Wielka Armada

Z balkonu najwyższej wieży Andunie król Ar-Pharazon Złoty spoglądał na widok przed nim. I niezmiernie cieszyło go to, co widział.

Był wczesny świt. Dzień był jasny i czysty, tak że mógł nawet dostrzec światło z Białej Wieży Avallone, świecące na zachodnim horyzoncie. Lecz jego uwaga skupiona była na porcie w dole. Na całej długości i szerokości Zatoki Andunie, a także jeszcze daleko w morze, stały statki Wielkiej Armady. Tak jak niegdyś Valarowie wystawili swą rebelię przeciwko Melkorowi, swą tak zwaną Wojnę Gniewu, przeciwko Jedynemu Prawdziwemu Bogowi, tak teraz Jego zwolennicy, Ludzie Króla, nadchodzili, by gniewie wywrzeć na nich zemstę Melkora. Nie szli tylko po pomstę, ale też po łupy wojenne, które w tym wypadku były niczym mniejszym niż wiecznym życiem i boskością!

Stało tam ponad dwa tysiące wojennych statków, a złote obwarowanie ich czarnych żagli lśniło we wschodzącym słońcu. Na ich pokładach czekało ponad dwa miliony wojowników Numenoru, po tysiącu na każdy statek. Niektórzy z nich byli zaprawionymi weteranami wielu wojen w Śródziemiu. Reszta to nowi rekruci, którzy, bez względu na to czy byli zwykłymi chłopcami, czy starzejącymi się dziadkami, czekali tylko, by udowodnić swą wartość i sięgnąć po swą nagrodę! Gdyż cel tej wyprawy, a także czekające na niej nagrody, zostały niedawno wyjawione ludziom. Ogień Melkora płonął teraz w ich sercach i zareagowali na wypowiedzenie wojny Valarom nie tchórzliwą zgrozą sług Eru, lecz śmiałością swego prawowitego pana!

„Oszałamiający widok, mój suzerenie" rzekł czysty, wysoki głos tego, który stał przy boku króla. „I co za pomyślny dzień na popłynięcie na Zachód i wypełnienie swego przeznaczenia." Sauron odziany był, jak zawsze, w swe szaty z czerni i purpury, a napis na jego złotym pierścieniu świecił bladą poświatą, gdy słońce wstawało nad górami Wschodu. Marmurowa skóra jego rzeźbionej twarzy była tak biała ja zawsze, bez względu na morską bryzę, która naniosła ślad koloru na starzejące się policzki króla.

„Zaiste, pomyślny dzień" odparł Ar-Pharazon. Odziany był od stóp do głów w zbroję z misternie rzeźbionego złota i srebra i nosił powiewający, czerwony płaszcz z obrazem czarnego węża. Głowę obejmowała mu wysadzana klejnotami korona Numenoru, a w prawej ręce dzierżył swe złote berło. Potężny miecz ze stali, wykonany przez samego Saurona jak dar dla króla, wisiał w hebanowej pochwie na jego bogato obrobionym, skórzanym pasie. Konstrukcja miecza było prosta i elegancka, chociaż głownia wyrzeźbiona była w ciekawy kształt, przypominająca oko wielkiego dzikiego kota z Dalekiego Haradu.

„Twoje urządzenie do nawigowania przez Zaczarowane Wyspy jest zainstalowane na moim statku?" spytał Ar-Pharazon.

„Możesz sam je zobaczyć, Wasza Królewska Mość!" rzekł Sauron. Na pokładzie dziobowym statku flagowego króla – Aldondarasie, Morskim Zamku – zainstalowany był srebrny pierścień o dziesięciu krokach obwodu, grawerowany w dziwne runy i obejmujący płytę, wykonaną z czegoś, co przypominało różowawe szkło. Można było całkiem dobrze widzieć przez nie Morze, chociaż zabarwione na różowy odcień przez kolor szkła.

„Już poinstruowałem twych admirałów, jak go używać, mój suzerenie" rzekł Sauron. „Gdy popatrzysz przez nie, nie będziesz widział mgieł Zaczarowanych Wysp. Mówiąc dokładniej, ujawni się ich nieistnienie, gdyż są one tylko iluzją, która osnuwa ludzkie umysły. Jeśli twe statki będą dokładnie za tobą podążać, jeden za drugim, niczym wielki wąż, nie powinieneś mieć żadnych trudności w nawigacji przez nagie skały, które ludzie zwą Zaczarowanymi Wyspami. Potem, po pewnym czasie takiej wędrówki, zobaczysz przed tobą brzegi Valinoru!"

Ar-Pharazon wydał gardłowy rechot, jego twarz rozpromieniła się z zadowolenia. Lecz wtedy, grymas rozprzestrzenił się po jego wymizerowanej twarzy. „Jesteś pewny, że nie będziesz mi towarzyszył, lordzie Sauron? Twoja obecność w bitwie byłaby niezmiernie miło widziana."

„W istocie, Wasza Królewska Mość" rzekł Sauron. „Ale omawialiśmy to już wcześniej. Twoja misja zakończy się powodzeniem tylko wtedy, kiedy będzie z tobą łaska Melkora. By zapewnić tę łaskę, muszę pozostać w Świątyni naszego Pana – tak naprawdę, to muszę powrócić do niej natychmiast, gdyż już jestem spóźniony. Jest to niezmiernie ważne dla twego zwycięstwa, mój królu, bym pozostał w Świątyni, składając wiele ofiar dla Melkora, które muszę wykonać podczas tej kampanii, a to twoi generałowie i admirałowie będą tobie towarzyszyć, by poprowadzić twych ludzi do zaciekłej bitwy, która czeka przed nimi."

„Tak, tak" rzekł król, jakby rozdrażniony. „Chyba nie powinienem kwestionować twojej opinii co do woli Melkora." Ciąg jego myśli został przerwany przez stukot podkutych żelazem butów na schodach, prowadzących na dach wieży. Królewski ochroniarz odsunął się od drzwi, by wpuścić wysokiego, brodatego mężczyznę, odzianego w szkarłatną szatę obramowaną złotem – Królewskiego Herolda.

Herold podszedł bliżej, salutując królowi i skinąwszy głową Sauronowi. Potem przemówił „Mój suzerenie, przyjmij moje przeprosiny za to opóźnienie w złożeniu ci raportu. Wyruszyłeś do Andunie zanim wróciłem z Romenny i od tego czasu goniłem za tobą najszybciej jak mogłem, przez całą długość Numenoru." Przerwał. „Rozmawiałem z lordem Elendilem z Romenny i przekazałem mu twe rozkazy. Moim obowiązkiem jest teraz poinformować cię o jego odpowiedzi." Mężczyzna przełknął ślinę, wyglądając wyraźnie nieswojo.

„A więc, co ma on mi do powiedzenia?" zapytał król. „Czwarta noc się skończyła, a ja nie widzę śladu ani ludzi ani statków z Romenny tu, w Andunie. Ma jakąś wymówkę na to opóźnienie, czy jednak pogrążył się tak głęboko w odmętach głupoty, by odmówić moim żądaniom?"

Z twarzą o barwie popiołu, Herold patrzył w przerażeniu na Ar-Pharazona, otwierając i zamykając bezgłośnie usta.

„A to nowość" uśmiechnął się Sauron, błyskając zębami o barwie kości słoniowej. „Niemy Herold." Potem zmrużył swe niebieskie oczy. „Podejdź, sługo. Powiedz nam dokładnie, co Elendil ci odpowiedział. Jesteś tylko posłańcem, nie jesteś odpowiedzialny za jego słowa."

Trzęsąc się, biedny Herold wyjąkał „On… mój panie… mój suzerenie… on p-powiedział… że… i cytuję go, ja nie bluźnię!... mój suzerenie… Elendil powiedział, że „ni jeden człowiek, ni jeden statek z Romenny nie będzie służyć Pharazonowi Uzurpatorowi, marionetce Saurona Wstrętnego i dobrowolnemu słudze plugawego Morgotha Bauglira."

ŻE CO?!" wrzasnął król, jego twarz rozbłysła wściekłością, jego ogniste niebieskie oczy błyszczały furią i złą wolą. Herold opadł na kolana i pokłonił się błagalnie, jęcząc ze strachu.

Sauron, którego rzeźbione rysy nie zdradzały żadnej emocji, patrzył z góry na kulącego się Herolda. Sparaliżowany mężczyzna wyglądał, jakby miał umrzeć ze strachu. Zaprawdę, pomyślał Sauron do siebie, jakże słabe są te śmiertelne istoty, jeszcze bardziej wiotkie, niż myślał.

„Cierpliwości, mój suzerenie" rzekł Sauron gładko. „Nie ma potrzeby, by gniewać się na Herolda. Wykonywał tylko swe obowiązki, przekazując ci plugawe słowa Elendila Zdrajcy. Powinien być pochwalony za swą odwagę, że przekazał nam je szczerze." Odwracając się do Herolda, rzekł. „Wykonanie twoich obowiązków zostało zaznaczone i przyjęte z podziękowaniem. Możesz iść i wsiąść na swój statek natychmiast."

„Mój panie" skłonił się Herold, który wyglądał, jakby chciał wycałować sandały Saurona. Wstając, ponownie zasalutował królowi i zaczął schodzić po schodach, z początku wolno, a potem tak szybko ile sił w nogach.

Uśmiechając się krzywo, Sauron zwrócił się do króla. Twarz Ar-Pharazona nabrała teraz barwy popiołu, gdy początkowy szok na słowa Herolda ustępował, robiąc miejsce dla zimnego, kipiącego gniewu.

„Mój panie" rzekł Sauron, „przez lata pozwalaliśmy temu ścierwu z Andunie siedzieć w swej ruderze w Romennie i gromadzić u siebie heretyków tej krainy, jak pszczoły przyciągane do miodu. W istocie, to z tego powodu poradziłem ci wygnać ich do Romenny. Robiąc z nich obiekt sympatii u tych nielojalnych w stosunku do ciebie, wykorzeniliśmy wielu zdrajców, którzy zgromadzili się pod ich sztandarem, a którzy inaczej długo pozostaliby w ukryciu, zanim odkryłbym ich, jednego po drugim."

Sauron zmarszczył brwi. „Lecz czas tolerowania ich obecności na tej wyspie skończył się. Od czasu zniknięcia Amandila kilka miesięcy temu, który wyruszył, kto wie, w jakim złym celu, jego bachor Elendil przewodził heretykom. Długo sprzeciwiał się twym prawom, chroniąc tą Wilczą Głowę, Isildura. Teraz bezczelnie odmawia twym rozkazom w czasie wojny, mój suzerenie, dodając obrazę do już wyrządzonych szkód! To zdrada! Czy pozwolisz temu przyjacielowi elfów, tej marionetce Valarów, sprzeciwiać ci się na twej własnej ziemi?"

„Niewierny!" splunął król. „Waży się rzucać mi wyzwanie, szydzić z Ar-Pharazona Złotego, Króla Ludzi i Władcy Ziemi! Na Melkora, wyślemy nasze armie przeciwko Romennie i to szybko! Zostawiliśmy jeden pułk w Armenelos, by utrzymywał porządek pod moją nieobecność. Mają teraz ważną misję; pomaszerują do Romenny i będą domagać się kapitulacji Elendila i Isildura. A jeśli ich żądania spotkają się z odmową, wyłamią przeklęte bramy tego gniazda żmii, bez względu na cenę!" Uśmiechnął się zimno. „Nie spocznę, póki głowa Elendila nie będzie osadzona na Bramie Zdrajców, obok głowy jego bachora, Isildura!"

„A co z Anarionem, mój suzerenie?" spytał Sauron poważnie.

„Z tym bezbarwnym małym głupcem?" zaszydził król. „Nie stanowi dla mnie większego zagrożenia niż koszatka. Chociaż, jakoś nie mogę uwierzyć, że nie odegrał żadnej roli w zdradzie swego ojca. Elendil, Isildur, Anarion – wszyscy trzej są znanymi heretykami, a myślę, że synowie pomagali swemu ojcu w planowaniu zdrady."

„Słuszna uwaga, mój suzerenie" rzekł Sauron. „ A kiedy już ich aresztujemy, jak dokładnie powinniśmy z nimi postąpić? Nie będzie cię w Armenelos, by wydać na nich wyrok."

„Już ich uznałem winnymi zdrady, pod ich nieobecność" odparł Ar-Pharazon. „Mógłbym mieć ich głowy już zaraz. Jednakże" kontynuował, z okrutnym uśmiechem, „jako heretycy, są już poza prawem i poza procedurami władzy doczesnej. Zatem, gdy zostaną aresztowani, zostaną przekazani w ręce władzy duchowej, reprezentowanej przez ciebie, lordzie Sauron. Możesz zrobić z nimi, co uznasz za słuszne."

„Jego Królewska Mość jest tak hojna, jak i mądra" uśmiechnął się Sauron. „Słusznym jest, by twoja wojna przeciwko Valarom była rozpoczęta złożeniem w ofierze ich głównych agentów w tej krainie. Melkor będzie niezmiernie zadowolony, gdy otrzyma ich w Jego Świątyni.

Król zasygnalizował jednemu ze Strażników, by przysłał tu skrybę z grupy poddanych, oczekujących na swego suwerennego władcę u stóp wieży. Kilka minut później, skryba, starzejący się mężczyzna w szarych szatach, wszedł na balkon, oddychając ciężko z wysiłku wspinania się na tyle schodów. Z fałd swoich szat wyciągnął czarny zwój, pióro, atrament i zapisał rozkaz króla, dotyczący aresztowania Elendila i jego dwóch synów, tak jak i polecenie, by już aresztowani, zostali oni przekazani w ręce Saurona. Skryba podał rozkaz królowi, który odprawił go niecierpliwie. Salutując, zmęczony skryba odwrócił się i rozpoczął swą długą wędrówkę w dół schodów.

Ar-Pharazon zdecydował, że zabierze Królewską Pieczęć ze sobą na czas wojny, jako symbol jego biura. Wyjąwszy Pieczęć z sakiewki u pasa, razem z blokiem wosku, skinął na jednego ze Strażników, który użył swego krzesiwa i hubki, by kilka kropel roztopionego wosku spadło na pergamin. Król zapieczętował rozkaz i podał go Sauronowi.

„Przekażę twój rozkaz pułkowi, stacjonującemu w Armenelos, gdy tylko tam wrócę" rzekł Sauron, salutując lekko. „Jedno jest pewne, policzę się Elendilem i jego potomstwem, zanim dopłyniesz do brzegów Valinoru."

Ar-Pharazon zaśmiał się ostro, zachwycony tą myślą. Lecz wtedy, śmiech zamarł mu w gardle i mocno zmarszczył brwi, patrząc na Zachód. „Na Melkora, co to?" zawołał. Sauron odwrócił się ku zachodniemu horyzontowi i przez chwilę zaniemówił, tak samo zszokowany jak król.

Całe zachodnie niebo było teraz tak czerwone jak poranne niebo na Wschodzie! Na tle tego szkarłatnego blasku, zaczął formować się mroczny cień. Cienie przybrały kształt i wkrótce uformowały się w sylwetki wielkich Orłów, a skrzydła każdej z bestii rozciągały się na mile na horyzoncie. Każdy człowiek wiedział, że Orły były symbolem Manwego, Władcy Zachodu. Jego ostrzeżenie dla Ludzi Numenoru nie mogło być przedstawione jaśniej!

Pomimo odległości, która dzieliła ich od statków w porcie, można było dosłyszeć mamrotanie ludzi na pokładach, które wkrótce ustąpiło miejsca śmiertelnej ciszy. Zduszona została waleczność Ludzi Numenoru. Swymi daleko-widzącymi oczami, Sauron mógł dostrzec blade i przerażone twarze ludzi na pokładach, gdy zdali sobie sprawę z ogromu tego, czego zamierzali dokonać. Strażnicy Domu Królewskiego, stojący przy królu, wyglądali na oszołomionych niesamowitym pokazem mocy Manwego. Nawet sam Ar-Pharazon, którego rysy stwardniały w gniewnym blasku szkarłatnego nieba, zaczynał okazywać wątpliwości. Ze zmrużonymi oczami, zerknął podejrzliwie na Saurona.

Już drugi raz, pomyślał Sauron, Valarowie starali się pokrzyżować jego plany, oferując jasne ostrzeżenie Ludziom Numenoru! Zrozumiał, że musi działać i to szybko.

„To nic więcej, tylko próba przestraszenia cię, mój suzerenie!" powiedział Sauron, swym najczystszym, najbardziej przekonującym głosem. „Czy ty i twoi ludzie jesteście jak chłopcy, którzy chylą głowy, gdy nauczyciel grozi wam brzozową witką? Jeśli, z pomocą Melkora, własnoręcznie pokonaliśmy te latające bestie, gdy atakowały Armenelos, dlaczego mamy się teraz bać ich cieni?"

Sauron złapał króla za ramię, patrząc mu głęboko w oczy. „Valarowie to zaklinacze i oszuści, mój suzerenie. Władcy Iluzji i niczego więcej. Manwe chce cię przerazić, byś nie wyruszył na swą ekspedycję, bo wie, że nie będzie w stanie cię pokonać, gdy już postawisz stopę w Nieśmiertelnych Krainach. Ta maszkarada to ostatni akt desperacji z jego strony!"

„Tak, musi tak być, na Melkora" rzekł król, a jego pewność siebie wkrótce powróciła pod działaniem uspokajającej obecności Saurona.

Sauron cofnął swoją rękę. „To w istocie dość tandetne zagranie, mój suzerenie, nic, co by mogłoby stanąć na drodze Ludziom Króla. Lecz" ostrzegł Sauron, wskazując szczupłym palcem na okutą w zbroję pierś króla, „mniejsi od ciebie nie są błogosławieniu tak jasnym spojrzeniem, Wasza Królewska Mość. A zatem musisz wsiąść na swój statek i wyruszyć od razu. Bez dalszej zwłoki! Gdyż ten podstęp Valarów może osłabić zapał twych ludzi, póki nie zobaczą, że ich król wcale się nie boi! Pośpieszą wtedy, by udowodnić ci swą wartość, by nie okryć się hańbą na oczach swych kompanów."

„Masz rację!" zawołał Ar-Pharazon, a promienny uśmiech rozwiał się po jego twarzy, zdobionej srebrną brodą.

„Twoi admirałowie powiodą cię przez Zaczarowane Wyspy aż do brzegów Nieśmiertelnych Krain" rzekł Sauron. „Twoje własne umiejętności wojenne, jak i twoich oficerów i żołnierzy, z pomocą Melkora dopełnią resztę. Gdy zobaczę cię znów, będziesz nieśmiertelnym Królem Bogów, ukoronowanym na Górze Śnieżnobiałej przez samego Melkora! Teraz, z mojej strony, muszę powrócić do Świątyni i utrzymać łaskę Melkora. Żegnaj, odważny królu! Do zwycięstwa!" Sauron wykonał tradycyjny gest Numenoru - prawa ręka, zaciśnięta w pięść przed lewą piersią.

„Za Earendila i Numenor! Do zwycięstwa!" zakrzyknął Ar-Pharazon, przenosząc berło do lewej ręki, a prawą dobywając miecza. „Do zwycięstwa!" krzyknęli strażnicy przy schodach, a ich waleczne duchy urosły w blasku chwały ich króla. Odeskortowali Ar-Pharazona w dół wieży i do doków, gdzie, w towarzystwie swych poddanych, wsiadł na łódkę, która miała zawieść go do jego okrętu flagowego. Wciąż krzyczeli „Do zwycięstwa!", a gdy łódka płynęła między statkami floty, okrzyk podjęli także admirałowie, generałowie i ich oficerowie, gdy zobaczyli Ar-Pharazona dumnie unoszącego swój miecz i berło. „Oto jest król! Do zwycięstwa!" krzyczeli. Dołączyli do nich ich ludzie i wkrótce ogłuszający ryk wydobywał się z ponad dwóch milionów gardeł, odbijając się echem w górach, grzmiąc wyzywająco i niosąc się przez morze do uszu tych fałszywych bogów, którym wypowiedzieli oni wojnę.

Gdy Sauron spoglądał z balkonu, łódka króla przybiła do potężnego Alcondarasu, a on sam wszedł na pokład. Pośpieszył do tylnego pokładu, w kierunku baldachimu pozłacanego aksamitu. Pod baldachimem stał złoty tron, wykonany specjalnie na kampanię króla. Ar-Pharazon schował miecz do pochwy, chwycił berło prawą ręką i zasiadł na tronie - dumny obraz Króla Ludzi. Podniósł rękę i dał sygnał do odpłynięcia.

Jeden po drugim, statki Wielkiej Armady podnosiły kotwicę, niezliczone rzesze niewolników przy wiosłach unieśli je, rozpoczynając pierwszy etap wędrówki na Zachód Zachodu. Cały ten czas, zachodnie niebo stawało się coraz bardziej czerwone, gdy ciemne skrzydła Orłów Manwego biły złowrogo, w daremnym ostrzeżeniu przeciwko ludzkiej głupocie.

Sauron, z czarnymi włosami targanymi przez morską bryzę, obserwował flotę przez wiele godzin, gdy jej czarno-złote żagle robiły się coraz mniejsze. W końcu, nawet jego daleko-widzące oczy nie mogły już dostrzec jej śladu. Wtedy pozwolił, by pełen satysfakcji uśmiech pojawił się na jego rubinowych wargach.

„Tak, do zwycięstwa" powiedział cicho. „Zwycięstwa Saurona z Mordoru, Mrocznego Władcy Ziemi! Biedny Manwe. Władcy Zachodu zawsze chcieli służyć Eru wiernie, jednak od zawsze ich niezdarność służyła sprawie mego pana. Albo, powinienem powiedzieć, mojej sprawie, gdyż Melkor od dawna opuścił Kręgi tego Świata i nawet sami Valarowie nie są w stanie się z nim porozumieć, nawet gdyby tego chcieli."

„I żegnam ciebie, Ar-Pharazonie Głupcu!" kontynuował Sauron. „Boli mnie, że muszę odrzucić przydatne narzędzie, gdy całymi latami kształtowałem cię i ostrzyłem. Jednak twoja przydatność już się kończy."

Napis na Jedynym Pierścieniu palił się ognistym światłem na jego ręce, gdy z sarkastycznym śmiechem, który zniekształcił jego czysty głos, Sauron ruszył w drogę do Świątyni Melkora.

„Isildurze, pośpiesz się!" zawołał Anarion, dysząc z wyczerpania, z mieczem skąpanym we krwi. „Nie damy radę odpierać ich dłużej. Każ wysłać ostatnią salwę strzał ze statku, a my uciekniemy pod ich osłoną!"

Skinąwszy głową bratu, Isildur odwrócił się i ciął mieczem jednego z Ludzi Króla, zanim ten mógł rzucić włócznią w jego gardło. Gdy mężczyzna osunął się na ziemię, gulgocząc w śmiertelnej agonii, Isildur gwizdnął na łuczników, stojących na statku, którzy jak Anarion stali wciąż przy dokach.

Na sygnał Isildura jego ludzie oddali salwę strzał, wycinając w pień hordę żołnierzy wroga w czerwonych tunikach, którzy biegli do doków. „Teraz, bracie!" zawołał Isildur i razem z Anarionem obrócili się i popędzili do swych statków. Gdy tylko postawili stopy na trapach, marynarze od razu zaczęli podnosić je w górę, odcinając Ludzi Króla od ich zdobyczy.

Isildur popędził w dół trapu na główny pokład, krzycząc „Odbijać!" do kapitana. Posiwiały oficer skinął głową i dał sygnał marynarzom, którzy szybko podnieśli kotwicę. Statek, za którym podążył okręt Anariona, odbił od doków, dołączając wkrótce do siedmiu innych statków, które czekały na nich w porcie. Salwa bełtów z kusz poleciała w stronę statku Isildura, zanim zdążył odpłynąć poza ich zasięg, ale tylko kilka trafiło w gładkie, białe deski jego pokładu.

Gdy kapitan wykrzykiwał rozkazy do swych ludzi, Isildur pośpieszył na pokład rufowy i popatrzył na przystanie i brzegi Romenny, teraz zapełnione tysiącami żołnierzy w czerwonych tunikach. Mógł dosłyszeć ich niknące krzyki niosące się po wodzie, gdy szydzili i drwili z niego i z jego rodziny. „Lord Sauron oczekuje waszej obecności na uczcie, która ma się odbyć w świętej Świątyni Melkora" zawołał jeden z nich, Sierżant o czarnej brodzie i głębokim, dudniącym głosie. „Z pewnością nie odmówicie jego gościnności?" Jego ludzie ryknęli śmiechem i zadrwili znów z Elendilich. „Tchórze, wróćcie i przyjmijcie swój los!" „Głupcy, gdzież że uciekniecie? Żadna kraina nie jest poza zasięgiem długiego ramienia króla, lub lorda Saurona!"

Przeklinając pod nosem, Isildur rozkazał, by podniesiono jego sztandar na głównym maszcie, tak jak zrobił to Anarion na swym własnym statku, by zasygnalizować Elendilowi, że jeszcze żyje. Isildur oddał swój miecz słudze do czyszczenia, a potem spojrzał znów w stronę brzegu, a jego wzrok prześlizgiwał się z miasta Romenny, teraz zapchanego sługami Saurona, na zielone góry ponad nim, których szczyty bieliły się już pierwszymi śniegami jesieni. Z krwią wciąż szumiącą mu w żyłach, zwrócił swe myśli ku wydarzeniom tego poranka, które prawie sprowadziły totalną katastrofę na plany jego ojca. Elendil wybrał ten dzień na odpłynięcie i już wsiadł na swój własny statek poprzedniej nocy. Jego statek i sześć innych, pełnych obywateli Romenny, spędziło tę noc, stojąc na kotwicy w porcie. Statki Isildura i Anariona wciąż stały przy dokach, a oni pozostali na lądzie, biegając w panice, by przygotować się na wypłynięcie. Bo chociaż Białe Drzewo dawno już stało pod strażą na statku Isildura, a rodzinne kosztowności, broń, konie i zaopatrzenie zabezpieczono już pod pokładem, to okazało się, że niektórzy ze starszych, niedołężnych i mniej zorganizowanych mieszkańców Romenny nie byli jeszcze gotowi na podróż, nawet jeśli ich rówieśnicy od dawna czekali już tylko na rozkaz Elendila. Całą noc Isildur i Anarion, w towarzystwie żołnierzy i służących, których można było im wysłać, biegali od domu do domu, zbierając, kogo tylko mogli znaleźć, zmuszając ludzi, by zostawili swe kosztowności i pośpiesznie eskortując ich na dwa ostatnie statki.

Wtedy, na krótko przed świtem, gdy każdy dom w mieście stał już pusty, główne siły straży, strzegących bramy, zabiły na alarm. Isildur i Anarion pośpieszyli do bramy, tylko by zderzyć się z uciekającymi strażnikami, którzy powiedzieli im, że ogromna armia pojawiła się na drodze z Armenelos, domagając się poddania się Elendila i jego synów. Gdy nie nadeszła żadna odpowiedź, wzięli oni taran, wyważyli bramę i ruszyli na poszukiwania swej zdobyczy.

Gdy tylko strażnicy skończyli tłumaczyć, wielka grupa Ludzi Króla wybiegła zza rogu, rozpoznając od razu Isildura i Anariona, którzy ubrani byli w szaty w swych herbowych kolorach – niebieskozielonych u Isildura i niebiesko-białych u Anariona. Krzycząc entuzjastycznie, Ludzie Króla popędzili w stronę braci, którzy zdali sobie sprawę, że muszą salwować się ucieczką. W towarzystwie garstki strażników z bramy pobiegli przez kręte uliczki i alejki miasta do doków z rosnącą grupą wrogów, depczącą im po piętach. Właśnie dobiegli do doków i byli już w zasięgu wzroku ludzi na statkach, gdy Isildur poczuł jak bełt z kuszy przelatuje mu cal od głowy.

„Szykujcie strzały!" krzyknął Isildur do zdumionych marynarzy na swym statku. „Wróg jest tuż za nami! Wyślijcie im salwę strzał, szybko!" Zrozumiawszy, że nie mogą biec już dalej, on i Anarion obrócili się, dobywając mieczy, tłukąc i siekając Ludzi Króla. Gdy salwa strzał od małej grupy łuczników na statku Isildura spadła na przednią linię wroga, Anarion krzyknął „Na statki, ludzie! Będziemy tuż za wami!" Strażnicy, których włócznie odebrały życia dostatecznej liczbie wrogów w obronie swych panów, obrócili się i pobiegli na trap, a za nimi Isildur i Anarion. Lecz następna fala Ludzi Króla wybiegła naprzód i dopiero kolejna salwa strzał ze statku Isildura oczyściła drogę dla braci.

Isildur podziękował Valarom, że jednak udało im się uciec. Jednak, gdy radość ze zwycięstwa zaczęła gasnąć, serce Isildura zaciążyło mu z żalu. Cudna, szmaragdowa wyspa Numenoru od zawsze była droga jego sercu, kochał jej ziemie tak samo jak jej ludzi – nawet czasem bardziej niż jej ludzi, mówiąc szczerze. Teraz ją tracił, swoją ojczyznę, na zawsze.

Chociaż przeklinał głupotę szalonego króla, ku komu innego kierował pełen ciężar swego gniewu. Sauron – samo wspomnienie jego imienia gotowało mu krew w żyłach. Sauron, ze swym przeklętym Pierścieniem, stał u korzeni całego zła, które spadło na Numenorejczyków od czasu jego przybycia, prawie sześć dekad temu, zanim urodził się sam Isildur. Kto by pomyślał, w tych szczęśliwych czasach, że nadejdzie dzień, gdy lordowie Andunie i ich zwolennicy będą musieli udać się na dożywotnie wygnanie ze swej ojczyzny? Jednak teraz nadszedł ten dzień. Isildur przysiągł w imię Eru, że odetnie przeklęty Jedyny Pierścień ze zdradzieckiej ręki Saurona i pomacha nim przed zdumioną twarzą Czarnego Władcy, bez względu na cenę.

Isildur spojrzał na zielone góry Romenny, gdy ich ośnieżone szczyty mieniły się w pierwszych promieniach słońca. „Żegnaj, Numenorze" powiedział cicho. „Szkoda, że ludzie, którzy zamieszkali na twej pięknej ziemi, okazali się niegodni twoich wdzięków." Potem oderwał wzrok od lądu, podszedł do steru i zajął swe miejsce jako kapitan statku.

Przez jakiś czas patrzył przez port na lśniące Morze i na inne osiem statków Elendilich. Każdy z nich rozłożył swe śnieżnobiałe żagle, obramowane złoto-niebieskim materiałem, które łopotały dumnie w morskiej bryzie. Na czele sunął statek Elendila, Isildur zamykał grupę, a statek Anariona był dwa okręty przed nim. Dzień był jasny i czysty, idealny do nawigacji. Portowy łańcuch został odciągnięty poprzedniej nocy i w ślad za innymi, statek Isildura prześlizgnął się szybko obok murów miasta na skraju portu i wypłynął na otwarte morze. Isildur odwrócił się do brzegu, by rzucić ostatnie, tęskne spojrzenie na Numenor, Krainę Gwiazdy. Przez jakiś czas patrzył na ośnieżone górskie szczyty, gdy rozpływały się one na niknącym Zachodzie.

Wtedy, szczęka Isildura opadła mu ze zdumienia i krzyknął „Na Valarów, cóż to, w imię Manwego?"

Gdy wschodnie niebo jaśniało różowym blaskiem świtu, królowa Miriel, siedząca na starzejącej się klaczy, wspinała się na zbocza Góry Meneltarmy, w drodze do Kaplicy Eru. Lekka bryza poruszała trawami górskich łąk, a woń rzadkich kwiatów wypełniała powietrze. Często usłyszeć można było trele ptaków, gdy szybowały one nad górskimi łąkami, jednak, ku zdumieniu Miriel, wspinającej się górską ścieżką, tego ranka były one nieobecne. Czyżby już opuściły Numenor, kierując się na Południe?

Miriel nie szukała drogi do tego świętego miejsca, od tego pamiętnego dnia, dawno temu, gdy król zakazał komukolwiek odwiedzania Kaplicy, pod karą śmierci. Lecz teraz król odpłynął i był nieobecny od tygodni. Miriel słyszała, że strażnicy, zagradzający drogę do Kaplicy Eru zostali wysłani do Andunie i była wdzięczna, że ta pogłoska okazała się prawdziwa.

Wczorajszego wieczoru wykradła się z Pałacu przez ukryty tunel, odziana w czarno-brązową suknię jednej ze służących. W domu publicznym wśród równin na wschód od miasta kupiła klacz od tłustego, kulawego starego karczmarza. Lubieżny mężczyzna, opierający się na swych kulach, patrzył się na nią tak otwarcie, że czuła się szczęśliwa, że uciekła z jego szponów z koniem i nietkniętym kobiecym honorem. Zaiste, moralność ludzi wyraźnie spadła od czasu, gdy wprowadzono nową religię Melkora, którą osobiście uważała za oszustwo wymyślone przez Saurona. W każdym razie, jechała całą noc i pod osłoną ciemności zaczęła swą wspinaczkę w górę zboczy Meneltarmy.

Gdy słońce zaczęło wspinać się nad wschodni horyzont, Miriel ogarnął kontemplacyjny nastrój. Pomimo jej izolacji od ludzi, wiedziała od plotkujących pokojówek, że kraina kipi aktywnością od miesięcy, a każdy dostatecznie zbudowany mężczyzna, od młodzieńców do starszych panów zostaje wysłany do armii Króla. Ar-Pharazon powiedział ludziom tylko tyle, że planuje zacząć wielką wojnę, lecz z powodów bezpieczeństwa jej cel nie będzie wyjawiony, póki żołnierze nie będą gotowi. Nie wyjawił nic także Miriel, ale w końcu, przecież nigdy tego nie robił.

Jednak miała ona swe podejrzenia. Z początku nie mogła sobie wyobrazić jaki może być wróg na świecie, przeciwko któremu Król potrzebowałby takiej armii. Lecz po tym, jak wyruszył, słyszała plotki z Andunie, że flota króla popłynęła na Zachód. Przez jakiś czas, nie chciała dać im wiary, gdyż wszyscy ludzie wiedzieli, że płynięcie na Zachód jest zakazane.

Lecz potem przypomniała sobie ten straszliwy atak olbrzymich Orłów, tuż przed wyruszeniem króla do Andunie. Orły, jak wiedziała, były sługami Manwego i z pewnością zostały wysłane przez Valarów jako ostrzeżenie przeciwko bluźnierstwom Numenorejczyków. Jakimś cudem Sauron, z pomocą mrocznej magii, odparł Orły i ocalił plugawą Świątynię od ich ataków. Od czasu tego wydarzenia, ludzie zapadli jeszcze głębiej w jego urok. Nawet teraz, ten demon ukrywał się w Świątyni, odprawiając swe rytuały ku czci diabła.

Jednak, wciąż była pewna, że nawet samym Ar-Pharazonem wstrząsnął widok Orłów i ich wypad przeciwko jego Pałacowi i Świątyni. W noc przed jego wyjazdem, widziała go, jak miotał się po Pałacowych Ogrodach, wygrażając pięścią ugwieżdżonemu niebu i przysięgając zemstę Valarom. Myśląc o tym teraz, Miriel zaczęła podejrzewać, że król, bez względu na wcześniejszy powód budowania armady, popłynął na Zachód, w próżnej próbie wywarcia zemsty na samym Manwe! Mogło się to wydawać skrajną głupotą, jednak Miriel znała swego żałosnego męża na tyle dobrze, by być pewnym, że w swym szaleństwie, był wcale zdolny do takiego planu. Jeśli taki był jego zamysł, to bez wątpienia sprawi to, że tuziny jego statków rozbiją się o skały Zaczarowanych Wysp, zanim uda mu się dotrzeć do celu. Bez wątpienia Sauron popchnął go do tego szaleństwa, a teraz śmiał się za jego plecami.

Na szczęście, każda chmura ma też jasną stronę. Teraz, gdy Pharazona już tu nie było, by ją męczyć, Miriel wykorzystała okazję, by uciec z Pałacu i od żałosnego hedonizmu jej sług i dworzan. Czuła palącą potrzebę uspokojenia swego zmęczonego ducha w tym sanktuarium.

Jej potrzeba samotności była teraz szczególnie dotkliwa, gdyż kilka nocy temu – w kilka tygodni od wyruszenia króla z Armenelos – Miriel męczył dziwny sen. Tajemnicza obecność pokazała jej wizję krain Numenoru w płomieniach, po której nastąpiła wizja zrąbanego Białego Drzewa, zapuszczającego znów korzenie w ziemi Śródziemia. Obecność ostrzegła ją, tak jak jednego z Wiernych, by nie zwlekała w Numenorze, by odeszła stąd w pośpiechu. Potem, sen urwał się nagle, a ona ocknęła się w swych komnatach, dygocząca i pełna wątpliwości.

Miriel rozpatrywała ten sen od tego czasu i wciąż nie potrafiło do końca uchwycić jego sensu. Nie chciała opuszczać starożytnej krainy jej królewskiego rodu. Lecz, nawet gdyby nie chciała dłużej pozostać w Numenorze, to gdzie miałaby się udać? Nie mogła popłynąć na Zachód, tak jak nie mógł tego zrobić każdy śmiertelnik. Jednak, na pewno nie chodziło o ziemię na Wschodzie, to Śródziemie, gdyż była to kraina samego Saurona Wstrętnego.

To, że miałaby zobaczyć jak Białe Drzewo wyrasta z ziemi tak odległej krainy kłopotało ją. Isildur zabrał nasienie Pięknej Nimloth lata temu: czy wizja wskazywała na to, że będzie chciał je teraz posadzić w Śródziemiu? Czy powiedziano jej, że może mu towarzyszyć, mimo jej przekonania, że jej obowiązkiem było pozostać w Armenelos? Udała się w podróż do Kaplicy Eru w nadziei, że w tym świętym miejscu znajdzie odpowiedzi na temat znaczenia tego snu.

Myśli Miriel zostały przerwane przez dziwny dźwięk, głęboki, dudniący ryk, który nie przypominał nic, co kiedykolwiek czuła. Ciekawe, skąd on dochodzi? Spojrzała w górę, ku szczytom Meneltarmy. Ku jej zdumieniu, mogła dostrzec cienką strużkę pary, wypływającą z Kaplicy Eru, jakby ognista komnata daleko w dole została odblokowana i wypluwała parę przez szczelinę w skorupie góry, by przypalić niebieskie niebo.

Nagły dreszcz strachu przebiegł po jej kręgosłupie, a jej koń krzyknął i zarżał. Zrzucił ją z siodła i Miriel wylądowała ciężko na plecach, a powietrze uciekło jej z płuc. Leżało nieruchomo przez kilka minut, chwytając powietrze, aż miała dość sił, by stanąć na nogi. Patrząc w dół, na trawiaste górskie zbocza, mogła zobaczyć swą klacz, która galopowała w przerażeniu daleko od Meneltarmy, tak szybko jak jej stare nogi mogły ją unieść.

Wielka fala gorąca uniosła się za nią i przebiegła gorącymi palcami po jej plecach. Odwróciwszy się ku szczytowi Meneltarmy, zobaczyła jak wielkie strugi gorącej pary wystrzeliwały na mile w niebo. Ziemia pod jej stopami zaczęła się trząść, na początku lekko, a potem ostro i nagle, znów zwalając ją z nóg. Gdy zaczęła ześlizgiwać się z górskiej ścieżki, chwyciła się prawą ręką kępy trawy, szukając oparcia, gdy jej bezwładne lewe ramię zwisało jej z boku. Dudniący odgłos, który usłyszała wcześniej stał się jeszcze głośniejszy, a zachodnie niebo pogrążyło się w kompletnej ciemności. Zwróciła się ku Zachodowi i zobaczyła Zagładę, poprzedzaną przez straszliwy ryk, niosący się przez całą krainę.

Z twarzą pobladłą ze strachu i ze łzami w oczach, Miriel uniosła błagalny wzrok ku niebiosom, wołając do Eru, by ją ocalił…

Jak dotąd, rozmyślał Ar-Pharazon, wszystko toczyło się zgodnie z jego planem. Już teraz zaszedł dalej niż śmiał śnić jeszcze rok temu!

W trzy dni po tym, jak odpłynęli poza zasięg wzroku z Numenoru, Armada Gniewu natknęła się na cieniste mgły Zaczarowanych Wysp, które nagle wyrosły przed nimi. Z pomocą urządzenia, które Sauron zainstalował na ich flagowym statku, królewscy kapitanowie byli w stanie widzieć przez mgłę, dokładnie tak, jak im powiedział. Jednak i tak potrzeba było kilku tygodni, by przeprowadzić długą flotyllę statków między ostrymi jak brzytwa skałami, które skrywały mgły. Lecz królewscy admirałowie byli doskonałymi żeglarzami i przeprowadzili oni flotę przez wyspy, nie tracąc nawet jednego statku. Potem postawili żagle i popłynęli przez ciepłe, seledynowe wody, które otaczały krainy Valinoru.

Valinor! To miejsce z legend, zakazane ludziom, było teraz w ich zasięgu! Przedtem złowrogi widok na niebie - teraz wielkie Orły, które szybowały nad Zaczarowanymi Wyspami, nie były już widoczne. One, tak jak mgły Wysp, okazały się tylko iluzją. Niebo było teraz niebieskie i czyste. Słońce świeciło jasno za dnia, a gwiazdy i księżyc migotały w nocy, gdy wiatr ze Wschodu wypełniał żagle królewskich statków. Zaiste, łaska Melkora była z Ludźmi Numenoru. Ar-Pharazon dziękował sobie w duchu, że posłuchał rady Saurona i pozwolił mu powrócić do Świątyni, by zapewnił Melkorowi odpowiednie ofiary.

Flota żeglowała przez spokojne morza kilka tygodni. Królewscy admirałowie wydali się trochę zdziwieni, że nie mogą dłużej dostrzec światła z Wieży Avallone. Zapewne dostrzeżono ich Wielką Armadę, lub Morskie Elfy Falmari otrzymali ostrzeżenie od Valarów i światło zostało zgaszone. Admirałowie zbadali starożytne mapy Valinoru, które Wysokie Elfy dały jednemu z królewskich przodków, wieki temu. Zgodnie z nimi i ich pozycją w stosunku do słońca i gwiazd, admirałowie naprowadzili flotę, która płynęła teraz stale na Zachód.

Popołudniu, trzydziestego siódmego dnia od ich wyruszenia z Andunie, biała, długa linia pojawiła się na zachodnim horyzoncie – wybrzeże samego Valinoru! Ludzie zaczęli głośno wiwatować, dmąc w swe mosiężne trąby i uderzając w potężne, wojenne bębny. Tego ranka, trzydziestego ósmego dnia podróży, wyrósł przed nimi sam ląd. Rozległe, kamienne mury Gór Pelori, których szczyty okryte były śniegiem, wystrzeliwały wysoko nad zachodni horyzont. Wysoko nad Pelori wzrastała Taniquetil, Góra Wiecznobiała. Promienny słup najczystszego białego światła lśnił nad Oiolosse, jej najwyższym szczytem.

Gdy Ar-Pharazon patrzył się na śnieżne zbocze Taniquetilu i spoglądał na światło Pałacu Manwego, nawiedziło go niejasne złe przeczucie, które wypełniło mu klatkę piersiową. Światło to wydawało mu się zimne i ostre, pozbawione litości i sympatii w stosunku do ludzi. Wiedział, że nie może oczekiwać żadnej litości od Valarów, gdyby zawiódł na swojej misji. Nie mógł też mieć nadziei na łaskę Melkora, który, jak Sauron często mu mówił, nagradzał porażkę śmiercią. Stał pomiędzy tymi tytanami i czuł się, jakby był zaledwie pionkiem na szachownicy Bogów. Było już o wiele za późno, by zawrócić. A jednak teraz, gdy Valinor był w zasięgu jego ręki, wahał się po niego sięgnąć.

Lecz wtedy utwardził on swe serce, a jego stara duma powróciła. Wielka nagroda wymagała podjęcia wielkiego ryzyka i tylko olbrzym wśród ludzi, nieustraszony i śmiały, mógł mieć nadzieję na wydarcie od Valarów ich Błogosławionych Krain. Tym olbrzymem był nikt inny, tylko on sam. On, Ar-Pharazon Złoty, z łaską Melkora wkrótce zapanuje nad tą krainą i nad tymi, którzy w niej mieszkają!

Statki floty płynęły wciąż na zachód, a ląd rozpościerał się przed nimi. Otoczona przez Góry Pelori była Zatoka Eldamaru, połyskująca we wschodzącym słońcu. Bardzo blisko floty, na środku Zatoki, wyrosła szmaragdowo-zielona wyspa Tol Eressea. Wieża Avallone była wyraźnie widoczna, chociaż jej światło zostało zgaszone.

Najbardziej zagadkowe były całkowita cisza i bezruch, panujące na wyspie. Dawno temu, jak mówiła Kronika Królów, Wysokie Elfy, odwiedzające Numenor opowiadały o delfinach, baraszkujących w wodach Zatoki Eldamar, o łabędziach, szybujących w powietrzu i o słodkich głosach niosących się po wodach Zatoki z Valinoru. Jednak teraz, poza odgłosem wody i hałasem pracujących na statkach żeglarzy, nie słychać było innych dźwięków, nie widać było żadnego ruchu. Jakby cała kraina nagle wstrzymała oddech.

Lecz ludzie nie kłopotali się tymi sprawami. Znów wiwatowali, dęli w trąby i grali na bębnach, gdyż cieszyło ich niezmiernie, że mogą zobaczyć własnymi oczami to miejsce z legend! Z niecierpliwością myśleli o tamtej ziemi, gdyż ich król powiedział im ostatnio, iż wystarczy że postawią stopę na ziemi Valinoru i otrzymają wieczne życie! Mieli tylko nadzieję na szczęśliwe zakończenie nadchodzącej bitwy, gdyż co za gorzka ironia by to była – otrzymać wieczne życie elfów, tylko po to, by dać sobie je ukraść przez dobrze wymierzoną elficką strzałę.

Nie było jednak nigdzie śladu elfickiego ludu. Flota skierowała się na północny-zachód, ominęła brzegi Tol Eressei, zielone od egzotycznych drzew, które dawały kwiaty i owoce przez cały rok i przepłynęła obok Wieży i lśniących bielą domów Avallone. Ludzie mogli dostrzec ze swych statków, że miasto było całkowicie opustoszałe. „Jedne z domów Falmari, Morskich Elfów z Nieśmiertelnych Krain" rzekł król, pouczając swych admirałów. „Zawsze byli tchórzliwym ludem o wiotkich sercach. Kiedy wylądujemy na wybrzeżu Valinoru, bez wątpienia znajdziemy tam ich miasto, Aqualonde, także opuszczone. Wygląda na to, że, tak jak podejrzewaliście, ze swej Wieży na Eressei zobaczyli czarno-złote żagle naszych statków już kilka dni temu. Tak więc mieli dość czasu, nie tylko by zgasić swe światło, ale także by opuścić swe domy i uciec z wyspy.

Ar-Pharazon prychnął z pogardą. „Bez wątpienia nie napotkamy żadnych z tych tak zwanych Wysokich Elfów, chociaż myślę, że są zwykłymi sługami, póki nasza armia nie dojdzie do Przełęczy Światła i do fortecy Tirionu. Nie możemy iść dalej, głębiej w krainy Valarów, póki nie zajmiemy tej fortecy. A, że jest ona obsadzona przez Noldorów – którzy, musimy im to przyznać, zawsze byli dumną i waleczną rasą – najprawdopodobniej przed murami Tirionu będziemy mieli swoją bitwę." Admirałowie skinęli głowami, lecz zachowali milczenie. Ich jedynym zmartwieniem było pomyślne ustawienie statków floty wzdłuż brzegu – co będzie potem nie leżało w zakresie ich odpowiedzialności.

Lecz zadanie admirałów nie mogłoby być prostsze. Bali się, że wielka flota białych Łabędzich Statków przypłynie, by wydać im bitwę, zanim nawet dotrą do brzegów Valinoru i byli przygotowani na tą ewentualność. Jednak, tak jak powiedział król, wyglądało na to, że Morskie Elfy rzeczywiście są tchórzliwe, gdyż zostawiły otworem dostęp do Zatoki Eldamar i opuściły swój skrawek Elfickiego Domu, bez choćby protestującego szeptu, nie ważąc sie nawet pokazać swych twarzy. Może, szeptali między sobą Admirałowie, Ar-Pharazon miał rację – Wysokie Elfy i Valarowie byli rzeczywiście słabi pod tą swą maszkaradą i wiedzieli, że nie mogą się przeciwstawić armiom Króla Ludzi.

Przepływając obok Aqualonde, Łabędziej Przystani, której mury i wieże z białego marmuru i lapis lazuli przycupnęły u stóp Gór Pelori, statki Wielkiej Armady utworzyły długą kolumnę wzdłuż północnego brzegu zatoki. Każdy statek przybijał równolegle do brzegu, sterburtą do lądu, by marynarze mogli zrzucić swe trapy. W tym ustawieniu, wszystkie statki floty mogły wyrzucać swój ładunek ludzi i zaopatrzenia jednocześnie, by cała Armia mogła wysiąść w kilka godzin.

Statki rzuciły kotwice, złożyły swe czarno-złote żagle i zrzuciły swe trapy na brzegi, które mieniły się klejnotami. W istocie, ludzie mogli teraz zobaczyć, że gdzie w krainach śmiertelnych na plaży leżałby piasek, cała szerokość plaży u podstawy wielkich, kamiennych gór była usiana drogimi kamieniami! Wiedzieni żądzą bogactw, tak jak życia wiecznego, żołnierze zeskoczyli z trapów, krzycząc z radości gdy ich stopy dotknęły brzegu. Rzucając na ziemię swój ekwipunek, zdjęli swe żelazne hełmy i zaczęli napełniać je klejnotami. Wkrótce przypominali bardziej zdezorganizowaną hołotę, wędrującą wciąż dalej wzdłuż brzegu.

Admirałowie spojrzeli na generałów, którzy wciąż stali na statkach i uśmiechnęli się ponuro. Ich praca została wykonana z sukcesem – teraz kolej na generałów.

Wywarkując rozkazy, z biczami, przygotowanymi u swych sierżantów, generałowie i ich oficerowie, odziani w płaty polerowanego żelaza i otuleni w czerwone tuniki z herbem czarnego węża, pomaszerowali w dół trapów. Kilka uderzeń biczem i szybkie odrąbanie kilku napuchłych głów przypomniało żołnierzom, że mimo, iż teraz może i są nieśmiertelni jak elfowie, ale tak jak oni, wciąż są podatni na wojenne zabiegi. Żołnierze, których dyscyplina została przywołana przez groźbę kary, wyrzucili klejnoty ze swych hełmów – „Będzie na to mnóstwo czasu, PO bitwie, chłopcy" krzyknął sierżant – uformowali równe kolumny, gdy ich wypolerowane żelazne tarcze błyszczały w słońcu, a ich sprzęt oblężniczy był gotowy do użycia. Każda kolumna miała własny sztandar, czarnego węża na czerwony polu, umieszczonego nad osobistym herbem pułku, trzymanego dumnie przez najstarszych i najbardziej doświadczonych ludzi.

W takim stylu, rozmyślał Ar-Pharazon, przebiegały wydarzenia tego dnia. Teraz było już późne popołudnie i śniegi Gór Pelori znaczone były różowym blaskiem, gdy słońce tonęło na najdalszym Zachodzie. Król, uśmiechając się z satysfakcją, stał u steru swego flagowego statku – Alcondarasu i patrzył z rosnącą dumą na rozległą armię Ludzi Numenoru, dwóch milionów żołnierzy, którzy stali przed nim na baczność. Pokazał swą moc Wysokim Elfom i Valarom – teraz nadszedł czas, by sam zszedł na brzeg i zagarnął siedzisko Manwego dla siebie!

Zszedłszy w dół trapu, wspaniała postać w powiewającym, czerwonym płaszczu, błyszczącej zbroi i wysadzanej klejnotami, srebrnej koronie, Ar-Pharazon postawił stopę na brzegu, a klejnoty chrobotały pod jego podkutymi srebrem stopami. Żołnierze sapnęli na moment, gdy opadł na kolana, zaciskając rękę na kamieniach. Potem powstał, prostując się do swej pełnej wysokości, dobrze ponad sześciu stóp i podniósł do góry klejnoty, trzymane w zaciśniętej pięści. „Tak jak ja zgarnąłem te klejnoty" zawołał. „Tak i my wszyscy zgarnęliśmy wieczne życie! Tak i zagarniemy każdy cal tej pięknej krainy! Tak zagarniemy dla siebie boskość!" Straszliwy ryk aprobaty wyleciał z gardeł żołnierzy, który zaczęli uderzać włóczniami o tarcze, a ich krzyki, dźwięki mosiężnych trąb i dudnienie wojennych bębnów poniosło się przez Zatokę Eldamar do odległego brzegu i z powrotem, wzbijając się aż pod niebiosa.

Trapem przyprowadzono królowi białego rumaka, jak i konie generałów i ludzi z wyszkolonej kawalerii. Oficerowie poprowadzą swych ludzi pieszo; eskortowani z boku przez oddziały kawalerii. Król wskoczył na swego konia, a jeden z jego sług podał mu złote berło, które chwycił lewą ręką. Potem Ar-Pharazon swą prawą ręką dobył miecza, którego stalowe ostrze zabłysło jasno. „Naprzód do zwycięstwa!" zawołał, a Armia ruszyła, ogłuszający łomot dwóch milionów par podkutych stalą butów prawie wyparł okropny jazgot trąb i bębnów.

Chowając swój miecz, król, w towarzystwie swych generałów, skierował swego konia na czoło kawalerii i poprowadził armię wyznaczonym szlakiem. Przez kilka godzin maszerowali oni wzdłuż brzegu, aż dotarli do drogi, brukowanej białymi płytami. Droga ta wiodła z perłowych drzwi Aqualonde i biegła na zachód do Calaciryi, Przełęczy Światła, która wiodła przez Góry Pelori do Valinoru. Ludzie zatrzymali się u bram miasta, które wydawało się opuszczone. Wysłano małą grupę zwiadowców, by upewnić się, że to nie podstęp, a oni oznajmili, że wszystko jest takie na jakie wygląda – Aqualonde w istocie była pusta.

Spluwając na ziemię w pogardzie na tchórzostwo Morskich Elfów, Ar-Pharazon odwrócił się do Calaciryi. Mógł teraz dostrzec wieże fortecy Tirionu z biało-różowego marmuru, ustawione na grzebieniu Przełęczy. Nawet swymi starzejącymi się oczami – chociaż teraz wiek nie miał dla niego żadnego znaczenia! – mógł zobaczyć światło szybko zachodzącego słońca odbijające się na złotej zbroi Noldorskich Elfów, którzy najwyraźniej obsadzili mury fortecy wieloma wojownikami.

„Przynajmniej teraz czeka nas odpowiednia bitwa" powiedział król do swych generałów. „Było by to straszliwie nieklimatyczne, gdyby ta cała kraina wpadła w nasze ręce bez oporu. Byłbym prawie rozczarowany. Naprzód!" krzyknął, odwracając się do armii. „Musimy tylko zająć tą fortecę, a ta cała kraina będzie nasza! Nigdzie na płaskim lądzie poza górami elfowie nie będą w stanie przeprowadzić przeciw nam skutecznej defensywy!" Oficerowie przekazali słowa króla kolumnom ludzi, którzy oddali jeszcze jeden głośny wiwat i zaczęli maszerować do Przełęczy, ku fortecy Wysokich Elfów, ich wrogów.

We wczesnych godzinach porannych zdyszani Ludzie Numenoru znaleźli się w Przełęczy Światła. Przed nimi górowały mury Tirionu, który leżał w małej szczelinie pomiędzy zboczami dwóch stromych gór. Sam Tirion był pozornie wątły. Jego cienkie, zewnętrzne mury uformowane były z falistych pasm różowo-białego marmuru, przeciętych pojedynczą bramą. Bramę okrywał most zwodzony, wykonany z metalu o dziwnym odcieniu. Z zielonych wzgórz Tuna, otoczonych murami, wyrastało wiele misternie rzeźbionych domów i wież z marmuru, nad którymi górowała strażnica Mindon Endaliova.

Srebrna lampa, która, według legendy, zawsze jaśniała ze szczytu strażnicy została zgaszona przez elfy, najpewniej w próżnej próbie zirytowania atakujących nocą ludzi, pogrążając dolinę w ciemności. Nocne niebo było czyste, a światło księżyca i gwiazd ukazywało ludziom każdy detal doliny, tak jak i mury i wieże fortecy i elfów jej strzegących. Głęboki wąwóz leżał pomiędzy murami fortecy a ludźmi, a spływające z północnych gór wody ryczały w nim w swej wędrówce na wschód, ku Zatoce Eldamar. Wiele tysięcy Noldorskich wojowników stało na murach Tirionu, trzymając w rękach swe słynne łuki, a z pleców zwisały im kołczany pełne strzał. Niektórzy z elfów, złotowłosi i jaśniejący, byli uzbrojeni nawet bardziej misternie niż inni – najwyraźniej kilku z wojowników Vanyarów z Valimaru zdecydowało się dołączyć do swych Noldorskich braci w obronie Tirionu.

Ar-Pharazon wiedział, z rozdziału Kroniki Królów traktującego o wizycie Wysokich Elfów w Numenorze, że delikatny wygląd fortecy był złudny. Cienkie, żłobione marmurowe mury pokryte były nieustępliwą powłoką, całkowicie nieprzenikliwą dla sprzętu oblężniczego, czy bombardowania. Odrzwia bramy i most zwodzony, wykonane z mithrilu, były także nieprzenikalne. Skoro most został podniesiony, a przez mury nie dało się przebić, ludzie będą musieli przeprawić się przez wąwóz i wspiąć się na mury za pomocą drabin, jeśli mieli mieć nadzieję na zdobycie Tirionu. A zdobyć go musieli, bo forteca strzegła jedynego wyjścia z Przełęczy, a także przejścia do rozległych zielonych łąk i lasów Valinoru.

Ar-Pharazon wiedział też, że na dziedzińcu strażnicy posadzony był Galathilion, święte Białe Drzewo Noldorów i rodziciel tego Białego Drzewa Numenoru, które rozkazał spalić w ogniach Melkora. Król cieszył się na myśl ofiarowania także tego rodzicielskiego Drzewa Władcy Ciemności. To, że spłonie ono wkrótce, wśród dymiących ruin samego Tirionu, było szczególnie słodką zemstą przeciwko tym bezczelnym Elfom! Pozwoli tym Noldorom, którzy przetrwają bitwę, być światkami zagłady ich ukochanego drzewa, nim rzuci ich w płomienie w ślad za nim.

Oczywiście, najpierw musi zając samą fortecę. Zawsze spragniony pompy i ceremoniału, Ar-Pharazon wysłał swego Herolda na skraj wąwozu. Herold, odziany teraz w złoto-srebrną zbroję i z wspaniałym złotym hełmem z czerwonym pióropuszem na głowie, stał bez ruchu kilka chwil, gładząc swą brązową brodę i łypiąc butnie na swych elfickich wrogów. Potem wyjął zwój i głośnie przeczytał żądania, by Noldorowie z Tirionu oddali swe miasto jego nowemu panu i władcy, królowi Ar-Pharazonowi Złotemu. Herold otrzymał w odpowiedzi salwę elfickich strzał – wszystkie zagłębiły się w ziemię tuż pod jego stopami, poza jedną, która oderwała jego czerwony pióropusz od jego złotego hełmu, sprawiając, że wyglądał raczej absurdalnie. Drżąc z upokorzenia, Herold umknął z powrotem do króla.

„Czy mamy cierpieć zniewagę z rąk grupy zniewieściałych elfów, chłopcy?" wrzasnął Ar-Pharazon ze swojego białego rumaka. Dobywając miecza prawą ręką, a lewą wymachując berłem, zawołał „Przyprowadźcie swe drabiny! Na mury i na nich!" Z rykiem bitewnej furii, dwumilionowa Armia, odziana w czerwone tuniki i stal, uniosła swe drabiny i ruszyła w kohortach w górę wąskiej Przełęczy.

Wtedy ludzie zderzyli się z nawałnicą elfickich strzał, które posypały się z murów Tirionu, by spaść w tysiącach na ziemię lub na dno wąwozu. Żelazne tarcze ludzi okazały się za słabe, by powstrzymać potężne elfickie strzały o stalowych grotach. Niektórzy z Vanyarów ciskali zaczarowane włócznie, a każda z nich przebijała pół tuzina mężczyzn na raz. Gdy każda kolejna fala ludzi zostawała wybita do nogi, wydawało się przez jakiś czas, że Tirion jest nie do zdobycia, że żadna wroga armia nie mogła mieć nadziei na złamanie jego obrony.

Lecz wtedy, elfowie zaczęli zdawać sobie sprawę, że ich własna siła militarna bladnie, w porównaniu z potęgą Numenoru. Z każdym poległym człowiekiem, dziesięciu było gotowych, by zająć jego miejsce, krzycząc z rządzy krwi, gdy nacierali na swych elfickich wrogów. Królewscy łucznicy strzelali bełtami z kuszy w elfów i trafiali wielu z nich. Wielka fala ludzi podchodziła bliżej, bliżej, nieubłaganie, aż ich drabiny uniosły się i spoczęły na murach Tirionu.

Mury okazały się jeszcze bardziej zdradzieckie niż myślał król. Gdy drabiny starały się znaleźć uchwyt, elfowie obrócili dźwignie, które obracały całe sekcje murów, zrzucając haki i wysyłając drabiny na dno wąwozu. Jednak, mimo że wiele z nich zostało odciętych, zrzucając ludzi na nich ku wodnej śmierci daleko w dole, wiele innych drabin znalazło pewny uchwyt na murach.

Zapas elfickich strzał zaczął się wyczerpywać, chociaż ledwo zrobiły one wyrwę w armii Numenorejczyków, więc Noldorowie i Vanyarscy wojownicy broniący murów sięgnęli po swe paskudnie wyglądające dzidy. Z odcieniem rozpaczy, znaczącym ich piękne twarze, przygotowywali się na śmierć z rąk Ludzi Numenoru, niegdysiejszych przyjaciół.

Z bezpiecznej odległości, król Ar-Pharazon Złoty, siedzący na swym białym wierzchowcu, oglądał bitewny szał pod światłem gwiazd i księżyca, aż blady blask świtu zabłysł na wschodnim horyzoncie. Wkrótce, bardzo niebawem droga do Taniquetil, samej Góry Śnieżnobiałej, stanie przed nim otworem, pozbawiona obrońców! Wkrótce będzie rządził jako Bóg, sam Król Bogów!

Z Pałacu Manwego i jego Królowej Vardy na szczycie Taniquetilu, Valarowie patrzyli w dół, na Calaciryę, pełni smutku i rozpaczy. Pomimo ostrzegawczych sygnałów na niebie, które wysłał im Manwe, pomimo odważnego oporu Noldorów i Vanyarów w Tirionie, wydawało się, że nic nie może odwieźć Ludzi Numenoru od tego szaleństwa. Valarowie widzieli, że Numenorejczycy mają nad elfami straszliwą przewagę liczebną, a forteca wpadnie w ręce Ludzi Króla jeszcze tego ranka. Wtedy nic nie stanie im na przeszkodzie w drodze w dół Przełęczy, nic nie powstrzyma ich od pustoszenia bezbronnego, nieotoczonego murami, złotego miasta Valimaru, czy nawet samych świętych zboczy Taniquetilu!

Co robić? Wielu z Valarów i tych z Maiarów, którzy im służyli, było rzemieślnikami i pasterzami – nie mieli pojęcia o walce. Inny byli potężni w sztukach wojennych, jednak tych było tylko kilku. Wysokie Elfy z Nieśmiertelnych Krain schroniły się w Tirionie, najsilniejszej fortecy tej krainy. Jeśli Tirion upadnie, zostaną wyrżnięci i nic nie będzie stało na drodze pomiędzy Numenorejczykami i samym Pałacem Manwego.

Garstka Valarów i Maiarów uzdolnionych w sztuce wojennej, wspomagana przez Orły Manwego, mogła dokonać wielkich szkód. Mogli ruszyć do bitwy ze swą bronią z zaklętego mithrilu, i z błyskawicą, i ogniem, i mrozem, i z wichrem, i z mgłą, i z innym sprzętem. Jednak nawet te środki nie wystarczą, by powstrzymać rozległą falę ludzi, która przetoczy się po równinach Valinoru, aż Zaczarowane Krainy obrócą się w dymiącą ruinę. Na to Valarowie nigdy nie pozwolą. Lecz jak mają powstrzymać wielką armię ludzi, bez zdewastowania swej własnej krainy? I jak mieliby powstrzymać ocalałych z wyspy Numenoru od zbudowania nowej armii i wysłania jej znowu przeciwko nim?

W końcu przemówił Manwe, Król Valarów i Władca Zachodu. Zasiadał przy boku Vardy, znanej Wysokim Elfom jako Elbereth, ich ukochana Królowa Gwiazd. Ze swego kryształowego tronu, który świecił się jasnym, wewnętrznym światłem, Manwe powiedział swej braci to, co już dawno wiedzieli w swym sercu. Sami nie powstrzymają Ludzi Numenoru, poza środkami, które zamieniłyby cały Valinor w poczerniałe, zrujnowane pustkowie. Co więcej, Ludziom Numenoru, pod władzą Saurona, zajęłoby tylko kilka dekad odnowienie swych sił, a wtedy straszliwy cykl zacząłby się od nowa. Jeśli Valarowie mają oszczędzić sobie, elfom pod ich opieką i Błogosławionym Krainom takiego losu, to mają tylko jeden wybór. Muszą przywołać samego Eru Illuvatara, by interweniował i zrobił to, co uważa za słuszne.

Varda, której jaśniejące piękno zabarwione było jej smutkiem, zgodziła się z argumentami Manwego. Powiedziała, że nadszedł czas, by Valarowie oddali swą władzę nad Światem i złożyli jego los w rękach Eru. A chociaż drżeli na myśl o wywoływaniu wielkiego Stwórcy, którego myśli były dla nich niemalże nieprzeniknione, Valarowie, ostatecznie, zgodzili się z radą Manwego i Vardy. Po prawdzie, wiedzieli, że nie mają innego wyboru.

Manwe powstał ze swego tronu, uniósł błagalnie ręce i swym głębokim, czystym głosem, zawołał do Eru:

„O Eru" wołał. „ty, któryś rozpalił Płomień Anoru, któryś wypowiedział święte Słowo, które powołało Świat do istnienia, czyś świadom, że święta kraina Valinoru jest atakowana? Tak, jest oblężona przez tych apostatycznych Ludzi Numenoru, którzy w swej głupocie sami chcą zostać Bogami, gromiąc los, który tyś im wyznaczył. Dali posłuch kłamstwom Saurona Wstrętnego i oddawali cześć Wielkiemu Nieprzyjacielowi, Morgothowi Bauglirowi, dokonując wielu obrzydliwości. Jednak żadne z nich nie dorównuje temu! My, Valarowie, wyznaczeni przez ciebie do nadzorowania i ochrony tego Świata, nie możemy wypędzić tych apostatów, nie czyniąc straszliwej szkody Błogosławionym Krainom. Zrzucamy zatem swą władzę nad światem i prosimy cię o pomoc! Zrób, co uważasz za słuszne, by ocalić tą krainę i jej lud, przywrócić porządek Światu i ukarać tych nikczemnych ludzi!"

Przez długi czas, była tylko cisza. Potem Valarowie poczuli, jak opary z Morza zaczynają sunąć na zachód, formując rozległą, mroczną masę burzowych chmur, które odcięły światło gwiazd i księżyca i rzuciły cień na całe Nieśmiertelne Krainy. Valarowie zerknęli po sobie niepewnie, gdyż wiedzieli, że wezwanie Eru oznaczało wyzwolenie Mocy, która wykraczała daleko poza ich wyobraźnię, której dogłębne cele i ostateczne przyczyny były tajemnicą, nawet dla nich.

Potem, potężny głos, głębszy niż głębiny Morza, mocniejszy niż fundamenty Ziemi, wygrzmiał z Niebios. „STAŁO SIĘ!"

Valarowie ukryli swe twarze w dłoniach i zapłakali.

Kataklizm rozpętał się natychmiast. W jednej chwili, ogromna armia Ludzi Numenoru postępowała w górę drabin ku murom Tirionu, a jego elficcy obrońcy gotowali się do ostatniego, desperackiego starcia. Numenoryjscy Oficerowie zapalili i unieśli pochodnie, gdyż gruby, czarny masyw chmur pogrążył Przełęcz w ciemności i dolina zalśniła tysiącami migoczących, pomarańczowych świateł.

Wtedy, w nagłym porywie zimna, biała woda wypadła z wąwozu, uderzając o mury. Zmiotła wszystkie drabiny atakujących, prawie sięgając, by obmyć zdumione elfy, które broniły murów. Chwilę później, Góry Pelori jęknęły straszliwie i potężny odgłos pękania zawibrował przez całą Calaciryę, jakby cała Góra została oderwana od swych korzeni.

Król i jego generałowie usiedli okrakiem na swym dumnych wierzchowcach, które nagle odskoczyły do tyłu, krzycząc i pieniąc się w panice. Ar-Pharazon popatrzył w górę i przez krótki moment jego twarz przybrała pusty wyraz skrajnego niedowierzenia. Potem, król Ar-Pharazon Złoty, jego generałowie, oficerowie, sierżanci i jego Armia dwóch milionów Ludzi Numenoru zostało pogrzebanych, gdy cała góra po ich północnej stronie zsunęła się ze swym fundamentów, pogrążając ich w jej gruzach. W przyszłych dniach, Noldorowie z Tirionu, do miasta których wieść miała nowa droga, wycięta wzdłuż południowego zbocza Calaciryi, będą nazywać kurhan Jaskiniami Zapomnianych. Tam, uwięzieni, mają leżeć król i jego ludzie aż do Ostatniej Bitwy i Dnia Zagłady.

Ze swych pozycji wzdłuż brzegu, królewscy admirałowie i ich załoga, obozujący na klejnotach na plaży i obserwujący ponuro skłębione sztormowe chmury, usłyszeli echo wielkiego pękania i dudnienia od Przełęczy Światła, wibrujące przez całą Zatokę Eldamar. Byli zdziwieni, lecz nigdy nie mieli okazji, by dowiedzieć się, co się stało – gdyż chwilę później góra, u której stóp obozowali wydała straszliwy jęk i zwaliła się na nich! Morska fala, wywołana spadającą górą, która urosła do olbrzymiej, pięciometrowej masy, zmiotła ponad dwa tysiące statków królewskiej floty i w ciągu kilku minut wywróciły się one i zatonęły w morskie otchłanie.

Tak to, w mniej niż kwadrans, Wielka Armada, najpotężniejsza flota i najpotężniejsza armia kiedykolwiek zgromadzona w historii świata, została obrócona w niwecz przez Gniew Eru.

Jednak był to dopiero początek. Gdyż teraz potężne dygotanie i trzęsienie ziemi poniosło się przez cały dysk Świata, od Zachodu Zachodu przy Drzwiach Nocy poza zachodnimi granicami Valinoru, aż do Wschodu Wschodu, tych tajemniczych krain poza Śródziemiem, leżącymi przy Drzwiach Poranka. Przez całą długość Świata, Morze wrzało, Wichry wyły, Ziemia trzęsła się i jęczała. A centralnym punktem tego chaosu była, co wkrótce stało się jasnym, Wyspa Numenoru wśród zachodnich mórz.

W swym Pałacu na szczycie Taniquetilu, Valarowie zadrżeli i modlili się, by Moc, którą uwolnili, ustąpiła, nim zniszczy cały Świat w swej furii.

Na pokładzie statku Isildura kapitanowie i oficerowie odwrócili się i spojrzeli do tyłu, słysząc krzyk swego pana. Potem opadły im szczęki ze zdumienia. Wkrótce dołączyła do nich reszta oficerów i załoga, którzy stali na pokładach wszystkich dziewięciu statków Elendilich.

Ze szczytu Góry Meneltarmy, która z tej odległości wyglądała jak małe wypuklenie na zachodnim horyzoncie, wystrzelił wielki strumień białej pary, przy którym dymy ze Świątyni Melkora na Wschodzie wydawały się małe i nikłe. Przez kilka minut para unosiła się w górę, rozprzestrzeniając się i tworząc wielką chmurę nad całą krainą, gdy na zachodnim horyzoncie pojawiła się ogromna ściana burzy, sunąca na Wschód z niesamowitą prędkością. Z zachodu zerwał się nagły wiatr, przechodząc w kilka sekund w potężną wichurę, spychającą statki Elendilich na Wschód.

„Zwińcie żagle, szybko!" krzyknął Isildur do swych ludzi, którzy pośpieszyli wykonać rozkaz, gdy odwrócił znów wzrok ku niesamowitej scenie. Teraz wichry utworzyły potężne fale i Isildur musiał chwycić ster, by utrzymać równowagę. Jednak nawet gdy statek skakał w górę i w dół po falach, które rosły z każdą chwilą, Isildur wpatrywał się w zdumieniu i strachu na scenę zagłady, rozgrywającą się przed nim.

Gdyż, z potężnym rykiem, który poniósł się przez cały Świat, Góra Meneltarma eksplodowała! Gdzie chwilę temu unosił się słup pary, teraz ogromny filar ognia, przyćmiewający ten w Świątyni Melkora, wystrzelił w górę, aż dosięgnął do samego nieba. Słup płomieni ciągle się wznosił, a niezliczone ilości ognistych kamieni wystrzeliwały z niego na wielkie odległości, aż cały Numenor był nimi pokryty. Gdziekolwiek upadły, trawa, drzewa i wszystko wokół co mogło spłonąć, zajmowało się ogniem. W ciągu dziesięciu minut, niegdyś dumna wyspa, która teraz dygotała w śmiertelnej agonii, płonęła niezliczonymi, rozprzestrzeniającymi się ogniami, a czarny dym, który unosił się z pogorzeliska, zaczął przesłaniać jej obraz.

Jednak nawet wtedy nie nadszedł koniec. Z Zachodu dało się słyszeć rozległy, dudniący odgłos, który poprzedzał falę o takiej wysokości, że ludzie, który ją zobaczyli, ledwie mogli wierzyć swym oczom. Wyrastała wyżej niż na ligę, gdy przetaczała się do przodu, dusząc ognie z wnętrza ziemi, znaczące umęczoną wyspę. Góry i wzgórza poddały się fali i zostały pochłonięte przez Morze.

Siekany ciężkim deszczem, który wylewał się z ciemnych chmur nad nim, zbyt zdruzgotany i przerażony by płakać, Isildur patrzył się tylko na krainę, którą znał jako Numenor, lecz która znana była później ludziom jako Atlante, Upadła Wyspa, na zawsze już okryta falami. Modlił się tylko, by Gniew Eru – gdyż to, jak wierzył teraz, zapowiadały sny Amandila i Elendila – nie zostanie nigdy skierowany przeciwko niemu.

Na swym tronie z rzeźbionego hebanu, Sauron siedział bez ruchu, patrząc, jak jego Świątynia zapada się pod nim. Fala uderzeniowa z eksplodującej Meneltarmy, która zmiotła Pałac Armenelos jak domek z piasku, ledwo zarysowała Świątynię Melkora. Gdyż Świątynia powstała dzięki mocy Jedynego Pierścienia i zwykły wiaterek nie mógł jej zaszkodzić.

Lecz, pomyślał Sauron, gdy kawałki srebrnej kopuły zaczęły rozpryskiwać się o ziemię, a krzyki jego przerażonych kapłanów wibrowały mu w uszach, czego wichry nie potrafiły dokonać, siła Ziemi, Morza, może Ognia, potrafiła. Potężne trzęsienia ziemi chwiały powierzchnią tej krainy, wielkie morskie fale napełniały wgłębienie, w którym kiedyś paliły się teraz wygasłe ognie Melkora, a masywne ogniste głazy waliły o srebrny, kopulasty dach, topiąc go w niektórych miejscach i odłupując jego kawałki, które spadały na ziemię, w innych.

Jeden z kapłanów Saurona podbiegł do niego, błagając go, by zawołał do Melkora i zakończył gniew zbuntowanych Valarów. Sauron, jakby od niechcenia, machnął swoją stopą, która zagłębiła się pierś mężczyzny jak w spróchniałą deskę. Gdy jego ciało zwaliło się na ziemię, Sauron wsparł swą drugą stopę o głowę martwego kapłana, oparł sobie policzek na pięści i pozwolił, by jego myśli krążyły wokół tego, jakim cudem stał się on ofiarą tej katastrofy.

Sauron nie był bogiem, chociaż długo dążył do tego, by nim być i często służyło jego planom wmawianie tym śmiertelnym głupcom, że nim jest. Eony wcześniej, kiedy świat był jeszcze młody, Sauron był jednym z Maiarów, częścią armii żywiołowych duchów, które służyły Valarom i pomagały im w kształtowaniu Świata. Sam Sauron był duchem związanym z żywiołem Ziemi, na długo przed tym, nim został przekabacony przez Melkora i stał się potężnym demonem, służącym siłom Ognia i Cienia. Więź Saurona z kamiennymi aspektami ziemi była wciąż bardzo silna i nawet bez mocy Jedynego Pierścienia mógł wyczuć ruchy ziemi, jakby były częścią jego własnego ciała.

Wiedział, że konwulsje ziemi, których centrum było w Numenorze, rozchodziły się po całym dysku Świata. Gdziekolwiek posłał swe myśli, mógł wyczuć wrzenie ziemi, jakby coś odrywało ją od jej fundamentów. Wulkany wybuchały, nawet jego własna Orodruina w Mordorze, trzęsienia ziemi chwiały jej powierzchnią; w niektórych miejscach wyrastały góry, gdy w innych się zapadały. Tam z Morza powstawały nowe lądy, a gdzie indziej stare lądy znikały pod jego powierzchnią. Czuł, jak Niebiosa i Morza odgrywają swą rolę w cierpieniu Ziemi, siekając ją wiatrami i wysyłając olbrzymie fale, by roztrzaskiwały się o jej brzegi. Co więcej, tam, gdzie niegdyś leżały Zaczarowane Wyspy, poczuł, jak olbrzymia wyrwa otwiera się w głębinach zachodniego Morza, wciągając Numenor w otchłań. Było tak, jakby dysk świata został rozerwany, z Valinorem po jednej stronie, Śródziemiem i Wschodem Wschodu po drugiej, a Numenorem, rozrywanym na kawałki, pośrodku.

Sauron wiedział bardzo dobrze, że gniew Valarów będzie niesamowity. Jego intryga, stworzona prawie sześć dekad wcześniej, miała zawsze za zadanie namówić tego pretensjonalnego głupca Ar-Pharazona, by ruszył na wojnę przeciwko nim. Ufał, że Valarowie wykonają swoją część, zmiatając Armię i Armadę Numenoru na dno Morza, a potem powrócą do swej wiecznej stagnacji.

Po tym wszystkim, nie zostałby nikt, kto mógłby przeszkodzić mu w panowaniu nad śmiertelnymi krainami Śródziemia, od Numenoru do Wschodu Wschodu. Kobiety, bachory i trzęsący się dziadkowie, którzy przetrwaliby w Numenorze i pytaliby, co stało się z ich mężczyznami, zaakceptowaliby jakąkolwiek historię, którą podałby im ich Wysoki Kapłan. Królowej można by się cicho pozbyć, gdyby sprawiała dalsze problemy. Ci tak zwani Elendili, nawet jeśliby uciekli Ludziom Króla, nie stanowiliby zagrożenia dla jego olbrzymich armii w Śródziemiu.

Lecz nie spodziewał się, że zemsta Valarów będzie tak daleko idąca i straszliwa. Nie wierzył, że jest to możliwe – w istocie, wiedział, że nie jest to możliwe. Z pewnością nie byli jednak tak pochopni, by zwrócić się do Eru o pomoc? Skąd mieliby wiedzieć, że nie wyrwie Świata z jego fundamentów w Swym gniewie?

Gniew Eru nie był tematem, który Sauron lubił roztrząsać, szczególnie, gdy zaczął sobie zdawać sprawę, że właśnie go doświadcza, i że jest on skierowany w dużej mierze przeciwko niemu. Sauron walczył, by zdusić rosnący w nim płomień paniki. Co Eru zamierzał? Z pewnością nie zamierza zniszczyć całego Świata, Jego własnej kreacji?

To, że Eru nie ma zamiaru tego zrobić, zawsze było podstawą wszystkich planów Saurona. Ostatecznym jego zamierzeniem było zdobycie władzy nad wszystkimi śmiertelnymi krainami Ziemi, a potem trzymanie jej i jej mieszkańców jako zakładników, jednocześnie ubiegając się u Eru pokoju i uznania jego pozycji. Sauron zaproponowałby, że, tak jak Eru uznał Valarów za Władców Nieśmiertelnych Krain na Zachodzie, tak niech uzna Saurona za Władcę Śmiertelnych Krain na Wschodzie. Valarowie mogliby zażądać suwerenności nad elfami, a Sauron przyznałby im to i deportowałby wszystkie, pozostałe w Śródziemiu elfy, do Valinoru. On sam zażądał by suwerenności nad ludźmi. Potem, gdy Świat byłby podzielony między jego i Valarów, wprowadziłby swój porządek i władzę do krain ludzi pod jego władaniem i ukształtowałby je tak, jakby to uznał za słuszne. Sauron nie uważał nawet, że jego intencje w stosunku do ludzi są całkowicie wrogie. Gdy już nauczyliby się służyć mu bez pytania, nagrodziłby tych najbardziej zasłużonych spośród nich wieloma darami umiejętności i wiedzy, które mogliby użyć, by podnieść się z bagna Śródziemia i znaleźć jakiś cel w swej zbyt krótkiej egzystencji.

To, że Eru odrzuciłby taki układ, po to, by całkowicie zniszczyć ten Świat, nie postało nawet w umyśle Saurona. Czyżby popełnił fatalny błąd? Czyżby jego ambitne plany władzy były głupotą? Zmuszając się do zachowania spokoju, gdy coraz większe fragmenty muru roztrzaskiwały się wokół niego, a ostatnich z jego kapłanów spotykał koniec, Sauron posłał swe myśli znów głęboko do wnętrza Ziemi.

Po kilku chwilach, zalała go fala ulgi, gdy zrozumiał, co zamierza Eru. Nie zamierzał zniszczyć Świata. Raczej przekształcał go, dokonywał wielkiej Przemiany Świata. Nieśmiertelne Krainy były odrywane od Ziemi, przypuszczalnie po to, by umieścić je w innym wymiarze czasu i przestrzeni, wolnym od ryzyka kolejnej napaści ludzi. Śmiertelne krainy Śródziemia i Wschód Wschodu formowały olbrzymią kulę, jej końce splatały się tak, że Wschód Wschodu, połączony z nowymi krainami, powstającymi z wody, leżał teraz na Zachodzie Śródziemia, pod drugiej stronie połączonych Mórz. Słońce i Księżyc zmieniały swe ścieżki – wyglądało na to, że nowa Ziemia krążyła będzie wokół Słońca, chociaż Księżyc dalej będzie krążył wokół Ziemi. Światło z Silmarilu Earendila przybierało nowy kształt, formując świecącą kulę pomiędzy Ziemią, a Słońcem. Sauron mógł też wyczuć, że niematerialny most formuje się pomiędzy północno-zachodnimi częściami Śródziemia, a wschodnimi skrajami Valinoru – możliwe, że droga, którą elfowie ze Śródziemia mogliby popłynąć do Nieśmiertelnych Krain, nawet jeśli zostały one umieszczone poza zasięgiem ludzi?

Zatem tylko Numenor został skazany na zagładę. Niestety, zauważył Sauron, gdy wielki kawał muru rozbił się u jego stóp i bulgocząca morska woda sięgnęła ku niemu, to zostawiało jego z trudnym problemem. Jak ma uciec z Numenoru, pośród tego nieprzewidzianego chaosu? Wszystkie łodzie, stojące na wodzie blisko Armenelos dawno zostały rozbite na kawałki przez olbrzymie fale zalewające brzegi. Musiał wymyślić jakiś plan, i to szybko, lub jego ciało i Jedyny Pierścień wkrótce będą leżeć pogrzebane na zawsze pod stertą srebra i marmuru na dnie Morza.

Sauron skupił swój umysł i zrozumiał, że leżała przed nim tylko jedna ścieżka. Jego cielesna powłoka była problemem, lecz Jedyny Pierścień oferował rozwiązanie. Z cieniem żalu, zdał sobie sprawę, że będzie tęsknił za obecnym ciałem. Służyło mu dobrze przez prawie dwa tysiące lat. Stał się nawet trochę próżny i pozwolił sobie czuć absurdalne zadowolenie, gdy otrzymywał pełne podziwu spojrzenia, lub był obiektem pochlebstw, wychwalającym jego nieziemskie piękno.

Cóż, nie było na to rady. Jeśli nie zadziała szybko, jego ciało i tak zostanie pogrzebane pod falami. Tak długo, jak miał fizyczny kontakt z Jedynym Pierścieniem, mógł skupić swą moc przez niego, by rozpuścić swe ciało w kontrolowany sposób, taki, który pozwoli mu przybrać formę bardziej odpowiednią w obecnej sytuacji, która zaniesie jego ducha i jego Pierścień z powrotem do Mordoru.

Zużył wiele ze swej mocy na tworzenie obecnej powłoki i wątpił, czy kiedykolwiek będzie w stanie przybrać inne przybranie, tak samo przyjemne oczom elfów i ludzi. Jednak, nie potrzebuje przecież już takiej formy. Czas pochlebstw i zwodzenia się skończył, teraz przyszedł czas na otwartą wojnę przeciwko niedobitkom, które jeszcze mu się sprzeciwiały. Stworzy sobie nowe ciało, bardziej odpowiednie dla jego obecnych celów.

Podjąwszy decyzję, Sauron zamknął ostatni raz swe czyste, niebieskie oczy i skupił swą wolę na czekającym go zadaniu, a napis na jego złotym pierścieniu jarzył się jaśniej niż kiedykolwiek, gdy przekierowywał przez niego całą swą moc. Gdyby którykolwiek z kapłanów rozpadającej się Świątyni jeszcze żył, zobaczyłby jak czarno-szkarłatne szaty Saurona opadają łagodnie na jego hebanowy tron, gdy jego ciało zaczyna zanikać, aż staje się półprzezroczyste, jak kępa trawy pokryta siwą warstwą mrozu. Potem , jego niegdyś piękne rysy zaczęły się skręcać i rozpływać w bardzo obrzydliwy sposób. Co dziwne, Jedyny Pierścień wciąż unosił się w powietrzu tam, gdzie wcześniej była jego ręka, nawet gdy reszta rozpłynęła się w drgającą, bezkształtną masę. Teraz masa ta zaczęła ciemnieć, aż przyjęła kształt chmury czarnego, skręcającego się dymu. Czarna chmura unosiła się, aż skoncentrowała się wokół Jedynego Pierścienia, który świecił się jasno z jej cienistego wnętrza.

Wielkie odłamki muru i rozpalonego kamienia przelatywały przez cienistą chmurę, jednak nie wpływały na nią w żaden sposób. Unosząc się w powietrze, wyleciała przez zapadający się dach Świątyni, gdzie została złapana w potężny powiew wiatru, który dął z Zachodu. Sauron nie wiedział, że został on wysłany, by przyśpieszyć ucieczkę Elendilich z upadłego Numenoru do brzegów Śródziemia. Jednak teraz służył też w przetransportowaniu Cienia Wschodu z powrotem na kolebkę większej części jego mocy.

Gdy jego cienista forma, unosząca Jedyny Pierścień, szybowała wysoko nad ryczącym Morzem, a ostatnie pozostałości wyspy Numenoru zapadały się bulgoczące wody, Sauron rozmyślał nad dziwnymi wyborami Eru. Nawet jeśli zesłał Swe wiatry, by oczyściły Świat z sił ciemności, pomógł także tym siłom tym szybciej uzyskać swój cel. Nawet jeśli Valinor na zawsze został usunięty poza zasięg ludzi, tak też Sauron, który nie musiał już dłużej dzielić Świata z Valarami, mógł uzyskać całkowitą kontrolę nad Śródziemiem.