz król... nie ważne jak silna jest jego wola, obawiam się, że nie może mieć żadnej nadziei na oparcie się jego głosowi."
"Zauważyłem, że wszystkie rozkazy Saurona noszą Pieczęć Króla," zmarszczył brwi Elendil. "Chociaż miałem nadzieję, że gdy wiele spraw wymaga królewskiej uwagi, Sauron zaledwie nadużywał swoją pozycję Namiestnika, który jest też Strażnikiem Pieczęci. Jednak ty uważasz, że Ar-Pharazon, który przez jakiś czas wydawał się wdzięczny za coś Sauronowi, jest niczym więcej jak marionetką Mrocznego?" Elendil zbladł, gdy rozważył możliwe następstwa.
"Obawiam się, że tak" odparł Gil-galad. "Król tak tego nie odczuwa, lecz to tylko czyni chwyt Saurona pewniejszym. Jestem przekonany, teraz gdy wiem, co działo się w Numenorze, szczególnie w ciągu ostatnich kilku lat, że Sauron zadeklarował wojnę Numenorowi z zewnątrz, by móc zwalczać go od wewnątrz. Stąd jego udawana kapitulacja, która była tylko fortelem. Już wewnątrz Numenoru, przeczekał pewien czas, a potem uderzył na serce i umysł króla, gdy chwila była odpowiednia. Usadowił się na pozycji jego prawej ręki, nagiął go do swej woli i nie ma końca lista krzywd, które może wyrządzić Numenorejczykom."
"A co z tymi mrocznymi plotkami?" zadrżał Elendil. "Te sekretne spotkania? Te zaginione kobiety i dzieci? To mojego śledztwa odnośnie tych wydarzeń użył Sauron, działając przez króla, jako pretekstu, by wygnać moją rodzinę do Romenny..."
Gil-galad miał grobową minę. "Boję się pomyśleć w jakie zło Sauron może wciągnąć Numenor. Wygląda na to, że deprawuje nie tylko waszego króla, lecz także jego urzędników przez wprowadzanie ich w kto wie jakie mroczne rytuały. Wiem, że w dawnych dniach, wielu elfów i ludzi miało nieszczęście być złapanych przez Saurona, lub Gorthaura Oprawcę, jak go nazywaliśmy, i byli składani jako żywe ofiary dla Wielkiego Nieprzyjaciela. Mówiono, że dym z ich palących się ciał był balsamem dla okrutnego Morgotha."
Gdy Gil-galad wypowiedział to imię, słońce jakby pociemniało na chwilę, a powietrze nagle się ochłodziło.
Elendil zbladł na wzmiankę o Morgothie Baugliru, Wielkim Nieprzyjacielu, którego wspomnienie kładło się mrocznym cieniem nad całym Światem, nawet jeśli dawno temu został z niego wygnany. "Lecz tak rozległa korupcja, u samego szczytu potęgi Numenoru... jeśli król i jego wszyscy wysokiej rangi urzędnicy, wliczając wielu możnych, którzy służą w biurze w Armenelos, są wplątani w mroczne czary... to co będzie z Numenorem? Co może zrobić człowiek przeciwko mocy tak prastarego zła, kiedy nawet elfowie nie mogą mu się przeciwstawić?"
Gil-galad milczał przez długi czas, wpatrując się w błyszczącą wodę srebrnej fontanny. Potem popatrzył ponuro na Elendila. "Nie mam prostych odpowiedzi na niedolę Numenoru. Teraz gdy usłyszałem o wszystkim, co tam zaszło, zrozumiałem, że sytuacja jest nawet gorsza, niż się obawiałem. Numenor stał się jak potężny, starożytny dąb, nienaruszalny z zewnątrz, lecz konsumowany przez zgniliznę i korupcję od wewnątrz. Przewiduję, że Sauron wyrządzi o wiele więcej zła niż to, które już spotkało Ludzi Zachodu. Jeśli król, większa część jego możnych i urzędników na dworze stała się agentami zła, a nawet przejęli zwyczaj oddawania czci Nieprzyjacielowi, jak się obawiam, to nie potrwa długo nim to szaleństwo spłynie na zwykłych obywateli Numenoru. Możemy mieć bardzo mało czasu, nim cała kraina pogrąży się w korupcji i spłynie krwią."
"Lecz tak nie może być!" zawołał Elendil. "Czy Numenor, Kraina Gwiazdy, leżąca tak blisko świętego Valinoru, ma pogrążyć się w ciemności? Czy ma się stać bastionem kultu Morgotha, krajem, gdzie niewinni są wyrzynani jako ludzkie ofiary dla zinkarnowanego zła... to nie do pomyślenia!"
"Przyjacielu," rzekł Gil-galad. "żyjemy w złych czasach. Kto powiedział, że ciemność nie może wymazać światła? Musisz zrozumieć potęgę ciemności, a potem myśleć, jak z nią walczyć, jeśli twoi ludzie mają mieć jakąkolwiek nadzieję."
"Nie widzę nadziei, którą opisujesz" rzekł Elendil, przygnębiony. "Co możemy zrobić?"
"Po pierwsze" powiedział srogo Gil-galad. "nie możecie popadać w strach i rozpacz, bo to zawsze były główne narzędzia wroga. Po drugie, myślę że nie doceniacie swej siły. Ty i twoja rodzina nie jesteście zwykłymi ludźmi, jesteście lordami Andunie, a więc potomkami Earendila i Elrosa, tak samo jak wasz upadły król. Ludzie to wiedzą. Twój ojciec Amandil od dawna był sławiony za swą szlachetność ducha i mądrość, które są wielkie nawet wedle miary elfów. Pozwól swemu ojcu, swemu rodowi, stać się światłem w ciemności. Jeśli musicie żyć w Romennie, to niech Romenna stanie się ostoją i sanktuarium dla tych Ludzi Numenoru, którzy nie chcą być częścią zła Saurona i szaleństwa króla. Niech przyłączą się do Wiernych, którzy już tam są. Nie mówię, żebyście otwarcie potępiali Saurona i króla, gdyż nie powstrzymacie jego armii, jeśli je na was wyślą. Lecz twój ojciec Amandil i wszyscy z jego rodu mogą służyć przykładem przez swą wiedzę i godność postępowania. Powiem ponownie, nie lekceważcie swej siły. Czy twoje własne imię, Elendil, nie znaczy "przyjaciel elfów"? Pozwól Elendili, tych Ludziom z Numenoru, którzy odrzucają ciemność i wciąż są wierni światłu, zebrać się pod flagą lordów Andunie! Niech twój ród świeci przykładem, nadzieją, dla tych co ulegli Cieniowi Wschodu."
Elendil był urzeczony. Patrzył na Gil-galada z zachwytem. "Na Valarów" powiedział. "jasnym jest, czemu uważa się ciebie za Najwyższego Króla, gdyż twoja odwaga i wizja są większe niż jakikolwiek rodowity tytuł króla może nadać. Masz rację, przyjacielu Gil-galadzie. Powiem mojemu ojcu, do czego razem doszliśmy i on i ja, a także moi synowie, i ci wszyscy przywiązani do mego rodu będą dążyć, by stać się światłem w ciemności. Światło nie zgaśnie całkiem w krainie Numenoru, tak długo jak mieszkają tam ludzie z mego rodu!" chwycił ręce Wysokiego Króla. "Jestem na zawsze twoim dłużnikiem, przyjacielu!"
"Nie mów tak" zaśmiał się Gil-galad, jego dobry humor nagle powrócił. "gdyż chcę dać ci jeszcze inne dary poza moją radą, a nie chciałbym, żebyś miał do mnie jeszcze większy dług! Wstań i chodź za mną, przyjacielu elfów!"
Gil-galad pośpieszył z ogrodów do swego domu, a Elendil podążył za nim. Wspięli się na kręte marmurowe schody wieży i podeszli do potężnych, dębowych drzwi. Gil-galad wyjął klucz ze swych szat i otworzył je. "Wejdź, mój przyjacielu" powiedział. "to mój gabinet i trzymam tu wiele skarbów." Elendil wkroczył do pokoju, którego podłogę i sklepienie zdobiły cięte i szlifowane klejnoty, a w murach z białego marmuru wykuto kilka okien, by wpuszczać blask słońca i księżyca. Na półkach, ustawionych pomiędzy oknami, leżało wiele manuskryptów i zwoi, a na podłoże, na samym końcu pokoju, przy ciężkim, rzeźbionym dębowym stole i krześle, stało sporo pudeł i skrzyń. Gil-galad podszedł do jednej z największych skrzyń, wziął inny klucz i otworzył. Potem odsunął się i wskazał na pojemnik.
"Spójrz" powiedział. "Oto Palantiri!"
Elendil zajrzał do skrzyni. Wnętrze wykonano z drewnianych desek, pokrytych czarnym materiałem i dzielonych, przez inne drewniane deski, na siedem pojemników, wyłożonych bogatym, czarnym aksamitem. W każdej z nich leżała kryształowa kula o zmiennych kolorach, we wnętrzu której kłębił się jakby dym. Elendil patrzył na nie z rosnącym podziwem, gdyż zobaczył, że dym, lub mgła, cokolwiek to było, wydawało się skręcać tu i tam wewnątrz kryształów, prawie jakby było żywe!
Zerknął na Gil-galada, który uśmiechnął się do niego. "Jak bez wątpienia wiesz, "Palantiri", tłumaczone na język Numenorejczyków, znaczy "Te, co Widzą z Daleka". Dawno temu, wieki przed moim narodzeniem, zostały stworzone w Valinorze, przez króla Wysokich Elfów, samego Feanora. To właśnie Feanor później stworzył klejnoty Silmarile, których kradzież przez Morgotha, przywiodła wielu Noldorskich Wysokich Elfów do Śródziemia w pościgu za nimi. Punktem kulminacyjnym naszego powrotu, jak wiesz, była Wojna Gniewu. Te Palantiri były jedynie testem umiejętności Feanora, nim zwrócił się ku Silmarilom i próbom schwytania w nich błogosławionego światła Dwóch Drzew Valinoru."
"Więc Palantiri są zarówno piękne, jak i starożytne" rzekł Elendil, który wciąż nie mógł do końca uwierzyć, że patrzy na przedmioty, które zostały stworzone przez samego legendarnego Feanora.
"Są w istocie" powiedział Gil-galad. "Chociaż mogą mieć też wartość bardziej praktyczną, także dla ludzi."
"Wartość praktyczną?" spytał Elendil.
"Te Palantiry są stworzone by przesyłać obrazy i myśli na długie dystanse. Każdy z kamieni może widzieć, cokolwiek jest widzialne dla innych. Adept może użyć dowolnego kamienia, by posłać swą wizję na wielkie dystanse, nawet przez Morze, do Głównego Kamienia, który mieści się w wieży Avallone na Eressei..."
"Gdy Feanor poprowadził Noldorskich wygnańców z Valinoru do Śródziemia w gorącym pościgu za Morgothem, zabrał ze sobą siedem Palantirów. Gdy Feanor został zabity, przekazywano je jego dziedzicom i tak dostały się w moje posiadanie. Używając ich, mogę patrzeć na samą Avallone i oglądać błogosławioną krainę Valinoru w poprzek Zatoki Eldamar." Elendil znów patrzył na kryształowe kule w zdumieniu.
"Nie używałem ich zwykle w innym celu," kontynuował Gil-galad. "gdyż ci z nas, Wysokich Elfów, którzy są biegli w wiedzy, dawno temu opanowali sztukę bezpośredniego przesyłania myśli pomiędzy naszymi umysłami, nieważne jak wielka dzieli nas odległość. Dlatego wydaje mi się, że potrzebujesz ich bardziej niż ja."
"Co ty mówisz?" zapytał Elendil. Z pewnością Gil-galad nie miał na myślał podarować mu czegoś tak cennego jak Palantir?
"Podczas gdy my, Wysokie Elfy, możemy przesyłać myśli między sobą, rozumiem, że wy, ludzie, musicie ciągle porozumiewać się bardziej konwencjonalnymi metodami - przez konnego posłańca." powiedział Gil-galad z uśmiechem. "Lecz posłańca można przechwycić, posłańca można przekupić, a ośmielę się twierdzić, że królewscy szpiedzy śledzą ruchy wszystkich posłańców między jego możnymi w Numenorze. Używając Palantirów, członkowie twojej rodziny, twoi najbardziej zaufani słudzy i przyjaciele mogą porozumiewać się ze sobą natychmiast, nie ważne jak wielka dzieli ich odległość. I mogą robić to bez strachu, że ich wiadomości zostaną przechwycone przez Saurona i króla. To bez wątpienia okaże się pomocne w tych mrocznych dniach, które leżą przed wami. Weź więc Palantiri z moim błogosławieństwem i zaprezentuj je swemu ojcu, Amandilowi, jako dar od jego przyjaciela, Gil-galada. Strzeż je dobrze i używaj ich mądrze!"
Przejęty Elendil wpatrywał się z otwartymi ustami w starożytne, widzące kamienie. "Z pewnością nie masz na myśli oddania nam wszystkich Palantirów, przyjacielu Gil-galadzie? Nie moglibyśmy przyjąć takiego..."
"Możecie i przyjmiecie ten dar" rzekł Gil-galad. "Przed waszym odejściem, moi słudzy umieszczą tą skrzynię z Palantirami na waszym statku. W żadnym razie" uśmiechnął się. "nie daję wam wszystkich Palantirów - Główny Kamień pozostanie na Eressei."
Elendil stał, zachwycony, przez kilka minut. Pomyśleć, że Gil-galad daje jemu, zwykłemu człowiekowi, taki dar... kiedy, gdy poskromił on umiejętność używania widzących kamieni, mógł nawet posłać swój wzrok przez Główny Kamień Tol Eressei i spoglądać na sam Valinor.
"Nie znajduję słów, ni czynów, które byłyby odpowiednim podziękowaniem za ten dar" rzekł Elendil, łamiącym się z emocji głosem.
Gil-galad popatrzył na niego i powiedział stanowczo "Nie wymagam słów podziękowań. Lecz możesz okazać mi swą wdzięczność przez swe czyny. Użyj Palantirów, by powstrzymać wygaśnięcie światła Numenoru, a takie podziękowania mi wystarczą!"
Gil-galad zamknął skrzynię na klucz, który podał Elendilowi. Potem wziął go za ramię i powiódł schodami w dół. "Chodź, mój przyjacielu" powiedział. "spędziliśmy ponad pół dnia, rozmawiając, a zaraz zapadnie zmierzch. Pościłeś od rana. Nie chcę, by mówiono, że jakiegokolwiek przyjaciela elfów pozostawiono, by głodował i cierpiał pragnienie pod moim dachem. Do sali bankietowej!"
Chociaż przepełniony emocjami, Elendil nie mógł powstrzymać uśmiechu rozkwitającego mu na ustach. Przynajmniej, pomyślał, mądrość elfów nie zabiera miejsca dla ich radości.
