Błyskawica i ogień.

Pośród marmurowych murów Sali Tronowej w Armenelos król Ar-Pharazon Złoty, odziany w szkarłatne szaty i purpurowy płaszcz, słuchał raportu szpiega, który trwał skulony w pokłonie u jego stóp.

Pokój był mroczny i pełen cieni, oświetlony tylko przez dwa piecyki z brązu, stojące przy podstawie schodów wiodących do tronu. Dymy powstałe z ofiary ze sług Eru, lata wcześniej, oczerniły sufit i odcięły światło, które niegdyś przeświecało przez osadzone w nim kamienie. Łuki, wycięte przy podstawie kopuły, udrapowane były czarnym materiałem. Sala Tronowa nie była już dłużej zwieńczona Kopułą Gwiazd, lecz raczej Kopułą Ciemności. Pomysł ten pochodził od Saurona, który nalegał, że nowa mroczna aura komnaty będzie przyjemna Melkorowi. Za każdym razem, gdy wielbiciele Melkora wkraczali do Sali Tronowej i podnosili głowy, nie dostrzegali więcej obrazu gwiazd, ukochanych przez przeklętych Valarów. Widzieli płachtę czerni i rozmyślali nad istotą Pustki, która stanowiła siedzibę ich Pana.

Po obu stronach tronu stało dwóch Strażników Domu Królewskiego, odzianych w swe pełne splendoru tuniki z czerni i szkarłatu, trzymających sztywno włócznie w trakcie swej czujnej warty. Po prawej stronie tronu siedział sam Sauron, na hebanowej ławce Namiestnika. Od czasu morderstwa Nuphkora, kilka lat wcześniej, Sauron, pełen niewyczerpanego wigoru, wznowił służbę jako Namiestnik, obok swojej kapłańskiej pozycji. Jego młodzieńcze rysy były spokojne i nieodgadnione, gdy słuchał opowieści szpiega.

Król, jednakże, był w wyjątkowo niecierpliwy. Zauważając z niesmakiem ciemne szaty szpiega, ciągle splamione brudem dwóch dni jazdy, zdecydował się zakończyć jego paplaninę.

„Co rozumiesz przez `wyparował`?" uciął Ar-Pharazon."Gdzie wyparował? Gdzie mógł pójść taki stary łamaga jak Amandil, w imię Melkora? Jest już jedną nogą w grobie."

„Mój suzerenie" odparł szpieg, „chodzą plotki…"

„Chodzą plotki?" przerwał Sauron, w jego czystym głosie zabrzmiała lodowata nuta. Szpieg patrzył na niego, sparaliżowany, jak królik pod spojrzeniem węża.

„To czego chcemy" kontynuował Wysoki Kapłan. „to konkretnych informacji. Nie wieści, nie plotek, lecz niezaprzeczalnych faktów. Za to ci płacimy, czyż nie tak?"

„Oczywiście, m-mój panie" wyjąkał szpieg. Jednocześnie przeklął w myślach swój pech, który kazał mu dostarczyć raport królowi, gdy był przy tym obecny przerażający Wysoki Kapłan Melkora. „Jedynym faktem, jakim znam" kontynuował. „jest to, że Amandil zniknął z Romenny na dobre. Wiem także, że Elendil ogłosił publicznie, iż Amandil wyruszył na misję wielkiej wagi, lecz przed tym przekazał suwerenną władzę nad Andunie i Urząd Władcy Romenny na samego Elendila. Elendil zaprezentował ludziom Pieczęć Władcy Andunie, na dowód jego nowego autorytetu."

„Jaką misję?" warknął król. „I do kogo?"

Cho… chodzą plotki, mój suzerenie" powiedział szpieg. „że widziano go wypływającego z Romenny małą łodzią, w towarzystwie trzech siwobrodych służących, tak zatroskanych, że wydawali się prawie tak starzy jak on." Zerknął nerwowo na wymizerowaną twarz króla, zauważając z ulgą, że Ar-Pharazon nie wziął tego do siebie. „Mówi się, że łódka popłynęła na Wschód. Niestety, nie widziałem tego na własne oczy."

„Wschód" zmarszczył czoło Ar-Pharazon. „Misja wielkiej wagi. Phe! Nie ma nikogo takiego na Wchodzie, kto mógłby stanowić jakąś pomoc dla heretyków z Romenny. Zdradzieckie elfy ze Śródziemia mogą najwyżej szepnąć kilka nowych kłamstw do uszu Amandila i zachęcić go, by wywołał powstanie w Numenorze. Może nawet dadzą mu jedną ze swych błyskotek, by zaspokoić jego próżność. Lecz same nie ruszą palcem, by mu jakoś pomóc."

„Amandila nie ma na Wschodzie" powiedział dobitnie Sauron. „Żaden Człowiek Numenoru nie może postawić stopy w Śródziemiu bez mojej wiedzy. Może pamiętasz, na przykład, jak Elendil wyruszył na wyprawę do Lindonu lata temu. Myślał, że utrzyma to w tajemnicy. Lecz wiele mam sług pośród ptaków i bestii Śródziemia i przez nie dowiedziałem się o jego obecności, niemalże z chwilą, gdy postawił stopę na tych odległych brzegach, nawet jeśli wciąż byłem obecny w Numenorze. Nie ma jednak śladu Amandila w tamtych krainach."

„Gdzie on zatem jest?" zapytał król. „Z całą pewnością nie dostaliśmy wieści, jakoby był on obecny gdziekolwiek poza Numenorem."

„Znalazł się całkowicie poza moim zasięgiem" odparł Sauron, „chociaż przyznaję, że nie potrafię poznać miejsca pobytu człowieka na tej ziemi tak łatwo jak w Śródziemiu, gdyż ta kraina wciąż jest mi nową, według mojej miary czasu. Jeśli nie ma go ani na Wschodzie, ani w śmiertelnych krainach Zachodu, to może Amandil jest martwy." Potem dodał z uśmiechem „Albo może jego drogocenni Valarowie przyjęli go w swej własnej krainie."

„Przyjęli go!" prychnął król. „On nie przyjmują żadnego człowieka po dobroci! To przez ich głupią dumę muszę wysłać armadę, by zdobyć siłą to, co mi się prawowicie należy!"

„Oczywiście, mój suzerenie" rzekł Sauron kojąco. „To był tylko mały żart, chociaż obawiam się, że w złym guście. W każdym razie, wygląda na to, że tego starego głupca Amandila nie ma w Numenorze, a nie mogę wyczuć żadnych oznak jego obecności w Śródziemiu. Wątpliwym jest, by przetrwał tak wiele tygodni na pełnym morzu, w takiej małej łódce. Zatem, można bezpiecznie założyć, że raczej jest martwy. Jednakże…" Popatrzył na szpiega. „Jak wiele czasu upłynęło między domniemanym wypłynięciem Amandila w morze, a przejęciem zwierzchnictwa przez Elendila?"

„Zaledwie jeden dzień, mój panie" rzekł szpieg.

„A jednak zwlekałeś pięć tygodni przed złożeniem raportu?" spytał Sauron, unosząc czarną brew.

„Mój panie…" odparł szpieg niepewnie, „Romenna jest dobrze strzeżona. Z wielkim trudem w ogóle się tam dostałem, gdyż ludzie Amandila przepytywali mnie bardzo dokładnie, jak wszystkich, którzy szukają wejścia do miasta. Odejście z Romenny na kilka dni, dostatecznie długo na podróż do Armenelos, bez wątpienia rzuciłoby na mnie podejrzenia, gdyż żaden z heretyków nie ośmieli się odjeżdżać zbyt daleko od tego miejsca. Nie będę mógł wejść z powrotem do Romenny, bez narażania się na ogromne ryzyko wykrycia jako jeden z Ludzi Króla. Przewidując to, chciałem spędzić tyle czasu, ile się da w Romennie, starając się odkryć prawdę ukrytą za wyprawą Amandila i wersją Elendila, zanim uciekłem z tego gniazda heretyków, w celu złożenia raportu. Odszedłem dopiero wtedy, gdy stało się jasne, że nie ma więcej twardych faktów do zebrania – nie dla mnie, w każdym razie."

„Istotnie" rzekł Sauron, nie zdradzając, czy uwierzył w wersję szpiega. Potem zwrócił swój wzrok ku górze, wyraźnie zagłębiony w myślach. „Zastanawiam się, czemu Amandil, przed swym zniknięciem, przekazał władzę Elendilowi? Ktoś mógłby pomyśleć, że nie spodziewał się wrócić z tej domniemanej misji." Uśmiechnął się. „Po prawdzie, gdyby chodziło tu o jakąkolwiek inną szlachecką rodzinę Numenoru, wywnioskowałbym po prostu, że niecierpliwy dziedzic zamordował swego ojca i ukradł Pieczęć Władzy, rządny swoich rodzonych praw, a potem zmyślił historyjkę, by ukryć swe zbrodnie."

Potem Sauron się skrzywił. „Lecz ten banalny półgłówek Elendil, bez wątpienia stawia się ponad takimi zagraniami, jak ojcobójstwo i kradzież. Wątpię, by zabił on Amandila." Rozmyślając intensywnie, dodał „Czytałem zwój z Sali Zapisków, mówiący że wśród rodziny królewskiej tej wyspy panował zwyczaj, by starzejący się król przekazywał tron swojemu synowi, jeszcze za życia. Możliwe, że Amandil, wiedziony kaprysem, postanowił przywrócić ten starożytny zwyczaj, we własnej rodzinie?"

„Cóż, pomyślę nad tą zagadką" kontynuował Sauron. „Niemniej jednak, jak powiedziałem, nie ma, przy całej mojej wiedzy, żadnego śladu Amandila tutaj, czy w Śródziemiu, a jest bardzo wątpliwym, by przeżył tak długo na morzu w małej barce, z ograniczonym zapasem słodkiej wody. Z pewnością musi nie żyć."

„Brzmi to racjonalnie" wywnioskował król. „Więc w końcu, Amandil jest martwy, zagubiony w morzu. Szkoda w takim razie, że nie znajdę nigdy jego grobu. Gdybym znalazł, zatańczyłbym na nim!" Rechotał radośnie przez kilka minut, podczas gdy Sauron uśmiechał się pobłażliwie.

Lecz wtedy nastrój króla znowu się oziębił. „A teraz ten słabeusz Elendil zwie się lordem Andunie, Władcą Romenny. Pan Niewiernych! Władca gnojowisk!"

Sauron ponownie zwrócił się do szpiega i od niechcenia wskazał na wielkie drzwi z brązu, wiodące do wyjścia z Sali Tronowej. „Masz naszą wdzięczność za swe wysiłki. Możesz odejść." Szpieg skłonił się nisko, a potem umknął, szczęśliwy, że wyszedł ze spotkania z hierofantem Melkora bez utraty głowy, albo gorzej.

Możliwe, że zbyt szybki był w świętowaniu ucieczki. Sauron powstał z ławki i ruchem szybkim jak uderzający wąż, wyrwał włócznię z uścisku najbliższego strażnika. Cisnął ją w szpiega, a pocisk grzmotnął pechowego człowieka w plecy. Szpieg wrzasnął i szarpnął spazmatycznie ramionami, nim legł jak kamień na posadzce. Jego ciało drgało jeszcze krótko, a potem legło nieruchomo w kałuży własnej krwi. Dwóch Strażników przy tronie zeszło w dół schodami i zabierając włócznię, podnieśli ciało szpiega i wywlekli je z sali. Dwóch innych strażników wyszło z cieni, by zająć ich miejsce. „Może następny szpieg, którego wyślemy do Romenny, będzie w stanie oddzielić kłamstwo od prawdy, gdy ty nie umiałeś" skwitował Sauron.

Odwracając się do króla, którego wymizerowane rysy wykrzywiły się w rozbawionym uśmiechu na ponury żart Saurona, rzekł „Myślę, Wasza Królewska Mość, że nadszedł w końcu czas, by poddać lojalność Elendila próbie. Na to, że jest heretykiem, nie ma najmniejszych wątpliwości. Czy jest, w świetle prawa, także zdrajcą? Nadszedł czas, by odkryć prawdę. Pamiętasz, jak kilka miesięcy temu, proponowałem przetestować jego byłego i nieopłakiwanego ojca, przez wydanie mu rozkazu wysłania swych sił, by dołączyły do naszych oddziałów. Amandila, jak się okazuje, już nie ma. Jednak nie ma powodu, dla którego nie moglibyśmy poddać tej próbie jego syna. Wyślij posłańca do Elendila i każ mu zwołać każdego mężczyznę z Romenny, zdolnego dzierżyć pikę i włócznię, i wysłać ich na punkt zbiórki niedaleko Andunie, gdzie oddadzą się pod twe dowództwo. Elendil z pewnością słyszał wieści o gromadzeniu wojsk i marynarki z całego świata, jednak nie musimy mu wyjawiać ostatecznego powodu, dla którego zbieramy takie siły. Jest twoim wasalem i musi usłuchać twych rozkazów w czasie wojny, nie zadając pytań. Jeśli tego nie zrobi, ukaże siebie jako zdrajcę i całe poważanie i sława jego domu nie wystarczą, by usprawiedliwić go w oczach możnych i ludzi. A wtedy…"

„A wtedy jego głowa udekoruje bramy mego Pałacu!" zaśmiał się król. „Z radością poświęciłbym cały pułk żołnierzy w walce przeciwko psom z Romenny, jeśli położyłoby to kres temu wścibskiemu Elendilowi. Mogą od razu pozbyć się Wilczej Głowy i tego fajtłapy Anariona, jeśli chciałby przeszkodzić wymierzaniu królewskiej sprawiedliwości. Skryba!"

Z cieni przy tronie wystąpił chudy, zmęczony człowiek w szarych szatach, uzbrojony w rylec i woskową tabliczkę. Ar-Pharazon podyktował swe rozkazy dla Elendila i poinstruował skrybę, by wysłano je na pergaminie, z przybitą królewską pieczęcią, w ciągu godziny. Kłaniając się nisko, skryba wybiegł z sali tronowej w kierunku swych własnych komnat, by wykonać to ważne zadanie. Sauron, w międzyczasie, spochmurniał, na jego twarzy zagościł rzadki wyraz utrapienia, nawet niepokoju.

„Kolejny pracowity dzień za nami" rzekł król z satysfakcją. „Myślę, że udam się na trochę do swych komnat, gdyż potrzebuję odpoczynku, nie mówiąc już o strawie i winie."

„Ważne jest byś zażywał odpoczynku i zbierał siły na nadchodzące dni, mój suzerenie" rzekł Sauron, chociaż nie potrafił ukryć swego roztargnienia.

„O co chodzi, lordzie Sauron?" zapytał król, unosząc delikatnie srebrną brew. „Rzadko okazujesz jakiekolwiek objawy zmartwienia, czy zwątpienia. Czy nie cieszy cię, że wkrótce pociągniemy Elendila do odpowiedzialności, jednym lub drugim sposobem?"

„Coś jest nie tak, Wasza Królewska Mość" przyznał Sauron. „Coś niedobrego się dzieje, bardzo blisko nas. Nie jestem pewien, co to jest, chociaż…"

W tym momencie, kute drzwi Sali Tronowej wydały potężny jęk i otworzyły się na tyle, by wpuścić posłańca, odzianego w szkarłatną tunikę i pończochy. Posłaniec ruszył przez salę ku podstawie Tronu, a potem wykrzyknął, „Mój panie, Armenelos jest atakowane!"

Co?" zawołał król, podrywając się z tronu. Sauron opadł na ławkę, z wyrazem szoku na jego pięknej twarzy, jeśli to w ogóle możliwe.

„Armenelos nigdy nie była atakowana od początku jej istnienia!" wrzasnął król, jego skrzeczący głos załamał się z poruszenia. „Nie dosięgnie jej żadna marynarka! Żadna istniejąca armia nie jest w stanie jej zagrozić!"

„Mój panie" odparł posłaniec – wyszkolony, by mówić wyraźnie i z siłą, nawet w takiej sytuacji – „nie jesteśmy atakowani z lądu, czy z morza. Atak nadszedł z powietrza! Wielkie Orły latają nad miastem, krzycząc i skrzecząc, ciskając piorunami w budynki i ludzi w dole!"

„Orły!" powiedział Sauron, powstając z ławki. „Manwe … więc tyś zadał pierwszy cios…" Król, ogłupiały, nie mógł dobyć słowa.

„Ludzie się burzą" kontynuował posłaniec. „Wielu biega po ulicach w panice. Inni zebrali się na głównym placu, przed Świątynią Melkora, nawet gdy Orły atakują samą Świątynię! Płaczą i zawodzą, a niektórzy krzyczą, że Melkor nas porzucił, że teraz musimy stawić czoła Gniewowi Valarów…"

„Gniew Valarów!" splunął Ar-Pharazon, jego twarz stała się purpurowa z furii. „Straże! Przygotujcie mą wojenną karocę i olbrzymią eskortę, szybko! Jedziemy natychmiast do Świątyni Melkora! Będziesz mi towarzyszył, lordzie Sauron."

„Jak rozkażesz, mój suzerenie" rzekł Sauron, jego głos nie zdradzał żadnych emocji. Nikły ogień napisu na jego złotym pierścieniu zbladł do słabej poświaty.

Pełen młodzieńczego wigoru król pośpieszył przez Salę Tronową, z Sauronem za swymi plecami. Krzyki i wrzaski pobrzmiewały teraz z wnętrza Pałacu, jak i spoza niego. Gdy ruszyli długim, marmurowym korytarzem, który wiódł ku wyjściu z Pałacu, dogoniła ich wielka, uzbrojona po zęby grupa Strażników Domu Królewskiego, w sile dwustu mężczyzn, których wezwano w pośpiechu z koszar. Pomaszerowali oni w dół korytarza za królem i jego Wysokim Kapłanem, tupot ich podkutych stóp pobrzmiewał w szerokim przejściu.

Koniec korytarza znaczyły wielkie drzwi z solidnego dębu. Gdy ich strażnicy otworzyli je szeroko, król, za którym podążał Sauron i Strażnicy, wyszedł na szeroką zewnętrzną werandę, spoglądając na Wschód.

Weranda mieściła się na szczycie kolumny dwustu wykutych w marmurze schodów, pod którymi leżał rozległy brukowany dziedziniec, otoczony łukowatymi murami z marmuru, w których znajdowały się Królewskie Stajnie. Po drugiej stronie dziedzińca widniały otwarte wrota, strzeżone tylko przez garstkę Strażników i drewnianą belkę, umieszczoną na osi – gdyż nie spodziewano się prawdziwego oblężenia Pałacu Armenelos. Poza bramą leżało właściwe miasto, które rozpościerało się milami na wszystkie strony, opadając łagodnie zboczami w kierunku odległego portu. Olbrzymia Świątynia Melkora, jej niegdyś srebrna kopuła poczerniała teraz od dymów, uchodzących stale z płonących wewnątrz ogni, dominowała na niebie, a inne budynki wydawały się maleć przy jej ogromie. Nawet teraz, czarna, wężowa spirala dymu ulatywała ku niebu, kalając wiele mil jego przestrzeni.

Strażnicy bramy mieli pełne ręce roboty, rozganiając tłum mieszczan, którzy zatłoczyli ulice przed Pałacem. Płacząc i krzycząc, niektórzy z nich błagali króla o ochronę, gdy inni otwarcie grozili wyłamaniem bram i strąceniem Monarchy z tronu, jeśli nie przyjdzie im z pomocą. A gdy spojrzało się na niebo w górze, przyczyna tego szału i grozy stawała się jasna.

Niebo było ciemne od chmur burzowych, które grzmiały złowrogo. Wzmógł się silny wiatr, smagając drzewa i szorując mury. Tu i tam ciężki deszcz gradu spadał na miasto, siekając tych nieszczęśliwców, których zastał na dworze. Lecz cała groza tych zjawisk bladła w porównaniu z olbrzymimi pociskami błyskawic, ciskanych z niebios na rozkaz olbrzymich Orłów!

Orzeł nie wydawał się odpowiednią nazwą dla tych bestii, których rozłożone złote skrzydła rozciągały się na sto stóp. Ich lazurowe oczy błyszczały wściekle, a z ich srebrnych dziobów wydobywały się ogłuszające wrzaski furii. Grupa dwudziestu tych uskrzydlonych potworów krążyła nad miastem, a gdziekolwiek jeden z nich przystanął na moment, zaraz olbrzymia błyskawica wystrzeliwała z niebios, po której następował gigantyczny grzmot, od którego drżała ziemia. Gdziekolwiek jedna z tych błyskawic trafiła w budynek, wzniecała ona wielką fontannę iskier, a jego dach i ściany waliły się w dymiące gruzy.

Jasnym było, nawet z tej odległości, że Orły koncentrowały swą furię na Świątyni Melkora. Piorun za piorunem raził olbrzymią konstrukcję, a z każdym ciosem sterta poczerniałego marmuru lub podniszczonego srebra opadała na ziemię. Widząc to, Sauron zmrużył oczy, a napis na jego złotym pierścieniu rozbłysnął jasno.

„Przyprowadźcie mą karocę, wy głupcy! Szybko!" wrzasnął król, głosem stłumionym przez wyjący wiatr. Grupa Strażników pośpieszyła w kierunku stajni, rozmieszczonych wzdłuż dziedzińca. W ciągu kilku minut część z nich wyciągnęła złotą wojenną karocę króla, dostatecznie wielką, by pomieścić dwoje ludzi, i przypięła do niej osiem wspaniałych, karych rumaków. Reszta Strażników, wspomaganych przez stajennych, wyprowadziła dostatecznie dużo pośpiesznie osiodłanych koni dla siebie i swych kamratów. Gdy prowadzili oni swe wierzchowce w kierunku podstawy schodów, Ar-Pharazon i Sauron ruszyli stronę karocy.

Nagle, Sauron przystanął, spoglądając w niebo. Potem powalił króla na ziemię, osłaniając go własnym ciałem. Nie o chwilę za wcześnie, gdyż dostrzegł ich jeden z Orłów! Skrzecząc w bitewnej furii, posłał w ich kierunku błyskawicę, chybiając króla o niecałą stopę. Zamiast tego, błyskawica poraziła stojących za nim Strażników, dwudziestu z nich zniknęło w deszczu iskier i kamieni, a reszta została wyrzucona z siodeł i grzmotnęła o ziemię, wyraźnie ogłuszona.

Sauron poderwał się na nogi, wpychając roztrzęsionego króla do karocy. „Szybko, Wasza Królewska Mość" zawołał, przekrzykując wiatr. „Musimy dotrzeć do Świątyni Melkora, jeśli nie chcemy podzielić losu twej Sali Tronowej!"

„Jakiego losu?" zawołał król. Sauron wskazał na Kopułę Ciemności, górującą nad kompleksem pałacowym. Olbrzymi Orzeł, pozbawiony swego łupu przez Moc większą od niego, obrał swój następny cel. Z triumfalnym okrzykiem skrzydlata bestia cisnęła olbrzymią błyskawicę w Kopułę. Wystrzelił wielki snop iskier i ognia, gdy z donośnym hukiem Kopuła roztrzaskała się na kawałki, które zwaliły się do wnętrza Sali Tronowej! Wielki całun pyłu uniósł się ze zrujnowanej konstrukcji, a Orzeł, z drwiącym okrzykiem, okrążył Pałac i dołączył do swych braci, atakujących Świątynię Melkora ze zdwojoną furią.

Oniemiały z wściekłości, król skinął głową, a Sauron podsadził go do złotej karocy. Potem wskoczył do środka, sam chwycił za lejce i skinął ocalałym Strażnikom, którzy podnieśli się ze schodów, by podążyli za nimi.

Z wściekłym okrzykiem w jakimś nieznanym, barbarzyńskim języku, Sauron smagnął lejcami. Kare rumaki, jakby opętane przez jakiegoś demona, popędziły naprzód, z wytrzeszczonymi oczami i spienionymi pyskami. Strażnicy, którzy szybko dosiedli własnych koni, musieli się wysilić, by dotrzymać szalonego tempa królewskiej karocy.

Gromiąc wzrokiem tłum nieposłusznych cywilów poza bramą, Sauron skierował powóz wprost na nich, nie czekając aż strażnicy bramy odciągną belkę, zagradzającą wyjście z dziedzińca. Sauron, trzymając lejce w lewej ręce, wyciągnął prawą dłoń i wymówił Słowo Rozkazu. Drewniana belka, jakby walnięta gigantycznym młotem, roztrzaskała się na tysiąc drzazg, a Sauron wjechał dudniącą karocą bezpośrednio w tłum. Kilku z niezadowolonych mieszkańców uskoczyło z drogi, lecz inni zostali stratowani pod kopytami rumaków. Ar-Pharazon, delektując się tą niespodziewaną przemocą, wydał krwiożercy okrzyk, a konni Strażnicy wznieśli swe tarcze i opadli na tłum, uderzając umbami tarcz i trzonkami włóczni w każdego, kto utrudniał im przejazd.

Królewska karoca, z podążającymi za nią Strażnikami, kołysząc się w porywach agresywnego wiatru siekających miasto, pędziła szeroką, brukowaną drogą, wiodącą z bram Pałacu, obok niezliczonych posiadłości, ogrodów i budynków publicznych, aż do głównego rynku, leżącego w sercu metropolii. W samym centrum placu stała Świątynia Melkora, chwiejąca się od zaciekłego ataku Orłów Manwego. Nawet z tej odległości, można było zobaczyć wielki tłum, zapełniający plac, a krzyki i zawodzenia mieszkańców niosły się na mile.

„Niewdzięczna chlewnia!" splunął król, ściskając pobladłymi pięściami obręcz karocy. „Podarowaliśmy im błogosławieństwo Melkora, pokazaliśmy prawdę o genezie Świata i sposób, w jaki mogą sięgnąć po należne im miejsce. I tak nam odpłacają – pokazując swe tchórzostwo na pierwszą oznakę oporu ze strony Valarów! Powinni wszyscy spłonąć!"

„Nasza władza nad ludźmi jest silna, mój suzerenie" odparł Sauron, prowadząc karocę przez most kanału i obok stłoczonych budynków i zawiłych ulic starej dzielnicy. „Tylko szokująca natura tego spektaklu, połączona może z okrzykami kilku ukrytych zdrajców i niewiernych, sprawiła, że się zachwiali. Nie obawiaj się – jeśli tylko dotrę na dach Świątyni na czas, wtedy rozegra się przed nimi zupełnie inny spektakl, taki, który upokorzy zdradzieckich Valarów i ich latające bestie, i uciszy tych wszystkich, którzy wątpią w potęgę Melkora!" Król rozpromienił się z radości, jak zawsze uspokojony mądrością i pewnością siebie Saurona.

W końcu królewska karoca, wraz z eskortą konnych Strażników, dotarła do końca długiego bulwaru, który wychodził na główny rynek. Gdy wjechali na rynek, hałas nad nimi stał się ogłuszający. Były tam niezliczone tysiące cywilów, głównie kobiet i starców, lecz także więcej niż kilku z młodszych mężczyzn, którzy do tej pory uniknęli poboru. Tłuszcza oszalała na widok króla i jego Wysokiego Kapłana, który, jak na razie, okazał się całkowicie nieefektywny w starciu Orłami. „Jego Królewska Mość i lord Sauron ocalą nas!" desperacko wołali niektórzy, gdy inni krzyczeli w rozpaczy „Melkor nas opuścił! Nasze ofiary były na próżno!"

Kilka śmiałych dusz wrzasnęło nawet „Melkor już dawno został pokonany przez Valarów, nie może nas ocalić!" „Musimy błagać Valarów o łaskę, póki jeszcze jest czas!" Król pogroził swą pomarszczoną pięścią niewiernym. Sauron zanotował ich w myślach, lecz nie zareagował na te odzywki, skupiając się na prowadzeniu powozu przez tłum i do frontowych schodów Świątyni. Wszystkie oczy wpatrzone były w niego i teraz, gdy otaczało go dziesiątki tysięcy świadków, starał się nie tratować żadnych mieszkańców w chęci szybkiego osiągnięcia celu.

Na niebie nad ich głowami, Orły wciąż okrążały Świątynię, ciskając błyskawicę za błyskawicą w jej dach, wzniecając fontanny iskier i wyrzucając w powietrze płonący żużel, opadający niczym śmiertelny deszcz na ludzi w dole. Krzyki i wrzaski ogromnych ptaków napełniały tłum przerażeniem.

Gdy karoca zatrzymała się przed schodami, jeden z Orłów wydał potężny okrzyk i wypuścił olbrzymią błyskawicę wprost na kopułę Świątyni. Nastąpił oślepiający rozbłysk światła. Potem, z ogłuszającym łoskotem, wielka sekcja dachu zapadła się do środka, uderzając poniżej w podłogę Świątyni, a wzniecony tym pył zmieszał się z czarnymi dymami, które wydobywały się z ognistego dołu w sercu budynku.

Ściągając wodze, które potem podał królowi, Sauron wyskoczył z powozu i pośpieszył w górę schodów, aż do hebanowych drzwi. Kapłani Melkora ze zgolonymi głowami, którzy zebrali się przed drzwiami Świątyni, by powstrzymać tłum przed splądrowaniem jej świętego wnętrza, zrobili przejście dla swego hierofanta, a drzwi rozwarły się na rozkaz Saurona. Bez słowa, wpadł on do środka i zniknął wszystkim z oczu.

W międzyczasie, Ar-Pharazon zszedł ze swej karocy. Otoczony przez eskortę konnych Strażników, których szkarłatno-czarne tuniki łopotały w wyjącym wietrze, wspiął się na schody Świątyni, tak by móc spojrzeć na tłum w dole. Pełen odrazy na widok słabości i niewierności tego motłochu, wzniósł ramiona, wskazując, że będzie teraz przemawiać do poddanych.

„Cisza, w imię króla!" krzyknęli Strażnicy. „Król chce przemówić!"

Te rozkazy nie wywarły żadnego efektu na zgromadzonych, którzy krzyczeli i płakali tak samo głośno, jak wcześniej. Wymizerowana twarz króla rozbłysła szkarłatem, gdy zachwiał się z upokorzenia, gdy został potraktowany, przez tak wielu swych poddanych i to na widoku publicznym, z całkowitym brakiem szacunku. Strażnicy podzielali jego wściekłość i klęli wściekle na tchórzliwe, zbuntowane szumowiny przed nimi. Odziani w czarne szaty kapłani Melkora patrzyli bez emocji na tą scenę, chociaż niektórzy z nich uśmiechnęli się porozumiewawczo do siebie.

Nagle potężny głos, czysty i wyraźny jak dźwięk srebrnego dzwonu, wybrzmiał z balkonu na dachu Świątyni, tuż pod podstawą jej srebrnej kopuły.

„SPÓJRZCIE!"

Tłum naraz ucichł. Król i Strażnicy odwrócili się i dostrzegli na balkonie Saurona, niewielką postać, której czarno-szkarłatne szaty przyciągały wzrok nawet z tej wysokości. Orły wrzasnęły w furii i wznowiły swój atak, ciskając pocisk za pociskiem w Świątynię swego Nieprzyjaciela.

„SPÓJRZCIE!" zawołał znowu Sauron. „Valarowie wysłali te bestie, by wzbudzić w nas niepewność i strach. I tak, niektórzy z was ulegli lękowi, okryli się hańbą, słuchając swych wątpliwości."

Pośród zgromadzonych panowała teraz grobowa cisza.

„Melkor zezwolił tym latającym bestiom zaatakować jego Świątynię, w celu przetestowania waszej wiary. Wielu przeszło test, chociaż niektórzy zawiedli. Teraz, test się zakończył, tak jak i ostatnia rebelia zdradzieckich Valarów! SPÓJRZCIE, jak Melkor ukazuje SWĄ MOC!"

Sauron wzniósł swe ramiona nad głowę. Wymówił dziwne słowa, w języku nieznanym nawet jego Kapłanom, którzy uważali się za dopuszczonych do największych tajemnic. Złowieszczy grzmot zagrzmiał z otchłani Świątyni, a Ziemia zaczęła drżeć, rzucając wielu zgromadzonych na placu na kolana. Orły wrzasnęły znowu – gniewnie, czy może z niepokojem?

Teraz z głębin Świątyni wydobywał się jasny blask i z wielkiej dziury w kopule wystrzeliła kolumna ognia, rosnąc, aż dosięgła do samych chmur!

Teraz Sauron opuścił ramiona, a tłum stał oniemiały z podziwu dla niesamowitego spektaklu, który rozgrywał się przed nimi. Wielka zasłona ognia przesunęła się w dół kolumny, osłaniając posrebrzoną kopułę Świątyni niczym świecąca, odwrócona misa. Misa ciągle rosła, aż pokryła całą Świątynię i większą część placu. Tłum, krztusząc się od odoru siarki, wypluwanego przez ogień, ledwie mógł wytrzymać jego okrutny żar, a wielu uniosło ręce, by osłonić swe oczy. Konie Strażników ogarnęło przerażenie, a wielu z żołnierzy musiało użyć wszystkich swych sił, by utrzymać oszalałe zwierzęta.

Jednak ci z ludzi, którzy wciąż patrzyli w górę, mogli zobaczyć, że szala zwycięstwa przechyliła się. Orły, krzycząc z frustracji, ciskały swe pioruny w Świątynię, lecz bez skutku. Raz po raz pociski odbijały się od ognistej tarczy i, nie wyrządzając jej żadnej szkody, leciały w chmury, z których przybyły!

W końcu, jeden z Orłów wydał żałosny jęk. Porzucając swój cel, zwrócił swój lot i poszybował powrotem na Zachód, gdzie zachodzące Słońce barwiło chmury szkarłatem, niczym krwią. Jego bracia, milczący i pełni rozpaczy, podążyli za nim i wkrótce znikli z widoku.

Czas zatrzymał się, gdy Sauron mierzył scenę wzrokiem – odwrót jego pokonanych wrogów, milczenie oszołomionego tłumu, rosnący żar i blask ognistej kopuły, wznoszącej się nad Świątynią. Potem, uśmiechając się z triumfem, wzniósł znów swe ramiona i wypowiedział więcej słów w nieznanym języku. Ognista kopuła wystrzeliła w niebo, tylko by zniknąć w potężnym rozbłysku światła i huku gromu. Kolumna ognia, która wyrastała z trzewi Świątyni, zaczęła opadać, aż w końcu zanikła we wnętrzu poszarpanej kopuły ze srebra. Jasny blask, który wydobywał się ze środka, zbladł do rudawego połysku i wszystko ucichło. Nawet wichry, które chlastały miasto chwilę wcześniej, rozproszyły się, gdy ich moc się wyczerpała. Sauron opuścił ramiona i stał bez słowa, bez ruchu jak hebanowa statua.

Król, który spoglądał na rozgrywający się cud z takim samym zdumieniem jak wszyscy, pierwszy zebrał myśli. Odwrócił się do tłumu i wyprostował się do swej pełnej wysokości, gdyż mimo zaawansowanego wieku wciąż był imponującą figurą, odziany w szkarłatne szaty i płaszcz z purpury.

„Valarowie wyprowadzili pierwszy cios" rzekł. „Następny będzie nasz!"

Strażnicy ryknęli z uznaniem, uderzając włóczniami o tarcze. Niektórzy z tłumu podjęli ich okrzyk, wrzeszcząc i tupiąc nogami o ziemię, uradowani zwycięstwem. Kapłani Melkora patrzyli z aprobatą, lecz milczeli, czekając na powrót swego pana.

Sauron zniknął z balkonu i teraz wyłonił się ze Świątyni, idąc w kierunku szczytu schodów. Gdy tłum go zobaczył, ich krzyki i ryki wzrosły dziesięciokrotnie. „Chwała Sauronowi!" wołali. „Sauron dał nam zwycięstwo!" „Melkor jest jednym prawdziwym Bogiem, a Sauron jego Prorokiem!"

Sauron, uśmiechając się łaskawie, uniósł ręce, a krzyki tłumu zmalały do pomruku. Potem przemówił, tym czystym, wibrującym głosem, za który tak go podziwiano.

„Moi przyjaciele" rzekł. „nie dziękujcie Sauronowi. To nie ja dałem wam zwycięstwo."

Głuchy ryk dezaprobaty przetoczył się teraz po tłumie. „Co?" „Jak to?" „To byłeś ty, mój panie!"

„Nie" powiedział Sauron, potrząsając głową. „Jestem niczym, zwykłym sługą Melkora, a dzięki jego Mocy wszystko jest możliwe. Jednak, jest tu obecny jeden człowiek, któremu powinniście składać swe podzięki, gdyż to jemu zawdzięczanie to wszystko, czym jesteście i wszystko, czym zostaniecie." Wskazał z wdziękiem na człowieka, stojącego dumnie na stopniach pod nim. „Przyłączcie się do mnie i podziękujmy razem naszemu ukochanemu ojcu, naszemu królowi, Ar-Pharazonowi Złotemu!" zawołał Sauron, jego piękny głos był pełen pasji. „Gdyż to dzięki jego mądrości ludzie tej wyspy nawrócili się na prawdziwą religię i to dzięki Ar-Pharazonowi Złotemu Melkor wspomógł nas w potrzebie. Chwała królowi!"

„Chwała królowi!" wrzasnął tłum, rozpalony entuzjazmem Saurona. „Chwała Ar-Pharazonowi Złotemu! Chwała! Chwała! Chwała!"

Przez kilka minut okrzyki „Chwała!" odbijały się echem po placu, gdy Ar-Pharazon stał rozpromieniony, zachwycony, że ludzie, którzy szydzili z niego jeszcze kilka minut wcześniej, teraz wychwalali go, pełni podziwu. Tłum jest kapryśny, pomyślał do siebie, lecz silna ręka zawsze może naprowadzić go na właściwy kurs.

Przynajmniej, pomyślał cierpko, może naprowadzić większość z nich. Co z tymi wichrzycielami, którzy chcieli podkopać wiarę ludzi w Melkora? Czy naprawdę odzyskali oni rozum, czy tylko dołączyli do świętujących zwycięstwo, tylko po to, by ocalić swą bezwartościową skórę?

Sauron, jakby na sygnał, znowu wzniósł swe ręce, a okrzyki tłumu ponownie zmalały. Jego twarz przybrała teraz pełen bólu wyraz, szlachetności zabarwionej smutkiem i skażonej zawodem.

„A jednak, moi przyjaciele" rzekł Sauron, głosem nagle cichym i melancholijnym. „nie wszyscy z was dzielą naszą radość. Nie, nie wszyscy są naszymi przyjaciółmi. Są tacy pośród was, nawet teraz, którzy wątpią w moc Melkora, którzy poniżają się myślą, że wszystko co tu dzisiaj zaszło, jest jakąś kuglarską sztuczką, zaprojektowaną, by zwieść masy."

Rysy Saurona nagle stwardniały, a w głosie zabrzmiała stalowa nuta. „Mówię więc wam, to wy tu zwodzicie! Niewierni i heretycy, nikczemnicy, którzy nie przeszli próby wiary Melkora! Wy, którzy namówiliście swych kompanów, by odwrócili się od Melkora i ponownie oddali się pod jarzmo Valarów! Czy naprawdę wierzycie, że unikniecie godziny rozliczenia?"

Złowrogi pomruk podniósł się wśród tłumu, a tu i tam niektórzy mieszkańcy z pobladłymi twarzami rozglądali się na wszystkie strony, w desperackiej próbie ucieczki z zaludnionego placu. Kapłani Melkora spoglądali na tych nieszczęśliwców, uśmiechając się ponuro.

„Melkor nie ocalił nas od Valarów, tylko po to, by znosić obelgi ze strony grupy pogan!" wrzasnął Sauron. „Jest sprawiedliwy dla swych lojalnych zwolenników, jednak zaciekły i straszliwy w swym gniewie w stosunku do swych wrogów. Melkor odpłaca za niewierność więzieniem i śmiercią. Nadszedł czas, by dostał, co Mu się należy." Sauron wskazał władczo na tłum. „Brać heretyków! Zdradzili się swymi słowami i nie ukryją się już więcej przed wami. Brać ich i zawlec do Świątyni! Dostarczcie ich do Kapłanów, by uświetnili nasze zwycięstwo ofiarami z wrogów Melkora!"

Wyjąc z wściekłości, ze światłem szaleństwa w oczach, tłuszcza teraz zwróciła się przeciwko tym, którzy warzyli się doradzać powrót do Valarów. Chwycili ich za rękawy, ramiona, nogi i włosy i zawlekli, szamoczących i wołających o łaskę, do podstawy świątynnych schodów. Jeden po drugim zostawali przejęci przez ponurych Kapłanów Melkora i wepchnięci przez hebanowe drzwi, ku swej zgubie.

Król śmiał się dziko, zachwycony ubojem swych wrogów. Sauron uśmiechnął się ponuro i rzucił ukradkowe spojrzenie na swój migoczący Pierścień.