Drzewo i świątynia.

W swych prywatnych komnatach w Pałacu Romenny, Amandil wpatrywał się w główny Palantir, osadzony na stojącym przed nim piedestale.

Pięćdziesiąt pięć lat minęło, rozmyślał, od kiedy Sauron po raz pierwszy skalał wyspę Numenoru swą mroczną obecnością. Teraz jego cień urósł bardzo potężny, aż objął praktycznie całą wyspę i jej mieszkańców. Po okrucieństwie w sali tronowej króla w Armenelos, pięć lat wcześniej, Sauron rozpoczął budowę swej Świątyni Melkora. Używając niezliczonej liczby zagranicznych niewolników i nieznanej mrocznej magii, którą dostarczał mu jego Pierścień, Sauron niedawno ukończył tą nieczystą konstrukcję, szybciej niż ktokolwiek mógł uważać za możliwe. Amandil nigdy nie widział jej na własne oczy, lecz powiadano, że jest to rozległa okrągła budowla z białego marmuru, mająca 500 stóp średnicy z murami grubymi na 50. Marmurowe mury wyrastały 250 stóp nad ziemią, a na ich szczycie wielka srebrna kopuła, iskrząca się w promieniach słońca, górowała kolejnych 250 stóp nad ziemią. Na szczycie kopuły wycięto okrągły otwór, zaprojektowany, by móc kalać niebo czarnym dymem z ofiar Morgotha.

Sauron nie wstrzymał składania ofiar w czasie konstrukcji Świątyni, budując w tym celu tymczasowe ołtarze. Rozpoczął od poświęcania niewolników, budujących świątynię, gdy byli już zbyt wyczerpani, by pracować. Teraz, gdy budowę zakończono, niewolnicy się skończyli. Wysłał wiele okrętów i żołnierzy Numenoru do dzikich krain Śródziemia, w celu schwytania większej ilości ofiar dla swego mrocznego boga. Jednak wyprawy te nie były jedynym ich źródłem; gdyż Sauron zawsze gotowy był rzucić w ogień tych spośród Numenorejczyków, których oskarżył, zgodnie z prawdą lub nie, o bluźnienie imieniu Melkora, lub o knucie zamachu na życie króla.

Królowa, odkąd Ar-Pharazon zdusił jej protest tego pamiętnego dnia w sali tronowej, milczała. Nie mogła, lub nie chciała służyć pomocą wciąż wiernym Eru, w obliczu kłamstw Saurona. Amandil i Elendil próbowali zorganizować jakiś opór wśród ludzi Numenoru, jednak wszystkie ich wysiłki były próżne. Kult Morgotha - Melkora, Dawcy Wolności, dla jego zwolenników - rozprzestrzenił się jak pożar zarówno wśród możnych, jak i zwykłych ludzi. Amandil nie potrafił stwierdzić, jak wielu uległo nowej religii, pragnąc wiecznego życia i doczesnej mocy, a jak wielu przyjęło ją ze strachu. Nikt nie został jeszcze złożony w ofierze przez niewłaściwe oddawanie czci Morgothowi. Jednak, jeśli ktokolwiek przemawiał publicznie, lub nawet prywatnie, przeciwko kultowi Morgotha, wystawiał się na śmierć. Jeśli, w murach własnego domu choćby raz nazwał Melkora imieniem Morgotha - Mrocznego Nieprzyjaciela - było to dość, by go skazać. Ściany miały uszy - wystarczył choćby szept jednego z wielbicieli Melkora do kapłanów Saurona, by skazać innowiercę za bluźnierstwo i zdradę, na pastwę głodnym płomieniom.

Tylku tu w Romennie, rozmyślał Amandil, ci wciąż wierni Eru, wciąż otwarcie sprzeciwiający się kultowi Morgotha, mogli żyć w spokoju. Jak dotąd, obywatele Romenny, napędzani duchem swych panów, uniknęli zapadnięcia w szaleństwo, które rozpostarło się nad całą krainą. Ich liczba powiększyła się o zwolenników Amandila z Andunie, siedem lat wcześniej. Każdego dnia ich liczba rosła. Po zadeklarowaniu nowej religii, garstka możnych opuściła, razem z żonami i służącymi, swe posiadłości i ruszyła do Romenny, uznając Amandila jako swego przywódcę. Ta strużka przerodziła się wkrótce w powódź - każdego tygodnia rzesze uchodźców przybywało do przystani w Romennie, szukając schronienia od kultu Morgotha.

Amandil nie był pewny jak długo będzie trwało wytchnienie Romenny. Uchodźcy powiadomili go, że lordowie Andunie zostali napiętnowani przez kapłanów Saurona jako heretycy i bluźniercy i potępieni przez Ludzi Króla jako zdrajcy swego suzerena, Ar-Pharazona. W kapliczkach ofiarnych wiele ofiar z Numenoru - bez wątpienia pod wpływem tortur lub woli Saurona - oznajmiało publicznie, że są agentami Amandila, wybranymi przez niego, by popełniać wiele zbrodni wśród lojalnych poddanych króla. Amandil wiedział, że to tylko kwestia czasu, nim król wykorzysta jakiś pretekst, by wysłać swe armie przeciw lordom Andunie i zmieść z powierzchni ziemi ostatni bastion oporu wobec nowego porządku.

Amandil zwrócił swą uwagę z powrotem na sprawy przed nim. Był to ostatni dzień tygodnia, a słońce właśnie zanurzyło się w zachodni horyzont - czas na tygodniowy raport od jedynego agenta, którego naprawdę miał w Armenelos. Agent ten, stary przyjaciel jego syna Elendila, był jedynym ocalałym, starszym wojskowym oficerem, który zachował dość zdrowego rozsądku, by poznać, że Sauron jest wciąż wrogiem Numenoru, a nie jego dobroczyńcą.

Amandil wpatrywał się w Palantir na piedestale przed nim i zmarszczył brwi. Gil-galad wyjaśnił Elendilowi, że Palantir odpowiada na wolę użytkownika, ale wola ta musi być jasna i skupiona, jeśli kryształowa kula ma działać. Amandil skoncentrował się i po kilku chwilach dymy, skręcające się w Palantirze, rozdzieliły się, ukazując obraz siwobrodej, starzejącej się twarzy i niebieskich oczu. Amandil powierzył kryształ temu człowiekowi, żeby mógł on raportować, w całkowitym sekrecie, o wydarzeniach w stolicy i o ostatnich ruchach Saurona i króla.

Co ciekawe, gdy ktoś wpatrywał się przez Palantir na drugiego użytkownika, mógł komunikować się z nim za pomocą myśli, jak robiły to najmądrzejsze z Wysokich Elfów, nie odwołując się do żadnej wyższej magii. Bez otwierania ust, Amandil przemówił do człowieka, którego mglisty obraz widział w krysztale. "Raportuj, admirale Minastirze."

Minastir wyglądał na wstrząśniętego. "Mój panie" odparł - jego słowa uformowały się bezdźwięcznie w umyśle Amandila. "Sauron przygotowuje nowe diabelstwo."

Amandil westchnął. Zaprawdę, zaskakujące wieści. "Jakie bluźnierstwo planuje tym razem?" zapytał.

"Białe Drzewo, mój panie" odpowiedział Minastir. "Życzy sobie, by je ścięto i spalono, by uświetnić otwarcie tej przeklętej świątyni. Ofiary na jej ołtarzu rozpoczną się, gdy tylko Białe Drzewo zostanie zniszczone."

Amandil zamarł. Ponad trzy tysiące lat wcześniej Białe Drzewo, Piękna Nimloth została podarowana Elrosowi Półelfowi przez Wysokie Elfy z Valinoru, gdy ten zakładał krainę Numenoru. Pochodziła ona od Celeborna, Białego Drzewa Tol Eressei, które z kolei wywodziło się od Galathiliona, Białego Drzewa Tirionu - Domu Elfów. Galathilion został stworzony na podobieństwo potężnego Telperiona, Srebrnego Drzewa Valinoru. Telperion stał obok Laurelinu Złotego i razem te olbrzymie Dwa Drzewa Valinoru zapewniały światło Błogosławionym Krainom, przed powstaniem Słońca i Księżyca.

Dwa Drzewa przepadły dawno temu, zniszczone przez Morgotha, lecz Galathilion i jego potomkowie przetrwali jako przyblakłe obrazy Telperiona. Sama Nimloth była żywym symbolem starożytnej więzi między Ludźmi Numenoru, Wysokimi Elfami i Valarami. Symbol Białego Drzewa został zaadoptowany jako część heraldyki królów Numenoru i był przedstawiany na czarnych tunikach, tarczach i proporcach Strażników Domu Królewskiego. Król Ar-Inziladun, ojciec królowej Miriel, przepowiedział że los linii Elrosa związany jest z losem Białego Drzewa. Tak długo jak żyje ono i kwitnie, przepowiadał, potomkowie Elrosa będą prosperować. Lecz, jeśli kiedykolwiek umrze, nie dając potomka, linia Elrosa zostanie obalona.

"A co król ma do powiedzenia w tej sprawie?" zapytał Amandil.

Minastir skrzywił się. "Wydaje się dziwne, by król miał się zgodzić na żądania Saurona. Zgodnie z dobrze znaną przepowiednią, to jego linia będzie obalona jeśli drzewo sczeźnie! Przez jakiś czas, król wydawał się niechętny, by udzielić zgody. Jednak słyszałem plotki, że jest prawie gotowy uznać żądania Saurona. Już zadeklarował, że Nimloth jest symbolem zniewolenia jego przodków przez fałszywą wyrocznię Eru i buntowniczych Valarów! Obawiam się, że wystarczy niewielki impuls ze strony Saurona, by popchnąć króla do wykonania ostatecznego kroku."

Amandil ponuro rozważał te wieści. Zwiastowały one nie tylko koniec linii królów i upadek Numenoru - znaki, które wydawały się rozkwitać w tych mrocznych czasach - lecz jego własna rodzina, jako potomkowie Elrosa, także podlegali przepowiedni. Ich los, tak jak i los ich zwolenników, związany był z Białym Drzewem, równie mocno jak króla.

Amandil odezwał się znowu do Minastira. "Nie wiem, jak mam powstrzymać ten szaleńczy zamysł, jego król zapragnie go zrealizować" powiedział. "Obrona Białego Drzewa przed Ludźmi Króla jest poza moim zasięgiem, gdy stoi ono w sercu Pałacowych Ogrodów w Armenelos. Lecz naradzę się z moim synem i wnukami. Zrobimy co tylko się da, by zapobiec temu złu."

"Mój panie" rzekł Minastir. Potem jego obraz rozpłynął się, a głębie Palantiru znów osnuły skręcające się dymy.

Isildur kucał w alkowie jednego z bocznych murów Ogrodów Pałacowych. Nadchodzący mrok wydłużał skrywające go cienie. Daleko w górze, blady księżyc wpatrywał się w niego, a Earendil rozpoczynał swoją nocną wyprawę przez niebiosa. Mroźna jesienna bryza prześlizgnęła się przez Ogrody, poruszając szeleszczącymi liśćmi i skrzypiącymi gałęziami ich wielu drzew.

W sercu cienistych, przyjemnych ogrodów, na pagórku zielonej trawy upstrzonej kwiatami, stało Białe Drzewo. Było wysokie jak najpotężniejszy dąb, lecz na tym podobieństwo do zwykłego drzewa krain śmiertelników się kończyło. Jego gładka kora była biała jak śnieg, liście ciemno zielone, gdy skierowane ku słońcu, lecz jasno srebrne pod spodem. Miękkie białe owoce wystawały tu i tam z jego gałęzi, kołysanych delikatnie przez bryzę.

To zdobycie jednego z tych owoców było celem misji Isildura. Amandil wywnioskował, że nieuniknionym jest, by Sauron postawił na swoim i by Drzewo zostało zniszczone. Co więcej, on i Elendil zrozumieli ze smutkiem, że niemożliwym jest także ocalenie Drzewa przed Ludźmi Króla. Amandil zdał sobie sprawę, że jest tylko jedna nadzieja. Jeśli udałoby im się ocalić jeden owoc, wtedy przepowiednia nie musi się spełnić - gdyż zasadzone gdziekolwiek, nowe Białe Drzewo ma szansę zakwitnąć, a wtedy linia Elrosa może nie zostanie skazana na całkowite zniszczenie.

Jednak Amandil i Elendil wahali się. Wiedzieli, że jakakolwiek próba wdarcia się do Pałacu Armenelos jako złodziej, niosła ze sobą straszliwe niebezpieczeństwo i mogła równie dobrze zakończyć się śmiercią. Amandil obawiał się również, że król może użyć takiej próby jako pretekstu, by ogłosić lordów Andunie wyjętymi spod prawa. Kto wtedy ochroni wiernych z Romenny, tych którzy odrzucili kult Morgotha, przed gniewem Saurona? Lordowie Andunie zdawali się balansować między złymi wyborami, obydwoma prowadzącymi do zguby.

Isildur nie miał dość cierpliwości, by przekonać starszych do podjęcia tej akcji. Zdecydował się wyruszyć do Armenelos samemu i albo uratować owoc Białego Drzewa, albo polec, próbując. Anarion natknął się na jego przygotowania i odkrył sekretny plan. Nalegał wtedy, by towarzyszyć bratu, lecz Isildur stanowczo odmówił. Mógł pozostać w ukryciu tylko, gdy podróżował samotnie, gdyż on i jego brat zawsze działali razem w przeszłości i mogliby zostać rozpoznani. Co więcej, Isildur, który doskonale zdawał sobie sprawę z pochopności tego planu, nie chciał mieć na sumieniu śmierci ukochanego brata. Nie potrafiłby sobie wyobrazić powrotu do Elendila z owocem Białego Drzewa, tylko po to, by poinformować go, że Anarion zginął w trakcie akcji. Nie - podejmie się tej misji sam i albo mu się uda, albo polegnie sam.

Ogoliwszy swą brodę, by zmienić swój wygląd i przebrawszy się za marynarza, Isildur wyruszył do Armenelos i nawiązał kontakt z Minastirem, gdy Admirał przeprowadzał swój cotygodniowy obchód portu na wschód od stolicy. Admirał, który został niezwłocznie poinformowany o naturze misji Isildura, zgodził się wspomóc go wszystkimi swymi siłami. Zaaranżował wkrótce sekretne dostarczenie stroju jednego z pałacowych sług do karczmy, gdzie zatrzymał się Isildur. Okryty w czarno-brązową tunikę królewskiego sługi, Isildur uzyskał przepustkę do Pałacu bez wzbudzania podejrzeń wartowników. Następnie skierował się do ogrodów.

Jednak wyglądało na to, że prosta część misji zbliżała się do końca. Gdyż Drzewo otoczone było przez Strażników Domu Królewskiego, z włóczniami w pogotowiu! Przeklinając pod nosem, Isildur pożałował, że nie przyjął oferty Anariona. Admirał Minastir mógłby spróbować pomóc Isildurowi, jeśli tylko by mógł, jednak jego twarz była zbyt dobrze znana, tak że nie mógłby zbliżyć się do Pałacowych Ogrodów, nie będąc wykrytym. Isildur wiedział, że jest zdany tylko na siebie.

To czego potrzebuję, pomyślał, to odwrócić ich uwagę, choćby tylko na kilka chwil. Ale jak?

Rozejrzał się dookoła. Sto stóp dalej, za jakimiś krzakami, stała drewniana szopa, gdzie pałacowi ogrodnicy trzymali niektóre narzędzia. Grunt wokół upstrzony był słomą i opiłkami drewna. Nie padało od kilku dni i cała konstrukcja wyglądała na bardzo suchą.

Uśmiechając się, Isildur podkradł się do szopy. Sięgając do skórzanej sakwy, przytroczonej do pasa, wyjął krzesiwo i hubkę. Modląc się, by nikt go nie usłyszał, uderzał nimi tak cicho jak tylko się dało, dmuchając delikatnie na słomę, pokrywającą ziemię. Kilka iskier wytrysnęło z krzesiwa. Natychmiast słoma zajęła się ogniem i kilka małych płomyczków prześlizgnęło się w kierunku szopy. Gdy Isildur wycofał się z tamtej kryjówki, zobaczył, że płomienie szybko zaczęły lizać ściany szopy, która nagle przemieniła się w płonący stos.

"Hej tam! Ogień!" krzyknął któryś ze strażników przy Drzewie.

"Szybko, chłopcy" powiedział jeden z nich, wyglądający na kapitana. "Musimy natychmiast to zdusić! Nie pozwolę, żeby dotarło do króla, że jego ogrody ze szczętem spłonęły, gdy my staliśmy bezczynnie. Wy dwaj, staniecie przy drzewie - reszta za mną, biegiem po wiadra z wodą." Rozległ się tupot podkutych butów i większość żołnierzy zniknęła z pola widzenia. Tylko dwóch zostało przy drzewie, wpatrując się uważnie w płonącą szopę.

Isildur uśmiechnął się ponuro. Podkradłszy się pod osłoną krzaków bliżej Drzewa, wydał z siebie niepokojący, wysoki skowyt niczym jeden ze zwinnych, cętkowanych dzikich kotów z dżungli Dalekiego Haradu, które król trzymał jako swe maskotki.

"Na Melkora, jedno z królewskich zwierząt jest na wolności!" wykrzyknął jeden z żołnierzy. "Dorlas! Idź tam, chwyć parszywą bestię za kark i przytrzymaj ją póki nie wróci nasz dowódca! Co za przeklęta noc."

Przeklinając, jego towarzysz ruszył w stronę chaszczy, szukając bestii. Ku swemu zdumieniu, zamiast kota znalazł Isildura. Zauważywszy jego brązowo-czarne szaty, strażnik miał zamiar zapytać tego durnego sługę, czemu chowa się w krzakach, wyjąc jak kot - lecz nie miał okazji, gdyż Isildur, szybki jak wąż, wbił mu sztylet w szyję.

Gdy ciało strażnika osunęło się na ziemię, Isildur podniósł jego włócznię i, szybko oszacowawszy jej zasięg, cisnął ją w drugiego wartownika jak oszczepem. Wbiła się dokładnie w nieosłoniętą podstawę szyi i strażnik zdążył wydać z siebie tylko krótki ochrypły krzyk, nim runął na ziemię, w drgawkach.

Isildur wytarł sztylet o tunikę pierwszego żołnierza i pośpiesznie schował broń do pochwy. Nie marnując czasu, popędził w kierunku Drzewa i, zbliżywszy się do jego pnia, wyciągnął z sakwy linę z pętlą, którą rzucił między gałęzie. Wspinając się po gładkiej korze, dotarł wkrótce do owocu na jednej z niższych gałęzi, opierając cały swój ciężar na konarze pod nim. Wyjął swój nóż i odciął twardy biały owoc, którego niezwykły zapach wypełnił mu nozdrza. Trzymając narzędzie w zębach, szybko umieścił owoc w wełnianej torbie, przytroczonej do pasa i ukrył ją pod tuniką. Schował broń do pochwy i miał właśnie zamiar ześlizgnąć się z drzewa, gdy usłyszał dochodzące z dołu krzyki.

"Bregor leży martwy pod drzewem, przebity jedną z naszych włóczni!"

"Zobacz, kim jest ten opryszek, ukryty wśród gałęzi? Za nim!

Przeklinając swego pecha, Isildur rozejrzał się wokół, desperacko szukając innego wyjścia z ogrodów. Dostrzegł półkę, wystającą z jednej z pałacowych wież, jakieś trzy stopy dalej i tyle też wyżej. Szybko pociągnął za linę i chwycił ją tuż pod bosakiem, gdy ześlizgiwała się w dół. Zakręcił liną i rzucił ją w stronę półki. Bosak chwycił i Isildur przechuśtał się na linie do wieży, ledwo unikając przebicia przez kilka włóczni, rzuconych w jego stronę.

Gdy grzmotnął ciężko o ścianę wieży, poczuł jakby coś wycisnęło mu powietrze z płuc i szamotał się desperacko, by utrzymać się na linie. Gdy straże podniosły alarm, kilka kolejnych włóczni zabrzęczało na gładkim kamieniu tuż przy nim. Jedna z nich przeszyła jego nieosłonięte plecy i musiał zdusić krzyk. Rana paliła żywym ogniem, a jednak Isildur wiedział, że musi się pośpieszyć. W ciągu kilku minut ogród zaroi się od strażników, bez wątpienia niektórych uzbrojonych w kusze. Przyzywając ostatnie pokłady sił, ignorując krew cieknącą z rany, szybko podciągnął się na linie w kierunku półki, gdy rzucane w niego włócznie chybiały go dosłownie o włos. Zaciskając dłonie na krawędzi półki, podciągnął nogi, a potem opadł całym ciałem na występ. Wyczerpany i cierpiący, ułożył się bezpiecznie na półce, wystającej z podstawy wielkiego, otwartego okna, wsłuchując się w stukot wielu podkutych żelazem butów, dochodzący z ogrodów poniżej. Nagle donośny, dźwięczny głos zawołał:

"Głupcy! Czy nie można wam powierzyć pilnowania głupiego drzewa przez wieczór, tak byście tego nie spartaczyli?"

Krzyk wydał nie kto inny, tylko sam Sauron, ubrany w powiewające szaty o barwie czerni i szkarłatu. W rękach ściskał potężny topór o pojedynczym ostrzu. Jego wzrok powędrował od płonącej szopy do przeszytego włócznią ciała Bregora, rozciągniętego przed drzewem i jego rubinowe wargi wykrzywiły się w grymasie pogardy.

"Mój panie..." rzekł człowiek, którego Isildur wziął za kapitana straży, lecz Sauron, z warkotem, rzucił się na niego i odrąbał mu głowę toporem!

Gdy jego głowa potoczyła się, a ciało, brocząc krwią, runęło na ziemię, Sauron zwrócił się do całkowicie przerażonych strażników. "Dyszące półgłówki! Mówcie szybko, lub wszyscy za to spłoniecie. Kto to był, ten kto popełnił te czyny? Gdzie się udał?"

"On...on był na drzewie, mój panie" wyjąkał jeden ze strażników. "Chyba odciął jeden z jego owoców, a potem przechuśtał się na linie do wieży królowej. Leży przy tamtym oknie."

Sauron poderwał głowę do góry, patrząc w okno i dostrzegł Isildura, zanim ten zdążył zrobić unik do wnętrza wieży.

"Jeden ze szczeniaków z Andunie!" wrzasnął Sauron. "Za długo pozwoliłem Romennie trwać jak kupa gnoju, która przywabia muchy tej krainy. Szybko! Natychmiast zabierz straż do wieży królowej! Musimy schwytać heretyka, szczególnie jeśli ma ze sobą jeden z owoców Drzewa!"

Większość strażników umknęło, lecz garstce z nich Sauron rozkazał pozostać. Niektórzy gasili płonącą szopę wiadrami wody, gdy inni podnosili ciało swego kompana Bregora, wkrótce znajdując też te, należące do Dorlasa. Unikali patrzenia na zabitego kapitana, w obawie, by gniew Saurona nie skierował się także na nich.

W międzyczasie, Sauron zwrócił swą uwagę na Drzewo. "W końcu przekonałem Ar-Pharazona, by skazał cię na śmierć, Nimloth Plugawa" rzekł. Isildur poczuł jak krew zamarza mu w żyłach. "Zbyt długo twój zgniły pień kalał tą krainę istotą przeklętych Valarów i ich elfickich pupilków. Lecz koniec z tym. Nadeszła dla ciebie godzina sądu!"

Potem Sauron skinął na strażników, którzy teraz patrzyli na swego Wysokiego Kapłana z pasją, ich strach zniknął, zastąpiony przez pragnienie zemsty przeciwko fałszywym bogom z Valinoru. "Zażądam dwóch ofiar dla Melkora tej nocy" rzekł Sauron. "pierwszą z nich będzie to przeklęte Drzewo, drugą - bachor tego mąciwody Elendila!"

Unosząc topór wysoko nad głowę, Sauron zamachnął się i wbił go głęboko w pień drzewa. Musiał być o wiele silniejszy niż sugerowały jego smukłe ramiona, gdyż za jednym uderzeniem topora, odrąbał całe drzewo od podstawy pnia! Z niskim jękiem, niczym krzykiem bólu, Nimloth przewróciła się i uderzyła o ziemię.

Sauron zwrócił się do strażników, krzycząc "Szybko, przynieście liny i zawleczcie ścierwo Białego Drzewa do Świątyni Melkora! Odór z jej płonących gałęzi będzie dla Niego kojącą wonią. Ja udam się do króla i poinformuję go o ostatniej zdradzie lordów Andunie!"

Isildur poczuł jak łza spływa mu po policzku, gdy spojrzał na truchło pięknego Białego Drzewa i rozmyślał nad jego straszliwym losem. Ból jego rany został, na jakiś czas, stłumiony przez rozpacz na widok takiego zła. "I tak oto dar z Nieśmiertelnych Krain zasili ognie Wielkiego Nieprzyjaciela", mruknął do siebie.

Lecz Isildur zdał sobie też sprawę, że musi opuścić wieżę królowej i uciec z Pałacu, i to szybko! Ciągle dźwigał pojedynczy owoc Drzewa pod tuniką i musiał wynieść go bezpiecznie z Pałacu, jeśli jego misja miała nie pójść na próżno.

Odwrócił się od okna i znalazł się w wielkim, przypominającym kryptę pokoju, oświetlonym płonącymi świecami o zapachu lawendy i udekorowanym wieloma bogatymi, jaskrawymi gobelinami i z rzadka - delikatnymi meblami. Gdy rozglądał się w poszukiwaniu wyjścia, usłyszał głos za plecami.

"Od długiego czasu nie miałam żadnych gości, poza moimi służącymi."

Odwróciwszy się, zobaczył królową Miriel stojącą przed nim, ubraną w długą suknię ze srebrno-złotego materiału. Jej lewe ramie zwisało bezwładnie - pamiątka po napadzie króla, pięć lat wcześniej. W smukłej prawej dłoni trzymała dziwnie kuty srebrny klucz.

"Chodź, młody Isildurze" rzekła królowa, "gdyż mimo twego przebrania i zgolonej brody, poznaję cię. Chodź za mną. Może się jeszcze zdarzyć, że los uśmiechnie się do ciebie, nim ta okropna noc dobiegnie końca."

Ze swych własnych komnat, które dawały mu odległy widok na Pałacowe Ogrody, admirał Minastir mógł obserwować dramat, rozgrywający się przed nim, z punktem kulminacyjnym w zniszczeniu Białego Drzewa. Białe Drzewo, Piękna Nimloth! Dziecko Eressei, wnuczka Valinoru! Nigdy więcej nie obdarzy swym pięknem Pałacowych Ogrodów Armenelos!

Minastir był zawsze człowiekiem praktycznym, mało skłonnym do mistycyzmu. Jednak wiedział, że zniszczenie Białego Drzewa nie jest tylko zwykłym aktem bluźnierstwa. Było to symboliczne odrzucenie przez Ludzi Zachodu ich starożytnego dziedzictwa, ich dumnej i chwalebnej historii. Bardziej niż okrutne ogniste ofiary, bardziej niż budowa przeklętej Świątyni Melkora, morderstwo Białego Drzewa było drwiną ze wszystkiego, co Minastir uważał za święte.

Minastir był wdzięczny, że Isildurowi udało się uratować owoc Drzewa tej właśnie nocy, ledwo w czas i że zdołał on uciec ze szponów Saurona. Jednak wdzięczność Minastira nie ulżyła ciężarowi rozpaczy, który zdawał się go przytłaczać. Był tam, gdy król wydał wyrok śmierci na Drzewo, kilka godzin wcześniej. Gdy obecni dworzanie śmiali się. Tak, oni się śmiali! Zarówno mężczyźni i kobiety, jak gdyby był to jeden z cynicznych żartów, obiegających Pałac. Ich zepsucie tak go obrzydziło, że nie odzywał się od tamtej pory do żadnego z nich. Całe swoje życie walczył za Numenor i w imię czego? Truchła wykrwawianego do sucha przez bandę wampirów, ścierwa, rozwlekanego przez sępy?

Łzy paliły go pod powiekami, gdy myślał o tych najbardziej odpowiedzialnych za okrutną rzeź Nimloth. Sauron...lecz jak śmiertelny człowiek jak Minastir mógł uderzyć na tego podłego demona? I król...na samą myśl o jego mizernej postaci i płonących szaleństwem oczach rozpacz Minastira przerodziła się w rozpaloną do czerwoności furię. Pharazon Uzurpator! To on przywiódł Nieprzyjaciela do Numenoru, on pozwolił na rzeź Opiekunów Kaplicy Eru, on skazał na zagładę Białe Drzewo! To on zniewolił swych własnych poddanych kajdanami kultu Morgotha! Gdyby królowa Miriel zasiadała na złotym tronie, jak było jej pisane, nic z tego by się nie zdarzyło...

Minastir poczuł jak formuje się w nim stalowa determinacja. Był już starym człowiekiem, którego życie i tak miało się z czasem zakończyć...lecz zanim to nastąpi, wykona to jedno zadanie, by nie musieć czuć wstydu w obecności swych przodków, gdy jego dusza zostanie już im dostarczona.

Zostawiając drzwi do swych komnat otwarte, Minastir ruszył korytarzem, w kierunku prywatnych kwater króla...

"Straciłeś dużo krwi" powiedziała królowa. "Opatrzę twą ranę najlepiej jak potrafię, lecz musimy się śpieszyć. Straż będzie tu w ciągu minut." Królowa położyła srebrny klucz na stole, a potem otworzyła małą lakierowaną torbę, leżącą na kredensie, zawierającą maść z nutą woni leczniczego ziela Athelas. Isildur uklęknął przed nią, gdy sięgnęła przez rozdarcie w jego tunice i rozsmarowała trochę maści na jego plecach. Isildur sapnął, gdy rana go zapiekła, ale w kilka chwil ostry ból zmienił się chłodne odczucie, a krwawienie ustało. Królowa nalała eliksir z butelki, kutej w zawiłe wzory, do wysadzanego kamieniami kielicha i podała Isildurowi, który wychylił zawartość, spragniony. Przyjemne ciepło rozeszło się po jego żyłach i znów zaczął czuć się trochę lepiej niż na wpół żywy.

"To bardzo toporne lekarstwa" rzekła królowa, gdy zabrała srebrny klucz ze stolika. "Wciąż martwię się, że straciłeś za dużo krwi, lecz nic nie możemy teraz na to poradzić. Musisz iść za mną i to szybko."

Isildur podążył za królową, zauważając z ulgą, że jej komnaty są puste. "Moi służący rzadko spędzają ze mną czas, gdy nie są potrzebni" wytłumaczyła, wsuwając srebrny klucz za stanik. "Wolą raczej zabawiać się dekadenckimi praktykami tych, co czczą Wielkiego Nieprzyjaciela. Melkor, Dawca Wolności w istocie... jego wyznawcy są wolni, by czynić zło, nic więcej."

Królowa westchnęła. "Wciąż pozostałam wierną Eru. Jedną z nielicznych, gdyż nawet większa część z tych, który niegdyś czcili Morgotha ze strachu, pogrążyła się teraz w zepsuciu razem ze swymi kompanami. Król wydaje się nie dostrzegać, że ja wciąż odrzucam jego fałszywego idola, lub po prostu go to nie obchodzi, gdyż w swej arogancji sądzi, że kobieta nie stanowi dla niego poważnego zagrożenia. Powiedział, że mój wybuch na Sali Tronowej, tego mrocznego dnia pięć lat temu, był zaledwie 'kobiecą słabością'. Najwidoczniej, fakt że byłam jedyną osobą z obecnych, która potrafiła oprzeć się zaklęciu Saurona, czyni mnie słabą."

Zmarszczyła brwi. "A Sauron nie przykłada do mnie większej wagi, gdyż jego moc jest teraz tak potężna, iż wie, że nie poważę przeciwstawić się mu otwarcie, tak jak kiedyś. Wierzę, że oszczędza mi zamachu, tylko ze względu na element taktyczny, by podtrzymać obraz praworządnego króla i królowej w Pałacu, by ukryć przed ludźmi fakt, że to on jest prawdziwą władzą, stojącą za tronem."

Twarz Miriel przybrała grymas goryczy. "Gdyż stało się aż zbyt oczywiste, że Pharazon niewiele ma własnych myśli, poza tymi, które Sauron umieszcza w jego skonfundowanej głowie. Jednak, nie przysłużyło by się to jego planom, gdyby ludzie znali prawdę - diabeł wciąż podtrzymuje farsę bycia wiernym sługą królewskim, a ja wciąż jestem zmuszona paradować przy boku króla przy oficjalnych okazjach. Wolałabym śmierć niż takie upokorzenie, lecz Eru zabrania nam odbierać sobie życie."

Potem uśmiechnęła się krzywo. "A odkąd najwyraźniej dążysz do zaszkodzenia Sauronowi i jego królewskiej maskotce i do ocalenia tego światła, które pozostało jeszcze w Numenorze, z chęcią zaryzykuję własne życie, by ocalić twoje. Widziałam jak odcinasz owoc Pięknej Nimloth i znam, tak dobrze jak wszyscy, przepowiednie mego ojca, dotyczące znaczenia Drzewa. Moja linia dobiegła końca, gdyż będę ostatnią z rodu. Lecz może, poprzez lordów Andunie, linia potomków Elrosa Półelfa nie upadnie całkowicie!"

"Wasza Królewska Mość..." rzekł Isildur, lecz uciszyła go.

"Chodź szybko" odrzekła, prowadząc go przez alkowę do wielkich dębowych drzwi. "Już i tak zmarnowałam dość czasu na błahe słowa." Otworzyła drzwi i wyjrzała na zewnątrz. "Korytarz jest pusty, lecz nie na długo. Wiedz zatem - istnieje seria jaskiń i tuneli, które wiodą z głębin Pałacu i mijając przeklętą Świątynię Melkora, wychodzą na otwarte pola, spory kawałek na wschód od miasta. Tylko prawowici dziedzice tronu znają sekretne drzwi, które łączą Pałac z jaskiniami - Pharazon nie ma pojęcia o ich istnieniu. Poprowadzę cię do tych drzwi i poza miasto, lecz gdy będziesz już na zewnątrz, sam musisz znaleźć drogę powrotną do Romenny."

Isildur skinął głową i podążył za królową. Przeszła krótki dystans, dzielący ich od wąskich drzwi, wyciętych w ścianie korytarza, którego ściany i sklepienie wykonano z marmuru, rozświetlanego światłem srebrnych kandelabrów, których blask odbijał się na lustrzanej powierzchni sufitu. Królowa przystanęła przed drzwiami i wskazała je gestem. "Pójdziemy schodami dla służby - prowadzą prosto do kuchni. Potem będziemy musieli minąć halę obok komnat króla, przy podstawie wieży - to najniebezpieczniejsza część - a potem kolejną partię schodów, wiodącą do krypt i sekretnych drzwi. Królewscy strażnicy bez wątpienia przyjdą po ciebie głównymi schodami, więc, przy odrobinie szczęścia, powinniśmy unikać ich przez jakiś czas."

Królowa szybko przeszła przez drzwi i ruszyła w dół krętymi schodami. Isildur podążył za nią, wymacując ściany pomieszczenia, by być pewnym, że nie potknie się i nie stoczy w mrok. Gdy schodzili w dół, słyszeli krzyki i tupanie podkutych butów wielu strażników, odbijające się echem w korytarzu nad nimi. Jednak minęli oni wejście do schodów dla służby, biegnąc prosto do komnat królowej.

Isildur i królowa dotarli wkrótce do kuchni, opustoszałych o tej późnej godzinie. Poprowadziła ona Isildura przez kuchnie w kierunku alkowy, stojącej przy łukowatym, otwartym przejściu, wiodącym do kolejnego korytarza. Przypominał on ten, który wiódł do komnat królowej, był jednak szerszy i wyższy, wyłożony bogatym, czerwonym filcem i oświetlony olbrzymimi złotymi kandelabrami. "Dalej znajdują się drzwi do komnat króla" powiedziała królowa. "musimy przejść obok nich, jeśli chcemy dotrzeć do następnej partii schodów. Przy drzwiach komnaty stoi zawsze dwóch strażników - modlę się, by nie zostali zaalarmowani o twojej obecności, lub by chociaż cię nie rozpoznali. Nie mam pojęcia, jak ukryć ranę na twych plecach, chyba, że uda mi się jakoś odwrócić ich uwagę."

Isildur skinął głową, czując rosnące zdenerwowanie. Spojrzał w dół korytarza w stronę rzeźbionych dębowych drzwi, przed którymi stało dwóch Strażników Domu Królewskiego, uzbrojonych w paskudnie wyglądające piki. Wiedział, że nawet gdyby nie był ranny i wyczerpany, fakt, że jest uzbrojony zaledwie w sztylet i nie okryty żadną zbroją sprawiłby, że jego szanse na przeżycie w otwartej walce byłyby marne. Nie mógł mieć nadziei na pozbycie się ich podstępem, jak strażników w Pałacowych Ogrodach, gdyż wiedział, że pod groźbą bólu i śmierci mieli zakaz odstąpienia od drzwi do Komnat Króla w trakcie swej warty.

Isildur zaczynał oswajać umysł i ciało z wizją nieuniknionej konfrontacji ze strażnikami, gdy rozproszyło go nagłe zamieszanie przy drzwiach za ich plecami...

"Kto tam idzie?" Znudzony strażnik, powołany do strzeżenia drzwi do królewskich komnat rozkoszy, doskonale znał tożsamość potężnego człowieka przed nim, lecz protokół wymagał od niego, by i tak zawsze pytał.

"Admirał Minastir, z Marynarki Królewskiej. Muszę natychmiast widzieć się z królem z powodu spraw najwyższej wagi"

"Jego Eminencja Wysoki Kapłan przyszedł przed tobą, na wezwanie króla" powiedział drugi strażnik, bardziej uważny od swego kompana. "Królewski Namiestnik, lord Nuphkor, także jest z nimi. Z rozkazu Jego Eminencji nikt nie może ich niepokoić."

"Lord admirał z Królewskiej Marynarki nie przyjmuje rozkazów od Wysokiego Kapłana, gdy chodzi o sprawy natury wojskowej!" zawołał Minastir. "Natychmiast wpuść mnie do komnat króla, lub zostaniesz postawiony przed sądem polowym za stawanie na przeszkodzie jednemu z Królewskich Ministrów w prowadzeniu służby i za postawienie królestwa w stan zagrożenia!"

Strażnik, niechętnie, przeszukał pobieżnie szaty Minastira w poszukiwaniu broni, i, nie znalazłszy żadnej, otworzył drzwi.

Minastir wparadował do środka. Gdy drzwi zatrzasnęły się za nim ciężko, zatrzymał się na moment, patrząc z obrzydzeniem na scenę przed nim. Ta najniższa z komnat króla w jego wysokiej wieży, była olbrzymim pomieszczeniem, z marmurowymi ścianami przetykanymi złotem, oświetlonym przez otwarte piecyki z polerowanego brązu. Miękkie, aksamitne poduszki leżały wokół w stertach, a nich rozłożyło się wiele z najbardziej urodziwych młodych dziewcząt i kobiet z Pałacu. Były w różnych stadiach nagości, niektóre wyraźnie odurzone i ogłupiałe, inne zaangażowane w akty, które Minastir nie miał zamiaru kontemplować.

W dalekim kącie komnaty, na wielkiej stercie poduszek, rozwalił się król, odziany w krzykliwe szaty barwy purpury i złota. Wydawał się być kompletnie pijany, jego głowa kiwała się w przód i w tył, a uśmiech zadowolonego z siebie idioty rozlał mu się po twarzy. Nad nim stali Sauron i Nuphkor. Nuphkor, którego pięć lat wcześniej mianowano Królewskim Namiestnikiem, ubrany był w czarne szaty, przetykane złotem i w srebrny medalion - symbol jego urzędu. Sauron, który awansował ze starożytnej funkcji Namiestnika do nowej pozycji Wysokiego Kapłana, miał na sobie czarno-szkarłatne szaty, bez żadnych ozdób, prócz złotego pierścienia. Wygrawerowane na nim dziwne litery jarzyły się jasno nawet z takiej odległości, jak zawsze, gdy Sauron był szczególnie podekscytowany lub wściekły. Nuphkor wydawał się być rozproszony przez dekadencki obraz, uformowany przez dziewczyny, lecz Sauron pozostał całkowicie obojętny. Jego pasje kręciły się tylko wokół jego własnych planów, a swą uwagę całkowicie poświęcił królowi.

"...ich bachor Isildur," powiedział Sauron. "którego rozpoznałem, nie tylko zamordował dwóch z twych strażników, lecz ukradł też owoc z przeklętego Białego Drzewa, bez wątpienia, by zasadzić je w ziemi Romenny, tego gniazda heretyków! To bluźnierstwo przeciwko Melkorowi!"

Sauron wpatrywał się ponuro w króla. "Melkor nie popatrzy na ciebie z uznaniem, jeśli ta obraza w stosunku do Niego obędzie się bez kary! Isildur umknął twoim strażnikom na jakiś czas, lecz nie ma to znaczenia. Jeśli ucieknie z Armenelos, wyślij emisariuszy do Romenny i zażądaj oddania Isildura w nasze ręce, by odpowiedział za swoje zbrodnie!"

"Mój suzerenie" wtrącił się niepewnie Nuphkor, "Romenna została dobrze ufortyfikowana w przeciągu kilku ostatnich lat. Jeśli Amandil sprzeciwi się twemu rozkazowi oddania syna w nasze ręce, może dojść do wojny. Armia Amandila blednie w porównaniu z twoją, lecz nasze siły są rozproszone, a wielu z żołnierzy stacjonujących w Numenorze jest potrzebnych, by wykonywać rozkazy w całej krainie. Z tymi oddziałami, które możemy poświęcić, przełamanie murów Romenny wymagałoby oblężenia trwającego całe dni lub tygodnie, ze względu na ich mocny garnizon i wymagałoby poświęcenia wielu naszych lojalnych ludzi. Może misja skrytobójcza..."

Nagle kaprawe oczy króla zwróciły się od Nuphkora na Minastira. "Eh? Minastir? Co tutaj robisz, człowieku? Przyszedłeś się trochę zabawić?" zapytał, rechocząc, wskazując na jedną z ładniejszych dam, rozciągniętych na poduszkach przed nim. Bez komentarza, Minastir przeszedł obok wyczerpanych ciał kilku odurzonych dziewczyn i zbliżył się do króla.

Sauron wpatrywał się w Minastira, a jego jasne, niebieskie oczy zwęziły się lekko. "Czego chcesz, Minastirze?" zapytał chłodno. "Dałem rozkaz strażom na zewnątrz, by nam nie przeszkadzano. Lepiej, żeby to było coś ważnego. Czy nastało jakieś opóźnienie w przybyciu ostatniej floty statków ze Śródziemia, wiozących niewolników na ofiarę dla Melkora?"

Ignorując Saurona, Minastir skupił swą uwagę na królu. Delikatnie wsuwając jedną rękę między fałdy swych niebiesko-złotych szat, powiedział "Mój suzerenie, przynoszę wiadomość najwyższej wagi, przeznaczoną tylko do twoich uszu. Pochyl się bliżej."

Marszcząc brwi, król pochylił się w stronę Minastira.

Szybko jak uderzający wąż, Minastir wyszarpnął z pochwy niewielki sztylet, ukryty w fałdach szat. "Za Earendila!" zawołał, pchając sztyletem w króla.

Nuphkor, który stał przy królu, odbył szkolenie wojskowe w młodości. Zacisnął dłonie w pięści, poderwał szybko ramiona i podbił cios Minastira, potem chwycił go za nadgarstki i próbował wykręcić mu ostrze z ręki. Minastir, będąc wielki i silny jak niedźwiedź, szybko złamał blok Nuphkora, odginając ramiona Namiestnika aż do jego boków. Ciął ukośnie w górę i wypatroszył go swym sztyletem. Nuphkor zwalił się na ziemię, wyjąc w śmiertelnej agonii, gdy z jego ciała wypływała rosnąca kałuża krwi. Dziewczyny i damy w pobliżu - te nie odrętwione narkotykiem - spojrzały spoza swych zabaw i wrzasnęły przeraźliwie. Minastir odwrócił się do króla, który leżał, kwiląc na swych poduszkach, jak pies kulący się przed panem.

Lecz Sauron, cały czas nieruchomy jak posąg, interweniował. Ruchem szybszym niż może uchwycić oko, wytrącił sztylet z rąk Minastira. Potem, drugą ręką chwycił admirała za gardło i uniósł go dwie stopy nad ziemię! Minastir szarpał się bezskutecznie, jego potężne ramiona starały się przełamać chwyt przeciwnika, lecz smukłe nadgarstki i ramiona Saurona zdawały się wykute ze stali. Kontemplował on chłodno Minastira przez chwilę, a potem cisnął nim przez cały pokój, aż jego ciało uderzyło ciężko o ścianę. Minastir osunął się na ziemię i leżał tam, nieprzytomny. Niektóre z obecnych dziewcząt kwiliły teraz, gdy inne łkały histerycznie.

W tej chwili strażnicy, który usłyszeli krzyki dochodzące wewnątrz, wpadli przez drzwi. Sauron rzucił im mordercze spojrzenie i wskazał na zwłoki Nuphkora. "Czy wpuszczanie uzbrojonych ludzi do komnat króla jest jakimś szczególnym zwyczajem wśród jego wartowników?" zapytał.

Nim przerażeni strażnicy mogli odpowiedzieć, król podniósł się z poduszek z pianą na ustach, wyjąc, ile sił w płucach. "Zdrajca!" wrzasnął, wskazując dygoczącym ramieniem w stronę Minastira, który leżał bez ruchu na podłodze. "Asasyn! Demon!" Zwrócił się do strażników. "Głupcy! Jak mogliście go tu wpuścić, ze sztyletem, wymierzonym w moje serce?" darł się.

"Uspokój się, suzerenie." powiedział Sauron, swym czystym, kojącym głosem. Ar-Pharazon ustąpił, chociaż cały się trząsł. "Nikt nigdy nie miał szansy ci zagrozić, ze mną u twego boku" rzekł Sauron pewnym głosem. Spojrzał na zdewastowane ciało Namiestnika, który leżał w drgawkach u jego stóp. "Szkoda, że Nuphkor poległ, próbując ratować ci życie. Jego lojalność była godna podziwu, chociaż obawiam się, że jego zapał osłabł ostatnio."

"Tak" odrzekł król. "Obawiał się wojny z Romenną? Heh! Równie dobrze kot mógłby obawiać się wojny z myszą! Nie zażądam jednak niczego od Amandila. Jeśli bachor Elendila ucieknie z Armenelos i wróci do Romenny, nie ma potrzeby poddawać go procesowi i sądowi. Uznaję go za winnego morderstwa, kradzieży i bluźnierstwa i wydaję na niego wyrok teraz; za zabicie moich strażników i kradzież owocu Białego Drzewa, ogłaszam Isildura Wilczą Głowę za wyjętego spod prawa. Każdy, kto sobie tego zażyczy może zgładzić Wilczą Głowę bezkarnie, a za czyn ten otrzyma nagrodę pięciuset sztuk złota i moją wdzięczność."

"Rozsądna decyzja, mój suzerenie" rzekł Sauron bez przekonania.

"I jest jeszcze ten zdrajca, Minastir" powiedział król. "Jak to się stało, że trzymałem tak długo tę żmiję na swoim łonie? Wiem, że był niegdyś przyjacielem Elendila, jednak złożył przysięgę lojalności Zwierzchnikowi Numenoru. Mniej w nim honoru niż w zwykłym złodzieju."

"Co do tego niewiernego, Wasza Wysokość" odparł Sauron, wskazując na Minastira, "Od dawna wiedziałem o jego nielojalności." Król spojrzał zaskoczony na Saurona.

"Jego zdradzieckie intencje były doskonale widoczne w jego umyśle, chociaż nie mogłem uchwycić każdego szczegółu jego myśli" wytłumaczył Sauron. "Ma pewną elficką błyskotkę w swych komnatach, którą używał do komunikowania się z Amandilem i jego wasalami. Ustawił ją otwarcie na piedestale, myśląc, że nikt nie rozpozna jej prawdziwego znaczenia. Nie zdołał tego odgadnąć, naturalnie, żaden ze służących i strażników, lecz czy on naprawdę myślał, że ja nie poznam jednego z widzących kamieni Feanora, gdy go zobaczę? Głupiec! Palantir będzie dla mnie intrygującym obiektem studiów, teraz, gdy Minastir nie będzie go już więcej potrzebować."

"W każdym razie" ciągnął Sauron. "Był mi bardzo użyteczny, gdyż nieświadomie karmił te diabły z Romenny wieloma fałszywymi informacjami, osłabiając ich siłę w tych krainach. Dzięki tym fałszywym informacjom nie mogli wykorzystać słabości naszej pozycji, nim umocniliśmy swe rządy nad wiernymi Melkorowi."

Sauron skrzywił się z żalem. "Może źle oceniłem Minastira, gdyż nie myślałem, że odważy się uderzyć otwarcie. Chociaż, jeśli popełniłem błąd, to było nim ufanie, że Strażnicy Domu Królewskiego wypełnią swą służbę odpowiednio, czy w pilnowaniu Białego Drzewa, czy w chronieniu twej osoby. Po prawdzie, są tak głupi i bezużyteczni, jak najniżsi z orków." Znowu rzucił strażnikom mordercze spojrzenie, a oni pobledli, uświadamiając sobie, że wzbudzili gniew Wysokiego Kapłana Świątyni Melkora.

"Jednak" uśmiechnął się Sauron. "Mogę zasugerować zrobienie lepszego użytku z Minastira, niż zostawienie go, by gnił w lochu, lub danie go pod topór. Melkor zawsze uważał zapach płonących heretyków za słodki."

"Tak, tak!" zarechotał król. "Straże! Wywleczcie stąd tego zdrajcę i włóżcie go do jednego ze stajennych wózków. Zabierzemy tego wieprza Minastira do Świątyni Melkora, a lord Sauron już będzie wiedział jak sobie z nim poradzić! Sam będę wam towarzyszył, by móc patrzeć, jak Minastir płonie razem z Białym Drzewem!"

Isildur był wstrząśnięty słowami, które dosłyszał z komnat króla. Wypadł by z kuchni i popędził w dół korytarza, by tylko pomóc staremu przyjacielowi ojca, lecz królowa powstrzymała go.

"Nie!" powiedziała. "Minastir to dzielny człowiek, lecz nie możesz mu pomóc. Słyszałam głos Saurona w tym pokoju i widziałam nie raz, że jest dalece silniejszy niż jakikolwiek śmiertelny człowiek, bez względu na swą szczupłą budowę. Jeśli taki ktoś postury niedźwiedzia nie był w stanie go pokonać, to jakie ty masz szanse? Pamiętaj, że przybyłeś tu by ocalić owoc Białego Drzewa. Nie pozwól by ofiara Minastira poszła na marne, odrzucając pochopnie swe życie, jak i ostatni owoc Pięknej Nimloth! Twoim obowiązkiem jest chronić Numenor, bez względu na to, gdzie leżą twe pragnienia."

Isildur skrzywił się, lecz skinął niechętnie. Wiedział, że królowa ma rację, jednak poczuł jak wypełnia go wielki wstyd na myśl o pozostawieniu Minastira własnemu losowi. Spojrzał na królową. "Wasza Królewska Mość" rzekł, głosem ciężkim od rozpaczy. "Pamiętam, co powiedziałaś o kryptach pod nami, lecz muszę prosić, byśmy przeprowadzili najpierw dywersję. W komnatach Minastira znajduje się coś, co ma ogromną wartość dla mego ojca - widzący kamień, wspomniany przez Mrocznego. Gdyby wpadł on w ręce Saurona, byłaby to katastrofa. Muszę spróbować odzyskać go, nim stąd ucieknę, jeśli tylko to możliwe."

Królowa spojrzała w głąb korytarza. "Czekaj!" powiedziała, odskakując w głąb alkowy.

Dwóch strażników przeszło powoli obok, taszcząc ciało Minastira, teraz tak bladego jak śmierć. Za nimi podążali Sauron i król. Isildur poczuł pokusę, by wyskoczyć ze sztyletem i skończyć to, co zaczął Minastir. Lecz wiedział, że z obecnym Sauronem, jego próba skończyłaby się tak samo marnie, jak Minastira. Jego oko uchwyciło blask Pierścienia Saurona, który, jak powiedział mu Elendil, stanowił esencję mocy Mrocznego Władcy. Isildur, obiecując pomścić Minastira, przysiągł też, iż pewnego dnia, odetnie tą cenną błyskotkę z przeklętej ręki Saurona, nawet jeśli miałoby to kosztować go życie.

Gdy przechodzący zniknęli w dole korytarza, królowa szepnęła. "Teraz, gdy korytarz jest niestrzeżony, jest to możliwe. Komnaty Minastira są niedaleko stąd. Poprowadzę cię do nich, byś mógł zabrać to, czego szukasz - lecz potem musimy dotrzeć do schodów do krypt - i to szybko!"

Isildur i królowa podążyli schodami, wiodącymi do krypt. Zabranie Palantiru nie trwało długo, gdyż jak powiedział Sauron, leżał całkiem na widoku w komnatach Minastira. Najwyraźniej był on przekonany, że nikt nie rozpozna prawdziwej natury Palantiru, biorąc go za jakiś egzotyczny klejnot i nie widział potrzeby, by trzymać go w ukryciu. Jednak nie docenił ezoterycznej wiedzy Saurona. Isildur podziękował w duchu, że Sauron, w swej arogancji, nie przejął się tym, by zabrać Palantir przed pójściem do Świątyni.

Jednak dla rannego Isildura, Palantir okazał się ciężkim brzemieniem. Bez względu na swój młody wiek, musiał walczyć, by dotrzymać kroku królowej. W końcu, gdy dotarli na dno schodów, znaleźli się w serii ogromnych, wilgotnych korytarzy, wykutych z żywej skały i niewyraźnie oświetlonych przez nieczęste pochodnie, umieszczone w miedzianych podstawkach wzdłuż ścian. "To są właśnie krypty pod Pałacem, łączące ze sobą lochy" rzekła królowa. Po przejściu niewielkiego dystansu, królowa przystanęła i przesunęła swą prawą dłoń wzdłuż ściany z kamieni. Gdy wcisnęła niewielki występ, odchylił się w bok, ujawniając małą dziurkę od klucza.

Uśmiechając się, królowa wyjęła srebrny klucz ze stanika i włożyła w zamek, obracając go. Z niskim jękiem, cała sekcja ścian, szerokości dwóch ludzi, odchyliła się do tyłu, odkrywając sekretne przejście, prowadzące w mrok. Powiew starego, stęchłego powietrza dmuchnął z przejścia, a pochodnie po obu stronach ścian zadygotały. Wskazując Isildurowi, by wziął jedną z pochodni, wyjęła klucz, wkroczyła do przejścia i czekała na niego. Z pochodnią w ręku, podążył za nią. Włożyła klucz z powrotem za stanik, pomacała ręką wyłożoną saletrą ścianę i wcisnęła kolejny wypust. Drzwi wsunęły się w swoje miejsce z głuchym tąpnięciem. Gdy królowa prowadziła, Isildur trzymał pochodnię, by mogli coś widzieć w atramentowej ciemności.

"To przejście jest poniżej poziomu Morza" wyjaśniła królowa. "dlatego jest tak wilgotne. Prowadzi do serii jaskiń pod miastem. Ścieżka, którą musimy obrać, zwykła prowadzić dokładnie pod miastem, na otwarte pola. Teraz przebiega też obok przeklętej świątyni Melkora, leżącej w sercu Armenelos. Gdy Sauron budował Świątynię, kilkoro z jego budowniczych natrafiło na jedną z jaskiń. Nie wiedząc nic o połączeniu jaskiń z Pałacem, dodali po prostu kilka kanałów wentylacyjnych do ścian świątyni i połączyli je tunelami z jaskiniami. Tak wyznawcy Melkora nie muszą umierać z braku powietrza, które płomień ołtarza wyciągnąłby z pozbawionej okien komnaty. Szkoda, że mieli taki pomysł, bo nie tylko te tunele pozwalają przeżyć ludziom w Świątyni, lecz i my musimy przejść o rzut kamieniem od tego przeklętego miejsca, nim dotrzemy do powierzchni." Isildur zadrżał na samą myśl, lecz nic nie powiedział.

Isildur stracił poczucie czasu, gdy tak szli krętymi przejściami i grotami, odnajdując drogę w tym labiryncie tylko dzięki królowej. Poczuł narastające pragnienie powietrza, jakby zostało ono wyssane z przejść. Co jeszcze bardziej złowieszcze, zaczynał słyszeć mroczne, niskie inkantacje wielu głosów, dźwięki rezonujące starożytnym złem. Wydawało się Isildurowi, jakby sama ciemność jaskiń była żywa i obserwowała go, pełna złowrogich intencji.

"Śpiewy kapłanów Melkora" rzekła królowa. "Sauron ustanowił swe kapłaństwo pięć lat temu, jak wiesz. Do niedawna nadzorowali składanie ofiar na ołtarzach w mieście. Teraz mają prowadzić te obrzędy w Świątyni. Od jej ukończenia, kilka tygodni temu, kapłani spędzają cały swój czas w jej grubych murach. Z dołu, słyszałam jak intonują nowe bluźnierstwa, których nie wymawiali publicznie i widziałam jak odprawiali okropne czary, jak wierzyli, w ukryciu. Chociaż uczniowie Melkora są okrutni i zepsuci na widoku publicznym, to za zamkniętymi drzwiami i teraz w Świątyni, praktykowane są prawdziwe obrzydliwości."

"Widziałem już, jak praktykowano je w Sali Tronowej" odrzekł Isildur, wspominając z dreszczem tę upiorną scenę sprzed pięciu lat.

"Tak" powiedziała królowa. "palenia mają teraz odbywać się w Świątyni, lecz od czasu jej ukończenia widziałam nawet gorsze rzeczy, o których nie będę mówić." Isildur popatrzył na królową z litością, ale nic nie powiedział.

Gdy inkantacje stawały się coraz głośniejsze, Isildur dostrzegł ogniste światło, prześwitujące przez szpary w świątyni, nad nim i z lewej. "Jeden z kanałów wentylacyjnych" powiedziała królowa. "Czy zboczysz ze ścieżki i spojrzysz na to, co dzieje się w Świątyni Morgotha? Czy mamy ją minąć, by twoje sny pozostały wolne od nowych koszmarów?"

Serce Isildura mówiło mu, by minąć kanał, bez patrzenia na niego ponownie. Jednak jego umysł nie mógł oprzeć się pokusie zaspokojenia ciekawości... "Spojrzę, ale tylko rzucę okiem" rzekł Isildur. Uśmiechając się ponuro, królowa wzięła od niego pochodnię, a on wczołgał się do tunelu.

Wspinając się, Isildur poczuł nagły strach, że królowa go porzuci, że pozostanie uwięziony na wieczność w mrocznym labiryncie tuneli. Lecz zerkając do tyłu, wciąż mógł dostrzec migoczące światło pochodni. Wstydząc się za siebie, Isildur kontynuował podróż przez tunel, aż w końcu dotarł do czegoś w rodzaju okna, zablokowanego grubą metalową kratą.

Hałas inkantacji, odbijający się echem w tunelu, był prawie ogłuszający. Patrząc przez okno, Isildur zobaczył rozległy, okrągły pokój z białego marmuru, przykryty ogromną srebrną kopułą. Widział Świątynię z zewnątrz, podczas wędrówki przez Armenelos i mimo całej jej obrzydliwości, dziwił się jak ktokolwiek mógł zbudować taką rozległą konstrukcję tak szybko. Zaprawdę, pomyślał, moc Saurona, lub jego Pierścienia, przekracza ludzkie pojęcie. Ar-Pharazon był głupcem, jeśli uważał, że może kontrolować mroczną istotę z prastarego świata.

Główna część świątyni zdominowana była przez ogromny ogień, który zdawał się wyrastać z dziury lub misy w centrum podłogi, jakby pochodził z samych trzewi świata. I tak, mimo że na dworze panował mrok, całe wnętrze budynku skąpane było w czerwonawym blasku, chociaż za masywnymi filarami, które podtrzymywały podstawę kopuły, zalegały cienie. Szereg schodów wiódł od podłogi świątyni w dół misy z płomieniami. W bliższej części pomieszczenia Isildur mógł dostrzec setki klęczących kapłanów Melkora, ich szaty czarne, głowy ogolone, inkantujących słowa bezimiennego zła niskimi, głębokimi głosami.

Teraz, gdy Isildur dotarł do krawędzi tunelu, inkantacje nie były tak ogłuszające, jak niżej, gdzie wydawały się wzmocnione. W rozległym wnętrzu Świątyni były stale obecnym, złowrogim dźwiękiem. Lecz mógł usłyszeć też inne odgłosy. Ku swej zgrozie, Isildur dostrzegł niezliczone rzesze ofiar, przykutych do ścian Świątyni. Wszystkie nosiły blizny o różnym stadium cierpienia i wszystkie były bez wątpienia świadome, że wkrótce zostaną poświęcone Władcy Ciemności. Z tych, których języki były wciąż nienaruszone, niektórzy krzyczeli histerycznie, niektórzy wyli z rozpaczy, inni śmiali się przeraźliwie, gdy kojące szaleństwo przezwyciężyło ich rozpacz.

Ledwo powstrzymując mdłości, Isildur miał zamiar właśnie odwrócić się i zejść z powrotem w dół tunelu, gdy jego uszu dobiegły nowe dźwięki. Pochodziły od dwóch postaci, idących w kierunku schodów, w towarzystwie jeszcze większej liczby kapłanów Melkora. Dzięki swym oczom, bystrym jak elfie, Isildur mógł odróżnić sylwetki króla, Saurona i dwóch strażników z Pałacu, wciąż dźwigających ciało Minastira. Zobaczył też Białe Drzewo leżące na boku, po drugiej stronie płomieni. Najwidoczniej, zostało wciągnięte do świątyni przez kapłanów, gdy królewscy strażnicy przywlekli je z Pałacowych Ogrodów. Wysoki, czysty głos Saurona odbijał się echem w rozległym pomieszczeniu, które wydawały się zaprojektowane tak, by w szczególności podkreślać barwę i ton jego głosu.

"...zbyt ostry dla tego zdrajcy w waszych komnatach, mój suzerenie. Wygląda na to, że umarł, gdy jego ciało było niesione przez twych strażników."

Cicho, Isildur podziękował w duchu, że przynajmniej stary przyjaciel jego ojca nie zostanie rzucony żywcem w płomienie.

"Tym bardziej szkoda" rzekł król, jego głos wydawał się przytłumiony, w porównaniu do głosu jego wasala.

"Obawiam się, że nic nie można na to poradzić, Wasza Królewska Mość." odparł Sauron. "W każdym razie, zwróćmy nasze myśli ku radośniejszym sprawom. Długo lamentowałeś nad zniewoleniem twych przodków przez Valarów, symbolizowanym przez to przeklęte Białe Drzewo. Melkor zniszczył kajdany, wiążące cię z Valarami i zwrócił ci wolność oraz godność. Bądź teraz świadkiem zagłady ostatniego symbolu hańby Numenoru i brzasku nowej, dumnej ery!"

Wskazał na kapłanów, trzymających Białe Drzewo w linach. Napięli je i, z pewnym wysiłkiem, przeciągnęli Drzewo na krawędź rozległych płomieni. Pchając z całej siły, zepchnęli je w dół, w ogień.

Gdy Isildur patrzył jak wielki słup ognia pożera Piękną Nimloth, poczuł ścisk w gardle i strumienie łez zaczęły spływać mu po policzkach. Liście i owoce spłonęły natychmiast, lecz musiało upłynąć kilka minut, by zniknęła kora, jej gładka powierzchnia zaczęła się marszczyć i przybierać chorobliwy, smolisty kolor w piekielnym ogniu, który wydobywał się z otchłani. Wysoki syk i krzyk wypełnił przestrzeń, łącząc się z dźwiękami wydawanymi przez ofiary w świątyni, jakby Drzewo wydawało śmiertelny wrzask agonii. Wielkie chmury grubego, atramentowego popiołu i dymu unosiły się teraz nad ogniem i wypływały przez dziurę w kopulastym dachu Świątyni, kalając granat nocnego nieba.

Ponad krzykami Drzewa, Isildur mógł usłyszeć obłąkańczy śmiech Ar-Pharazona, gardłowy, obrzydliwy dźwięk. Sauron nic nie mówił, lecz wyrazu triumfu na jego twarzy nie dało się z niczym pomylić, nawet z tej odległości. Isildur ścisnął skórzaną sakwę, ukrytą w jego szatach, a waga jego misji zaciążyła mu teraz bardziej niż kiedykolwiek. Pomimo wysiłków Saurona i króla, jeden owoc Białego Drzewa wciąż żył. Isildur przysiągł, że gdy nadejdzie odpowiedni czas, zasadzi go osobiście, by linia Elrosa i ludzi z Numenoru mogła rozkwitnąć ponownie.

W końcu Drzewo zostało pożarte całkowicie. "Dobra robota" powiedział król, wciąż rechocząc. "dobra robota. Kolejny cios, wymierzony w fałszywą wyrocznię Eru i zdradzieckich Valarów! Teraz mój ród jest wolny od fałszywej przepowiedni mojego po trzykroć przeklętego wuja Ar-Inziladuna! Niezwłocznie wydam dekret, że od dzisiaj herbem mego rodu nie będzie absurdalne Białe Drzewo na czarnym polu, które oto odrzucam całkowicie; będzie to czarny wąż na czerwonym polu, symbolizujący dym zwijający się nad wiecznym ogniem Melkora! Cień i płomień!"

"Doskonały pomysł, mój suzerenie!" powiedział Sauron, skinąwszy z uznaniem. "A teraz gdy ognie Melkora zostały podsycone, nadszedł czas na pierwszą ofiarę z ludzi w Jego błogosławionej Świątyni! Zaczniemy od tego ścierwa" rzekł Sauron, wskazując na ciało Minastira. "gdyż mimo że Melkor preferuje żywe ofiary, nie pogardzi martwymi." Odwrócił się do kapłanów. "Wrzucić go do środka!"

Bez słowa, dwóch kapłanów Melkora wzięło ciało od strażników, zaciągnęło je na krawędź wielkiej misy i, ruchem wyraźnie wyćwiczonym - zapewne na żywych, związanych ofiarach - rzucili ciało Minastira w dół rampy, wiodącej w płomienie. Zostało spowite przez ogień i skonsumowane w jednej chwili.

"I po kłopocie" rzucił król. "Taki los czeka tych, co gwałcą złożone mi przysięgi."

Sauron skinął na strażników. "A co z tymi głupcami, Wasza Królewska Mość? Czyż nie przysięgli cię chronić? A jednak ich nieostrożność niemal kosztowała cię życie." Strażnicy odsunęli się od Saurona, dobrze wiedząc, jak nieliczni są, w porównaniu z kapłanami Melkora.

"W istocie" odparł chłodno Ar-Pharazon. "Życie, które Melkor zachowa na wieczność, tak długo jak Mu służę. A te kundle prawie mnie go pozbawiły! Zrób z nimi, co uznasz za słuszne, lordzie Sauronie."

Uśmiechając się, Sauron zasygnalizował swym czarno odzianych kapłanom, którzy, szybko jak błyskawica, wybili strażnikom broń z ręki i związali im ręce i nogi czarnymi linami. Gdy wlekli wrzeszczących strażników w stronę płomieni, a rechot króla znowu wypełnił Świątynię, Isildur odwrócił się, wstrząśnięty do głębi duszy. Koszmar, który widział tej nocy, mógłby wystarczyć na tysiące żywotów.

Starając się ignorować krótkie, wysokie krzyki, dobiegające zza jego pleców, które nagle urwały się jak ucięte nożem, Isildur czołgał się w dół tunelu, a złe intonowanie kapłanów znów rozbrzmiewało mu w uszach. Ciągle mógł dostrzec pochodnię królowej, niczym światełko w tunelu. W końcu, wyszedł z otworu i stanął znowu w korytarzu, naprzeciw królowej.

Królowa Miriel uśmiechnęła się smutno. "Wyglądasz, jakbyś postarzał się o dziesięć lat w przeciągu niespełna pół godziny, Isildurze. Jednak teraz wiesz, czemu wciąż czczę Eru w głębi serca, nawet jeśli wszyscy dworzanie i służący oddali się Morgothowi. Nikt, kto widział, co dzieje się w sercu Świątyni, nie mógłby czcić Wielkiego Nieprzyjaciela, chyba że urodził się z duszą demona. Wolę raczej z czystym sumieniem przeżyć to, co zostało z mojego życia, niż pokalać siebie w pogoni za fałszywą obietnicą wiecznego życia."

Isildur skinął głową w ciszy. Biorąc od niej pochodnię, oznajmił chrapliwym, rozedrganym głosem "Wyprowadź mnie z tego koszmaru, suzerenie."

Odwróciła się, a on podążał za nią przez kilka godzin, w powiewie silnej bryzy, gdy inkantacje ze Świątyni cichły powoli za nimi. Jego rana znów zaczęła pulsować bólem i zaczynał wątpić, czy wytrzyma w tym stanie długo. Mimo tego parł do przodu, świadomy, że jego obowiązek jest ważniejszy niż cokolwiek inne.

W końcu złowieszcze dźwięki zanikły całkowicie, bryza wiała nawet mocniej, a przejście zaczęło podnosić się w górę. Isildur mógł dostrzec przed sobą cienką szparę w ciemności, przez którą wlewało się czyste światło gwiazd i księżyca. Wzdychając z ulgą, Isildur dotarł w końcu do wyjścia. Znalazł się z królową na skraju wąskiego otworu, szerokości człowieka. Przeszli przez niego i znaleźli się na półce, wystającej ze wzgórza wysokiego na jakieś pięćdziesiąt stóp, na środku żyznych pól, które rozciągały się jakieś dwadzieścia mil na wschód od stolicy. Mroczny cień gór oddzielających Armenelos od Romenny rozciągał się na wschodnim horyzoncie. Tu i tam na równinie, wioski i małe osady emanowały bladym światłem. Ten widok, drwiący obraz pozornego spokoju sielskich widoków, wstrząsnął Isildurem, gdyż potrafił patrzeć teraz tylko z grozą na czcicieli Morgotha.

Odwracając się do królowej, rzekł "Wasza Królewska Mość, błagam was, nie wracajcie do Pałacu w Armenelos! Gdyż został skażony na zawsze kultem Morgotha i jest teraz siedliskiem zła. Moglibyśmy z łatwością ukraść konia lub dwa z karczmy, lub równin poniżej i pojechać pędem do Romenny. Po dwóch dniach byłabyś bezpieczna w pałacu mego ojca i dziadka i nie musiałabyś już więcej chylić czoła przed tym demonem w przebraniu człowieka, który nazywa siebie Wysokim Kapłanem – lub przed tym, co nazywa siebie królem!"

Miriel patrzyła w ciszy na Isildura, który dostrzegł jak łza spływa jej po policzku. Potem odparła smutno: "Sam widzisz, Isildurze, że już dawno mogłam uciec z Pałacu i ciągle mogę w przyszłości, jeśli zechcę. Lecz jestem ostatnia z bezpośredniej linii królów i królowych, która bierze swój początek od najstarszych synów i córek Elrosa. Moje miejsce jest w Pałacu, w mieście, które zawsze było domem mego rodu od dnia powstania wyspy. Moje przeznaczenie nie leży obok twego, synu Elendila, chociaż podziwiam twą odwagę i wiarę w zwycięstwo. Przewiduję, że nadejdzie dzień, kiedy będziesz wielkim królem w swej własnej dziedzinie, a twoje imię odbije się echem poprzez wieki. Tak, przewiduję, że z nasiona straconej Nimloth, które nosisz pod płaszczem, wykiełkuje kiedyś nowe Białe Drzewo, nawet jeśli krew Numenoru zdoła oczyścić się z tego zła i zwrócić znów ku światłu. Lecz mój obowiązek, moje miejsce jest w Armenelos i tam pozostanę." Pochylając się w stronę Isildura, ucałowała go delikatnie w czoło.

"Teraz idź, dzielny Isildurze!" zawołała. "gdyż ciągle jesteś ścigany, daleko od domu, a twoja misja nie zostanie wypełniona, póki ostatni owoc Nimloth nie znajdzie się w strzeżonych murach pałacu twego dziada w Romennie!"

Isildur spróbowałby raz jeszcze przekonać królową, pomimo jej słów. Lecz w jej oczach widział wyraźnie, że jej serce dokonało wyboru. Bez słów, uniósł jej prawą rękę i ucałował ją z oddaniem. Potem oddał jej pochodnię. "Żegnaj, Wasza Królewska Mość" powiedział. "Modlę się, byś nie okazała się ostatnią z bezpośredniej linii królów i królowych. Jednak, bez względu na to, czy twoje słowa sprawdzą się, czy nie, pokazałaś, że twój prawdziwy duch dorównuje w sile twym przodkom - Earendilowi Żeglarzowi i Elrosowi Półelfowi. Żegnaj!"

Z twarzą naznaczoną smutkiem, Isildur odwrócił się od królowej i zszedł ze wzgórza w kierunku równin w dole. Nie zobaczył jej już nigdy za życia.