Objawienie i przepowiednia.
Wiosną, roku 3319 Drugiej Ery, 57 lat od dnia odniesionego nad nim tak zwanego Wielkiego Zwycięstwa, i prawie 2 lata od spalenia Białego Drzewa, Sauron, stojący w Królewskich Komnatach, spoglądał przez okno, słuchając z rosnącym gniewem urągania króla.
„Obiecałeś mi nieśmiertelne życie, niewolniku!" krzyczał leżący na łóżku Ar-Pharazon, odziany w swe ulubione fioletowo-złote szaty. „Spójrz na moją twarz! Czy to jest twarz nieśmiertelnego? Twarz żyjącego boga? Spójrz na mnie i odpowiedz szczerze, psie z Mordoru!"
Sauron odwrócił się do starzejącego się króla i spojrzał na niego swymi czystymi, niebieskimi oczami, jego jakby wykute z kamienia rysy nie zdradzały nic z niezadowolenia, które w nim narastało. 57 lat było niewielkim ułamkiem czasu, w porównaniu z tym, od którego Sauron chodził po ziemi, lecz było to i tak o wiele za długo na znoszenie ciągłych gróźb i tyrad Ar-Pharazona Złotego.
Przywołując na twarz wyraz dociekliwej troski, Sauron odparł „Muszę przyznać, mój suzerenie, to nie jest jeszcze twarz nieśmiertelnego." Biorąc tylko pod uwagę stale pogłębiające się bruzdy na wychudzonej twarzy króla, trudno było powiedzieć coś innego.
Co więcej, dzień nie mijał Ar-Pharazonowi zbyt dobrze. Tego ranka, opuszczając komnaty, w których zwykle prowadził nocne zabawy z pannami i młódkami z Pałacu, nagle się przewrócił. Jego medycy szybko się nim zajęli i ocucili go na jego szkarłatnym, wyściełanym atłasem łóżku.
Lecz po przeprowadzeniu tej maszkarady zaczęli rozmawiać między sobą z ponurymi wyrazami twarzy. Potem najodważniejszy z nich poinformował króla, że miał właśnie atak serca. Co więcej, biorąc pod uwagę jego wiek 114 lat, może się spodziewać więcej takich ataków w przyszłości. W ich naukowej opinii, Ar-Pharazon nie powinien liczyć na przeżycie więcej niż kilku kolejnych lat, nim jeden z ataków w końcu go powali.
Ich odcięte głowy dekorowały teraz piki przy bramie Pałacu. Sauron został wezwany ze swej Świątyni przez jednego z posłańców w szkarłatnych tunikach, który poinformował go, że król domaga się jego natychmiastowej obecności w swych komnatach.
Sauron zaoferował w tych okolicznościach najlepszą możliwą odpowiedź. Jednak wyglądało na to, że król nie jest wcale bardziej zadowolony odpowiedzią Saurona niż opinią swych byłych medyków.
„Jeszcze nie?" wrzasnął Ar-Pharazon, jego twarz nabrała szkarłatno-czerwonej barwy. „Jeszcze nie? Więc kiedy będzie to twarz nieśmiertelnego, hę? Powiedz mi kiedy, ty kłamliwy, niekompetentny głupcze? Mów!"
Sauron zgromił króla wzrokiem, z twarzą wykrzywioną gniewem. Napis na jego złotym pierścieniu rozbłysnął jasno. „ZAMILCZ!" krzyknął, nagle potężnym, głębokim głosem, który wstrząsnął samymi fundamentami budynku.
Tak samo nagle, nastrój króla zmienił się z gniewu w skruchę. „Wybacz mi!" wyjąkał ze łzami w oczach, struga śliny spłynęła mu z brodatej twarzy. „Wybacz mi! Ja straciłem głowę… Ja…" Ar-Pharazon zaczął wyć niekontrolowanie.
Wtedy Sauron przywołał na twarz wyraz łaskawości i troski, pomocny przyjaciel i doradca biednego starego człowieka. „Nie, to ja proszę o twoje wybaczenie, mój suzerenie" odparł, znowu czystym i gładkim głosem. „Nie powinienem tracić do ciebie cierpliwości. W końcu, to ja tu służę tobie. I doskonale rozumiem twój nastrój, gdyż miałeś dzisiaj straszne przeżycie, a ci idioci medycy bardziej ci zaszkodzili niż pomogli."
„Medycy… ale czy mają oni rację?" zawołał Ar-Pharazon. „Jak mogą mieć rację? Mówiłeś, że jeśli będę wiernie służyć Melkorowi, to będę żyć wiecznie! Czy nie tak? Czyż nie służyłem mu wiernie?"
Sauron wydawał się rozważać przez chwilę słowa króla, a potem na niego spojrzał, z wolno rozprzestrzeniającym się po jego gładkiej twarzy pocieszającym uśmiechem.
„Służyłeś mu wiernie, mój suzerenie. W istocie, służyłeś mu bardziej wiernie niż każdy żyjący wcześniej człowiek. Melkor jest z ciebie bardzo zadowolony. Jest tak zadowolony, że gdy dziś rano nadzorowałem jego sprawy w Świątyni, miałem wizję, w której objawił mi się on we własnej osobie. Mówił o tobie wiele rzeczy!"
„Czy tak? Czy tak?" dopytywał się król z drżącymi ustami. „Co mówił? Powiedz, proszę!"
„Powiedział" zaintonował Sauron swym najpiękniejszym, najczystszym głosem. „że nadszedł czas, bym ujawnił Ar-Pharazonowi Złotemu sekret wiecznego życia. Sekret który obróci go ze zwykłego człowieka w samego Boga!"
Król był w ekstazie. „Tak powiedział? Czy tak? Wiedziałem, że to zrobi!" zawołał. „Powiedz mi, co to jest? Musisz mi powiedzieć!" błagał król, który wyglądał teraz jak dziecko, mające w końcu otrzymać upragniony prezent.
„To dość proste, Wasza Wysokość. Tak proste, że wyda ci się oczywiste, gdy ci to ujawnię. Pamiętasz kronikę twego przodka, króla Tar-Atanamira Wielkiego? Tego, który otrzymał posłańców od zdradzieckich Valarów, kiedy ludzie tej wyspy po raz pierwszy zaczęli skarżyć się otwarcie, że ograbiono ich z daru nieśmiertelnego życia, danego elfom?"
„Tak, tak!" uciął Ar-Pharazon, jego stara niecierpliwość i pewność siebie znowu zaczęły mu wracać. „I co z tego?"
„Czy pamiętasz" ciągnął Sauron. „że posłańcy Valarów poinformowali króla, że nie powinien szukać drogi do Nieśmiertelnych Krain Valinoru, w próżnej nadziei na życie wieczne? Rzekli mu, że to nie Nieśmiertelne Krainy czynią tych, którzy w nich mieszkają, nieśmiertelnymi. Raczej, 'to nieśmiertelni, którzy tam mieszkają uświęcają tę krainę.' Wierzę, że takie były słowa posłańca, jeśli właściwie zapisano je w kronikach. Wierzę też, że posłaniec powiedział twemu przodkowi, że jeśli śmiertelny człowiek postawi stopę na tej ziemi, umrze on tym prędzej, 'jak ćma w za silnym i zbyt jednostajnym świetle."
„Tak, słyszałem o tym od mojego wychowawcy, wieki temu" przerwał Ar-Pharazon. „Co to za sekret?"
„Czyż nie zgadniesz, mój suzerenie? Jak w wielu innych kwestiach, tak i tym razem Valarowie zmieszali prawdę z fałszem, by oszukać ludzi. Gdyż jest to prawdą, że Valarowie, ich słudzy Majarowie i elfowie są nieśmiertelni, bez względu na krainę, w której żyją. Lecz nie jest prawdą, że Nieśmiertelne Krainy nie zapewniają życia wiecznego tym, którzy tam zamieszkują. Ostateczny sekret jest taki: Nieśmiertelne Krainy są tak przesycone życiową esencją tych, którzy w niej mieszkają, że gdyby śmiertelny człowiek postawił stopę na ich brzegach, stałby się tak samo nieśmiertelny jak oni."
Król wydawał się zdumiony. Sauron uśmiechnął się. „To z tego powodu" kontynuował. „a nie ze względu na jakąś specjalną dyspensę fałszywej wyroczni Eru, twój przodek, Earendil Żeglarz, stał się nieśmiertelny, gdy postawił stopę na brzegach Nieśmiertelnych Krain trzy i pół tysiąca lat temu. Jedna wizyta w Valinorze i związany został z nieśmiertelnym życiem, czy Valarowie tego chcieli, czy nie. Wysłali go zatem na niebo w jego statku i zakazali już na zawsze podróży do śmiertelnych krain, żeby nie mógł wyjawić tego sekretu śmiertelnym ludziom!"
Król wpatrywał się w Saurona z zachwytem.
„I" kontynuował Sauron. „to z tego powodu wprowadzony został Zakaz Valarów. Gdyż wiedzą oni doskonale, że gdyby rasa ludzka najechała krainę Valinoru, śmiertelni zyskaliby nieśmiertelność, a na to Valarowie, duchy Majarów i ich elfickie pupile nie zamierzają się zgodzić. Wiedzą, jak bardzo ludzie przewyższają elfów, zarówno w wizji, jak i w sile umysłu, więc gdyby zyskali oni kontrolę nad Nieśmiertelnymi Krainami, zdetronizowaliby Valarów i Majarów, i rządzili jako nowi Bogowie w Valinorze! I bardzo uradowałoby to Melkora, gdyż nade wszystko pragnie On zobaczyć Valarów, Majarów i ich elfich pupilków ukaranych, podczas gdy lojalni Mu ludzie zajmują należne im miejsce, jako Bogowie we własnym zakresie!"
„Na Melkora!" wykrzyknął triumfalnie król. Poderwał się z łóżka, odzyskawszy nagle cały wigor. „Na wszystkich diabłów! Stało się tak, że najgorszy dzień mojego życia zmienił się w najwspanialszy! Muszę tylko złamać Zakaz Valarów i postawić stopę na brzegu Nieśmiertelnych Krain…" Przez kilka minut, Ar-Pharazon śmiał się jak młodzieniec, upojony radością. Nieśmiertelność wkrótce będzie jego!
Lecz wtedy Ar-Pharazon spoważniał, marszcząc brwi, jego radość przycichła, gdy zaczął rozumieć, czego wymagać będzie taki wyczyn. „Zważ jednak" rzekł król. „że na drodze do uzyskania nieśmiertelności stoją dwie przeszkody. Po pierwsze, zdradzieccy Valarowie opasali Nieśmiertelne Krainy okręgiem zaczarowanych wysp, które leżą pomiędzy Numenorem, a ziemią Amanu. Przeklęli je swoją magią, także wiadomym jest, że podczas gdy elfickie statki mogą żeglować bezpiecznie pomiędzy Valinorem, a Śródziemiem, statki śmiertelnych, dążących do Valinoru, rozbijają się na kawałki o ich skały. Nieraz Ludzie Numenoru sprzeciwiali się Zakazowi Valarów, choćby po to, by spojrzeć na Nieśmiertelne Krainy i jedyne wieści o ich losie niosły wraki ich statków, wyrzucane na nasze brzegi miesiące później."
„I" kontynuował Ar-Pharazon. „pozostaje jeszcze drugi problem. Nawet jeśli uda mi się przepłynąć przez Zaczarowane Wyspy i przeżeglować przez Zatokę Eldamaru, by postawić stopę na Amanie, jakim sposobem wrócę? Gdyż gdy mój przodek Earendil dokonał tego wyczynu, Valarowie, jak sam wspomniałeś, podnieśli go na niebiosa, i teraz nigdy już nie może postawić stopy na ziemiach ludzi. Czy także podniosą mnie na sklepienie? A może zwiążą mnie magicznymi kajdanami, bym był ich nieśmiertelnym niewolnikiem na wieczność? Co należy zrobić, lordzie Sauron?"
Sauron wydawał się zamyślony. Potem, po chwili, uśmiechnął się uspokajająco. „Dwa trafne spostrzeżenia, mój suzerenie. I jak czasem się zdarza, mam rozwiązanie dla obu tych problemów. Na pierwszy z nich, Zaczarowane Wyspy, lekarstwo jest proste. Większa jest moja wiedza niż jakiegokolwiek elfa, czy nawet Wysokiego Elfa i z łatwością mogę stworzyć urządzenie, którego twoi żeglarze mogą użyć, by nawigować bezpiecznie przez Zaczarowane Wyspy."
„Co do drugiego problemu, jak poradzić sobie z wrogością Valarów, gdy przybijesz już do brzegów Nieśmiertelnych Krain… rozwiązanie jest bardziej ambitne, lecz już ci je podałem. Powiedziałem ci, że wielka flota ludzi, gdyby pokonała Zaczarowane Wyspy, mogłaby przejąć kontrolę nad Amanem od Valarów i ich sług i rządzić tą krainą jako Bogowie!"
„Flota…" wyszeptał Ar-Pharazon. „Masz na myśli…"
„Tak, mój suzerenie" uśmiechnął się Sauron. „Flotę. Twoją Flotę."
„Moją Flotę" powtórzył Ar-Pharazon. Król powstał nagle, wyprostował się do swej pełnej wysokości, a lata wydawały się znikać z jego wymizerowanej twarzy, gdy spojrzał na Saurona. „Moja Flota" powiedział triumfalnie, pewnym, rozkazującym głosem. „Moja Armia. Moja Marynarka. Armia i Marynarka Numenoru, Władczyni Mórz i Ziemi, pod komendą króla Ar-Pharazona Złotego! Najpotężniejsza armada kiedykolwiek zwołana w historii całego świata! Armada, która przyćmi nawet tą, którą wysłałem przeciwko tobie, nim przysiągłeś mi wierność, 57 lat temu!"
„Tak, mój suzerenie" odparł Sauron. „Twoja armada pokonała mnie i ujarzmiła, przywiodła Saurona z Mordoru do twej służby. Dobrze wiem, kiedy jestem pokonany, i długo dumnie służyłem mojemu królowi, władcy świata, synowi Boga, samemu Władcy Bogów!"
Sauron wzniósł swe długie ramiona i zniżył głos, by podkreślić efekt. „Gdyż czas powrotu Melkora nadchodzi wielkimi krokami! Dotąd tolerował On buntowniczych Valarów, tylko dlatego, że ze swych wysokich tronów zarządzali rytmem i cyklami świata. Gdyby ich miejsca opustoszały, Świat znowu zanurzyłby się w chaosie, z którego się narodził. Melkor nie mógł znaleźć tych dostarczenie licznych i godnych, by rządzić Valinorem i panować nad Kręgami Świata w miejsce Valarów. Dni, gdy stwarzał nowe rasy dawno przeminęły: a ja sam jestem w końcu tylko samotnym sługą i nie mogę samotnie zająć tronów Valarów. Lecz, teraz tyś wystąpił, mój królu. Przyjąłeś ciemność, poprowadziłeś swych ludzi z dala od fałszywego światła Valarów, w dół cienistych stopni prawdy. Melkor teraz dostrzegł, że nie musi dłużej tolerować ich rebelii, gdyż wierzy, że w tobie, i w Ludziach Numenoru, znalazł w końcu długo poszukiwane zastępstwo za Valarów!"
„Cudownie!" zaśmiał się król, rozkoszując się zyskaniem przychylności Melkora.
„Oczywiście" ostrzegł Sauron, opuszczając ramiona w poważnym geście. „Melkor respektuje tylko siłę. Twierdzi, że jesteś godny – lecz nawet jeśli tak jest, to wciąż musisz przejść jeden, ostatni test, by udowodnić Mu swą wartość. Musisz zdobyć swą drogę do Taniquetil, Góry Wiecznobiałej, siłą własnych ramion. Będziesz, naturalnie, miał też jego łaskę, jeśli dostarczysz stosownych ofiar. Jednak, gdy zobaczy jak wyłamujesz drzwi Pałacu Manwego, uzna Valarów za zdetronizowanych. W tej godzinie, Godzinie Zguby, Melkor wynurzy się z Pustki. W swym gniewie zmiecie Valarów całkowicie. Nie zostanie po nich żaden ślad. Wtedy ukoronuje ciebie, Ar-Pharazona Złotego, jako Króla Bogów, byś rządził w Kręgach Świata na wieczność!"
Ar-Pharazon nie mógł wydobyć słowa, łzy radości spływały po jego wymizerowanych policzkach.
„Oczywiście" kontynuował Sauron. „Melkor postawił przed tobą nie małe wyzwanie, mój suzerenie. W istocie będziesz potrzebował największej armady kiedykolwiek zwołanej, jeśli masz wytoczyć wojnę Valarom i ich sługom. Gdyż Valarowie, Majarowie i Wysokie Elfy są potężni, jak i uparci i dumni. Tylko przeprowadzając potężny cios i z pomocą łaski Melkora, armie Ar-Pharazona Złotego odniosą zwycięstwo."
„I zwycięstwo odniesiemy!" wykrzyknął Ar-Pharazon, triumfując. „Musimy wezwać do Numenoru każdy z naszych statków, które rozesłaliśmy po całym Świecie. Zwołamy każdego Numenorejczyka, od najmłodszych chłopców do najstarszych dziadów, każdego zdolnego dzierżyć pikę i włócznię! Zbudujemy nowe statki, by pomieścić naszych nowych żołnierzy! Wezwiemy wszystkie nasze armie na aktywnej służbie i zgromadzimy je w porcie Andunie, gdyż ze wszystkich naszych portów leży on najbliżej Valinoru."
„I, odnośnie Andunie" kontynuował król, jego głos pociemniał z gniewu. „Bardzo wątpię, by można było zaufać, że niewierni lordowie tego miejsca wspomogą nas w naszej wyprawie przeciwko Valarom, gdy starali się wspierać herezję przyjaźni z elfami w tej krainie. Udzielili nawet schronienia Isildurowi Wilczej Głowie w Romennie, tak że żaden asasyn nie był w stanie zagarnąć nagrody, którą za niego wyznaczyłem. I dzięki nim, obecność przeklętej Nimloth nie została wytrzebiona całkowicie z naszej ziemi. Co powinniśmy zrobić z Amandilem i jego bachorami, lordzie Sauron?"
„Mądre pytanie, Wasza Królewska Mość" odparł Sauron, marszcząc brwi.
Sauron pielęgnował zapalczywą nienawiść do lordów Andunie. Obrazili i zmieszali z błotem jego lojalnych zwolenników; odmówili oddawania czci Melkorowi; dawali schronienie swym kompanom heretykom w Romennie; starali się zakłócić wysiłki kapłanów Melkora, nawracających ludzi na nową religię; nie pozwolili by ich bachor Isildur stawił czoła sprawiedliwości, za swą kradzież Owocu Nimloth. Isildur – bo musiał to być on – zdołał nawet zabrać Palantir z komnat Minastira, tuż pod nosem Saurona. Było to niemal tak niefortunne, jak przetrwanie nasienia Nimloth, gdyż Sauron od dawna pragnął zbadać sekrety Widzących Kamieni, gdy już nie miał żadnego pożytku z byłego Admirała Floty. W tych wszystkich sprawach, Amandil i jego potomstwo mieli czelność mu się przeciwstawiać. Sauron nie zwykł tolerować takiej bezczelności od nikogo, a tym bardziej od śmiertelników.
„Faktem jest" kontynuował Sauron grobowym głosem. „że Amandil jest twoim wasalem, a ty jego suzerenem. Jeśli rozkażesz mu zwołać armię i wysłać ją na wojnę pod twoją chorągwią, musi usłuchać, bez względu na swe poglądy. Jeśli odmówi, będzie zdrajcą, a jego życie będzie stracone. Jeśli jego syn i jego wnuk poprą go w jego odmowie, co bez wątpienia zrobią, także będą zdrajcami. A więc, gdy zwołamy prawie wszystkich naszych żołnierzy, a nasze armie będą niemal kompletne, wyślij posłańca do Amandila i rozkaż mu, by oddał ci każdego mężczyznę z Romenny, zdolnego do dzierżenia broni. Jeśli on, lub jego potomkowie nie przychylą się do rozkazu, wyślij swych ludzi przeciwko nim i oczyść powierzchnię ziemi z obecności jego i jego pomiotów!" Oczy Saurona zamigotały, a napis na jego złotym pierścieniu rozjarzył się jasno.
„Tak" powiedział król ponuro. „długo znosiłem obecność tego heretyka Amandila i jego bachorów w tej krainie. Jest bez wątpienia dostatecznie głupi, by szukać wymówek, by nie odpowiedzieć na me wezwanie. Nieważne – i tak już jest heretykiem, a także pospolitym przestępcą, jeśli udziela schronienia Wilczej Głowie. Jeśli nie przychyli się do moich rozkazów, co do ostatniego, zostanie także zdrajcą. Będę miał dostatecznie dużo powodów, by ruszyć na nich otwarcie!"
Ar-Pharazon zaśmiał się na tą myśl, a potem spojrzał na Saurona. „Jak długo zajmą wszystkie przygotowania, lordzie Sauron? Twoje wykonanie urządzeń nawigacyjnych i zwołanie naszych armii i marynarki?"
Sauron wydawał się zamyślony. „Wykonanie urządzenia, miesiąc. Zwołanie wojsk może się zacząć się z chwilą, gdy zacznę pracować nad urządzeniem. Odwołanie naszych sił, zwołanie wojsk, wyszkolenie i uzbrojenie dodatkowych oddziałów, a także zbudowanie dla nich nowych statków powinno zająć jakieś pięć miesięcy, jeśli płatnerze, szkutnicy i ich niewolnicy będą pracować dzień i noc."
„A więc zlecisz rozpoczęcie pracy od zaraz, a ja rozkażę jak najszybsze przygotowanie wszystkich oddziałów!" wykrzyknął król. „Zwołam naradę wojenną, by omówić z mymi generałami i admirałami strategię i taktykę, która pozwoli nam odnieść zwycięstwo nad naszymi wrogami. Mapy Valinoru, które te głupie Wysokie Elfy dały dawno temu w prezencie naszym przodkom, w końcu okażą się użyteczne! A za pięć miesięcy, ustawimy ster w kierunku Valinoru i mojego przeznaczenia!"
„W istocie, wypełnisz swe przeznaczenie, mój suzerenie. Rozpocznę przygotowania natychmiast" powiedział Sauron. Uśmiechając się znowu i kłaniając, odwrócił się od króla i wypadł z pokoju, by wykonać wiele czekających go zadań.
Spoglądając przez okno swej komnaty na gwiezdne, nocne niebo, stał pogrążony w rozmyślaniach Amandil. Przekroczywszy niedawno swój 197 rok życia, czuł jak każdy dzień jego długiego żywota ciąży mu kamieniem na barkach. Gdyż w ciągu ostatnich kilku miesięcy sprawy przybrały nowy, jeszcze bardziej niepokojący obrót.
Każdego tygodnia uchodźcy szukali schronienia w Romennie. Jeśli ich intencje były honorowe, zawsze wpuszczano ich do miasta – po wnikliwym przesłuchaniu przez straż, w celu upewnienia się, że nie są szpiegami, czy sabotażystami. Uchodźcy ci przynosili ze sobą wieści o zwoływaniu wielkich armii, o gromadzeniu wielu statków, wzywanych do portu w Andunie.
Wielki chaos rozpętał się w tej krainie, mówili, gdyż w ostatnich miesiącach praktycznie wszyscy ludzie wydawali się pogrążeni w szaleństwie większym nawet niż kult Morgotha. Organizowano wiele dzikich hulanek, walk, mordów, wiele aktów deprawacji, jakby ludzie Numenoru stali się teraz tak samo dzicy i bezprawni jak mroczny bóg, któremu służyli. Śmierć przychodziła do nich pod wieloma postaciami, ponurymi i straszliwymi, a oni przeklinali siebie i wszystkich dookoła, bezsilni wobec swej udręki. Tylko w pęczniejących od wojsk królewskich obozach panował porządek, uzyskany dzięki używanym często katowskim pieńkom i szubienicom.
Amandil westchnął, a potem odwrócił się i ruszył w stronę łóżka. Jego żona zmarła w połogu wiele lat temu i sypiał samotnie od tego czasu. Leżąc na miękkim materacu, czuł jak spowija go wielkie znużenie. Wkrótce osunął się w głęboki, mroczny sen.
W snach nie ma się poczucia czasu, więc Amandil nie potrafił określić, kiedy się on dokładnie rozpoczął. Poczuł jak unosi się wysoko w niebo, wysoko ponad Ziemię. Wzlatywał niczym na skrzydłach wielkiego ptaka, sokoła lub orła, chociaż musiał wznieść się wyżej niż jakikolwiek ptak byłby w stanie dosięgnąć. W świetle dnia wydawało mu się jakby cała zachodnia połowa wielkiego dysku świata rozpostarła się pod nim. Wszystko leżało na migoczącym, niebieskim Morzu, a smugi chmur unosiły się nad nim, tylko by zaraz opaść strugami deszczu w innym miejscu. Pod nim leżała szmaragdowo-zielona ziemia Numenoru, a on mógł wyraźnie dostrzec każde jej miasto i osadę. Była tam cicha Romenna na Wschodzie, w centrum potężne Armenelos, na Zachodzie piękna Andunie i wiele innych miast na Północy i Południu. W sercu wyspy wznosiła się Góra Meneltarma, jej trawiaste zbocza falowały w morskiej bryzie.
Amandil spojrzał na Wschód i dostrzegł tam rozległe połacie Śródziemia, szare i zimne na dalekiej Północy, blado zielone lasami dalszego Południa, poniżej którego brązem i beżem barwiły się trawy i piaski Bliskiego Haradu, najdalej na Południe przechodzące w potężne, zielone puszcze Dalekiego Haradu. Brzegi upstrzone były licznymi koloniami i osadami Numenoru. Wzrok Amandila sięgał także do elfickich przystani na północnym skraju Zatoki Lune i do ich koloni, rozrzuconych wśród lasów Północy. Lecz wiele krain leżało pustych, chociaż czasem ogniska i lepianki dzikich ludzi znaczyły ich krajobraz.
Potem, Amandil spojrzał na Zachód i ku swej rozkoszy, poza mglistą barierą Zaczarowanych Wysp, zobaczył same Nieśmiertelne Krainy! Były dokładnie takie, jakimi opisywały je pieśni i opowieści Wysokich Elfów. Leżał tam szmaragdowy klejnot Tol Eressei w Zatoce Eldamar, z doskonale widoczną latarnią Białej Wieży Avallone. Na odległych brzegach Zatoki leżała piękna przystań Morskich Elfów Teleri – Aqualonde, jej białe domostwa i złocone wieże zdobione były błyszczącymi perłami i marmurowymi błękitami lapis lazuli.
Była tam Calacirya, Przełęcz Światła, w której stały potężne, białe i różowe mury Tirionu, domu Elfów Głębokich, Noldorów. Mocarne ściany gór Pelori obwarowywały Zatokę od Północy i Południa, rozciągając się na całą długość wybrzeży Amanu. Tylko przez Calaciryę można było dostać się w głąb wyspy. Poza Przełęczą i Stawami Zmierzchu, Amandil mógł zobaczyć rozległe zielone równiny, zaczarowane lasy i błyszczące jeziora samego Valinoru. Mógł dostrzec wzgórze na którym stały niegdyś Dwa Drzewa, przed wschodem Słońca i Księżyca. Było tam złote miasto Valimar, dom Elfów Światła – Vanyarów, rzadko spotykanych przez ludzi, i wielu z samych Valarów. Ponad wszystkim stała Taniquetil, Góra Wiecznobiała, najwyższa góra Świata. Z Oiolosse, najwyższego zwieńczenia rozległego, ośnieżonego szczytu Taniquetilu, wielka smuga światła wystrzeliwała w niebo – Siedzisko Manwego i Vardy, Króla i Królowej Valarów.
Amandil, oczarowany, spoglądał na tę przepiękną scenerię. W przeszłości, zdawało mu się używać Palantiru, by spoglądać tęsknie za Avallone i górzystymi wybrzeżami Valinoru. Lecz teraz, objawiła mu się cała powierzchnia Nieśmiertelnych Krain! Poczuł się zaszczycony możliwością ujrzenia, choćby tylko w wizji, obrazu, który tylu ludzi pragnęło ujrzeć na próżno.
Lecz wtedy Amandil poczuł nakaz oderwania wzroku od Nieśmiertelnych Krain i spojrzenia ponownie na Wschód. Chociaż poprzednio był on jakoś osłoniony przed jego wzrokiem, teraz wyraźnie mógł zobaczyć Mordor, Czarną Ziemię Saurona. Jego granice okalały cieniste góry, podczas gdy równiny popiołu i pyłu pokrywały jego tereny. W sercu krainy leżała Orodruina, gdzie Sauron wykuł swój Jedyny Pierścień, wieki wcześniej. Wielka chmura czarnego dymu jak zawsze wydobywała się z jej ognistego wnętrza, okrywając poniższe krainy nieustannym zmierzchem. Pośród równin, Amandil mógł dostrzec poprzez cienie niewyraźnie kształty rozległych armii orków i dzikich ludzi. Góry Cienia skrywały ich prawdziwą liczbę przed tymi spoza krainy. Na północy Mordoru, Amandil mógł zobaczyć Barad-dur, smoliście czarną fortecę Saurona, wznoszącą się murami ponad murami, wieżami ponad wieżami, górującą ponad milę nad równinami w dole. Amandil był zarówno pełen podziwu jak i przerażenia, zobaczywszy niezdobytą fortecę, która nigdy nie mogłaby być wzniesiona ludzkimi rękami. Dostrzegł, że Barad-dur dalece przewyższa w skali Świątynię Melkora, lub jakikolwiek inny budynek znany ludziom.
Świątynia Melkora! Jak mógł nie dostrzec czarnej skazy jej dymów, gdy spoglądał wcześniej na Numenor? Gdy Amandil zastanawiał się nad tym, zauważył, że wielka cienista chmura, rozciągająca się ponad Orodruiną, zaczyna rozprzestrzeniać się poza granice Mordoru. Północ, Południe, Wschód, Zachód, rozrastała się na wszystkie kierunki, okrywając wszystkie krainy swym mrokiem. Wkrótce całe Śródziemie leżało pod jarzmem Cienia, prócz samotnych przystani i koloni elfów na Północy.
Lecz Cień nie zakończył swej wędrówki. Spoglądając w dół, Amandil mógł zobaczyć jak pełznie on przez Morze i obejmuje cały Numenor. Teraz mógł dostrzec Świątynię Melkora, wydobywające się wciąż z niej okropne dymy i fetory mroczniejsze nawet niż Cień. Lecz Cień wciąż nie ustał; pełzł wciąż na zachód, aż dotarł on do mglistych granic Zaczarowanych Wysp, które wydawały się barierą dla jego dalszych zapędów.
Wtedy Amandil zauważył potężną armadę statków i żołnierzy, zebranych w porcie jego dawnego domu w Andunie. Był to niesamowity widok, gdyż siły te dalece przewyższały rozmiarem nawet rosnącą armię orków i dzikich ludzi, ukrytych za murami Mordoru. Ku jego zakłopotaniu, rozległa armada, która wyślizgnęła się właśnie z portu, nie zwróciła się na Wschód, ku Śródziemiu – popłynęła na Zachód, w stronę Valinoru. Czy ci admirałowie poszaleli? Rozbiją się na kawałki o skały Zaczarowanych Wysp!
Ku jego zdumieniu i rosnącej zgrozie, armada, co najmniej dwa tysiące statków, przepłynęła przez mglistą barierę Wysp, jakby były one tylko iluzją. Nie zatonął ani jeden statek. Płynęli wciąż na zachód, przez Zatokę Eldamaru, ich czarno złote żagle mieniły się w słońcu, nieniepokojone przez elfickie statki, aż dotarli do brzegów samego Amanu. Co to miało być? Czemu armie Numenoru w czerwonych tunikach schodziły na brzeg, unosząc wężowe, czarno-czerwone proporce nad głowy?! Uformowawszy szybko kolumny, pomaszerowali obok Aqualonde, wyglądającej na opuszczoną, i w górę Przełęczy Światła, ku murom Tirionu. Tam, założywszy obóz, rozpoczęli oblężenie na fortecę Noldorów!
Wzrok Amandila zwrócił się wtedy ku Górze Wiecznobiałej. Blask na jej szczycie palił się teraz złotym, nawet czerwonawym światłem, jakby płonąc zaciekłym gniewem Valarów na ten akt bluźnierstwa! Nagle Cień zaczął wyrastać nad Valinorem, lecz nie Cień ze Wschodu, ten Cień Zachodu uformowały olbrzymie opary Morza, które dryfując na zachód, zaczęły tworzyć mroczne burzowe chmury. Amandil mógł dosłyszeć zgiełk i wrzawę wojny, dochodzące z Nieśmiertelnych Krain.
Wtedy, z ponad niebios, wychynął potężny głos, głębszy niż otchłanie Morza i mocniejszy niż fundamenty Ziemi:
„Zguba Numenoru jest blisko!" zagrzmiał. Amandil spojrzał w dół, i ku swej zgrozie spostrzegł, że cały Numenor stoi w ogniu! Wielki snop płomieni uniósł się z Góry Meneltarmy, siekając udręczoną ziemię straszliwym żarem. Olbrzymie fale opadły w furii na brzegi wyspy. Zewsząd dobiegały wrzaski grozy i cierpienia, a Numenor zaczął znikać pod falami…
Amandil obudził się gwałtownie, strugi zimnego potu spływały po jego siwiejącej brodzie. Często miewał sny, czasem rzadkie, zwiewne wizje, innym razem zwykłe przebłyski doczesnego świata. Jednak nigdy wcześniej nie doświadczył niczego tak wyraźnego, niczego, co przeskoczyłoby tak szokująco ze snu w koszmar.
Potrząsając głową i mrugając w świetle dnia wlewającym się przez okno, Amandil nałożył swe szare szaty, a potem podążył ku drzwiom pałacowej strażnicy, sąsiadujących z jego komnatami. Była to najwyższa wieża Romenny i często chodził tam, gdy potrzebował czasu na samotne rozmyślania.
Wchodząc po kamiennych spiralnych schodach, Amandil dotarł zaraz do dębowych drzwi, prowadzących na dach wieży. Przeszedł przez próg, sapiąc, gdy owiała go zimna morska bryza i podszedł do parapetu, spoglądając na scenę pod nim. Był późny ranek i Amandil poczuł się niepewnie na myśl, że spał dłużej niż to miał w zwyczaju – kolejny omen zbliżającej się starości. Spojrzał ponad domy i place Romenny, poza port na Morze, którego błękitne wody upstrzone były przyniesioną przez wiatr pianą.
Spojrzał potem na dziedziniec przy podstawie wieży. Z centrum placu o marmurowych murach wyrastała mała biała sadzonka, otoczona jak zawsze przez czterech jego osobistych strażników o biało – niebieskich tunikach. Był to, po fakcie, pierwszy wyrostek Owocu Nimloth, Białego Drzewa Armenelos, które Isildur uratował, nim jego rodzicielka została rzucona w Płomienie Morgotha przez króla uzurpatora i demonicznego kapłana.
Gdy Isildur powrócił do Romenny z nasieniem Nimloth, kilka lat wcześniej, Amandil i Elendil byli obaj zszokowani jego zuchwalstwem i zaniepokojeni jego ciężkimi ranami i wyczerpaniem. Jednak Amandil był wdzięczny, że Isildur zdecydował się działać, kiedy starsi wciąż się wahali. Isildur może był w gorącej wodzie kąpany, jednak miał umysł i odwagę, godną prawdziwego przywódcy. Był w istocie godnym dziedzicem Elendila, tak długo jak długo godził się wysłuchać rady ludzi o chłodniejszych umysłach. Amandil skrzywił się krótko, gdy pomyślał o kolejnym upokorzeniu ich rodu, które zgotował im Pharazon Uzurpator, ogłaszając Isildura Wilczą Głową i wyznaczając za niego nagrodę. Chociaż Isildur stał się bohaterem dla obywateli Romenny, nie mógł opuszczać bezpiecznego pałacu bez eskorty uzbrojonych ludzi, by nie dosięgli go ukryci agenci króla. Nie poważył się też wyjeżdżać poza mury miasta, by nie zostać pojmanym i zabitym przez grupę Ludzi Króla.
Odnośnie chodnych głów, Anarion znowu udowodnił swą wartość. Medycy nie mogli nic poradzić na rany Isildura, które zaczęły gnić, tak że nawet umiejętności Anariona nie były w stanie go wyleczyć. Anarion zasugerował wtedy, że powinno się posadzić Owoc Nimloth na dziedzińcu Romenny. Wydawał się instynktownie wyczuwać, że los Isildura związał się z losem nasienia Nimloth, które ocalił. Amandil przychylił się do prośby wnuka i radośnie patrzył jak biała sadzonka unosi się spod ziemi Romenny. Gdyż nie tylko potomek Nimloth zapuścił korzenie – przynosząc nadzieję potomkom Elrosa – lecz w miarę jak sadzonka rosła, rany Isildura zaczęły się cudownie goić i wróciła do niego cała jego stara siła. To szczęśliwe wspomnienie przywołało krótki uśmiech na starzejącą się twarz Amandila.
Lecz wtedy mroczna wizja poprzedniej nocy wypłynęła na powierzchnię jego myśli i Amandil skrzywił się ponownie. Czyż może być ona prawdziwa? Czyż Numenor może stać w obliczu nie tylko swej najmroczniejszej godziny, ale także swej zagłady? Amandil stracił poczucie czasu, gdy tak stał przy parapecie, zagłębiony w rozmyślaniach. Nie posunął się zbyt daleko tego dnia, lecz nawet gdy słońce zaczęło już tonąć na Zachodzie, on wciąż siedział w cichym bezruchu, całkowicie zaabsorbowany własnymi myślami.
Amandil otrząsnął się gwałtownie, gdy nagle usłyszał jak otwierają się drzwi na dach wieży. Obracając się dostrzegł swojego syna, Elendila, ubranego w bogate szaty z niebiesko-czerwonego materiału, jakby udawał się na ucztę. „Co tam u ciebie, ojcze?" zapytał Elendil. „Nie dawałeś znaku życia przez cały dzień. Zacząłem się martwić."
Amandil uśmiechnął się blado. „U mnie wszystko dobrze, na tyle ile się da, gdy kontempluję siłę naszych wrogów i rosnącą ciemność tej krainy, wiedząc że Valarowie nie odpowiadają na nasze modły o uwolnienie nas od tego zła."
„Może nie docierają one do nich, ojcze" rzekł Elendil.
Amandil zmarszczył brwi. „Nie, może nie. Możliwe, że odór, który stale wydobywa się z przeklętej Świątyni Melkora skłonił ich do odwrócenia się od wyspy i jej ludzi, by pozwolić nam cierpieć jakiekolwiek czeka nas nieszczęście. Sam widzisz, że nawet z tej odległości, dym jest widoczny, a jego widok i zapach stanowi obrazę dla Valarów."
Elendil spojrzał na Zachód, gdzie słońce zapadało szybko za horyzont. Była to prawda, nawet z tylu mil, można było dostrzec cienką strużkę czarnego dymu, unoszącą się znad Świątyni, kalającą różowe zachodnie niebo.
Amandil westchnął ciężko. „Mój synu, zeszłej nocy miałem mroczny sen, najstraszliwszy jaki dotąd pamiętam."
„Co się stało, ojcze?" zapytał Elendil miękko.
„Zaczął się całkiem dobrze, w istocie chwilami był niesamowicie piękny" odparł Amandil. „Wznosiłem się wysoko w niebo, niczym jeden z Orłów Manwego, a wielki dysk Świata rozpościerał się pode mną. Omiotłem wzrokiem wszystkie zachodnie brzegi Śródziemia, od Forochel do Haradu. Widziałem piękny Numenor pode mną." Wielkie światło igrało w jego oczach. "Widziałem nawet sam piękny Valinor! Nie tylko Eresseę i wybrzeża Amanu, które widzieliśmy obaj przez Palantir. Całe Błogosławione Krainy rozłożyły się pode mną i wyglądały dokładnie tak, jak opisują je pieśni Wysokich Elfów!"
„Brzmi to jak cudowny sen, mój ojcze" rzekł Elendil, zaskoczony. „Czemu okrył on cieniem twoje serce?"
Amandil skrzywił się. „To nie wszystko. Gdyż zobaczyłem Cień ze Wschodu, który wyrastał z Czarnej Krainy i rozprzestrzenił się po świecie, prawie że do brzegów Valinoru."
„W istocie" powiedział Elendil ponuro. Obaj doskonale wiedzieli, co symbolizuje Cień ze Wschodu. Elendil spostrzegł okiem umysłu piękną twarz Saurona, jakim ukazał mu się on przy ich pierwszym spotkaniu, gdy Mroczny Władca poddał mu się niedaleko Przesmyków Harnen, lata temu. Czemuż nie odciął wtedy głowy tego demona, zamiast prowadzić go do obozu króla! Wiele dobrego by z tego wynikło, gdyby tylko się na to zdobył…
„Elendilu, słuchasz mnie?" zapytał rozdrażniony Amandil.
„Wybacz mi, ojcze" zarumienił się Elendil. „Nie chciałem cię obrazić. Moje własne mroczne wspomnienia zasnuły przez moment mój umysł."
„Rozumiem, mój synu" odparł Amandil mniej szorstko. „Lecz musisz się skupić na tym, co mówię, gdyż jest to sprawa najwyższej wagi. Cień ze Wschodu był najmniejszą ze złych rzeczy, które widziałem w moim śnie."
Elendil wzdrygnął się, zszokowany. „Jak może być coś jeszcze gorszego, ojcze? Tylko Jeden może być uznany za większe zło niż Mroczny Władca Mordoru, a On został wygnany poza Kręgi Świata ponad trzy tysiące lat temu."
„To nie to, kogo widziałem, ale to, co widziałem zmroziło mnie do szpiku kości" odparł Amandil. „Najpierw zobaczyłem wielką flotę królewskich statków, zgromadzoną w naszym starożytnym domu, w Andunie. Jej liczba była nie do policzenia. Wypłynęła ona z portu i pożeglowała – na Zachód!"
„Na Zachód?" zapytał Elendil. „Więc zobaczyłeś, jak rozbija się o brzegi Zaczarowanych Wysp?"
„Nie, mój synu!" odparł Amandil. „Słuchaj i nie przerywaj! Popłynęła na Zachód i ominęła Zaczarowane Wyspy, jakby były zrobione z cienia i mgły. Podpłynęła blisko brzegów Valinoru – a potem wielka armia Ludzi Króla zeszła na brzeg! Pomaszerowali w górę Calaciryi do Tirionu i wypowiedzieli wojnę Noldorom, na samym progu królestwa Valarów! A Valarowie wpadli w gniew, widząc to bluźnierstwo."
Amandil zbladł. „Ale to nie wszystko. Potężny głos zawołał, że zguba naszych ludzi jest blisko. I spoglądając w dół, zobaczyłem najstraszliwszy koszmar. Cała wyspa Numenoru stała w płomieniach! Krzyki i zawodzenia ludzi wzrastały pod niebiosa, lecz spóźniona była ta skrucha, próżne błagania o pomoc. Sama ziemia zawodziła i jęczała, a potem zaczęła tonąc w falach, by w końcu zniknąć w otchłaniach gniewnego Morza."
Amandil zadrżał, gdyż same słowa nie były w stanie przekazać grozy tego koszmaru, tak wyraźnie odbijał mu się on w umyśle. Twarz Elendila przypominała grobową maskę, ale pozostał on milczący.
W końcu Amandil przemówił ponownie. „Wierzę, że dano nam ostrzeżenie, mój synu, ostrzeżenie, wysłane przez Manwego, Władcę Valarów, a może nawet przez samego Eru. Jeśli nie położymy kresu temu złu, które nawiedziło naszą krainę, to król powiedzie nas wszystkich ku zgubie. Nie wiem czy to wolą Pharazona, mówiąc dosłownie, wypowiedzą wojnę Valarom – chociaż nie zdziwiłbym się, gdyby była to prawda, gdyż ten człowiek nie ma honoru i nie zna wstydu, myśląc tylko o sobie i swym własnym dążeniu do chwały. Już wypowiedział wojnę duchowi Valarów w naszej krainie. Lecz co do jednego nie mam wątpliwości – jeśli nic nie zdoła powstrzymać Pharazona, nie ma już nadziei dla Numenoru."
Elendil skinął głową, odwracając się od ojca i spoglądając przez okno, w stronę odległego Morza. Sam nie przykładał do snów wielkiej wagi, jednak nie zamierzał kwestionować wiedzy swego ojca w tych sprawach. Nie mógł się nie zgodzić, że król stanowi wielkie zagrożenie dla przyszłości Numenoru. Jednak nawet on nie był w stanie dostrzec, co jeszcze mogą zrobić, by mu się przeciwstawić, oprócz tego, co już dokonali. Jego moc, jego władza nad ludźmi, była zbyt wielka.
Oczywiście moc króla była tylko pozorna. W rzeczywistości, Pharazon był marionetką, gdyż to Sauron kontrolował wszystko spoza tronu. By oczyścić krainę ze zła, musieliby pozbyć się jego mrocznej obecności. Jednak, jak tego dokonać? Tragiczna strata admirała Minastira pozbawiła lordów Andunie ich jedynego agenta w Armenelos, więc Amandil i jego potomkowie nie mieli już żadnego wglądu na wydarzenia w Królewskim Pałacu, poza wieściami przynoszonymi przez uchodźców. Elendil żałował, że Isildur nie zaoferował Palantiru królowej Miriel, kiedy już udowodniła ona prawość swego serca. Lecz wtedy postawiłoby to nieszczęśliwą kobietę przed jeszcze większym zagrożeniem, odkąd Sauron znał istotę Palantiru i katastrofą było by, gdyby odkrył go w jej posiadaniu. Poza tym, wiele z informacji, dostarczanych przez Minastira, okazało się fałszerstwami utworzonymi przez Saurona, jeśli Isildur podsłuchał jego przechwałek właściwie. Możliwe, że byli głupcami myśląc, że kiedykolwiek zdołają przechytrzyć Saurona, mistrza kłamstw i podstępów. Elendil westchnął i pokręcił głową na myśl o brzemieniu, które spuścił na siebie i swój ród. Z pewnością tak ciężkie decyzje nie mają być podjęte w jedną noc? To, czego potrzebuje teraz mój ojciec, pomyślał Elendil, to czegoś, co odwróci jego uwagę, odejmie część ciężaru z jego serca. Mogli rozpocząć naradę w sprawie problemów stanu następnego ranka.
Zwracając wzrok na Amandila, Elendil rzekł „Wiele spraw domaga się naszej uwagi, ojcze, jednak my ludzie nie możemy spędzać wszystkich naszych krótkich dni obciążeni ich ciężarem. Posłuchaj, tej nocy jest organizowana uczta w wielkiej sali pałacu. Wielu wiodących obywateli Romenny zostało zaproszonych, dobrych i lojalnych mężczyzn i kobiet. Zamierzam uczestniczyć, jak i Isildur i Anarion. Nie widziano cię pośród ludzi już od kilku dni. Chodź świętować z nami, mną i mymi synami. Trochę radości i śpiewu poprawi ci nastrój i odciąży twoje serce, choćby na pewien czas…" Elendil uśmiechnął się na myśl o swym ojcu doświadczającym znów radości życia.
Amandil milczał, a potem powolny, smutny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Spoglądając ze smutkiem na swego syna, rzekł „Ty tam idź, by świętować razem ze swymi ludźmi, Elendilu. Nie dołączę do ciebie, gdyż niewiele czasu zostało mi w tych śmiertelnych krainach."
Elendil poczuł jak jego dobry humor rozwiewa się, niczym świeca zdmuchnięta przez wiatr. Spoglądając na ojca, zapytał „O co chodzi, mój panie? Czy jesteś chory? Natychmiast wezwę do ciebie medyków!"
„Nie, mój synu, nie jestem chory" odparł Amandil. „Lecz moje serce nie może skłonić się ku ucztom i swawoli, gdyż nie mogę otrząsnąć się z tej wizji Zguby… Uchodźcy powiedzieli nam, że król gromadzi wielkie siły, że statki wzywane są do portów Andunie. Mój sen może być jedynie odbiciem tych wieści, ale jednak…"
Amandil zmarszczył brwi. „To gromadzenie sił" kontynuował. „jest albo ostatnim podstępem króla, albo Mrocznego, lub kolejną manifestacją królewskiego szaleństwa. Możemy tylko zgadywać powody, jednak boję się, że mój sen ujawnił mi prawdę, że Sauron w końcu sprowokował króla do wypowiedzenia wojny Valarom."
Amandil wzdrygnął się na samą myśl. „Jednak" kontynuował. „zostawmy te sprawy na tą chwilę i rozważmy szerszy obraz. Muszę przyznać, że w moich starych latach stałem się uczonym i zostawiałem tobie wiele ważnych spraw. Jednak pochlebiam sobie, że nie utraciłem wglądu w sprawy stanu, czy sztuki strategii i taktyki. Przyznam się tylko tobie, że nasza pozycja jest wyraźnie beznadziejna. Nie ma sposobu, by podważyć jakoś władzę Saurona, czy jego marionetki króla. Uratowaliśmy przed nim nasienie Nimloth i odzyskaliśmy Palantir, nim wpadł w jego szpony. Lecz jesteśmy jak człowiek, stojący na plaży, wygrażający pięścią rozległej, czarnej fali, opadającej na niego, gotowej go pochłonąć. Jest nas za mało i to tylko kwestia czasu nim Sauron nakłoni króla, by wysłał swe armie, by nas zmiażdżyć, raz na zawsze. Stoimy w obliczu niechybnej śmierci w oblężeniu tu, w Numenorze, lub wygnania pośród dzikich ludzi Śródziemia, spośród których wielu służy Mrocznemu."
„Tylko pomoc Valarów" wnioskował Amandil. „może uratować Numenor. Ostrzegli nas, że musimy albo powstrzymać Saurona i króla, albo stawić czoła własnej zgubie. A jednak nie pomogą nam w tym starciu, nieważne ile razy byśmy błagali. Samo ostrzeżenie nie wystarczy, gdyż jesteśmy całkowicie bezsilni w obliczu mocy Saurona. Sami nie zmienimy biegu wydarzeń. I dlatego uważam, że Valarowie muszą usłyszeć błaganie od człowieka stojącego przed nimi, jeśli nie potrafią tego z daleka."
Elendil wpatrywał się w ojca, niedowierzenia odbijało mu się na twarzy. „Co przez to rozumiesz, ojcze? Walczyliśmy przeciwko złu wyrządzanemu przez króla, lecz nie popełniliśmy jeszcze wobec niego zdrady, przez otwarte sprzymierzenie się z siłami, które pragną jego klęski. Czy powinniśmy zrobić to teraz?"
„Czy dalej nie pojmujesz sensu moich słów, mój synu?" zapytał Amandil. „Może powinienem lepiej przykładać się do twoich studiów, jeśli nie potrafisz uchwycić mych zamysłów. Nasz przodek, Earendil Żeglarz zrozumiał wieki temu, że jedyna nadzieja w wojnie przeciwko Morgothowi leży w pożeglowaniu do Valinoru i wybłaganiu u Valarów bezpośredniej interwencji. Jak on, tak i ja zrozumiałem, że naszą jedyną nadzieją jest wysłanie emisariusza do Valarów, by wybłagał u nich interwencję przeciwko Sauronowi i naszemu szalonemu królowi."
Elendil patrzył ze zgrozą na Amandila. Czy jego ojciec naraz postradał zmysły, wiedziony obłędem lat walki i wygnania? „Ojcze!" zawołał. „Przemawia przez ciebie szaleństwo! Człowiek nie może dotrzeć do Valinoru żywy! Gdybyśmy wysłali statek, rozbiłby się tylko na kawałki o skały Zaczarowanych Wysp! Nawet jeśli, cudem, uniknął by wszystkich przeszkód i dotarł do brzegów Amanu, nie pozwolono by mu już nigdy wrócić do śmiertelnych krain! Dla rodziny tutaj, pozostałby martwy. I w żadnym razie nie ma gwarancji, że Valarowie odpowiedzą na te prośby."
„Nie, nie ma na to gwarancji" rzekł Amandil. „Lecz jest to nasza jedyna nadzieja, jeśli nasi zwolennicy mają uniknąć śmierci w Numenorze, lub wygnania z tej krainy na zawsze. I wiem bardzo dobrze, że człowiek, który ustawi ster na Valinor nie znajdzie się więcej wśród śmiertelnych ludzi, nawet jeśli przetrwałby tę wątpliwą podróż. Dlatego emisariuszem, którego wysyłamy do Valarów musi być stary człowiek i tak bliski końca swoich dni, ktoś kto poniósłby odpowiedzialność za dobro swych ludzi. Dlatego to muszę być ja!"
Elendil wpatrywał się w swego ojca i widział tylko wyraz jego starych oczu. Poczuł jak łzy zaczynają ciążyć mu pod powiekami, ale odgonił je z wstydem. „Ojcze, błagam cię!" powiedział. „Jeśli w swej mądrości uważasz, że winniśmy wysłać posłańca do Valarów, to niech to będę ja! W moich dwóch chłopcach masz swych dziedziców, i mogą oni rządzić, gdy mnie zabraknie…"
„Nie, Elendilu!" rzekł Amandil, prostując się do swej pełnej wysokości, autorytet pobrzmiewał w jego starczym głosie. „Jestem zwierzchnim lordem Andunie, władcą wszystkich ludzi żyjących dziś w Romennie. Moją jest odpowiedzialność. Pojąłem już decyzję i przychylisz się do niej jako mój syn i mój wasal. Przygotuj dla mnie zaraz mały statek, jedną z portowych łodzi i załaduj ją odpowiednim ładunkiem, tak bym przetrwał podróż do Valinoru. Odpłynę jeszcze tej samej nocy, gdyż nie zamierzam pogrążać się w smutku długich pożegnań z tobą i twymi synami. Gdy żagiel mego statku zniknie na horyzoncie, tytuł suwerena lorda tego rodu przejdzie na ciebie, Elendilu. Obyś rządził rozumnie i sprawiedliwie w tych ciężkich czasach."
Elendil poczuł jak łza spływa mu po policzku, lecz skinął głową. Jako szlachcic Numenoru, wierny starym prawom, wiedział, że obowiązek zawsze przychodzi pierwszy. Objął swego ojca i sprowadził go po schodach wieży w kierunku doków.
Gdy wychodzili z wieży, natknęli się na Isildura i Anariona, bogato ubranych, w towarzystwie trzech najstarszych i najwyższych rangą służących. „Gdzie w imię Manwego podziewałeś się ojcze?" zapytał Isildur. „Uczta już się zaczęła, wszyscy goście już przybyli i nie chcielibyśmy zwlekać ani chwili dłużej. Zamierzali wszcząć bunt, jeśli nie otworzymy im butli ale" zaśmiał się. „I ty powinieneś do nas dołączyć, dziadku. Wielu z naszych gości pytało już o ciebie." Wtedy dostrzegł nastrój swego ojca i dziadka i zamilkł.
„Co wam dolega, moi panowie?" zapytał Anarion. „Wyglądacie, jakbyście zobaczyli widmo."
Elendil nie odpowiedział, gdyż nie mógł znaleźć słów na wyrażenie goryczy swego serca. Amandil przywołał blady uśmiech i położył jedną rękę na szerokich barkach Isildura, a drugą na szczupłych ramionach Anariona.
„Moi chłopcy" powiedział Amandil miękko. „Obawiam się, że nie mogę uczestniczyć w uczcie. Obowiązek wzywa i tej nocy muszę was opuścić, wyruszyć na misję wielkiej wagi. Nie będę teraz o tym mówił" rzekł, uciszając ich. „chociaż możecie spytać waszego ojca, gdy będzie już gotowy wam odpowiedzieć. Nie wiem kiedy i czy w ogóle wrócę."
Westchnął, ale potem uśmiechnął się trochę szerzej. „Jeśli nie wrócę, wiedzcie ze jestem dumny z was, tak jak tylko człowiek może być dumny ze swoich wnuków. Wiem, że obaj prowadzić będziecie życie z honorem i godnością i nigdy nie ustaniecie w swych wysiłkach w walce przeciwko Nieprzyjacielowi. Jesteście swoimi największymi sojusznikami, gdyż gdy twoja siła i śmiałość, Isildurze, połączone są z chłodną głową i bystrym umysłem Anariona, żaden człowiek nie stanie wam na przeszkodzie. Nigdy nie walczcie oddzielnie, kiedy możecie zrobić to razem! Oby wam się dobrze wiodło!"
Isildur i Anarion stali niczym posągi, zbici z tropu i zasmuceni przez te nagłe wieści. Skinęli w ciszy głowami swojemu dziadkowi, a potem odwrócili się do trzech towarzyszących im starszawych służących, którzy wyglądali na oszołomionych na wieść, że ich pan miał wkrótce ich opuścić.
„Moi przyjaciele" rzekł Amandil. „jeśli mogę wydać wam polecenie, możliwe że ostatni raz. Czy możecie zebrać moje rzeczy i trochę żywności na podróż, która mnie czeka?"
„Tak, mój panie" odpowiedział jeden z nich, a jego czarne oczy wpatrywały się smutno w Amandila. „Pójdziemy na koniec Ziemi by ci pomóc, jeśli będzie trzeba. Z pewnością to wiesz, mój panie."
Amandil uśmiechnął się i gestem nakazał im podążyć za sobą do jego komnaty.
Gdy Amandil i jego służący odeszli, Elendil zwrócił się do synów, jego głos ciążył mu smutkiem. „Nie mówcie nikomu, co tutaj zaszło" powiedział. „Nie udam się na tę ucztę, lecz wy musicie teraz na nią wrócić, by reprezentować swój ród. Zróbcie co możecie, by wydawać się ludziom radośni. O brzasku spotkajcie się ze mną w mych komnatach, a ja wyjaśnię wam wszystko, co wydarzyło się tej nocy. Potem powiemy ludziom to, co będzie trzeba."
Isildur i Anarion skinęli milcząco głowami, a potem odwrócili się i zaczęli iść powoli w kierunku wielkiej sali, szepcząc między sobą zawzięcie.
Godzinę później łódź Amandila była gotowa, a jej małe białe żagle, przetykane błękitem i złotem, trzepotały w morskiej bryzie. Amandil stał na trapie, obok trzech starszych służących, którzy pomogli mu wnieść żywność, wodę i kilka osobistych rzeczy na pokład. Nalegali, by pozwolił im towarzyszyć sobie, w życiu i śmierci, jako jego załoga. Amandil, uzyskawszy od nich przysięgę milczenia, wyjawił im swój cel i straszliwe zagrożenie, któremu stawią czoła, lecz nie odwiodło ich to od postanowienia. Amandila głęboko wzruszyła ich lojalność. Rozumiejąc trudności operowania łodzią samemu, przychylił się, acz niechętnie, do ich prośby.
Amandil spojrzał na Elendila i wydobył z sakwy przy swym pasie Pieczęć Zwierzchnika Andunie. Umieścił ją w jego ręce, przekazując zwierzchnictwo swemu synowi. Nagle objął go mocno bez słowa. Potem odwrócił się i wszedł z trapu na łódź, w towarzystwie swej załogi. Jeden z nich przypiął sztandar z osobistym znakiem Amandila do masztu. Trap i kotwica została podniesiona. Potem statek odbił od molo, i popłynął wdzięcznie w kierunku zewnętrznego portu, do przejścia bronionego przez potężny, metalowy łańcuch. Kilka barek na patrolu rozpoznało osobisty znak Amandila i odciągnęło łańcuch na krótką odległość od murów. Łódź Amandila ominęła mury i wypłynęła z zewnętrznego portu na otwarte Morze.
Elendil wiedział, że nie może płakać przed ludźmi Romenny. Pośpieszył w kierunku pałacowej strażnicy, omijając kręte ulice i aleje, obok pokrytych bluszczem domów z szarego granitu i ich dziedzińców. Jego zaczerwienione oczy przyciągały ciekawskie spojrzenia mieszkańców, wśród których już zaczęły krążyć plotki o odpłynięciu Amandila.
W końcu sam na dachu wieży, Elendil nie skrywał łez i płakał otwarcie, gdy patrzył jak statek jego ojca kieruje się na wschód przez Morze, jego żagle stają się coraz mniejsze, aż znalazły się poza zasięgiem wzroku zwykłego człowieka. Lecz Elendil, swymi daleko-widzącymi oczami zobaczył jak statek ustawia ster w kierunku północno-zachodnim, gdy dosięgnął ostatecznego horyzontu. Zaszło słońce i blade światło gwiazd prześwitywało przez białe żagle statku, który miał zawieść Amandila na Zachód Zachodu, lub do wodnego grobu.
A potem statek zniknął. Elendil, syn Amandila, nie zobaczył już więcej swego ojca.
