Kaplica i tron.

Szczyt Meneltarmy, najwyższej góry Numenoru, nie przypominał szczytów innych gór. Uformowany był na kształt wielkiej misy, w której centrum mieściło się rozległe pole traw, falujące wśród górskich wiatrów niczym morskie wody. Na skraju pola rozpościerał się las wysokich drzew o gładkiej korze, uwielbianych przez elfy. Rzadkie kwiaty rosły pośród zielonej trawy w cienistych prześwitach między drzewami. Wieki temu, przywieziono je na tą wyspę z Valinoru przez odwiedzające Numenor Wysokie Elfy, w odległych czasach, kiedy Królowie Ludzi uważali ich jeszcze za swych przyjaciół.

Była to Kaplica Eru, Boga Stwórcy. Numenorejczycy nie budowali ich własnoręcznie, gdyż wierzyli, że sama natura była wielką świątynią Eru. Tutaj, na najwyższym szczycie ich wyspy, było jedyne miejsce, prócz Andunie, kiedy w czysty dzień można było mieć nadzieję na dostrzeżenie błysku Wieży Avallone. Bez względu na porę roku, Świątynia pozostawała zawsze spokojna i wiecznie zielona. Tutaj Ludzie Numenoru wierzyli, że są bliżej Eru niż w gdziekolwiek indziej, gdzie mogą dotrzeć. Tak więc szczyt ten został ustanowiony przez królów jako Jemu poświęcony. Tylko Opiekunowie Świątyni, których niektórzy ludzie zwali kapłanami, mieli pozwolenie na niej mieszkać. Ich dni przemijały im w dbaniu o Świątynię, jej drzewa i kwiaty, chociaż od wielu lat pielgrzymi nie odwiedzali już jej regularnie, ani też procesja króla nie wchodziła na nią trzy razy do roku, by złożyć w ofierze pierwsze owoce sezonu i poobserwować rytuały ku czci Eru.

Królowa Miriel, lub Ar-Zimraphel we wspólnej mowie Numenoru, stała wśród falujących traw, zauważając nieobecnie, jak bryza rozwiewa jej siwiejące, czarne włosy. Zmarszczyła między palcami materiał swej długiej, czarnej sukni i westchnęła.

Miriel często przychodziła do tego miejsca, sama, by ukoić swego ducha, gdy życie w Pałacu stawało się nie do zniesienia. Miała teraz ponad 120 lat, lecz jeśli nie wyglądała nawet na połowę tego, czuła się znacznie bardziej staro. Ponad 90 lat temu, kiedy wciąż była młoda i uważano ją za najpiękniejszą pannę w całym Numenorze, śmierć jej ojca, Ar-Inziladuna, doprowadziła do jej koronacji jako królowej. Była jego jedynym dzieckiem, więc wedle praw Numenoru, tylko ona mogła posiąść tytuł Monarchy. Jakiegokolwiek mężczyznę zdecyduje się poślubić, nie będzie on miał żadnych praw do tronu, i będzie mógł nosić tylko tytuł Królewskiego Małżonka.

Jednak nie tam miały potoczyć się jej losy. Jej najbliższy kuzyn, Pharazon, syn młodszego brata jej ojca, Gimilkhada, nie czuł się zadowolony z noszenia marnego tytułu Księcia, a wielu z lojalnych mu ludzi nie było zachwyconych perspektywą kobiety zasiadającej na tronie. Mieli wielkie plany odnośnie potęgi Numenoru i zakresu jej panowania i nie wierzyli, by kobieta mogłaby podołać zadaniu, które przewidzieli dla nowego Monarchy. Pharazon był ich człowiekiem, lecz nie był dziedzicem tronu, a starożytne prawa małżeństwa zabraniały mu poślubić swą bliską kuzynkę i występować jako Królewski Małżonek.

Pharazon jednakże mało dbał o prawo. Ta cecha zwróciła na niego uwagę szczególnie skorumpowanej i przekupnej frakcji, tej starożytnej grupy możnych, znanych jako Ludzie Króla, którzy już od czasu dawnego panowania Króla Tar-Atanamira, odwrócili się od elfów i ich spraw, szukając bogactw i władzy w miejsce wiedzy i mądrości. Mając poparcie tych patronów, Ar-Pharazon zmusił królową, by poślubiła go wbrew swej woli.

To usatysfakcjonowało sponsorów Pharazona, którzy byliby zadowoleni, gdyby rządził krainą jako Królewski Małżonek, z królową jako zwykłą figurantką. Lecz ledwo Ar-Pharazon skończył wypowiadać formuły małżeńskie, ukazał się jako człowiek o własnych ambicjach, a nie tylko marne narzędzie w rękach grupy dworzan. Niegodzący się na zaakceptowania kogoś wyższego rangą nad nim, zaszokował nawet swoich zwolenników, gdy na domiar złego odebrał Miriel koronę, berło i tron, koronując siebie na Ar-Pharazona Złotego z Numenoru. I tak, przypomniała sobie Miriel gorzko, człowiek, który miał w głębokiej pogardzie wszystkie prawa, które wszyscy Monarchowie przysięgali dotrzymać, ukradł jej to, co przysługiwało jej od urodzenia.

Miriel, wstrząśnięta i wściekła za obrazę i upokorzenie jakie na nią spadły, oczekiwała, że ludzie Numenoru, pospólstwo i możni zarazem, powstaną w jej obronie. Jednak większość zwykłych ludzi nie widziała w zamachu stanu Ar-Pharazona niczego więcej, niż ostatniej rundy politycznych intryg i wkrótce zaakceptowali Ar-Pharazona Złotego jako swego króla. Z kolei wielu możnych szydziło z Ar-Pharazona Uzurpatora, jak go nazywali, za jego plecami - nawet jeśli płaszczyli się przed nim w jego obecności.

Ci, co szydzili zbyt głośno lub zbyt otwarcie, wkrótce ulżyli ramionom ciężaru głowy. Jednak Ar-Pharazon był równie przebiegły co okrutny i użył biura króla, by rozdać wiele ulg i darowizn dla tych możnych, chętnych zaakceptować te dary, w zamian za poparcie jego praw co do tronu. Ar-Pharazon okazał się tak biegły w tej mętnej grze, że duża większość możnych zdecydowała, że jego rządy są zbieżne z ich interesami. W związku z tym nawet ci, którzy w sekrecie pogardzali królem, nie podejmowali żadnych wysiłków, by przeszkodzić mu w rządach.

Lordowie Andunie byli praktycznie jedynymi, którzy odmówili darom Ar-Pharazona. Plotki, w które mało kto wierzył, głosiły, że zrobili to nie po to, by wyłudzić więcej dóbr, tylko dlatego, że Amandil nie pochwalał samej istoty działań Ar-Pharazona. Niezależnie od swych motywów, Amandil nie ważył sprzeciwić się woli większości możnych i pospólstwa Numenoru. I tak Miriel została sama i pokonana.

Miriel nie dała tak zwanemu królowi żadnych potomków. Nie wydawało się to dziwne, gdyż Ar-Pharazon był znacznie bardziej zakochany w swych licznych kurtyzanach niż w królowej. Paradował z nią dla oficjalnych funkcji stanu, lecz poza tymi chwilami rzadko się do niej odzywał. Spędzała lata swego życia w wymuszonej bezczynności, czasem w Pałacowych Ogrodach, czasem w swych komnatach.

Miriel wiedziała, że jeśli Ar-Pharazon umrze przed nią, co wydawało się prawdopodobne, ze względu na jego wiek, prawa Numenoru zakażą jej, jako wdowie, ponownego zamążpójścia. Jako ktoś, kto wciąż szanował stare prawa, nie była skłonna ich łamać. Zatem, jeśli nie da Ar-Pharazonowi dziedzica, konsekwencją będzie wygaśnięcie ich linii sukcesji. Miriel żałowała, że nie ma dziecka, które przedłużyło by jej linię, chociaż inna jej część czuła wcale nie mniejszą ulgę, że jej krew nie zmieszała się z tą uzurpatora. Jednak wciąż, zastanawiała się, jak Ar-Pharazon może nie chcieć własnego potomka, by odziedziczył po nim tron? Czasem mówił ogólnikowo o zrobieniu dziedzica, jednak w jego słowach nigdy nie było zbytniej pewności. Prawie tak, pomyślała Miriel, jakby ten stary głupiec wierzył, że będzie żyć wiecznie! I nie wyglądało na to, by miał zmienić zdanie z tym miodoustym pochlebcą Sauronem, zawsze przy jego boku. Sauron praktycznie przekonał Ar-Pharazona, że on, król, jest tak naprawdę żywym bogiem.

Nastrój Miriel pogorszył się jeszcze, gdy pomyślała o Sauronie. Jak to się stało, że Mroczny Władca Mordoru, zaprzysięgły wróg Ludzi Zachodu, został Namiestnikiem Armenelos i praktycznie prawą ręką króla? Miriel wydawała się być jedyną osobą w Pałacu chociaż w połowie odporną na jego gładki urok. W jego obecności, zawsze uważała jego słowa za piękne i sprawiedliwe. Jednak po jego odejściu, kiedy rozważyła te słowa, uderzała ją ich świecąca i błyszcząca forma, pozbawiona jakiejkolwiek treści.

Była świadoma, że panny z dworu uważały Saurona za nawet więcej niż trochę czarującego, bo od dawna szeptały między sobą o jego wiecznie młodej, nieziemskiej piękności. Lecz chociaż Sauron był mistrzem flirtowania i galanterii, to jak dotąd, jak uważała Miriel, nie wykazywał żadnego zainteresowania romansami. Raczej spędzał tyle czasu ile tylko było możliwe w towarzystwie króla, lub tych tak zwanych Ludzi Króla. Wydawał się roztaczać tajemniczą władzę nad nimi, chociaż Miriel nie potrafiła dostrzec jej źródła.

Sama Miriel uważała Saurona za atrakcyjnego. Jednak uważała także jego obecność za niepokojącą. I nie chodziło tylko o to, że od dawna był wrogiem Numenoru, zanim Ar-Pharazon najwyraźniej go ujarzmił. Kiedy Miriel patrzyła w czarne źrenice czysto niebieskich oczu Saurona, zawsze uderzała ją zawarta w nich całkowita pustka, jak okno w nicość. Nie mogła spoglądać w te oczy bez uczucia zimnych dreszczy, biegnących w dół jej kręgosłupa. Sauron wydawał się być świadom jej lęku, gdyż czasami, nawet gdy mówił do niej piękne słowa, w wyrazie jego twarzy krył się uśmiech, który mogła opisać tylko jako drwiący. Jak to możliwe, że nikt inny na dworze, nawet inne kobiety, nie podzielały jej mrocznych przeczuć?

"Wasza Królewska Wysokość" powiedział szorstki głos za nią.

Odwróciła się natychmiast, zapominając na chwilę, jak zawsze drażniło ją adresowanie jej `Królewską Wysokością`, a nie `Królewską Mością`- jakby była zwykłą małżonką Ar-Pharazona! Jednak była zbyt zdumiona, by trwać w swych żalach. Przed nią stał człowiek odziany w srebrną zbroję i czarną tunikę z wizerunkiem białego drzewa, które rozpoznała jako należące do Strażnika Domu Królewskiego w Numenorze.

Królowa była zaszokowana, że ten człowiek do niej przemówił, gdyż zabronionym było komukolwiek prócz Monarchy odzywanie się w obrębie Kaplicy. Co więcej, jej Opiekunowie rzadko zezwalali żołnierzom na służbie wkraczać do tego świętego miejsca. A najdziwniejszym ze wszystkiego był fakt, że człowiek ten otwarcie trzymał włócznię w swej prawej ręce, gdy jego miecz wisiał przytroczony do pasa - Miriel wiedziała, że żadnego rodzaju broń nigdy nie była dopuszczana do Kaplicy, bez względu na sytuację.

"Moja pani" kontynuował strażnik, widocznie nieświadomy swej przysięgi, by zachować ciszę w Kaplicy. "musisz natychmiast opuścić to miejsce. Z rozkazu króla" pchnął w jej stronę zwój, trzymany w lewej ręce. "Król wymaga twojej natychmiastowej obecności w Armenelos. Eskorta kawalerii już czeka, by zabrać cię tam natychmiast."

Miriel patrzyła groźnie na strażnika, lecz wzięła zwój bez komentarza. Podążyła za nim przez trawiaste pole i ścieżką ku górze przez las do krawędzi Kaplicy Eru, która formowała szczyt Meneltarmy. Kiedy dotarła na szczyt, mogła zobaczyć całą wyspę Numenoru, rozpościerającą się wokół niczym wielki, szmaragdowy klejnot, chociaż masa chmur i mgły na Zachodzie nie pozwalała jej dostrzec światła Wieży Avallone. Poza Kaplicą czekało na nią więcej uzbrojonych strażników, razem z kilkoma końmi.

Gdy pomogli jej dosiąść konia, zastanawiała się czemu nie widzi żadnego z Opiekunów Kaplicy; zawsze co najmniej jeden stał w miejscu, gdzie ścieżka spotykała się z krawędzią - jego zadaniem było przyznać lub odmówić wejścia pielgrzymom, którzy kierowali się do Kaplicy. Obracając się do strażnika, który eskortował ją od świątyni, zapytała "Gdzie jest Opiekun, który strzeże wejścia do Kaplicy? Nie mogę też dostrzec żadnego z jemu podobnych, chociaż ich białe szaty są zwykle dobrze widoczne z daleka."

Strażnik popatrzył się na nią twardym wzrokiem i nie odpowiedział. Niektórzy z jego grupy dosiedli już koni. "Jechać!" rzekł strażnik, zwracając się do nich. "Nie zatrzymywać się, dopóki królowa nie znajdzie się w Pałacu!"

Jeden ze strażników na koniu wziął uzdę jej wierzchowca i poprowadził ją w dół krętą, górską ścieżką w kierunku trawiastej Doliny Norinan, Doliny Grobowców. Jadąc, mogła dostrzec całun kurzu unoszący się z drogi daleko w dole i oddalający się od nich; jeźdźcy, którzy także jechali od Góry w stronę Pałacu. Więcej strażników, zastanawiała się?

Gdy dotarli do Doliny, mogła zobaczyć wiele drzwi, wykutych w zboczu Góry, wykonanych z czystego białego marmuru, od frontu których wyrastał rząd filarów z czarnego onyksu. Za tymi drzwiami, jak wiedziała, były komnaty, gdzie mieściły się grobowce królów i królowych przed nią, których rządy rozciągały się wstecz, aż do niezmiernie starożytnych dni Elrosa Półelfa, znanego ludziom jako król Tar-Minyatur. Tar-Minyatur, tak jak każdy rządzący władca z jego linii, miał swoją własną podobiznę, osadzoną na grobowcu.

W każdym grobie leżało ciało Monarchy. Wiele z bardziej współczesnych ciał było świetnie zachowanych. Numenorejczycy, w poszukiwaniu środków, by zwiększyć swą wiedzę medyczną i przedłużyć życie, zostali, przy okazji swych badań, mistrzami balsamowania. W ten sposób starali się zmniejszyć ból śmierci, bo chociaż ich ciała nie będą musiały cierpieć rozkładu, który był losem zwykłych ludzi.

Tylko Monarchowie, którzy legalnie zasiadali na tronie w Numenorze mieli prawo pochówku w Dolinie Norinan. Miriel zastanawiała się od niechcenia, czy spocznie pewnego dnia wśród swych przodków, czy Ar-Pharazon Złoty zabierze jej także ten przywilej.

W pięćdziesiątą rocznicę Wielkiego Zwycięstwa i dwa lata po sekretnej wizycie Elendila w Lindonie, Ar-Pharazon Złoty wezwał reprezentantów wszystkich możnych domów Numenoru do swej sali tronowej w Pałacu Królewskim w Armenelos. Nawet lordowie Andunie zostali wezwani, mimo rosnącego rozłamu między nimi a królem, odkąd ich trwałe wygnanie stało się źródłem wielu plotek wśród dworzan. Amandil wykręcił się złym zdrowiem, a Elendil tym, że jest potrzebny do zarządzania wieloma lokalnymi sprawami w Romennie. W zamian, Elendil wysłał swych synów, Isildura i Anariona. Isildur miał teraz 23, a Anarion 18 lat. Obaj kwalifikowali się już do planów małżeńskich dam dworu, bez względu na niezgodności polityczne z królem.

Rozległa sala tronowa Królewskiego Pałacu w Armenelos mogłaby pomieścić małą armię i była więcej niż odpowiednich rozmiarów, by rozmieścić reprezentantów wszystkich możnych Rodów Numenoru, tak jak i urzędników i służących na dworze. Miała okrągły kształt i zrobiona była z białego marmuru. Olbrzymi kopulasty dach pomalowano na głęboki granat i sprytnie umieszczono w nim klejnoty, które błyszczały jak gwiazdy, kiedy przeświecało przez nie słońce. Dach podtrzymywały wdzięczne marmurowe filary, inkrustowane w falujące wzory ze złota i srebra. Wzdłuż podstawy kopuły wykuto wiele łukowych okien, wpuszczających światło słoneczne i morską bryzę do pomieszczenia. We wnękach pomiędzy filarami umieszczono srebrne fontanny, których przyjemny pomruk odbijał się echami w obszernej sali. Na wschodnim końcu sali tronowej, para odrzwi z brązu strzegła wyjścia do długiego korytarza, podtrzymywanego przez marmurowe kolumny. Na zachodnim krańcu sali, szereg schodów wiódł do samego złotego tronu, masywnego obiektu, którego podramienniki i szczyt udekorowano w rzeźbione złote orły z drogimi klejnotami zamiast oczu. Po lewej stronie tronu, z punktu widzenia siedzącego na nim, ustawiono małą ławkę, wykonaną z kości słoniowej. Po prawej stronie stała odpowiadająca ławka, wykonana z hebanu. Po obu stronach tronu, wstawione w ścianę za nim, były drzwi z drewna o ciemnej barwie, inkrustowanego wzorami z kości słoniowej i hebanu. Członkowie Straży Domu Królewskiego, wspaniali w swych zbrojach z polerowanego srebra i w smoliście czarnych tunikach z herbem rodziny królewskiej - Białym Drzewem, stali na baczność przy tych drzwiach i przy podstawie schodów wiodących do tronu, celując dumnie ostrzami swych włóczni w kierunku kopuły.

Możni, zgromadzeni na sali, stali twarzami do tronu, a ich plotkujące głosy odbijały się echami w pomieszczeniu. Nie podano jeszcze żadnego powodu ich wezwania, gdyż w poprzednie rocznice Wielkiego Zwycięstwa, króla zadowalały uroczystości, przeprowadzane w każdym ważniejszym mieście. Spekulacje rozrastały się więc, w coraz to bujniejsze kombinacje. Anarion, odziany w biało-niebieskie szaty, słuchał w napięciu niektórych rozmów, rozbrzmiewających wokół niego, gdy Isildur, noszący zielono-niebieskie szaty, powstrzymywał ziewanie. Pomyśleć, że przebyli połowę Numenoru, by posłuchać plotek grupy podstarzałych możnych i dworzan. Miał zamiar właśnie zasugerować bratu, by zastanowili się, w jaki sposób przeprowadzić subtelną ewakuację, gdy przerwał mu donośny dźwięk złotych trąbek.

Patrząc w górę, zobaczył, że drzwi zostały otwarte. Heroldowie, ubrani w biało-czarne szaty, przeszli przez nie, ciągle dmąc w swe złote trąbki. Pomaszerowali w dół schodów do podstawy tronu i zadęli w trąbki po raz trzeci. Jeden z nich - ten sam, który ogłosił wyrok wygnania lordom Andunie dwa lata wcześniej - wyciągnął wielki zwój i obwieścił głośnym i bardzo oficjalnym tonem;

"Słuchajcie, słuchajcie, możni Numenoru! Wezwano was tu na audiencję u waszego króla. Teraz, stańcie na baczność w obecności tych wyśmienitych osobistości."

"Honorowy Namiestnik Armenelos, lord Sauron."

Przez drzwi po lewej stronie tronu wszedł Sauron. Był ubrany w całkowicie czarne szaty, pod czarnym płaszczem połyskiwał złoty materiał. Na szyi błyszczał mu srebrny łańcuch z medalionem - symbol urzędu Namiestnika, a na prawej ręce nosił zawsze obecny złoty pierścień z tajemniczo jarzącymi się literami. Przeszedł obok tronu do czarnej ławki i stanął przed nią, obraz opanowania i godności. Zgromadzeni możni skłonili krótko swe głowy. Isildur i Anarion patrzyli uważnie na niesławnego Saurona, gdyż widzieli go pierwszy raz. Anarion zanotował najlżejszy ślad uśmiechu na jego chłodnej, opanowanej twarzy. Isildur usłyszał jak kilka dam dworu chichocze z uznaniem.

"Jej Wysokość, Ar-Zimraphel."

Królowa weszła przez te same drzwi, co Sauron. Ubrana była w całkowicie białą suknię, równoważącą jej siwiejące włosy i niebieskie oczy. Jej wciąż atrakcyjna twarz nosiła aurę przemijającej godności. Przystanęła przed ławką z kości słoniowej, po prawej stronie Isildura i spojrzała ponad głowy możnych, zgromadzonych przed nią. Ponownie skłonili swe głowy, tym razem trochę dłużej. Isildur wyczuwał ponury nastrój królowej z odległości dwóch stóp od niej.

"Jego Królewska Mość, Ar-Pharazon Złoty."

Król wszedł przez drzwi po prawej stronie tronu. Ominął Saurona, potem obrócił się i popatrzył na możnych Numenoru. Lordowie zasalutowali natychmiast - prawe ręce, zaciśnięte w pięści, przed lewymi piersiami, a panie dygnęły elegancko.

Tych z dalszych prowincji, którzy nie widzieli króla przez kilka lat, uderzył jego wygląd. Wyznaczając Saurona na swego Namiestnika, król wyglądał jak zwykły człowiek w wieku lat 60. Teraz, mając ponad 200 lat, wyglądał bardziej na osiemdziesiąt lat tej miary. Wiele linii przecinało jego bladą twarz, a jego srebrna broda rosła mu żadko. Jego gorejące, niebieskie oczy patrzyły gorączkowo na tłum, gdy słaby uśmieszek zniekształcał jego rysy. Nosił srebrną, wysadzaną klejnotami koronę, a w prawej ręce ściskał złote berło. Jego ramię wydawało na trochę porażone ciężarem berła, które kołysało się lekko w przód i w tył. Anarion zauważył, że król ubrany był w bardzo nie królewskim stylu, nosząc krzykliwe szaty barwy purpury i szkarłatu, z płaszczem z purpurowego i złotego jedwabiu.

Król usiadł powoli na tronie, i nie poświęcając nawet spojrzenia Miriel, spojrzał na Saurona. "Możecie spocząć" rzekł Sauron do zgromadzonych możnych. On i Miriel zajęli potem miejsca na odpowiednich ławkach.

Przez moment było bardzo cicho, gdy spojrzenie króla wędrowało tam i z powrotem po zgromadzonych. Jego oczy zatrzymały się dłużej na Isildurze i Anarionie, jego uśmiech znikł, ustępując miejsca grymasowi. Potem, przywołując aurę mądrości, skierował swój wzrok na całe zgromadzenie i przemówił:

"Możni Numenoru" powiedział suchym, charczącym głosem. "wezwano was tu, byście byli światkami niezwykłe wzniosłego wydarzenia. Najwznioślejszego wydarzenia w historii naszej dumnej wyspy."

Tym zdobył całą ich uwagę. Kontynuował:

"Dzisiaj jest oczywiście 50 rocznica naszego zwycięstwa - zwycięstwa waszego króla - nad Sauronem z Mordoru. Wtedy był on naszym wrogiem. Lecz rozpoznał on, że moc Numenoru przewyższa jakąkolwiek inną siłę na Ziemi. Tak, rozpoznał on moc Numenoru i skłonił się przed waszym królem. Od tego czasu udowodnił, że jest moim najlojalniejszym, najbardziej zaufanym sługą i jestem mu wdzięczny za jego rady."

"Mój suzerenie" rzekł Sauron, skłaniając krótko głowę.

"Jak wiecie" kontynuował król. "nasz Królewski Namiestnik jest bardzo starożytny - bez względu na jego młody wygląd - i jest mistrzem wszelkiej wiedzy o wielkiej sławie. To dzięki jego wiedzy, i moim własnym badaniom, doświadczyłem wielkiego objawienia." Oczy Ar-Pharazona zalśniły, a jego twarz zapłonęła zadowoleniem. "Tak, wielkiego objawienia. Poznałem najważniejszą prawdę, jaką ludzie kiedykolwiek odkryli! I na tym oparłem decyzję, która odbije się na istocie całego Świata i ukształtuje przeznaczenie naszej dumnej wyspy i naszego potężnego imperium wszech czasów. Czy mam podzielić się z wami tą informacją?"

"Powiedz nam, mój suzerenie!" wykrzyknął głos z tłumu. Anarion rozpoznał głos Nuphkora, możnego, z którym on i Isildur starli się w górach, dwa lata wcześniej. Przez matactwo Saurona, ta konfrontacja była przyczyną trwałego wygnania lordów Andunie do Romenny. Nuphkor podchwycił wzrok Anariona i rzucił mu groźne spojrzenie, zanim odwrócił się z powrotem do króla.

"Zatem wam powiem" rzekł król. Zwrócił się do Miriel, zauważając jej istnienie pierwszy raz tego wieczoru. "Wezwano cię tutaj wczoraj, czyż nie, moja królowo?"

"Tak, suzerenie" odparła znużonym, bezbarwnym tonem.

"A z jakiego miejsca cię wezwałem?" zapytał król łagodnie.

"Z Kaplicy Eru, mój suzerenie." Isildur dostrzegł, że grymas przemknął przez twarz Saurona, chociaż tylko na moment.

"Z Kaplicy Eru. Oczywiście. A powiedz mi, ukochana, czy widziałaś tam Eru?"

Miriel wyglądała na zszokowaną. Tłum był śmiertelnie cichy.

"Mój suzerenie?" zapytała, niepewnie.

"Zadałem ci pytanie, kobieto" powiedział król, jego głos stawał się coraz bardziej twardy i zimny, porzucając wszelkie pozory uprzejmości. "Widziałaś tam Eru, czy nie?"

Miriel nie mogła uwierzyć własnym uszom. Co to za bluźnierstwo? I na oczach praktycznie wszystkich dworzan i możnych Numenoru! Czy Ar-Pharazon w końcu kompletnie oszalał? Czy to jakaś forma żartu? Lecz, patrząc w jego gorejące, niebieskie oczy, mogła dostrzec, że to nie żart. I że lepiej, by udzieliła mu odpowiedzi, i to szybko.

"Nnn...Nie, suzerenie" odparła cichym, drżącym głosem.

"Głośniej, kobieto!" warknął król.

"Nie, mój suzerenie."

Nie, nie widziałaś Eru" król odwrócił się do tłumu, zauważając z przyjemnością, że Isildurowi opadła szczęka, a Anarion patrzył na niego ponuro. "Słyszeliście to, moi lojalni poddani" zapytał król, który nagle wyglądał na pełnego szoku i oburzenia. "Królowa Numenoru poszła do Kaplicy Eru, a Eru tam nie było, by ją powitać! Jaka grubiańska postawa. Toż to obraza!"

Tłum dalej milczał, chociaż po twarzy Nuphkora błądził drwiący uśmiech.

Ar-Pharazon zwrócił swą uwagę znowu na królową, której ciało drżało jak suchy liść, targany jesiennymi wiatrami. "Teraz odpowiedz mi na pytanie, kobieto. Dlaczego nie było Go tam, by cię powitać?"

"Bb... bo...mój suzerenie...Jego nigdy tam nie ma, by witać swych błagalników."

"Nigdy go tam nie ma" zapytał król, jego twarz uformowała maskę czystego zdumienia. "Jak może być to możliwe?" Potem uśmiechnął się chytrze. "Mam odpowiedź na to pytanie. To jest to objawienie, o którym mówiłem wcześniej. Czy zgadniecie?"

Miriel milczała, a łzy spływały jej po policzkach.

Król odwrócił się do możnych pod nim. "Czy ktokolwiek z was zgadnie?"

Cisza.

"Nie? A więc wam powiem." Uśmiech króla stał się triumfujący. Jego oczy błyszczały uniesieniem, głos stał się chrapliwy i potężny. "Nigdy Go tam nie ma, by powitać swych błagalników, dlatego, że On nie istnieje!"

Teraz wielu możnych wpatrywało się w króla z otwartymi ustami. Isildur zauważył, że Sauron uśmiechał się otwarcie, a jego piękna twarz promieniowała radością.

"Tam jest, wy głupcy!" zawołał Król. "Nie ma żadnego Eru! Przez ponad trzy i pół tysiąca lat wasi przodkowie czcili fałszywego boga, który nie istnieje!"

"Lecz zauważcie, że nie powiedziałem, że Stwórca nie istnieje. O tak, On istnieje. On z pewnością istnieje. Mój sługa Sauron poczuł Jego moc. Moi lojalni zwolennicy, którzy są czule nazywani Ludźmi Króla, poczuli Jego moc. I wkrótce, wy wszyscy także poczujecie Jego moc! Bo dużo czasu upłynęło odkąd chodził On po Ziemi, ale Jego czas nadchodzi! Wkrótce, niebawem, powróci On pełen sprawiedliwej zemsty, uderzając na zbuntowanych Valarów i ich elfich służalców, oraz na wszystkie ludzkie psy, które czczą fałszywą wyrocznię Eru!"

"Lecz dla swych wyznawców - lojalnych wyznawców - przygotuje wspaniałe nagrody. Tym ludziom, którzy oddadzą się na jego służbę, tym, którzy będą składali mu niezbędne ofiary kiedy im tak rozkaże, da spełnienie ich najskrytszych marzeń - to, co tylko zamarzy ich serce."

Król zrobił dramatyczną pauzę. "Przyzna nam to, czego Valarowie i fałszywa wyrocznia Eru zawsze nam odmawiali."

Głos króla wzniósł się triumfalnie. "Przyzna nam życie wieczne!"

"Życie wieczne!" zakrzyknęli bez ostrzeżenie strażnicy przy tronie.

"Życie wieczne!" krzyknęli heroldzi.

"Życie wieczne!" wrzasnął Nuphkor i Ludzie Króla w tłumie, stojący za nim.

Inni obecni w tłumie, znani ze swego przekupstwa i cynizmu, zaczęli podchwytywać hasło. "Życie wieczne! Życie wieczne!" krzyczeli, a cały pokój wypełnił się ich krzykami i wołaniami. Isildur milczał, nie wiedząc, co się wokół niego dzieje. Anarion miał bladą, przerażoną twarz. Królowa osunęła się na swej ławce, prawie mdlejąc z szoku i grozy. Sauron uśmiechał się jeszcze szerzej, a jarzące się litery jego pierścienia nagle rozbłysły jak ogień.

Po kilku minutach, Ar-Pharazon uciszył tłum gestem ręki. Potem Nuphkor, jakby na znak, zawołał "Jakie jest imię tego prawdziwego Boga, mój suzerenie?"

Król uśmiechnął się. "Lordzie Sauron, odpowiesz na to pytanie?"

"Z przyjemnością, mój suzerenie" odparł Sauron czystym, wysokim głosem. Wstając ze swej ławki, zwrócił się do zgromadzonych możnych i przemówił:

"Prawdziwym Bogiem jest Pan Ciemności, Pan Wielkiej Pustki, która istniała przed Stworzeniem. Nazywano go wieloma imionami, lecz jego prawdziwe imię to Melkor, Ten Który Powstaje z Mocą. I w Mocy ukarze tych, co mu się sprzeciwią, i nagrodzi tych, co zgodzą mu się służyć - tak, nawet nagrodą wiecznego życia! Ci, którzy podążą za Melkorem, sami staną się bogami!"

Przez moment w pomieszczeniu było cicho. Oczywiście...ten piękny głos, tak czysty, tak kojący, zawsze mówił im prawdę...tak, stwórcą jest Melkor...Pan Ciemności...

"Kłamca!" wrzasnęła królowa i nagle zaklęcie zostało złamane. Stała teraz wyprostowana, drżącym ramieniem wskazując oskarżycielsko w stronę Saurona. "Demon! Bluźnisz na imię Eru, stojąc w sercu Numenoru! Tej samej wyspy, którą On stworzył jako domenę Ludzi Zachodu! Nikczemna żmijo, przepadnij w Pustce, w domu swego czarnego pana Morgotha i zabierz tę kreaturę króla ze sobą!"

Piękny obraz Saurona załamał się, chociaż tylko przez moment. Jego uśmiech przerodził się w straszliwy grymas. Jego oczy jarzyły się morderczo, tak samo ogniście, jak ogniem rozpalił się napis na jego złotym pierścieniu.

W międzyczasie, Ar-Pharazon poderwał się na równe nogi. "Jak śmiesz wyzywać swego króla!" zawył skrzekliwym, przeszywającym głosem. "Jak śmiesz bluźnić na święte imię Melkora i na słowa jego posłańca, Saurona! Zdrajczyni!" Zanim mogła coś odpowiedzieć, podniósł swe złote berło i uderzył nim o jej pierś. Osunęła się natychmiast na ziemię - złamany, skulony kłębek. Isildur ruszył w jej stronę, lecz straże przy podstawie tronu odepchnęli go, trzymając włócznie w pogotowiu. Po tłumie przemknął pomruk.

"Zabrać stąd tę dziwkę!" wrzasnął Ar-Pharazon, ślina ściekała mu z policzka. Dwóch strażników podniosło ją i wywlekło przez drzwi po lewej stronie tronu.

W międzyczasie, Sauron odzyskał panowanie nad sobą. Napis na jego pierścieniu zbladł do swej zwykłej tajemniczej poświaty. "Usiądź, Wasza Królewska Mość" powiedział. "i uspokój się." Król natychmiast powrócił na tron i usiadł na nim, oczy miał dziwnie puste. Sauron potem obrócił się znowu do tłumu i przemówił do niego:

"Moim obowiązkiem jest poinformować was teraz o trzech rozkazach króla" powiedział. "Zostały one spisane i opatrzone pieczęcią i zostaną umieszczone w Sali Zapisków dla tych, których będzie obchodzić spoglądanie na nie." Isildur zauważył, że jego głos nie był już taki piękny, jakim się na początku wydawał; na granicy słuchu pobrzmiewały w nim twarde i zimne tony. Anarion, drżący z przerażenia i szoku, oparł się na ramieniu Isildura, wpatrując się na demona, stojącego przed nimi.

Jednak głos Saurona brzmiał tak samo kusząco jak zawsze dla tych, którzy podjęli krzyk "Życie wieczne!" kilka minut wcześniej. Isildur mógł zobaczyć po ich twarzach, że Mroczny szybko odzyskuje swoje panowanie nad nimi.

"Po pierwsze" powiedział Sauron. "rytuały oddawania czci fałszywej wyroczni Eru i zdradzieckim Valarom są na zawsze zakazane w krainie Numenoru i wszystkich krainach Śródziemia jej podległych. Każdy człowiek, który postawi stopę w tak zwanej Kaplicy Eru, podlegać będzie natychmiastowej karze śmierci."

"Po drugie, Prawdziwy Bóg Melkor, Dawca Wolności wymaga świątyni i kapłanów, by można było honorować go oddawaniem czci i składaniem ofiar. Zrekrutuję kapłanów wśród najbardziej zasłużonych Ludzi Króla. Świątynia zostanie skonstruowana na wielkim publicznym placu, leżącym w sercu Armenelos. Rozkażę natychmiast pobór niewolników z krain Śródziemia, by móc zbudować świątynię, i rekwizycję materiałów, niezbędnych do jej wykonania. Z rozkazu króla, ja osobiście będę nadzorować konstrukcję świątyni. Kiedy zostanie ona zakończona, zostanę jej Wysokim Kapłanem, by przewodzić oddawaniu czci i składaniu ofiar."

"Po trzecie, odnośnie ofiar; hojność Melkora wobec swych wyznawców nie przychodzi bez ceny. Melkor domaga się ich absolutnej lojalności i posłuszeństwa. Sprawdzianem tych kwalifikacji jest właśnie składanie ofiar. To w zamian za ofiary Melkor przyznaje życie wieczne, a także doczesną moc i bogactwa swym lojalnym wyznawcom. Król rozkazał, że jako Wysokiemu Kapłanowi, odpowiedzialność wskazywania, kto będzie poświęcony Melkorowi i kiedy, będzie przysługiwała mnie i tylko mnie." Uśmiechnął się, wydając się rozbawiony tą myślą. Jego oczy błyszczały bystro "A moim rozkazem jest, by pierwsza ofiara dla Melkora na tych ziemiach została złożona natychmiast!"

Sauron dał sygnał strażom. Na dalekim końcu sali, wielkie drzwi z brązu, wiodące do korytarza za nimi, otwarły się z jękiem. Tłum odsunął się, gdy grupa strażników wepchnęła do centrum sali tronowej coś, co wyglądało jak wielki piec koksowy z brązu, osadzony na brązowych kołach. Isildur zauważył, że piec zdawał się prymitywnie zmontowany, jakby niedawno skonstruowany - specjalnie na tą chwilę? Anarion, który teraz trząsł się cały, z twarzą mokrą od potu, dostrzegł, że z jednej strony pieca zbudowano małe schody, wiodące od jego podstawy aż do krawędzi.

Na sygnał Saurona, kolejny strażnik z korytarza podbiegł do pieca, niosąc płonącą pochodnię. Wspiął się na schody, rzucił pochodnię do środka i odskoczył do tyłu. Natychmiast z pieca, który musiał zostać wcześniej napełniony pakiem, wystrzelił ryczący ogień. Intensywne gorąco odepchnęło tłum nawet dalej, pod ściany sali tronowej.

"Niech rozpocznie się ofiarowanie! Przyprowadźcie honorowe ofiary, by nasz Bóg mógł na nich ucztować!" zawołał Sauron i zaśmiał się czystym, zimnym śmiechem. Isildur obserwował straż i piec czujnie. Anarion spojrzał na tłum, którego większość wyglądała na zachwyconą, chociaż kilku miało wykrzywione grozą twarze, jak on.

W wejściu do sali tronowej zapanowało jakieś poruszenie. Potem, ku swej zgrozie, Isildur i Anarion zobaczyli kogo wleką strażnicy, z więzami na rękach i nogach. Było to siedmiu, odzianych w białe szaty, Opiekunów Kaplicy Eru! Gdy zobaczyli oni jaki los zgotował im Sauron, niektórzy zaczęli się głośno modlić, inni płakali, a reszta błagała o litość. "Jestem pewny, że Melkor rozważy wasze błagania, gdy wasze dusze zostaną do Niego dostarczone" zaśmiał się Sauron. "Wrzucić ich do środka!"

Isildur poczuł jak krew zamarza mu w żyłach, gdy, jeden za drugim, związani, szamoczący się Opiekunowie Kaplicy Eru byli zaciągani na schody kosza i rzucani żywcem w bezlitosne płomienie Morgotha. Gdy ich straszliwe krzyki odbijały się echem w sali, Ar-Pharazon zarechotał maniakalnie na swym tronie, z błyskiem szaleństwa w oczach.

"Za Melkora! Za życie wieczne!" wrzasnął Nuphkor z tłumu.

"Za Melkora! Za Melkora! Za Melkora!" krzyczał tłum w ekstazie, a ryk ich głosów zagłuszał wszystko, prócz najwyższych krzyków ich ofiar. Czyż nie było tak, jak powiedział im Sauron Mądry? Czyż poświęcenie tych sługusów Valarów, którzy nie obiecali ludziom niczego poza grobem, nie budowało drogi do wiecznego życia wyznawców Melkora?

Isildur nie mógł znieść tego więcej. Odwrócił się do Anariona, który opierał się o niego ciężko. Anarion wyglądał, jakby zaraz miał zwymiotować. "Szybko, bracie" wyszeptał Isildur. "opuśćmy to przeklęte miejsce, zanim Mroczny zdecyduje, by złożyć w ofierze także kilku młodych możnych." Anarion skinął słabo i Isildur wyprowadził go z sali tronowej. Zawodząca horda mężczyzn i kobiet, z twarzami wykrzywionymi żądzą krwi i chciwością, nawet nie zauważyła wyjścia braci, a strażnicy o kamiennych obliczach nie zrobili nic, by im przeszkodzić. Isildur dostrzegł, że kilku innych możnych, głównie tych z odległych prowincji, którzy mieli słaby kontakt z dworem w Armenelos, także opuszczało pomieszczenie, a twarze znaczyła im trwoga i odraza.

Gdy Isildur przechodził przez wielkie drzwi z brązu, które otwierały się na korytarz, wiodący do wyjścia z Pałacu, coś zmusiło go, wbrew zdrowemu rozsądkowi, by spojrzał ostatni raz na tę scenę z horroru. Wszystkie ofiary zostały już rzucone w ogień, a ich krzyków nie dało się dosłyszeć ponad rykiem tłumu. Isildur modlił się, by ich duchy zostały już zwolnione do Eru. Ogień z kosza wydzielał czarny, oleisty dym, który skręcał się pod kopulastym dachem i wypełzał przez okna jak wielki wąż. Zanim Isildur się odwrócił, spojrzał ostatni raz na Saurona, widzialnego na tle schodów, wiodących do tronu. Na pozór piękną twarz Saurona wykrzywił drwiący grymas, gdy popatrzył triumfująco na Isildura. Nawet z tej odległości, dorównujący elfickiemu wzrok młodzieńca pozwolił mu dostrzec każdą rysę twarzy Mrocznego Władcy. Isildur zauważył, jak nieprzyjemne były oczy Saurona; pośród niebieskich tęczówek widniały źrenice ciemniejsze niż najczarniejszy mrok nocy, okna w bezgraniczną pustkę.

Isildur oderwał swe spojrzenie od Saurona. Gdy wziął oszołomionego Anariona za ramię i powiódł go szybko korytarzem w kierunku wyjścia z Pałacu, grupa możnych z żonami, którzy opuścili salę tronową, dogoniła ich.

"Mój panie Isildurze! Mój panie Anarionie!" powiedział najstarszy z nich.

Isildur rozpoznał go. "Mój panie Earakhorze" odparł. Przypomniał sobie, że Amandil mówił o Earakhorze z Eldalonde jako o jednym z niewielu możnych, którzy czasem wykazywali trochę mądrości.

"Moi panowie" rzekł Earakhor, jego srebrna broda trzęsła się, gdy łzy ciążyły mu w kącikach oczu. "widzieliśmy dzisiaj grozę, która nie ma nazwy. Teraz przeklinać będziemy dzień, gdy Sauron przeklęty i wstrętny, postawił stopę na naszej pięknej wyspie. Gdyż ja więcej nie widzę w tej wyspie, ani w tych ludziach nic pięknego; przeklęto nas straszliwym bluźnierstwem, które odbije się echem na terenie całego Świata i z powrotem. Sami Valarowie będą płakać z szoku i przerażenia, a straszliwy gniew rozpali ich, gdy o tym usłyszą! Pomyśleć, że musieliśmy dożyć, by ujrzeć dzień, kiedy Opiekunowie Kaplicy Eru zostają związani przez strażników Króla Numenoru i poświęceni w ogniu Morgotha Bauglira, w sali tronowej króla, za jego zgodą! Zaiste, dożyliśmy ostatnich dni Numenoru. Gdyż widzę, że u samego szczytu naszej potęgi i chwały, spadła na nas też najczarniejsza noc."

Isildur popatrzył się na niego i skinął głową, lecz milczał. Anarion wydawał się oszołomiony, poza zrozumieniem jakichkolwiek słów. Earakhor spojrzał na możnych o twarzach z popiołu, którzy do nich dołączyli i na ich łkające żony. Ci posępni mężczyźni skinęli Earakhorowi, a on odwrócił się do Isildura i przemówił:

"Moi panowie" rzekł. "tych kilku z nas, którzy nie dołączyli do zawodzącej tłuszczy w tym domu śmierci" - wskazał na salę tronową - "wiedzą, że została tylko jedna wiązka światła pośród ciemności po trzykroć przeklętego Numenoru. Tym światłem jest ród Andunie; twój szlachetny dziadek Amandil, wasz godny ojciec Elendil, i wy chłopcy, Isildurze i Anarionie, którzy jesteście obaj mądrzy ponad swe lata. Czy możemy wam towarzyszyć w waszej podróży z powrotem do Pałacu Amandila w Romennie? Gdyż nie zamierzamy pozostać dłużej w tym miejscu, i jest dużo spraw, które winniśmy omówić z waszym dziadkiem i waszym ojcem."

"Bądźcie błogosławieni po tysiąckroć, moi panowie i panie" rzekł Isildur, któremu udało się przywołać na twarz blady uśmiech. "Wasza obecność w Romennie będzie bardziej niż mile widziana!"