Wybór Wiernych.
Elendil stał na balkonie swych komnat, wpatrzony w migoczące gwiazdy, zdobiące nocne niebo. Earendil był w zaawansowanym stadium swej nocnej wędrówki, a klejnot Silmarilu świecił jasno z dziobu Vingilota, jego zaczarowanego statku.
„Przyznano ci wieczne życie, mój przodku, jak i zazdrość wszystkich ludzi" dumał Elendil. „Lecz kto mówi, że twój los jest losem szczęśliwym? Może patrzysz w dół ze swego statku na krainy ludzi i tęsknisz do domu i ognia, wina i pieśni, choćby danych na jedną noc. Jednak odebrane są one ci na zawsze przez twoją dziwną dolę."
Zniżył swą głowę i wpatrzył się w morską dal, rozległy basen ciemności pod nocnym niebem. „A co z tobą, ojcze?" spytał Elendil. „Czy twoja wyprawa do Valinoru zakończyła się sukcesem, jak Earendila? Jeśli tak, to jaki los wyznaczyli ci Valarowie?" Lekka bryza poruszyła drzewami na dziedzińcu w dole, lecz żadna odpowiedź nie nadeszła.
Wzdychając, Elendil odwrócił się i ruszył w stronę łóżka, chętny odrzucić na bok problemy, zażywając kilka godzin nocnego spoczynku. Gdy podciągnął koce aż do brody, otoczyło go przyjemne ciepło i wkrótce osunął się w krainę snów.
Śnił, że jest ptakiem, może nawet Orłem, wznoszącym się w niebiosa. Cały zachodni świat rozpostarł się pod nim, od krain Śródziemia na wschodzie, do brzegów Valinoru, który migotały lekko na Zachodzie. Jednak z trudem dostrzegał krainy i morze pod nim, gdyż wszystko spowijała cienista zasłona.
Spojrzał w dół na Numenor i udało mu się dostrzec punkty orientacyjne przez zasłonę. Tam, gdzie pokrywa zdawała się trochę cieńsza, była Romenna, a on mógł wyraźnie dostrzec jej ulice i nabrzeża. Na Zachód leżało Armenelos, pogrążone w pióropuszu czarnego dymu, wylatującego z przeklętej Świątyni Melkora. Dalej na zachód stała wciąż Meneltarma, jej kaplice smutne i opustoszałe, krzaki i chwasty zarastały jej zaniedbane łąki. A na zachodnich brzegach wyspy mógł dostrzec Andunie, jej biało-turkusowe domy były wciąż tak piękne, jak je zapamiętał.
Spojrzał tam ponownie i zdumiał się, widząc rozległą flotę zalegającą w jej porcie. Jak mógł ją przed chwilą przeoczyć? Jednak stała tam, w tysiącach wojennych statków, a ich czarno-złote żagle łopotały w porywach wiatru.
Zaraz, czy nie taki sen miał jego ojciec, przed odpłynięciem do Valinoru? Zatem on sam też musi śnić. Jednak, pomimo tej niezwykłej świadomości snu, Elendil się nie wybudził. Zamiast tego coś zmusiło go, by był świadkiem wydarzeń, rozgrywających się w dole.
Z gór Valinoru wystrzelił słup światła, a towarzyszyły mu okrzyki Orłów. Uderzył prosto w Świątynię Melkora. Ziemia zatrzęsła się i przez jakiś czas dym wydobywał się ze szczeliny, która otworzyła się w zboczu Meneltarmy. Jednak wzburzony ląd i góra uspokoiły się, a Elendil, spoglądając poprzez cienie, mógł zobaczyć że plugawa świątynia wciąż zatruwała miasto. Czy Valarowie usłuchali próśb Amandila, a jednak ich próby okazały się nieefektywne w starciu z potęgą Saurona? Elendil zadrżał na tą myśl. Jeśli sami Valarowie nie potrafili pokonać Saurona i mocy jego Pierścienia, to z pewnością ludzie są zgubieni?
Elendil spojrzał znów na Zachód. Jak w śnie jego ojca, flota nagle wypłynęła i przepłynęła bez szwanku przez Zaczarowane Wyspy. Jak w śnie jego ojca flota bez szkody przybiła do brzegów Valinoru, a wielka armia ludzi wytoczyła się ze statków, ruszając wzdłuż wybrzeża do Calaciryi, Przełęczy Światła, podczas gdy jasno-biały ogień na szczycie Góry Taniquetil nabrał gniewnego, szkarłatnego blasku. I tak jak w śnie jego ojca, nad Błogosławionymi Krainami zaległy chmury znad Morza, a grzmot i błyskawica dołączyły do szczęku i łoskotu wojny.
Nagle potężny głos wybrzmiał zza chmur, głębszy niż głębiny Morza, mocniejszy niż fundamenty Ziemi. Trzykroć przemówił on do Elendila Wysokiego:
„Zguba Numenoru jest blisko!" zagrzmiał. Patrząc w dół, Elendil zobaczył jak wyspę Numenoru pochłania ogień, a ona trzęsie się i dygocze gdy coś rozrywa ją wszerz, a potem zapada się w odmęty pożerającego wszystko Morza. Zgroza zawładnęła Elendilem, gdy doświadczał tej okropnej sceny, tak samo straszliwej jak ta opisana przez Amandila!
Jednak jego sen nie zakończył się wizją klęski, jak jego ojca. Coś zmusiło go, by zwrócił wzrok na Wchód, gdzie wszystko gęsto zasnuwał Cień. Ku jego zdumieniu, blade światło rozbłysło przy rzece Anduinie, blisko granic Czarnego Kraju. Światło stawało się coraz mocniejsze, aż stało się tak czyste i jasne, jak to, które jaśniało z Taniquetilu. W końcu przybrało kształt, a Elendil zdał sobie sprawę, że uformowało się ono w obraz zrąbanego Białego Drzewa, którego potomek zapuścił korzenie w pałacowym dziedzińcu Romenny! Była tam gładka, jasna kora, liście z ciemnej zieleni i srebra, a kwiaty i owoce jaśniały bielą. „Jednak wciąż jest nadzieja dla Elendili, Wiernych" zabrzmiał głos.
Elendil spojrzał w dół. Ku swemu zdumieniu, zobaczył że Valinor i Numenor zniknęły. Cały kształt świata odmienił się i przybrał teraz kształt jakby wielkiej kuli. Cień wycofał się z morza i lądu, chociaż wciąż trwał w murach Mordoru, odpierany przez czyste światło nowego Białego Drzewa.
Potem głos przemówił do niego, trzeci i ostatni raz. „Pamiętaj! Bądź gotów i nie zwlekaj, gdyż godzina jest bliska, a Przeznaczenie nie czeka na nikogo!"
Nagle, z echem dudniącego głosu w myślach, Elendil obudził się w swoim własnym łóżku w Romennie. Był teraz wczesny ranek, a blade światło świtu zaległo nad Morzem na wschodzie. Elendil usiadł na łóżku, wstrząśnięty i oszołomiony. Rzadko pamiętał sny po przebudzeniu – fantazje topniały niczym śniegi w porannym słońcu. Jednak ten sen odbił się wyraźnie w jego umyśle – mógł z łatwością przywołać każdy detal.
Kręcąc głową, Elendil wstał i spojrzał przez okno na niebo – migoczące gwiazdy bladły w rosnącym świetle poranka, który teraz rozpostarł swą różową poświatę na wschodnim horyzoncie. Rozpatrując znów swój sen, Elendil nie mógł się zdecydować, co o nim myśleć. Tak jak jego starszy syn - Isildur, Elendil zawsze był bardziej człowiekiem czynu niż uczonym, a nie mógł już poprosić swego ojca, który rozporządzał dużą wiedzą na temat snu, by go zinterpretował.
Lecz wtedy zdał sobie sprawę, że ktoś inny w pobliżu może mu pomóc. Od czasu ich wygnania do Romenny, dziewięć lat temu, Amandil postanowił osobiście uczyć Anariona, który bardzo przypominał dziadka swą poważną postawą i temperamentem uczonego. Może jego młodszy syn zinterpretuje ten sen dla niego? Wkładając swe szaty, Elendil postanowił go odszukać i zapytać o radę.
Przy stole w komnatach Amandila zasiadał Elendil, Anarion i Isildur, który prowadził wczesno-poranną konferencję ze swym bratem, gdy ich ojciec przybył niespodziewanie. Elendil powiedział im już wcześniej o śnie Amandila po jego odpłynięciu do Valinoru, chociaż kazał obu przysiąc, że zachowają to w sekrecie. Elendil teraz zrelacjonował co do detalu jego własny sen i, podczas gdy Isildur wydawał się tak skonsternowany jak jego ojciec, Anarion zbladł. Przez długi czas Anarion milczał, jego niebieskie oczy wpatrywały się intensywnie w węgle paleniska pod drugiej stronie pokoju.
W końcu Anarion przemówił swym cichym głosem. „Nie jestem mistrzem wiedzy, jakim był dziadek Amandil, chociaż pochlebiam sobie tytułem uczonego. W interpretacji snu mogę posłużyć tylko moją niepełną wiedzą. Że jest to wiadomość od Valarów, jeśli nie od samego Eru, wydaje się jasnym, gdyż zaczęła się tak, jak sen dziadka. I wiadomość z tego snu wydaje się być nieomylna – zguba Numenoru jest blisko."
„Jednak, jak sen dziadka, tak i ten sen jest pełen zagadek" sprzeciwił się Isildur, zniecierpliwiony tą całą wiedzą i maszkaradą. „Żadna armada statków śmiertelników nie może sforsować Zaczarowanych Wysp. Z pewnością nawet Ar-Pharazon Szaleniec nie jest dostatecznie głupi, by wysłać taką armadę? I jak wyspa Numenoru mogłaby zająć się ogniem, gdy jest stale zraszana przez chłodne deszcze znad Morza? Co więcej, ten sen miesza zagadki ze snu dziadka z nowymi. Jeśli Valarowie uderzyliby na Świątynię Morgotha, jak mogłaby ona uniknąć zniszczenia? I dlaczego nowe Białe Drzewo, które strzeżemy dzień i noc tu, w Romennie, miałoby zapuścić korzenie na Wschodzie? Czyż nie jest Wschód, kraina Śródziemia, domem Cienia, który nas teraz trapi? Nawet ja mogę dostrzec, że Cień, okrywający krainę śmiertelników w obu snach, symbolizuje moc Mrocznego, który teraz zwie się Wysokim Kapłanem Melkora."
„Co powiesz na obiekcje Isildura, Anarionie?" zmarszczył brwi Elendil. „Wydają się rozsądne."
Anarion rozważał te pytania przez jakiś czas. W końcu odparł „Nie wiem, co znaczy ta błyskawica, wysłana z Valinoru przeciwko Świątyni Melkora, chyba że symbolizuje ona, że gniew Valarów nie odwiódł naszych ludzi od kultu Melkora. I nie potrafię wyjaśnić w jaki sposób królewska armada mogła sforsować Zaczarowane Wyspy. Jednak król ma Saurona po swojej stronie i kto wie, jaką moc daje Mrocznemu jego Pierścień? Gdyż elfowie mogą pokonać tę barierę, a mistrzostwo wiedzy Saurona jest z pewnością nie mniejsze niż ich. Co więcej, wiemy, że podczas gdy my teraz rozmawiamy, zbiera się wielka armia, a statki wzywane są do Andunie i więcej ich jest budowanych w stoczniach – wiemy to od ostatnich uchodźców."
„A więc król w istocie planuje wypowiedzieć wojnę Valarom, jak wskazywał na to sen Lorda Amandila?" zapytał Elendil. „Podpuszczony przez Saurona, bez wątpienia. Równy z niego głupiec, jak szaleniec! Lecz co z Białym Drzewem na Wschodzie?"
„Rozmyślałem o tym" rzekł Anarion. „i myślę, że nie jest to takie dziwne, na jakie wygląda. Gdyż jeśli zagłada w istocie spadnie na Numenor, jak ostrzega nas sen, gdzie się wtedy udamy? Na Zachód? Mamy zakaz, a nasze statki rozbiją się z pewnością o barierę Zaczarowanych Wysp, tak jak…" Zamierzał powiedzieć: 'tak jak Amandila', lecz stłumił tą myśl.
„Na Wschód wiedzie jedyna otwarta dla nas droga" kontynuował. „Moje wnioski, wyciągnięte z tego snu, są następujące: Valarowie przestrzegli nas, byśmy byli gotowi, by opuścić to miejsce, i to szybko, ze wszystkimi naszymi zwolennikami, i by wyruszyć na Wschód. Tam możemy odbudować nasze Królestwo. Posadzimy tam sadzonkę Białego Drzewa, a jego wzrost w twym śnie jest zarówno dosłowny, jak i symboliczny, gdyż symbolizuje on odrodzenie się linii Elrosa i Ludzi Numenoru w Śródziemiu."
Isildur był wstrząśnięty. „Mamy porzucić Numenor, dom naszych ludzi od trzech i pół tysiąca lat, tak po prostu? Ze względu na sny? Straciłeś rozum, bracie. Nasi ludzie pozostawili barbarzyńców ze Śródziemia wieki temu, by zbudować naszą cywilizację na tej wyspie, blisko siedzib Valarów. Teraz każesz nam to opuścić i powrócić do bagna, z którego uciekliśmy?"
Elendil uciszył go ręką. „Pokój, Isildurze."
Elendil milczał przez wiele minut. W końcu przemówił, „Isildurze, zaznaczyłeś, że nasi przodkowie przybyli na tą wyspę wieki temu, by zbudować tu naszą cywilizację. I zrobili to. Lecz, czy możesz zaprzeczyć, że nasza cywilizacja umiera, nie, już jest martwa? Czy wciąż możemy uważać Ludzi Numenoru za cywilizowanych, gdy świadomie poświęcają oni wierne sługi Eru, tak jak niezliczone rzesze kobiet, niemowląt i innych niewinnych, na ołtarzu Wielkiego Nieprzyjaciela? Czy ty, ze wszystkich ludzi, jako jedyny spośród nas, który spoglądał na Rytuały Morgotha w jego plugawej świątyni, możesz zaprzeczyć, że zagłada naszych ludzi jest blisko, bez względu na jakiekolwiek sny?"
Isildur milczał. Chociaż bardzo chciał, nie potrafił temu zaprzeczyć.
„Musimy stawić czoła faktom, nawet odkładając na bok sen mój i mego ojca." rzekł Elendil. „To tylko kwestia czasu, zanim Sauron i król ruszą otwarcie przeciwko nam, gdyż jesteśmy jedynym bastionem oporu przeciwko nowemu porządkowi. W istocie, to cud, że nasze wytchnienie trwało aż tak długo, szczególnie biorąc pod uwagę twoją zuchwałość, Isildurze, w ocaleniu owocu Nimloth. W każdym razie, z pewnością zbliża się dzień, kiedy będziemy musieli wybrać pomiędzy śmiercią w oblężeniu w Numenorze, a dożywotnim wygnaniem do Śródziemia. Wasz dziadek dostrzegł prawdę, chociaż liczył, że zdoła opóźnić wygnanie, tak bardzo jak się da. W istocie, jak powiedziałem wam kilka miesięcy temu, wasz dziadek wyruszył na tą desperacką misję do Valinoru, gdyż czuł, że tylko pomoc Valarów może nas ocalić od tego strasznego wyboru."
Elendil zmarszczył brwi. „Modlę się z nadzieją, że misja waszego dziadka do Valarów przyniesie jakieś owoce. Lecz, szczerze mówiąc, boję się, że czas Wiernych na tych ziemiach przemija. Przez prawie trzy i pół tysiąca lat żyliśmy w Numenorze. Lecz jesteśmy tylko śmiertelnikami, i dla naszego gatunku na wszystko w końcu przychodzi kres. Uważam, że nie powinniśmy dłużej myśleć o tym miejscu, tej ziemi, jak o domu. Gdyż Numenor istnieje nie w ziemi, lecz w duchu jego ludzi. Mój sen tylko uświadomił nam to, czemu wszyscy nie chcieliśmy stawić czoła: my i nasi zwolennicy musimy być gotowi, by odpłynąć z tej krainy, na dożywotnie wygnanie do Śródziemia. Może wkrótce nadejść dzień, gdy ścieżka wygnania będzie jedyną nadzieją naszych ludzi."
„A zatem" rozkazał Elendil. „na mocy mojej władzy jako Suwerennego Lorda Andunie i Władcy Romenny, jako przywódca Wiernych rozkazuję, by wszyscy, którzy mieszkają w Romennie, rozpoczęli przygotowania do wyruszenia na wygnanie do Śródziemia. Sen przestrzegł nas, byśmy nie zwlekali, i nie zamierzam się z tym spierać. Chociaż przygotowania będą wymagały ogromnego wysiłku, rozkazuję by wszyscy nasi ludzie byli gotowi do wyruszenia w ciągu miesiąca."
„Mamy dziewięć wojennych statków do dyspozycji w porcie" kontynuował Elendil. „gdyż nie wysłałem ich do Andunie, w odpowiedzi na wezwanie króla. I nie zamierzam. Raczej przydzielę cztery statki sobie, trzy Isildurowi i dwa Anarionowi. Każdy z nas będzie odpowiedzialny za oporządzenie własnych statków. Nasze statki mogą pomieścić tysiąc żołnierzy w pełnym rynsztunku każdy, a także całe ich zaopatrzenie i zostanie jeszcze wolne miejsce. Licząc naszych żołnierzy, jest nas około 12 tysięcy w Romennie, spoza wielu milionów ludzi tej wyspy. Powinniśmy pomieścić na naszych dziewięciu statkach wszystkich naszych ludzi, choć z trudem, jako że większość z nich to cywile, którzy mają niewiele dobytku."
„Zaopatrzcie odpowiednio wasze statki" poinstruował Elendil. „Poinformujcie ludzi, że mogą wziąć tylko jeden worek dobytku na całą rodzinę. W ciągu miesiąca, powinni jakikolwiek dobytek, jaki uważają za najcenniejszy umieścić w tym worku, by był gotowy do zabrania na statek. Poinstruuję naszych namiestników, by natychmiast zaczęli składować pod pokładem statku księgi, zwoje i pamiątki rodowe, które zabraliśmy z Andunie, gdyż te rzeczy są naszych dziedzictwem. Ty, Isildurze, dopilnujesz ostrożnego wykorzenienia Białego Drzewa z naszego dziedzińca i umieszczenia go w stosownym naczyniu. Umieść je w naszym okręcie flagowym. Ono jest dla nas najważniejsze, to jedyna rzecz, którą w żadnym razie nie możemy zostawić, więc strzeżcie jej dzień i noc. Drzewko i tak będzie bezpieczniejsze na naszym statku, niż tutaj na lądzie, gdyż ciągle obawiam się, że jakiś sabotażysta, lub jeden z agentów króla, prześlizgnie się nad murami naszego Pałacu na dziedziniec i zniszczy je."
„Za miesiąc, gdy wszystko będzie gotowe" podsumował Elendil. „Będę mógł wydać rozkaz wypłynięcia w każdej chwili, zależnie od tego, jakie znaki otrzymam od Valarów, lub od machinacji Saurona. Gdy wydam rozkaz, odbijanie od brzegu będzie trwało tylko jeden dzień – musi być przeprowadzone szybko. Odpłyniemy z tej wyspy i ruszymy do elfich przystani w Mithlondzie, w Zatoce Lune. Tam, skonsultujemy się z naszymi elfickimi przyjaciółmi na temat tego, gdzie powinniśmy ustanowić kraj Numenoru na Wygnaniu." Isildur wpatrywał się w ojca ponuro, a Anarion skinął głową.
„Ostatnia sprawa" rzekł Elendil. „Wiemy, że królowa już ci powiedziała, Isildurze, że nie opuści Armenelos, by do nas dołączyć, bez względu na czekający ją los. Znaczy to, że jeśli będziemy zmuszeni odpłynąć z tej wyspy, my trzej będziemy jedynymi dziedzicami naszego rodu, linii Elrosa, która uda się na wygnanie. Zatem, by zmniejszyć ryzyko, że wszyscy z nas utoną, każdy musi płynąć w innym statku. Co za tym idzie, gdy pięć Palantirów pozostanie na moim statku flagowym, każdy z was dostanie po jednym, by umieścić je na swoich statkach. Używajcie ich do komunikowania się ze mną, lub ze sobą, gdybyśmy zgubili się na morzu. Teraz powstanie i ruszajcie do swoich zadań, gdyż nie ma czasu do stracenia!"
Kłaniając się ojcu, Isildur i Anarion opuścili pokój i wyruszyli by uporać się z tysiącami zadań, które musiały zostać wykonane, by mogli wyruszyć o czasie.
W kilka tygodni po jego proroczym śnie, Elendil stał na dachu strażnicy w Romennie i wpatrywał się w dziewięć białych statków zakotwiczonych w porcie, gdy grupa służących chodziła tam i z powrotem po ich trapach, załadowując na statki wartościowe przedmioty i zaopatrzenie, zgodnie z instrukcjami Elendila.
Pomimo swych nowych funkcji Suwerennego Lorda i Władcy Miasta, Elendil spędzał coraz więcej czasu w tym cichym miejscu, sam ze swymi myślami. Jak zawsze, dryfowały one w kierunku nieznanego losu jego ojca. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek pozna, czy jego misja zakończyła się sukcesem, oprócz sytuacji, gdyby Valarowie zstąpili na wyspę, by wypowiedzieć wojnę Sauronowi. W przeszłości zdarzało się, że któryś z Ludzi Numenoru szukał drogi morskiej do Valinoru, czy to z ciekawości, głupoty, czy choćby nabożnego pragnienia spojrzenia na krainę Valarów, pomimo ich Zakazu. Tacy ludzie odpływali zawsze z Andunie - części Numenoru, leżącej najbliżej Valinoru, a służący lordów Andunie zawsze znajdowali potem wraki ich statków, wyrzucone przez morze kilka miesięcy później. Lecz teraz, gdy lordowie Andunie mieszkali w Romennie, a samo Andunie okupowali Ludzie Króla, Elendil nie mógł nawet dowiedzieć się, czy statek jego ojca kiedykolwiek minął Zaczarowane Wyspy, a co dopiero, czy Valarowie zdecydują się wysłuchać ich próśb, gdyby jego ojciec miał szansę je złożyć.
Elendil usłyszał jak otwierają się drzwi, prowadzące do schodów wieży i odwrócił się, by ujrzeć Isildura i Anariona.
„Co tam u ciebie, ojcze?" spytał Isildur. „Już prawie południe, czas na naszą codzienną naradę. Nie mogliśmy znaleźć cię w twych komnatach, lecz Anarion zasugerował, by poszukać cię tutaj."
„I miałem rację, jak zawsze" wyszczerzył się Anarion.
„My trzej możemy przeprowadzić naradę tu i teraz" rzekł Elendil. „gdyż znużyły mnie formalności suwerennego lorda. Jakie wieści od ostatnich uchodźców, przybywających do Romenny?"
„Bardzo niewielu uchodźców przybyło do nas w ciągu ostatnich tygodni" odparł Anarion. „Lecz ci, którzy szukali tu schronienia, powiedzieli nam, że król kontynuuje przygotowania do wojny, chociaż nikt nie zna ich powodu. Najwyraźniej powód jest tajemnicą państwową i nie będzie wyjawiony ludziom, póki król nie uzna chwili za stosowną. Myślę, że my trzej znamy ten powód, biorąc pod uwagę twój sen i dziadka Amandila."
„Możliwe" powiedział Elendil. „A jak wygląda sytuacja pomiędzy samymi ludźmi? Jakie panują nastroje, teraz, gdy mężczyźni zgłaszają się do wojska?"
„Królewscy poddani pogrążyli się w dekadencji" rzekł Isildur, krzywiąc się z niesmakiem. „Wolą raczej spędzać dni w próżniactwie i rozpuście, lub atakując i mordując się wzajemnie z błahych powodów, niż służyć w armii. Niektórzy z zamożniejszych młodzieńców, bez wątpienia dzięki łapówkom, uniknęli na razie poboru. Zwykli obywatele, których nie stać na łapówki, a otwarcie sprzeciwiają się poborowi, zostają natychmiast straceni. Sauron chodzi tu i ówdzie pośród motłochu, mówiąc im, że Melkor spodziewa się, że będą służyć swemu Królowi lojalnie i wezwani, dołączą do jego armii. Mówi, że otrzymają wspaniałe nagrody za swe posłuszeństwo, i to wkrótce. Czy to przez strach i topór, czy dzięki kłamstwom Saurona, większość ludzi słucha rozkazów króla i zgłasza się do służby w jego armiach. Nie ma z pewnością żadnych oznak otwartego buntu przeciwko Pharazonowi, nie więcej niż kiedykolwiek."
„Czy ci ludzie nie widzą, że wiążą ich kłamstwa?" zapytał Elendil. Oczywiście, znał na to odpowiedź. „Nie wiem, jak mamy ocalić ich od ich własnej głupoty. Wszystkie nasze wysiłki w przeszkodzeniu rozprzestrzenianiu się kultu Morgotha okazały się próżne."
„Nasze wysiłki okazały się próżne, bo nie mamy dość sił, by walczyć z Sauronem." odparł Isildur gorzko. „Wszystkie problemy tej krainy mają źródło w Sauronie, bo król jest tylko jego figurantem. Gdybyśmy tylko mogli jakoś powalić Władcę Mordoru, lub nawet odebrać mu jego cenny Pierścień Władzy, wtedy może przechylilibyśmy szalę zwycięstwa na naszą stronę i zwrócilibyśmy królowej Miriel tron."
„Nie ma wątpliwości, że to Sauron stoi za wszystkimi naszymi problemami" rzekł Elendil. „Nie wiem jak potężny byłby on bez Pierścienia. W każdym razie, nie ma sensu rozstrzygać tej kwestii, bo nie mamy nadziei na odebranie mu go. Sam król Gil-galad nie był w stanie mi wyjaśnić, w jaki sposób zadać mu śmiertelny cios, poza tym, że powinniśmy przetrzymywać jego ataki i sabotować jego wysiłki."
Elendil zmarszczył brwi. „Nie potrafię wybaczyć Pharazonowi. Gil-galad powiedział mi, że żaden śmiertelnik nie potrafi oprzeć się sile głosu Saurona, przez który przenika moc Jedynego. Jednak widzieliśmy, że królowa Miriel nie dała się zwieść kłamstwom Saurona. Może ci o czystych sercach są mniej podatni na jego wpływ niż ci skorumpowani. Nie mam wątpliwości, że to zarozumiała duma i groteskowa głupota Pharazona pozwoliła Sauronowi zdobyć panowanie nad tą wyspą. Pharazon musi być oceniany ostro, gdyż jako król, podlega wyższym standardom niż zwyczajny człowiek. Wciąż jednak współczuję innym zwolennikom Saurona, od Ludzi Króla do najniższego prostaka. Możliwe, że od początku byli skorumpowani i tak wpadli pod urok Saurona. Jednak teraz, gdy Sauron ma nad nimi władzę, stali się żałosnymi pionkami Mocy zbyt wielkiej i straszliwej, by ktokolwiek mógł nad nią zapanować."
„Moje serce nie znajduje współczucia dla tych, którzy służą Sauronowi" powiedział Isildur zimno. „Czy nie mówiłem o tym co powiedzieli nam uchodźcy, że słudzy Saurona są teraz jak wściekłe psy? Gwałcą i zabijają się nawzajem, chyba że król stosuje topór i szubienicę, by utrzymać jakiś porządek. Nie są już ludźmi, to dzikie bestie, nadające się tylko do mordowania."
„Pokój, bracie" zbeształ go Anarion. „Może służą złu, lecz poprowadził ich do tego ich król, w którym pokładali swe zaufanie. Nie wszyscy ludzie mają dość mądrości, by oddzielić kłamstwo od prawdy, lub dość siły woli, by odwrócić się, gdy lepsi od nich wysyłają ich na fałszywą ścieżkę."
„Piękne słowa, bracie" odgryzł się Isildur. „Czy przeczytałeś je na jednym ze swych butwiejących zwojów z biblioteki? Nie próbuj mówić mi, co mam myśleć o tych, co przyjęli ciemność. Gdybyś ty stał na progu leża Morgotha i widział koszmary tego miejsca w całej okazałości, uważałbym twoje zdanie za jakkolwiek warte uwagi. Do tego czasu, nie wiesz o czym mówisz."
„Dosyć, Isildurze" rzekł Elendil ostrzegawczym tonem. „I tak zbyt dużo problemów kłopocze nasz ród. Nie będę tolerować sporów między tobą, a twym bratem."
„Wybacz mi, ojcze" powiedział Isildur, spuszczając oczy. „Trudno mi się opanować, gdy rozmawia się na ten temat. Wybacz mi, Anarionie, me ostre słowa."
„Nie chowam urazy, Isildurze" rzekł Anarion ponuro, odwracając się od brata, by spojrzeć na Morze.
„Te mroczne czasy ciążą nam wszystkim, to więcej niż ktokolwiek powinien znosić" westchnął Elendil. „Każdy mógłby stracić nerwy w tej sytuacji – chociaż powinieneś pamiętać, Isildurze, że twoim obowiązkiem, jako mojego najstarszego syna, jest dawać przykład innym. Lecz co do moich własnych trosk, nie zniosę dłużej czekania na wieści, które nigdy nie przyjdą."
„Co masz na myśli, ojcze?" spytał Isildur. Anarion odwrócił się, by spojrzeć na Elendila, unosząc pytająco jedną brew.
„Muszę dowiedzieć się, co stało się z waszym dziadkiem, tym czy innym sposobem" odparł Elendil. „Jeśli jego wyprawa zawiodła, to wrak jego statku może pojawić się na brzegach Andunie, naszego starego domu. Jeśli takowego nie ma, to może wciąż jeszcze świeci nadzieja. Zatem wyruszę do Andunie w sekrecie, by zobaczyć to, co da się zobaczyć. Jeśli tym samym dowiem się cokolwiek o tej potężnej flocie, którą król podobno tam zbiera, tym lepiej."
„Lordzie Elendilu, to ,co proponujesz jest bardzo niebezpieczne" rzekł Anarion, jego młodzieńcze rysy znaczyła troska. „To, co Isildur opowiadał o zachowaniu zwolenników króla jest prawdą. Poza tymi miastami i obozami, które kontrolują Ludzie Króla, panuje chaos. Codziennie kolejni ludzie giną, a ich mordercy uchodzą bezkarnie."
„Anarion ma rację, ojcze" powiedział Isildur. „Taka długa wyprawa byłaby dość niebezpieczna dla zwykłego człowieka. A jeśli ktokolwiek dowie się, kim jesteś…"
„Jestem świadomy ryzyka" odparł Elendil. „Będę podróżował w przebraniu, i w sekrecie, jak zwykły mieszkaniec, może rzemieślnik, czy kupiec – człowiek zbyt biedny, by był wart grabieży. I nie wiem, czy pamiętasz innego człowieka, mój synu, który podjął znacznie większe ryzyko, nie tak dawno temu, by ocalić Owoc Nimloth." Isildur przygryzł wargę, ale milczał.
„Zatem postanowione" rzekł Elendil. „Wyruszę jutro przed świtem, i nie będę zwlekać podczas tej misji. Z łaską Valarów, powinienem wrócić w ciągu miesiąca. Wyznaczę was dwóch na zarządców Romenny do czasu mego powrotu. Gdybyście tego potrzebowali, możecie zasięgnąć rady lorda Earakhora z Eldalonde, którego uważam za najmądrzejszego z naszych zwolenników. Poinformujcie ludzi, że wezwały mnie ważne sprawy, i że wkrótce wrócę. Podkreślcie, że nie jest to w żaden sposób związane z wyprawą Amandila, chociaż mamy nadzieję, że niedługo otrzymamy wiadomość o jego sukcesie."
„Jak rozkażesz, lordzie Elendilu" Isildur i Anarion odpowiedzieli jednocześnie, skłaniając głowy.
„I niech Valarowie obdarzą cię ochroną" kontynuował Anarion, gdy Isildur skinął ponuro.
„Dziękuję, moi chłopcy" uśmiechnął się Elendil, objąwszy synów czule. „I nie obawiajcie się. Może wyglądam na trzęsącego się starca w waszych oczach, lecz ma ręka do miecza nie utraciła swej siły."
Wielkie gaje mallornów zachodniego Numenoru były jednym z najwspanialszych cudów tej krainy. Gładkokore i złotolistne, wznosiły się na sto stóp w górę, a ich ciężki zapach stanowił rozkosz dla tych, którzy szukali schronienia pod ich konarami. Był to dar od elfów z Eressei i poza Nieśmiertelnymi Krainami rosły one jeszcze tylko w Lothlorien, krainie w Śródziemiu pod władaniem elfiej królowej Galadrieli. Jednak nawet mallorny z Zaczarowanych Krain, jak mówiono, nie dorównywały wzrostem i obwodem tym z Numenoru.
Samotny wędrowiec, z twarzą ukrytą pod postrzępionym kapturem i peleryną, wiódł swego jarzębatego wierzchowca leśną ścieżką przez gaj mallornów. Wciąż na Zachód się kierował, gdyż jego celem był port Andunie, gdzie mógł dobrze przebadać brzegi. Przez wiele dni podróżował przez zaludnione krainy wschodu, unikając wielu zagrożeń i oglądając z daleka wiele aktów kaźni i deprawacji, dokonywanych przez zwykłych ludzi. Jego serce stawało się coraz lżejsze, czym dalej jechał na zachód, gdyż cudne mallorny działały jak balsam na jego znużonego ducha. Zachodzące słońce przeświecało przez ich liście i wydawało się, że jarzą się one silnym, wewnętrznym światłem.
Wstęga dymu unosząca się znad pobliskiego wzgórza sprawiła, że wędrowiec zatrzymał się. Pośród olbrzymich drzew dało się słyszeć burkliwe głosy. Przeklinając, podróżny przywiązał swego wierzchowca luźno do drzewa i sięgnął po rękojeść miecza, ukrytą pod płaszczem. Wyjąwszy miecz z pochwy, zaczął podkradać się do wzgórza, by zerknąć ostrożnie za jego krawędź.
Na polanie dostrzegł pięciu królewskich żołnierzy, siedzących przy ogniu. Nie byli członkami Straży Domu Królewskiego, lecz zwykłymi żołnierzami piechoty, odzianymi w farbowane szkarłatem tuniki z szorstkiej wełny, z wyszywanym na nich czarnym wężem. Dwóch z nich stało przy żelaznym kociołku, napełnionym gotującą się wodą – bez wątpienia przygotowując posiłek – trzeci zajęty był ostrzeniem swego miecza, a dwóch innych siedziało, pogrążonych w rozmowie. Wędrowiec z zaskoczeniem ocenił ich wiek; dyskutujący żołnierze byli dość starzy, by być dziadkami, podczas gdy pozostali trzej wyglądali wciąż na bardzo młodych, nie osiągnęli nawet jeszcze dojrzałości.
„…ale nikt nie wie, o co mu chodzi" powiedział jeden z żołnierzy, sędziwy, siwobrody starzec.
„Ma nie po kolei w głowie, zważ na me słowa" odparł drugi, o ziemistej twarzy i kwaśnej minie. „Wielka armia, zwoływana na Zachodzie. I na co to? Kogo niby mamy podbijać? Nie rządzimy już światem i tak dalej? Na Zachodzie nic nie ma, tylko Morze. I ci Valarowie i ich elfi pomiot, ukryci za swymi mgłami i skałami, wiodący szczęśliwe życie, podczas gdy my, ludzie, musimy harować na powszedni chleb. Przeklęci, przeklęci oni wszyscy!"
„Racja" rzekł siwobrody. „Nie wiadomo o co chodzi królowi, a z oficerami wcale nie lepiej. Weźmy, na przykład, naszego kapitana. Powiada 'przynieść nam jakiegoś jelenia na kolację, ruszać się!' I niby czemu, gdy w obozie jest dość wołu i jęczmienia, by starczyło im na dwa tygodnie. Ale nie, mamy biegać po tych przeklętych lasach, dzień i noc, i nie wracać, póki nie znajdziemy jelenia, by wypchać te ich tłuste brzuchy. I Melkor broń nas, gdybyśmy próbowali sami go zjeść! Zaraz wisielibyśmy na najbliższym drzewie. Za 'kradzież królewskiej zwierzyny', rzekliby. Jeśli to ma być królewska zwierzyna, to czemu oficerowie mogą sobie ją jeść za jego plecami, co?"
„Zawrzeć jadaczki, obaj" powiedział żołnierz ostrzący miecz. Był ledwie wyrostkiem, lecz jego twarz miała ponury wyraz. „Wy starzy darmozjady potraficie tylko gadać. Nie dziwota, że nasza trójka młodych musi złapać tego jelenia, gdy wy siedzicie przy ogniu i bełkoczecie."
„Okaż trochę szacunku starszym, cherlaku!" splunął ziemisty w odpowiedzi. Wyrostek przestał ostrzyć miecz i spiorunował wzrokiem oponenta. Pozostali dwaj młodzieńcy porzucili podsycanie ognia pod kociołkiem i spojrzeli w górę, radosne uśmieszki rozjaśniły im twarze.
„Cherlaku, tak?" spytał wyrostek. „Szacunek? Okazuję szacunek tylko jednej rzeczy, stary wieprzu, i jest to miecz w mojej dłoni. Może zamiast tego chciałbyś znaleźć go w swych zgniłych flakach, co?"
„Ścierwo!" wrzasnął ziemisty, po czym wyciągnął sztylet i rzucił się na wyrostka. Lecz za stary był na takie manewry przeciwko młodszemu przeciwnikowi. Młodszy z łatwością uniknął jego ciosu i wyprowadził cięcie od lewej swym mieczem. Trafił starca w tył głowy z okropnym stukiem i powalił go na ziemię, gdzie legł, w kałuży własnej krwi.
Dwóch młodzieńców przy ogniu wyszczerzyło zęby i zawyło z radości. W międzyczasie, starzec z siwą brodą sięgnął po swój własny sztylet. Szybko jak błyskawica jeden z młodszych wybił mu go z ręki. „Brać go! Związać go!" krzyczał wyrostek z mieczem, a jego kamraci wkrótce zakneblowali i związali starszego mężczyznę niczym jagnię na rzeź.
Morderczy wyrostek, z zadowolonym uśmiechem na gładkiej twarzy, trzymał końcówkę swego wciąż zakrwawionego miecza nad ogniem, pod żelaznym kociołkiem. Gdy starzec zaczął jęczeć i szarpać się, z iskrą paniki w oczach, młodzieńczy szydzili z niego. „Może urządzimy sobie dziś wieczór zabawę, co chłopcy?" rzekł jeden z nich. „Zawsze możemy wrzucić to ścierwo do rzeki, razem z drugim darmozjadem, kiedy z nim skończymy i powiedzieć, że utonęli. Nikt nie będzie się nimi zbytnio interesował."
„Racja" odparł drugi. „Teraz będziemy mieli trochę sportu, a rano złapiemy tego przeklętego jelenia."
„A może zachce się wam lepszej zabawy" rzekł zimny głos z góry. Zaskoczeni, młodzi spojrzeli w górę i zobaczyli obdartego wędrowca, unoszącego potężny stalowy miecz.
Przez kilka chwil, młodzieńcy i intruz patrzyli się na siebie. Potem, wracając do siebie, młodzieniec z mieczem zmrużył oczy, a szyderczy grymas wykrzywił mu twarz. „No, co my tu mamy, chłopcy? Bandytę? Dezertera? Powiedz mi, śmieciu, skąd taki włóczęga, ubrany jak świniopas, zdobył taki piękny miecz?"
Podróżny milczał, lecz zrzucił swój kaptur jedną ręką, ukazując szlachetne rysy za gęstą, siwiejącą brodą. Potem złapał rękojeść miecza oburącz i stanął w pozycji bojowej.
„Nie lubisz odpowiadać na pytania, co śmieciu?" rzekł młodzik. „Cóż, miarkuję to. Od kogokolwiek ukradłeś ten miecz, wiedział jak go używać lepiej od ciebie."
„Zatem miarkujesz swe życie, a szale nie są po twojej stronie" odparł wędrowiec.
Z gniewnym warknięciem, młodzieniec wskoczył na zbocze, a jego kamraci, z wyciągniętymi sztyletami, pośpieszyli za nim. Młodzik z mieczem uniósł swój żelazne ostrze, gotowy by uderzyć na wroga z góry.
Szybko jak błyskawica, mężczyzna ciął w jego stronę. Jego stalowa klinga przecięła miecz młodzieńca na pół i rozszczepiła jego głowę aż do piersi. Gdy jego ciało, tryskając krwią, zwaliło się na ziemię, inny młodzik zawył z wściekłości, rzucając się ze sztyletem na wędrowca. Mężczyzna wyprowadził szybkie pchnięcie z dołu, które odcięło ramiona drugiego młodzieńca i zaraz za nim drugie pchnięcie od góry, które odrąbało mu głowę.
Trzeci napastnik odpuścił natarcie i pomknął w dół zbocza. Podniósł bulgoczący kociołek znad ognia, łapiąc go swymi skórzanymi rękawicami. Szczerząc zęby, doskoczył znów do wędrowca i cisnął w niego wrzątkiem. Lecz, zwinny jak kot, mężczyzna uniknął kaskady wody i tnąc od siebie zagłębił klingę w kręgosłupie napastnika. Młodzieniec zagulgotał i zwalił się na ziemię, martwy, obok swych niegdysiejszych kamratów.
Kręcąc głową, wędrowiec popatrzył na rzeź, trupy leżące na spadłych liściach w szokującym kontraście z pięknem mallornowego zagajnika. „Wygląda na to, że Ludzie Króla nie są tak dobrze wyposażeni, ani tak dobrze wyszkoleni, jak byli za moich dni" mruknął. Wytarł klingę do czysta o tunikę jednego z martwych przeciwników, a potem odwrócił się do siwobrodego starca, który patrzył się na niego z wytrzeszczonymi oczami.
„Nie zostawię tu takiego starca jak ty, byś umarł z głodu lub został rozszarpany przez dzikie bestie" rzekł podróżny. „Jeśli się uwolnię, nie będziesz sprawiać kłopotów?" Starzec pokiwał żywo, wydając stłumione kneblem krzyki. Wędrowiec wyciągnął rękę, usunął knebel i usłyszał jak starzec mówi: „Tak, panie! Tylko mnie rozwiąż, a zrobię wszystko, co tylko chcesz."
Chrząkając, podróżny rozciął liny końcem miecza, a one opadły ze starca, który szybko się z nich wyplątał. Wstając na nogi, spojrzał ze zdumieniem na poległych kamratów, a potem odwrócił się do tajemniczego nieznajomego. „No, niezły z ciebie szermierz, panie" rzekł stary żołnierz, zwracając się ku swemu dobroczyńcy. „Tak, wcale niezły. I niezły miecz, też. Dziwię się, że mężczyzna w twoim wieku, z taką ręką do miecza i takim mieczem nie został wcielony do armii króla. I to mężczyzna twojej postawy, panie, jeśli mogę wtrącić. Musieliście widzieć lepsze dni, gdyż wnioskuję po waszej mowie, że nie urodziliście się żebrakiem."
„Jestem tu, na drodze do Andunie, w odpowiedzi na wezwanie króla" odparł wędrowiec. „Zamierzam udać się do jednego z jego obozów i oddać mój miecz do jego dyspozycji."
„Czy tak?" spytał stary żołnierz, drapiąc się w głowę. „Większość mężczyzn zostało wezwanych bezpośrednio ze swych miast lub wiosek i pomaszerowało do Andunie pod wodzą sierżanta. Lecz nie ważne – jestem waszym dłużnikiem, panie. Ci wilcy tu, całkiem bez honoru, ani trochę. Zresztą, sami widzieliście. To dzięki wam nie jestem teraz ich zabawką. Zwę się Hardor, panie. A jakie jest wasze miano?"
„Moje miano to moja sprawa" uciął wędrowiec. „Lecz jeśli jesteś moim dłużnikiem, możesz odpłacić się, odpowiadając na pytanie lub dwa."
„W istocie, nieznajomy" rzekł stary żołnierz, mrużąc niepewnie oczy. „Pytaj, zatem."
„Jak wiele obozów królewskiej armii leży między mną a Andunie?" zapytał wędrowiec.
„Więcej, niż mogę zliczyć, panie" rzekł żołnierz. „Więcej niż palców na mych dłoniach i tych na stopach. Więcej ich, czym bliżej Andunie."
„Hmpf" chrząknął wędrowiec, marszcząc brwi. „Plaża przy Andunie. Jak wiele obozów wzdłuż brzegu?"
„Ach, żadnych tuż przy brzegu, panie" odparł żołnierz. „Królewskie statki są w porcie tam, teraz. Rozciągają się tak daleko, jak sięga oko i coraz więcej przybywa każdego dnia. Lecz sam brzeg jest wolny. Podobno po to, byśmy łatwiej mogli wejść na statki, gdy nadejdzie czas. Trzeba utrzymać wybrzeże wolne, tak jak było."
„I nie wiesz, gdzie się udasz, gdy już wsiądziesz na statek?" spytał wędrowiec.
„To już trzy pytania, panie. Powiedzieliście jedno lub dwa i niech mnie bogowie chronią, jeśli nie potrafię liczyć trochę wyżej niż to, panie. Lecz po prawdzie, to nie wiem, gdzie nas powiodą, nikt nie wie. Zbieramy się na Zachodzie, gdy każdy z siwą brodą, jak ja, powie wam, że przedtem zawsze gromadzono wojska na Wschodzie, by Armia i Armada mogła być wysłana do Śródziemia. Nic to nie ma na Zachodzie poza mglistymi skałami i tymi Valarami i elfami poza nimi."
„W istocie" rzekł wędrowiec. Rozejrzał się po obozie wokół niego. Odwracając się do żołnierza, powiedział „Posłuchaj, przyjacielu, wkrótce zapadnie zmrok. Tu wciąż płonie ogień. Pozwól mi tu przenocować, bym nie musiał rozbijać własnego obozu. Rankiem ruszę w swoją stronę."
„Niech będzie, panie" rzekł żołnierz. „Chociaż nie wiem, co mam teraz zrobić, bo ciężko mi będzie złapać jelenia bez niczyjej pomocy, a mój oficer kazał mi nie wracać bez jednego na ucztę. Byłem krawcem z zawodu, panie, zanim odpowiedziałem na wezwanie króla, i obawiam się, że wiem mniej niż powinienem o polowaniu na jelenie. Nigdy nie upolowałem samotnie nic większego od królika."
„Rankiem mogę pomóc ci wykopać dół pełen pali i przykryć go gałęźmi i liśćmi" odrzekł wędrowiec. „Umieszczę go gdzieś, gdzie jeleń mógłby się pożywić, przy jakimś miękkim listowiu i wkrótce będziesz miał swą zdobycz. Lecz, gdy tylko zrobię ci tą pułapkę, muszę wyruszyć w drogę. Królewskie obozy czekają na mnie i nie chcę odkładać obowiązku wobec mego suwerennego władcy dłużej niż to już zrobiłem."
„Co prawda, to prawda, panie" rzekł stary żołnierz. „Godny układ, znaczy się. Mój ogień, w zamian za waszą pomoc z pułapką. Zatem, może wy zajmiecie się ogniem, bo zaczął przygasać. Ja pójdę przynieść do kociołka trochę wody z rzeki, gdyż ten młody moczymorda zmarnował całą wodę, gdy cisnął nią w was."
Podróżny skinął w milczeniu i wsuwając miecz do pochwy, odwrócił się do ognia. Kucnąwszy, zaczął dmuchać ostrożnie na węgle, a płomienie znów obudziły się do życia. W międzyczasie, stary żołnierz podszedł do kociołka, podniósł go obiema rękami i przeszedł za plecami wędrowca, kierując się ku rzece.
Nagle podróżny poczuł oślepiający ból z tyłu głowy i gwiazdy rozbłysły mu przed oczami. Upadł do przodu, ledwo mijając ognisko, które jednak osmoliło jego prawe ramię i rękę. Gdy walczył, by otrząsnąć się z oszołomienia, poczuł podkuty but na swych plecach, między łopatkami, i ostry sztylet na swym gardle.
„Cóż, nieznajomy" wyszeptał mu do ucha stary żołnierz. „Byłbym bardzo zobowiązany za waszą pomoc przy budowie pułapki. Lecz, gdy powiedziałem, że masz niezły miecz, miałem to na myśli. Siłą rzeczy, wydaje mi się, że prezentowałby się lepiej, wisząc u mego pasa. Lecz nie wiedziałem, jak wam go zabrać, gdy wciąż macie w sobie trochę życia. Moglibyście mnie zaskoczyć, jak zaskoczyliście tych chłopców i odpłacić mi, tak jak im." Zarechotał, suchym, gulgoczącym głosem. „No, broda do góry, nieznajomy. Odsłonięte gardło łatwiej jest podciąć…"
Nagle żołnierz odciągnął swój sztylet od gardła wędrowca, krzycząc, gdy rozpędzona masa zaszarżowała w jego stronę. Kątem oka, podróżny dostrzegł swego konia, który zerwał się z uwięzi, stanął dęba i uderzył żołnierza w głowę swymi kopytami. Gdy stary nożownik upadł na ziemię, koń prychnął, a potem odwrócił się i podszedł do swego pana, węsząc i delikatnie liżąc tył jego głowy.
Po kilku minutach, wędrowiec poczuł jak ból powoli ustaje, a siła wraca do jego znużonych mięsni. Usiadł powoli i popatrzył na krwawą scenę przed sobą.
„Cóż, stary przyjacielu" rzekł mężczyzna. „dzięki ci za twą pomoc." Pogładził konia po chrapach. „Cóż to byłaby za ponura ironia, gdyby Elendil, syn Amandila zginął niczym przybłęda, na własnych, podległych mu ziemiach."
Dźwignąwszy się na nogi, podszedł do ogniska i zaczął je zadeptywać. „Zrobię obóz gdzie indziej." wymamrotał Elendil. „Ci ludzie byli wystarczająco plugawi za życia. Nie potrzebuję, żeby ich żądne pomsty cienie czuwały nade mną, gdy śpię."
Zatoka Andunie rozciągała się na mile na zachód od starożytnego miasta, które nosiło jej imię. Pomiędzy morzem, a lądem rozciągał się rozległy pas piaszczystych wydm, przecinanych tu i ówdzie przez trawy i harde zagajniki sosny i brzóz.
Elendil przywiązał konia do pobliskiej brzozy, i przykucnął na skraju jednej z wydm. Jego długie włosy powiewały w suchej bryzie, która od zawsze nawiedzała te tereny, gdy patrzył na plażę w dole. Przez wiele dni wędrował wzdłuż brzegu, szukając wraku ojcowego statku, z całych sił unikając jednocześnie wykrycia. Jak dotąd nic nie znalazł i nie widział nic poza falami, rozbijającymi się w pienistych bryzgach o puste wybrzeże. Co jakiś czas, odrywał wzrok od brzegu i zerkał w tył, ku przystani.
W porcie stało dwa tysiące królewskich statków wojennych; ich czarno-czerwone żagle łopotały w morskiej bryzie, ich bielone kadłuby jeżyły się rzędami wioseł. Patrząc na nie, Elendil tracił ducha, jak wiele razy podczas tej bezowocnej podróży. Wiedział, że za piaskami plaży obozują setki tysięcy żołnierzy, czekający tylko na rozkaz wejścia na pokład. Elendil widział obozy króla na własne oczy, gdy był zmuszony prześlizgnąć się przez nie, z wielkim trudem i tylko w środku nocy, by dotrzeć w sekrecie do wydm. Każdego dnia przybywało tysiące nowych rekrutów, odpowiadając na wezwanie na wojnę.
Taka niesamowita potęga w rękach króla … i tym samym Saurona. Czy jest jeszcze nadzieja, rozmyślał Elendil, w jego walce przeciw nim? Czy on i jego synowie są bohaterami, czy może głupcami?
Elendil dogłębnie poczuł ironię wezwania króla, odbywającego się w Andunie, prawdziwym domu jego rodziny, krainie, z której zostali wygnani lata temu. Czasem zastanawiał się, czy król wybrał te strony na gromadzenie wojsk, po to tylko, by zadrwić z Lordów Andunie. Odwracając się w stronę lądu, mógł dostrzec swój rodowy pałac na północnym horyzoncie, górujący nad biało-turkusowymi budynkami jego miasta. Pałacowa strażnica wyrastała pod niebiosa, a jej ściany z polerowanego marmuru mieniły się w słońcu. Elendil dałby wszystko, by móc jeszcze raz stanąć na balkonie tej wieży, by móc sięgnąć wzrokiem daleko na Zachód, ku Avallone. Lecz wiedział, że próżne to nadzieje. Wieża była w rękach Ludzi Króla i Elendil wyraźnie widział jego znienawidzoną chorągiew - czarnego węża na czerwonym polu, powiewającą na murach.
Elendil wiedział, że może spojrzeć na Nieśmiertelne Krainy przez Palantiri, jednak świadomość ta nie koiła bólu, wynikającego z kradzieży jego dziedzictwa. Jak wiele razy, jako dziecko i młody chłopiec, stał na balkonie na szczycie wieży, patrząc w zachwycie na odległą Avallone? Jak często, jako dorosły mężczyzna, cieszył się na myśl o dniu, gdy jego synowie przyprowadzą tu jego przyszłych wnuków, tak jak on przynosił ich tu jako niemowlęta, by ich oczy mogły po raz pierwszy ujrzeć światło Nieśmiertelnych Krain?
Elendil został gwałtownie wyrwany ze swych myśli, gdy usłyszał nagłe dudnienie i trąbienie od strony statków z królewskiej floty, na które odpowiedział grzmot bębnów z obozowisk na lądzie. Hałas był ogłuszający i Elendil musiał szybko zakryć uszy rękami, by nie popękały mu bębenki. Jego biedny wierzchowiec opadł na kolana, puszczając pianę z pyska i przewracając oczami w przerażeniu. Elendilowi udało się jakoś zejść w dół zbocza wydmy, by pogładzić uspokajająco konia po grzbiecie, starając się uspokoić zwierzę, by nie uciekło w panice.
Straszliwy zgiełk ucichł tak szybko jak się pojawił. Szepcząc cicho do konia, podciągnął go na nogi, aż stanął on w miarę pewnie, węsząc w powietrzu i rżąc. Teraz dało się słyszeć nowy dźwięk – dum, dum, dum tysiąca podkutych żelazem butów, maszerujących z obozów w kierunku brzegu.
Elendil pośpieszył znów na szczyt wydmy, przeklinając, gdy ślizgał się i potykał na zdradliwym piasku. Zerkając zza krawędzi wydmy, mógł dostrzec, że kilka królewskich statków przybiło do brzegu, sterburtami równolegle do linii plaży. Załoga każdego okrętu spuściła na ziemię trap, a u stóp każdego z nich grupa setek żołnierzy króla w czerwonych tunikach ustawiała się w równych szeregach. Kiedy każdy szereg miał odpowiednią liczbę żołnierzy, kapitan wydawał rozkaz, a mężczyźni wchodzili z trapu na pokład. Tuzin innych statków przybijał do brzegu, gotowy by zabrać przypisanych im żołnierzy.
„A więc, Sauronie, twoje pionki ruszyły" wyszeptał Elendil do siebie.
Wiedział, że nie może dłużej kontynuować poszukiwań szczątków ojcowskiego statku. Teraz było to już zbyt niebezpieczne, gdy zaraz cała plaża miała się zapełnić tysiącami wrogich żołnierzy. Nie ważył się wrócić tą samą drogą, gdyż królewskie obozy będą tętnić aktywnością. Musiał znaleźć drogę przez wydmy, kierując się na południe i wspiąć się na strome zbocza, nim będzie mógł zwrócić się na wschód, ku Romennie.
Z ciężkim sercem, rzucił ostatnie, tęskne spojrzenie na rodzinne miasto, miasto w którym powinien mieszkać do końca swych dni, od kołyski po grób, jak jego przodkowie przed nim. Powinien przejąć tą ziemię po ojcu i przekazać ją w swoim czasie pierworodnemu synowi, tak jak to zawsze robili jego przodkowie. Zamiast tego, musiał odwrócić się plecami od swojego dziedzictwa i udać się na wygnanie. Błyszcząca wieża Andunie skojarzyła mu się nagle z gigantycznym palcem, wyciągniętym w niebo, ostrzegającym go, by odszedł i nigdy nie wracał.
Bardziej gorzki niż śmierć, rozmyślał Elendil, był los, który przypadł jemu i jego synom.
Elendil ześlizgnął się z wydmy i podszedł do wierzchowca, krzywiąc się, gdy ziarenka piasku dostały mu się do butów i gryzły w stopy. Odwiązał końskie wodze i wskoczył na siodło. Skierował konia na południe, a potem zachęcił go do szybkiej jazdy. Koń sunął jak wiatr przez doliny między wydmami, chętny by opuścić nagie piaski i wrócić na trawiaste łąki i leśne polany, drogie jego sercu.
Gdy Elendil uciekał ze swej ojczyzny, przez jego żałość przebił się promień nadziei. Przez wiele dni szukał wraku ojcowskiego statku i nic nie znalazł. Oczywiście, mogło to po prostu znaczyć, że wrak wyrzuciło bardziej na północ od miejsca jego wędrówki lub wyniosło go na otwarte morze. Lecz czy jego porażka w poszukiwaniach nie mogła być znakiem, dowodem na to, że misja Amandila zakończyła się sukcesem? A jeśli Amandil dotarł do brzegów Nieśmiertelnych Krain, może Valarów poruszy ich los i odpowiedzą na ich prośby?
Elendil popędził wierzchowca do jeszcze szybszego tępa. W sercu czuł, że godzina zguby jest bardzo bliska – choć, czy chodziło o jego własną zgubę, czy Pharazona, czy może wszystkich Ludzi Numenoru, tego nie mógł odgadnąć. Wiedział jednak, że nie może żyć przeszłością i musi zwrócił swoje myśli w przyszłość. Bez względu na to, co ich czeka, jego miejsce było teraz z Isildurem i Anarionem. Nie w ziemi, lecz ze swymi synami znajdzie swój prawdziwy dom.
Gdy Słońce chyliło się ku zachodowi, a Góra Meneltarma rzucała swój cień całe mile na wschód, Elendil stał na wschodniej odnodze świętej góry, usadowiony w siodle i patrzył z niechęcią na przeklęte miasto, rozwalone w dolinie przed nim.
Armenelos, Miasto Króla. Niegdyś było to najwspanialsze i najcudowniejsze miasto na całym świecie, miasto, którego imię stanowiło synonim piękna i gracji, bogactwa i splendoru. Na jego zachodnim skraju, na szczycie łagodnego wzgórza, leżał rozległy Królewski Pałac, jego dostojne kopuły i wieże wznosiły się nad cichymi ogrodami. Na wschód od Pałacu rozciągały się posiadłości i wille, domki i magazyny, karczmy i domy przyjemności, ogrody i dziedzińce należące do mieszkańców Armenelos, splecione razem przez gładko brukowane drogi i alejki i wdzięczne mosty wznoszące się nad kanałami, wzdłuż których rosły szumiące drzewa.
Jednak wszystko to było szyderstwem. Pałacowy ogród wciąż tu był, jednak Piękna Nimloth już w nim nie rosła, zrąbana na rozkaz króla. Dostojne posiadłości i solidne domy zamieszkiwali czciciele Morgotha, którzy upadli tak nisko jak każdy Ork w swej degeneracji. Wszystko przesłaniała Świątynia Melkora, jej srebrna kopuła sczerniała od dymów, który zawsze unosiły się w górę z piekielnych ogni z jej wnętrza. Elendil przypomniał sobie opowieść Isildura o koszmarach, których doświadczył on w Świątyni i poczuł jak lodowaty dreszcz przebiega mu po kręgosłupie.
Niebo na zachodzie nabierało krwisto czerwonej barwy, a Elendil zobaczył, że wielka masa chmur płynie na wschód, unosząc się wysoko nad miastem. Niebo pociemniało, a chmury zaczęły grzmieć. Elendil patrzył na nie ponuro, gdyż liczył, że przejedzie przez Armenelos w środku nocy i w ten sposób uniknie odkrycia przez Ludzi Króla. Burza może ograniczyć widoczność królewskim wartownikom, lecz może też bardzo utrudnić mu przejście. Nie chciał być choćby o rzut kamieniem od fortecy Pharazona, gdy nadejdzie ranek.
Nagle z góry dobiegł ostry krzyk i Elendil sapnął, gdy jego koń niemalże wyrzucił go w siodła w panice. Uspokajając zwierzę, spojrzał w niebo i otworzył usta ze zdumienia. Orły! Jednak Elendil nigdy nie widział takich ptaków i z szokiem obserwował potężne bestie, gdy co najmniej dwadzieścia z nich szybowało ku miastu z Zachodu. Rozpostarte, ich złote skrzydła mierzyły co najmniej sto kroków, a ich lazurowe oczy jarzyły się zaciekle.
Elendil patrzył jak zahipnotyzowany na scenę, rozgrywającą się przed nim. Orły wydawały się mieć moc rozkazywania niebiosom, gdyż niektóre przywoływały burzę z gradem, gdy inne zaczęły ciskać błyskawice w kierunku miasta. Wciąż i wciąż uderzały, zataczając na miastem wielkie koła, aż doleciały w pobliże Świątyni Melkora. Wrzeszcząc i krzycząc gniewnie, zaczęły wściekle atakować budynek, a wielki deszcz stopionego żużlu i iskier leciał z niego z każdym ciosem.
Elendil poczuł, jak w jego sercu rośnie radość. Czyż nie były Orły sługami Manwego, Króla Valarów? Z pewnością te potężne bestie, z mocą rozkazywania siłom niebios, mogły przybyć tylko od samych Valarów! Chociaż nie miał dowodu, potwierdzającego wynik misji jego ojca, poczuł nagle pewność, że Amandil odniósł sukces, a Valarowie wysłuchali ich próśb. Manwe spuścił swe Orły, by zniszczyły samą Świątynię Melkora!
Elendil dostrzegł od razu geniusz tej strategii. Kto spośród ludzi dalej będzie czcić plugawego Morgotha, gdy nie może on obronić swej własnej świątyni przed atakiem? Morgoth zostanie ujawniony jako fałszywy idol, którym zresztą był, Sauron wyjdzie na kłamcę i zwodziciela, a król ukarze się ludziom jako zwodzony złudzeniami idiota. Zniszczenie Świątyni Morgotha było z pewnością iskrą, która wznieci zamęt wśród ludzi. Zobaczą, że zostali okłamani i powstaną, rozpętując otwartą rebelię przeciwko swym ciemiężcom, przeciwko Sauronowi, Pharazonowi i Ludziom Króla. Jeśli Elendilowi uda się znaleźć sposób na skontaktowanie się z królową Miriel, mógłby otwarcie przedstawić ją jako prawdziwą władczynię Numenoru. Mogłaby poprowadzić ludzi i pomóc im wygnać Saurona, zrzucić jarzmo Pharazona i przywrócić pokój i porządek tej krainie…
Elendila rozproszyła na chwilę smuga pyłu, unosząca się z Pałacu. Dostrzegł z ponurą satysfakcją, że kopuła nad salą tronową Pharazona zawaliła się, zniszczona przez jednego z olbrzymich Orłów. Może na za dużo liczył, mając nadzieję, że Pharazon – a nawet sam Sauron – zostali pogrzebani pod stertami gruzu, który musiał teraz wypełniać salę tronową. Lecz Elendil i tak rozkoszował się tą wizją, gdyż jakże byłoby to sprawiedliwe, po całym tym złu, które sprowadzili oni na Numenor. Pogrążył się w myślach, gdy rozważał dokładne kroki, które on i jego synowie będą musieli podjąć, i to szybko, jeśli mają uzyskać przewagę z takiego biegu wydarzeń…
Jego wzrok przyciągnęła znów Świątynia Melkora, gdyż Orły zdwoiły na nią swe ataki z nową furią. Jednak coś w tej scenie zaczęło go niepokoić. Dym unosił się ze Świątyni Melkora, czarniejszy i mroczniejszy niż wcześniej. I cóż to? Ogień unosił się teraz z posrebrzanej Kopuły, wielki słup ognia, który wbijał się bluźnierczo w niebiosa i wypalał same chmury!
Ziemia zatrzęsła się mocno, a złowieszczy grzmot dobiegł z Góry Meneltarmy. Elendil prawie znów zleciał z wierzchowca, lecz udało mu się podciągnąć i zaraz zwrócił swą głowę w stronę odległego szczytu, który górował nad nim. Jego radość rozwiała się jak cudowny sen w zimnym świetle świtu, gdyż dym i para wydobywały się z zagłębienia w szczycie, Kaplicy Eru! Tylko cienka strużka dymu płynęła w niebo, lecz nawet to było już szokujące. Elendil wiedział, że Meneltarma stała nieruchomo, odkąd Elros Półelf postawił stopę na brzegach Numenoru. Dlaczego teraz miałaby wzbudzać wewnętrzne ognie?
Elendil odwrócił się ku Świątyni Melkora i widok ten go spetryfikował. Słup ognia, wystrzeliwujący z kopuły, przybrał kształt świetlistej tarczy, chroniącej Świątynię od ataków Orłów Manwego!
Elendil patrzył ze zgrozą, jak pocisk za pociskiem, każda błyskawica odbijała się, nie czyniąc szkody. Natarcie Orłów zawodziło teraz i wkrótce usłyszał żałosny krzyk, wydany przez największego z nich. Odwracając się od Świątyni, odlatywały na Zachód i wkrótce zniknęły z widoku. Ognista kopuła zanikła, a słup ognia zapadł się na powrót w głębiny Świątyni. Burzowe chmury nad miastem rozproszyły się, a ciemne niebo skąpało się w szkarłatnym, widmowym blasku.
Wstrząśnięty do głębi, Elendil wiedział, że tylko jedna Moc mogła pokonać Orły Manwego. Sauron! Czyż Gil-galad nie powiedział mu, że Jedyny Pierścień umożliwił mu panowanie nad Śródziemiem, że nawet Wysokie Elfy nie mogły mu się przeciwstawić, gdy go nosił? Elendil wiedział, że jego myśli balansują na granicy bluźnierstwa, jednak bał się, że nawet sam Manwe nie docenił mocy Pierścienia. Możliwe, że nawet nie Orły Manwego, tylko dopiero Manwe z Valarami, w bezpośrednim starciu z Sauronem, mogli liczyć na pokonanie starożytnego demona i jego potężnej broni.
Trzęsąc się, Elendil pogonił swego przerażonego konia, zdeterminowany, by jechać dzień i noc, póki nie dotrze do schronienia w Romennie. Wiedział, że ludzie, pojeni kłamstwami Saurona, będą postrzegać wydarzenia tego dnia nie jako wyraz manifestacji własnej mocy Saurona, lecz jako dowód, że Melkor jest potężniejszy od Manwego i że to naprawdę Melkor, a nie Eru, jest prawdziwym Bogiem, dokładnie tak, jak powiedział Sauron. Ludzie będą dążyć za Sauronem i królem, a sytuacja Wiernych w Romennie będzie jeszcze bardziej desperacka, niż kiedykolwiek. Elendil poczuł wielki ciężar na sercu, gdyż zrozumiał, że nie może dłużej odwlekać trudnego wyboru, który teraz nad nim wisiał.
Gdy Elendil skręcił na skrzyżowaniu pylistej drogi, mógł dostrzec ponad polami jęczmienia mury Romenny i jej domy z szarego granitu, kładzione kością słoniową, skupione przy jej osłonionym porcie. Jechał dwa dni bez przerwy, dzień i noc, i wnioskował po ciężkim oddechu swego znużonego wierzchowca, że był on tak bliski wyczerpania i runięcia na ziemię jak jego pan. „Jeszcze tylko trochę, mój przyjacielu" rzekł Elendil, klepiąc konia w bok. „Jeszcze tylko kilka mil, a potem dostaniesz jakże zasłużony odpoczynek, a także najlepszy owies i najsłodszą wodę, jaką mam." Jego wierzchowiec zarżał żałośnie, a potem opuścił głowę i popędził do przodu w ostatnim, rozpaczliwym skoku.
Gdy Elendil dotarł do bram, dał sygnał strażnikom, którzy rozpoznali go od razu, pomimo podartych szat i nieogolonej twarzy. Bramy rozwarły się, a on pojechał przez wąskie alejki i dziedzińce Romenny do drzwi swego Pałacu, dostojnego budynku o gładkich marmurowych ścianach, zwieńczonego strażnicą, który stał w centrum miasta.
Gdy jego główne bramy otworzyły się, a służący pośpieszyli w dół schodów, Elendil zsiadł z konia, klepiąc swego zmęczonego wierzchowca w bok. Gdy kilku ze służących wzięło od niego wodze i poprowadziło konia do stajni, inni podeszli do niego, z ponurym wyrazem twarzy.
„Mój panie" powiedział najstarszy z nich, postawny mężczyzna, który stał niespokojnie, wiercąc się i nerwowo gniotąc skrawek swej niebieskiej tuniki. Elendil patrzył na niego niecierpliwie, gdyż był wyczerpany, zniechęcony i nie w humorze na pogaduszki ze strażnikami.
„No, wyksztuś to, człowieku!" zawołał. „Czy nie widzisz, że nie jestem w stanie stać na schodach cały dzień? Potrzebuję wanny gorącej wody – nie szczędźcie mydła – zmiany ubrań, zdrowej porcji wina i strawy, a potem mego miękkiego łóżka. Wszystkie sprawy pałacu mogą zaczekać do wieczora, jak już odpocznę kilka godzin."
„Mój panie" odparł służący. „wszystko to zostanie ci przyniesione." Pstryknął palcem, a dwóch innych służących pośpieszyła przez schody i otwarte drzwi do Pałacu. „Jednak obawiam się, że nie ma czasu na to, byś teraz zjadł i odpoczął i ledwie go starczy na to, byś umył się i przebrał" rzekł sługa. „Niecałą godzinę przed tobą, Królewski Herold przybył przed bramy miasta, w towarzystwie małej grupy Strażników Domu Królewskiego. Wpuściliśmy go, oczywiście po tym, jak go rozbroiliśmy i trzymamy go pod czujnym okiem naszej własnej straży. Herold przynosi zwój i mówi, że ma ważne informacje od króla dla oczu i uszu Suwerennego Lorda Andunie i Władcy Romenny. Nie przekaże tej wiadomości lordowi Isildurowi, czy lordowi Anarionowi – właśnie przetrzymują go w Wielkiej Sali. Posłaniec nalega, że przekaże tą wiadomość tylko tobie, panie – chociaż nie wyjaśnił tego, gdy stał przy bramie miasta, domagając się przejścia. Gdy nie znalazł cię w twym Pałacu, domagał się informacji gdzie jesteś, a także zaczął otwarte pytać o miejsce pobytu lorda Amandila. On i jego strażnicy szydzili też z lorda Isildura, nazywając go Wilczą Głową i grożąc, że złapią go w jego własnym pałacu i zawleką powrotem do Armenelos, by stawił czoła sprawiedliwości. Lord Anarion ma pełne ręce roboty, bacznie obserwując bezczelne sługi króla i starając się powstrzymywać swego brata, by nie rozerwał ich na kawałki."
Sługa nerwowo przełknął ślinę. „Nie wiedzieliśmy, co odpowiedzieć im co do twojego miejsca pobytu, mój panie, gdyż nie wiedzieliśmy, kiedy dokładnie powrócisz ze swej misji i nie chcą oczywiście udzielać im żadnych informacji, które mogą zostać użyte przeciwko tobie."
Elendil westchnął. „Byłoby lepiej, gdybyście przetrzymali ich za murami miasta, lecz na to już za późno. Nie będzie spoczynku dla znużonego wędrowca, na to wygląda, a chociaż moje ciało woła o jedzenie i odpoczynek, udam się od razu do wielkiej sali i wysłucham wiadomości od Herolda. Choć myślę, że chyba wiem, co król ma mi do powiedzenia."
„Mój panie" odparł sługa, kłaniając się nisko, zanim poszedł za Isildurem do pałacu.
Elendil, który pośpiesznie się umył i przywdział świeże wełniane szaty o niebieskiej barwie i płaszcz ze złota, śpieszył do Wielkiej Sali. Sala ta była szeroka i wysoka na jakieś dwadzieścia kroków i pięć razy tyle dłuższa, zdobiona od podłogi do sufitu bogato rzeźbionym dębem. Drewniane stoły i ławki, dla służących i zwykłych mieszkańców, stały w długich szeregach. Na podwyższeniu po drugiej stronie komnaty, naprzeciwko drzwi do sali, stał osobisty stół Elendila, z jego krzesłem o wysokim oparciu, a po obu jego stronach znajdowały się krzesła Isildura, Anariona i siedzenia dla ważnych gości, których czasem przyjmowali.
Na stopniach podwyższenia stali Isildur i Anarion, odziani odpowiednio w szaty o barwie zielonej i niebieskiej. Isildur nosił długi żelazny miecz w pochwie z polerowanej skóry, umieszczonej tak, by było ją dobrze widać, na skórzanym pasie przy biodrze. Na podłodze niżej, grupa ponad dwudziestu strażników Romenny, w biało-niebieskich tunikach, stała w kręgu, z włóczniami i tarczami w gotowości. W środku kręgu stało pół tuzina Strażników Domu Królewskiego, w swych czarno-szkarłatnych tunikach – wszyscy rozbrojeni i Królewski Herold, wysoki, łysy człowiek z brązową brodą, odziany w powiewającą czarną szatę ze złotym płaszczem. W swej prawej ręce ściskał on wielki zwój. Ignorując włócznie strażników z Romenny, skupiał się na drażnieniu Isildura, który patrzył się na niego wściekle, gdy Anarion, stojąc po prawicy brata, trzymał ostrzegawczo rękę na jego ramieniu.
„I czymże się stałeś, Wilcza Głowo?" szydził. „Bandytą, który nie śmie opuścić murów swej rudery, bojąc się zamachu? Cóż, podobno mordercy zawsze boją się, że sami zostaną zamordowani, i słusznie, gdyż swymi zbrodniami wzbudzają wszędzie nienawiść. Mówi się w Armenelos, że twój ojciec zamordował twego dziadka, by móc rządzić tym miejscem. Może poszedłeś w jego ślady i wykończyłeś własnego ojca, by być panem tej prowincjonalnej wiochy i jej mieszkańców – heretyków i handlarzy rybami? Uważaj - twemu bratu może się to spodobać i wkrótce będzie chciał zając twoje miejsce przy tym stole!"
„Otwórz swe usta jeszcze trochę szerzej, psie" warknął Isildur, dobywając miecza. „bym łatwiej mógł odciąć twój jadowity język!" Strażnicy Domu Królewskiego uformowali ciasny krąg wokół Herolda, gotowi bronić go własnym życiem, mimo przewagi liczebnej wroga. Anarion położył rękę na ramieniu brata i zaczął szeptać do niego niecierpliwie. Isildur podniósł głowę i ku jego zaskoczeniu dostrzegł Elendila, stojącego na końcu Sali.
„Mój panie" rzekł Isildur, do którego dołączył Anarion, gdy skłonili swe głowy. Marszcząc brwi, Herold odwrócił się i zobaczył Elendila, który stał milczący na drugim końcu sali.
„No, no" rzekł Herold, unosząc brew. Machnął ręką na swych ochroniarzy, a oni odstąpili, choć wciąż patrzyli czujnie na las włóczni wokół nich. „W istocie, to sam wielki lord Elendil, żywy i w jednym kawałku" kontynuował Herold. „Wygląda na to, że się pomyliłem i twój najstarszy bachor nie poszedł za twym morderczym przykładem. W każdym razie, jeszcze nie. Jasnym jest, że ma on gorącą głowę i ostry miecz do pary z ostrym językiem. Lepiej uważaj na niego."
Isildur wyglądał, jakby miał zamiar rzucić się na Herolda, lecz Elendil powstrzymał swego najstarszego syna machnięciem dłoni, gdy Anarion uspokoił go łagodnie i namówił go, by schował swój miecz do pochwy.
Odwróciwszy się do Herolda, Elendil podszedł do niego i stanąwszy przed samym okręgiem strażników, powiedział „Nie będę wysłuchiwał twych obelg przeciwko mnie lub mej rodziny, sługo. Twierdziłeś, że masz wiadomość od Ar-Pharazona, która miała być dostarczona mi osobiście. Zatem przekaż mi ją, a potem precz."
„Jak sobie życzysz" rzekł Herold, marszcząc nos. Kusiło go, by wygłosić uwagę, że Elendil z zapachu przypomina konia, lecz coś w ponurych, stalowoniebieskich oczach Elendila powstrzymało go. Rozwinąwszy zwój, pokazał go wszystkim, by Elendil widział Królewską Pieczęć na pergaminie. Potem odwrócił go, tekstem do siebie i trzymając go, wyciągniętego przed siebie, przemówił głośnym, władczym głosem, który poniósł się po Wielkiej Sali.
„Do naszego wasala, Elendila syna Amandila, Suwerennego Lorda Andunie i Władcy Miasta Romenny" rzekł Herold. „Pozdrowienia, od twojego suzerena i krewnego, Ar-Pharazona Złotego. Jak niewątpliwie jest ci wiadomym, rozkazaliśmy naszym żołnierzom i statkom zbiórkę w Andunie, by wysłać ich na wyprawę, której cel ujawnimy w stosownym czasie. Żądamy od każdego miasta i wioski, by w celu wzmocnienia naszej Armii i Armady, wysłały one każdego mężczyznę, zdolnego dzierżyć pikę i włócznię, od chłopców do starców. Żądamy by Romenna także wykonała ten rozkaz, jak każde miejsce pod naszym władaniem na wyspie Numenoru. A chociaż obraziliście naszą królewską godność, udzielając schronienia Wilczej Głowie, Isildurowi, by chronić go przed sprawiedliwością i wywołaliście nasze niezadowolenie swą przyjaźnią z elfami, waszym upartym poparciem dla heretyków i ruchu oporu przeciwko prawdzie Melkora i waszymi oszczerstwami w stosunku do hierofanta Melkora, lorda Saurona, zamierzamy zaoferować wam tą jedną, ostatnią szansę, by odkupić się w naszych oczach. Rozkazujemy wam, byście zgromadzili każdego mężczyznę z Romenny, zdolnego do walki i wysłali go do Andunie. Rozkazujemy wam przekazać także każdy dostępny w Romennie wojenny statek na służbę w Andunie. Oczekujemy, że transport tych statków i ludzi zostanie dostarczony czwartej nocy od otrzymania tej wiadomości. Ufamy, że będziesz nam posłuszny, gdyż jesteśmy pewni, że nie będziesz chciał dodać śmierci do hańby, która już spoczywa na tobie i twym rodzie, przez ogłoszenie siebie jako zdrajcę naszej suwerennej wysokości. Podpisano, Ar-Pharazon Złoty i Zapieczętowano i Dostarczono tego samego dnia.
Herold zwinął zwój i uśmiechnął się triumfująco do Elendila, który popatrzył na niego bez słów. Cisza w Wielkiej Sali była ogłuszająca, a Herold podał zwój swemu ochroniarzowi, który przekazał go jednemu ze strażników Elendila. Trzymając go ostrożnie swą ręką od tarczy, jakby miał sparzyć mu rękę, strażnik wyszedł na chwilę z kręgu i podał zwój Elendilowi. Odprawiając go, Elendil wskazał na najbliższy drewniany stół, a strażnik położył tam zwój, nim powrócił do szeregu.
„Czy nie życzysz sobie przeczytać zwoju osobiście, lordzie Elendilu?" spytał Herold. „Cóż, nie ma i tak takiej potrzeby. Poinformowałem was o rozkazach króla. A więc, jakie są ogólne liczby ludzi w Romennie, nadających się do armii? Nawet chłopców tak młodych jak czternaście lat można wliczyć, o ile mają silne ramiona i nogi."
„Powiedz swojemu fałszywemu królowi" odparł Elendil. „Ni jeden człowiek, ni jeden statek z Romenny nie będzie służyć Pharazonowi Uzurpatorowi, marionetce Saurona Wstrętnego i dobrowolnemu słudze plugawego Morgotha Bauglira."
Herold patrzył się z otwartymi ustami, zszokowany takim bluźnierstwem. Jego ochroniarze wystąpili przed niego, obserwując wrogów ponuro.
„Teraz precz" powiedział Elendil spokojnie, „albo osobiście odrąbie twoją łysą łepetynę od twoich ramion."
Herold wydał zduszony krzyk, gdy jego bursztynowo-zielone oczy wyglądały, jakby miały wypaść z oczodołów. Ruszył na Elendila, tylko po to by zobaczyć ostrza włóczni wymierzone w jego szyję. Elendil odstąpił i skinął na swych strażników w białych tunikach, którzy zaczęli wyprowadzać Herolda i jego sługusów szturchaniem włóczni z Wielkiej Sali. „Nie spuszczajcie z nich oczu" rzekł Elendil do strażników. „póki nie znajdą się za bramą i nie zostaną odeskortowani do wyznacznika granicy miasta, w polu, trzy mile na zachód od miasta. Potem wróćcie tu natychmiast i rozkażcie zamknąć i zaryglować wszystkie bramy miasta, tak by nikt nie mógł wejść."
Gdy oniemiały Herold i jego ochroniarze zostali już odeskortowani z wielkiej sali, Elendil wszedł po stopniach na podwyższenie i objął swoich synów. Potem odstąpił i popatrzył na nich bez słowa. Isildur, chowając miecz do pochwy, odwzajemnił zdumione spojrzenie. „Na Valarów, ojcze" rzekł, „to były śmiałe słowa. Myślałem, że mnie skarcisz, za moją reakcję na obelgi Herolda. Jednak moje słowa są niczym w porównaniu do twoich."
„Twoje słowa nie były zwykłymi obelgami" rzekł Anarion, przygryzając dolną wargę. „lecz deklaracją otwartej wojny. Wiesz to, ojcze."
„Wiem, mój synu" odparł Elendil. „Lecz otwartej wojny nie można już dłużej odwlekać. Wierzę, że wasz dziadek odniósł sukces na swej misji, że Valarowie zgodzili się nam pomóc…"
Anarion wydał okrzyk radości, gdy na brodatej twarzy Isildura rozlał się szeroki uśmiech.
„A jednak, mimo tego wszystkiego, jego misja była próżna. Wierzę, że Valarowie nie mogą ocalić nas na tej wyspie."
„Jak to możliwe, ojcze?" spytał Anarion, ze zdumieniem na twarzy. Isildur zmarszczył brwi i popatrzył ponuro na Elendila.
„Wyjaśnię wam wszystko, także to, co widziałem w Armenelos dwa dni temu" odparł Elendil. „Lecz potem musimy działać szybko. Przygotowania, które uczyniliśmy, ze względu na sen waszego dziadka i mój własny, okazały się jakże potrzebne. Przed końcem dnia, wezwę ludzi na publiczny plac i rozkażę im, by przygotowali się na wejście na statki. Bo chociaż mam nadzieję na znak od Valarów, ludzie muszą przygotować się na najgorsze. Muszą przygotować się na dożywotnie wygnanie do Śródziemia."
