Ostatni Sojusz
W zimny, wiosenny dzień roku 3320, Isildur i Anarion odpoczywali w komnacie o marmurowych ścianach w fortecy Pelargiru, na zachodnich brzegach Ujścia Anduiny i rozkoszowali się luksusem gorącej kąpieli. Oparty o dębową wannę i relaksujący się w gorącej wodzie Isildur rozmyślał nad obecną sytuacją jego ludzi.
Gdy wzmógł się potężny sztorm, a Numenor zatonął pod falami na jego własnych oczach, dziewięć statków Elendilich zostało rozdzielonych. Cztery z nich, w tym ten Elendila, zostały wyniesione na północ, gdy pozostała piątka, razem ze statkami Isildura i Anariona, została popchnięta na wschód. Po wielu dniach targania w tą i wewtą przez wzburzone morze, gdy serca jak i żołądki mężczyzn i kobiet na pokładzie ogarnęła choroba, burzowe chmury znikły nagle, Morze stało się znów spokojne, a zielone wybrzeże Śródziemia zamajaczyło na wschodnim horyzoncie.
Ich statki rozwinęły znów żagle, przepłynęły obok stromych klifów Wyspy Tolfalas i znalazły się przy ujściu rzeki Anduiny. Gdy manewrowali przez mulisty kanał, natknęli się na Pelargir, nie wiedząc, czy nie jest on wciąż w rękach Ludzi Króla. Gdy dotarli do miasta, nie dostrzegli przeklętego herbu Ludzi Króla – czarnego węża, powiewającego na jego murach z różowego granitu, lecz raczej tradycyjny, zielono-niebieski proporzec. Wtedy statki rzuciły kotwicę przy mulistych, zachodnich brzegach rzeki, za którymi leżały zielone pola, usiane ściętymi pniami dębów i cyprysów.
Gdy uchodźcy zeszli na brzeg, grupa strażników z miasta przybyła, by ich powitać. Poinformowali oni braci, że miasto zostało opuszczone przez większą część Ludzi Króla, gdy dostali oni wezwanie do Andunie – zostawiono tylko minimum, niezbędne do utrzymania porządku. Strażnicy wytłumaczyli Isildurowi i Anarionowi, że mieszkańcy Pelargiru, zapewne ze względu na ich starożytne więzy z przyjaciółmi elfów w Romennie, przyjęli kult Morgotha wyłącznie pod przymusem. Tak więc, pośród furii wyjących sztormów, wszczęli oni rebelię przeciwko tej reszce Ludzi Króla, który zarządzali miastem. Wielu z nich zostało zabitych przez rebeliantów, a reszta uciekła na wschód, przez Anduinę.
Pelargir nie ocalał całkiem od wielkiego kataklizmu, gdyż fale powodzi wymiotły z portu wiele statków, które wyniosło na mile w głąb lądu, po czym Anduina zmieniła swój bieg, pozostawiając na mieliźnie zrujnowane doki i magazyny. Isildura cieszyło, że teraz, gdy zima minęła, wielu z uchodźców pomagało mieszkańcom Pelargiru budować nowe doki przy rzece, gdy inni, obozujący na polach przed miastem, współpracowało z Pelargirianami w tworzeniu dla siebie nowych domów.
Potężnie zbudowany, szaro brody mężczyzna o imieniu Ulbar był mieszkańcem miasta, który długo służył w jej straży i pierwszym, który pozdrowił Isildura, gdy ten postawił stopę w Śródziemiu. Od czasu rebelii, mieszkańcy wyznaczyli go kapitanem straży miejskiej, która w sekrecie nie popierała Ludzi Króla. On i inni mieszkańcy Pelargiru z początku zareagowali na wieści o upadku Numenoru z szokiem i niedowierzeniem. Jednak nie mogli zaprzeczyć bladym twarzom, pustym spojrzeniom i strachowi na twarzach uchodźców z Romenny. Nie mogli też uznać trzęsień ziemi, ryczących wichrów i fal powodzi, które sami przecierpieli, za coś innego niż dowód boskiego gniewu na bluźnierstwa Ar-Pharazona.
Niedawno Ulbar, z wyrazem niesmaku na twarzy, poinformował Isildura i Anariona o niepożądanych wydarzeniach na Południu. Kilku zwiadowców, którzy zostali wysłani do południowych krain, poinformowali o przewrocie w Umbarze i o tym, że do Ludzi Króla, którzy zarządzali tym miastem, do których dołączyli ci z Pelargiru, dotarła rozprzestrzeniająca się plotka o upadku Numenoru. Wkrótce potem, zmienili oni swój herb na zielonego węża na czerwonym polu. Ogłosili to heraldycznym znakiem ich umyślonego Imperium Haradu, gdyż zamierzali wciągnąć Południowców pod swe rządy.
„Imperium Haradu, zaiste" rzekł wtedy Anarion. „Ci Czarni Numenorejczycy nie staną się niczym więcej niż sługami Czarnego Kraju, czy zdają sobie z tego sprawę, czy nie."
Lecz pomimo tego pecha, do Isildura i Anariona dotarły także dobre wieści. Używając swych Palantirów, udało im się, po wielu nieudanych próbach, nawiązać kontakt z Elendilem. Jego pięć statków zostało wyniesionych daleko północny-zachód od Pelargiru, aż do Zatoki Lune, gdzie wylądowały w Mithlondzie, w domu Cirdana, Władcy Falathrimów – Morskich Elfów Śródziemia. Przyjaciel Elendila – Gil-galad, Najwyższy Król Elfów Śródziemia, pożeglował z Forlondu do Mithlondu, by spotkać się z Elendilem i naradzić się z Cirdanem.
Elfowie ze Śródziemia nie uciekli kłopotom, które wstrząsnęły Światem, gdyż wielka fala z Morza przetoczyła się przez Zatokę Lune, unosząc ze sobą wiele z bardziej kruchych budynków elfickich przystani, topiąc kilka pechowych elfów i zmuszając resztę do poszukiwania schronienia wysoko w Górach Błękitnych, zanim sztorm ustał i mogli znów wrócić do swych zrujnowanych domów. W Forlondzie, piękny ogród Gil-galada został zamulony i zapchany wodorostami, a wiele z drewnianych domów było w ruinach. Nawet teraz elfowie z Lindonu pracowali ciężko, naprawiając wyrządzone szkody.
„Moi lordowie Gil-galad i Cirdan" powiedział Elendil przez Palantir" uważają za niezmiernie ważne, byśmy my i kilka innych osób odbyło razem naradę. Musicie zorganizować odpowiednią grupę ochroniarzy i wziąć ze sobą kilku przewodników, obznajomionych ze Śródziemiem, którzy będą potrafili wskazać wam właściwą drogę. Wasza eskorta musi być niewielka, gdyż nie chcę ogołacać Pelargiru z obrońców, kiedy leży on tak blisko Czarnego Kraju. Jedźcie na zachód, do Brodów Angreny, lub Iseny, jak niektórzy je zwą, a potem na północ, aż dotrzecie do Brodów Bruinen. Ta ścieżka jest mniej bezpośrednia niż droga na północ wzdłuż Anduiny i na zachód, wzdłuż Gór Mglistych, jednak jest bezpieczniejsza, gdyż król Gil-galad poinformował mnie, że Góry są pełne orków. Przy Brodach Bruinen spotka się z wami grupa elfów i poprowadzi was do Imladris, które ludzie zwą Rivendell, do domu naszego dalekiego krewnego, mistrza Elronda, brata naszego przodka, Elrosa. Rivendell uniknęło na szczęście w większej mierze kataklizmu, który dotknął Świat. Tam mnie znajdziecie, z królem Gil-galadem i lordem Cirdanem. Spotkacie się też królową Galadrielę i lorda Celeborna, których wezwał do swego domu mistrz Elrond z ich ukrytego królestwa, Lothlorien. Przekroczą oni Wysoką Przełęcz nad górami z wielką, uzbrojoną eskortą, więc jeśli zyskacie ich przyjaźń w trakcie swego pobytu w Rivendell, to przy odrobinie szczęścia dadzą się przekonać, byście mogli towarzyszyć im w drodze do domu, tym samym przyśpieszając swój powrót do Pelargiru."
„W Rivendell" wyjaśnił Elendil, „odbędziemy naradę z wszystkimi tymi mądrymi i potężnymi osobami i zdecydujemy, co należy postąpić. Gdyż ani Gil-galad, ani Cirdan nie wierzą w śmierć Saurona, nawet jeśli był on obecny w Numenorze podczas jego upadku. Dzięki jakimś zmysłom poza mym pojmowaniem, są oni pewni, że jego plugawy duch powrócił do Mordoru. Zatem ruszajcie do domu Elronda, i to szybko!"
Isildur i Anarion posłuchali oczywiście rozkazu ojca. Ich dzisiejsza, poranna kąpiel była ostatnią, którą będą mieli w ciągu dwóch dobrych miesięcy, bo tyle czekało przed nimi dni ciężkiej jazdy. Isildur spojrzał na Anariona, a potem nabrał garść wody i rzucił w niego figlarnie. Anarion zaśmiał się, coś, czego nie robił od długiego czasu. Potem uśmiechnął się blado. „Cóż bracie" rzekł, „skoro nie będziemy mieli żadnych kąpieli przez jakiś czas, to nie przeszkadza mi to. Ale widziałem już wystarczająco dużo rozpryskującej się wody, tak że wystarczy mi do końca życia."
Dwa miesiące później Isildur, Anarion i Elendil byli już w Rivendell, razem z elfimi lordami i damami, których wezwano na naradę; Elrondem, Gil-galadem, Cirdanem, Celebornem i Galadrielą. Był to piękny, ciepły, późnowiosenny dzień. Niebo było koloru czystego błękitu, a kilka płatków z pobliskich sadów tańczyło w delikatnym wietrzyku, by spadając, dotknąć sklepienia Rivendell.
Obecni na naradzie siedzieli na zewnątrz, na tarasie, przy jednej z misternie zdobionych sal Elronda. Stamtąd mogli dostrzec szmaragdowo zielone korony dębowych i bukowych lasów, które wspinały się na strome ściany ukrytej doliny Imladris. Mogli dosłyszeć echa wód, spływających rzekami w dole, które splatały się ze słodkimi głosami elfickich minstreli, śpiewających w radości i zachwycie o poranku nowego roku, o kwitnących drzewach i kwiatach i o ptakach i zwierzętach, żyjących pod słońcem.
Isildur chłonął piękno tej scenerii i zdał sobie sprawę, że chociaż nie zastąpi ono upadłego Numenoru, to Śródziemie też miało swój urok. Miał nadzieję, że pewnego dnia pokocha swą nową ojczyznę na tej zmienionej Ziemi, tak samo, jak kochał starą. Gdyż słyszał jak mistrz Elrond mówił, że wraz z upadkiem Numenoru, cały świat jakby się odmienił. Elfowie byli silnie związanie z Ziemią i czuli, że przyjęła ona teraz kształt olbrzymiej kuli. Wschodnie i zachodnie skraje ocalałych śmiertelnych krain owinęły się wokół tej kuli, tak, że niemal stykały się ze sobą. Ludzie, płynący na zachód od Śródziemia, znaleźli by się po jakimś czasie przy brzegach tego, co niegdyś było Wschodem Wschodu. Wyglądało na to, że Nieśmiertelne Krainy zostały usunięte całkowicie z obrębu Ziemi, chociaż lord Cirdan twierdził, że potrafi wyczuć niewidzialny most, który teraz prowadził z Zatoki Lune przy jego Szarych Przystaniach w Niebiosa. Wierzył, że most ten może pozwolić elfom odpłynąć ze Śródziemia do Valinoru, nawet jeśli ta podróż zaprowadziłaby ich teraz do ukrytej krainy.
Isildur, przeklinając, że pozwolił swej ciekawości zasnuć mu umysł w czasie narady, zwrócił swą uwagę z powrotem na bieżące sprawy.
„Zatem uważasz, że powinniśmy zbudować dwa królestwa na wygnaniu?" spytał Elendil.
Mistrz Elrond, którego czarne loki oplatała srebrna opaska, wpatrujący się swymi chłodnymi, niebieskimi oczami w swego odległego krewnego, skinął głową na potwierdzenie. „Gdyż" rzekł „krainy na zachód od Anduiny są zbyt rozległe, a twoi zwolennicy zbyt nieliczni, byście mogli kontrolować je ze stolicy. Zatem, oto moja sugestia; ty, Elendilu, zostaniesz Najwyższym Królem Numenoru na Wygnaniu. Lecz stworzysz też swe własne królestwo, choćby tu na północy, nad którym sprawować będziesz codzienną kontrolę. Twoi synowie, Isildur i Anarion, mają odpowiednio trzydzieści i dwadzieścia pięć lat. To niewiele, nawet według miary ludzi, lecz odpowiednio dużo, by uważani byli za pełnoletnich i by można było im powierzyć władzę i odpowiedzialność. Powinni stworzyć swe własne królestwo – na Południu, jeśli ty wybierzesz Północ – który uzna twe zwierzchnictwo, lecz nad którym oni sprawować będą codzienną kontrolę. Gdy nadejdzie czas, powinieneś wskazać, który z nich przejmie władzę nad Północnym Królestwem po tobie, a który rządzić będzie Królestwem na Zachodzie."
„Widzę mądrość tego planu i zgadzam się z nim" odparł Elendil. „A wybór podejmę już teraz. Północne Królestwo nazwę Arnorem, Krajem Króla, a jego stolica, którą nazwę Annuminas, Wieżą Zachodu, stać będzie przy brzegach jeziora Evendim, niedaleko przystani Lorda Cirdana. Górzyste Południowe Królestwo nazwę Gondorem, Krajem Kamienia, a jego stolicą zostanie Osgiliath, Miasto Gwiazd. Zwiedziłem niższy bieg Anduiny lata temu, po tym tak zwanym Wielkim Zwycięstwie nad Nieprzyjacielem. Znam doskonałe miejsce na stolice naszego Zachodniego Królestwa, na odcinku rzeki, który leży pomiędzy śnieżnym szczytem góry Mindoluiny a pokrytą sosnami doliną, która wcina się w Góry Cienia na Wschodzie. Podzielimy Palantiri pomiędzy naszymi krajami. Trzy dostanie Arnor, jeden umieścimy w strażnicy, którą zbudujemy przy Brodach Angreny, lub Iseny, jak niektórzy je zwą, która stała będzie na granicy obu królestw, a trzy pozostaną w Gondorze. Gdy mój czas minie, Arnor przypadnie Isildurowi i jego dziedzicom, a Gondor Anarionowi i jego potomkom."
„I pamiętajcie" powiedział, odwracając się do swych synów. „nim nie pokonamy Cienia Wschodu, obrona naszego Południowego Królestwa będzie szczególnie ważna. Gdyż wasze królestwo Gondoru leży na zachodnich marchiach Czarnego Kraju. Zatem zbudujemy też dwie fortece, by podeprzeć obronę Osgiliath. Na Zachodzie, pod szczytem góry Mindoluiny, zbudujemy jedną z nich, którą nazwiemy Minas Anor, Wieżą Zachodzącego Słońca. Anarion obejmie nad nią dowództwo. Na Wschodzie, w pokrytej sosnami dolinie, o której wspomniałem wcześniej, na samych granicach Mordoru, zbudujemy Minas Ithil, Wieżę Wschodzącego Księżyca. Odkąd ty, Isildurze, jesteś tym bardziej wojowniczym synem, obejmiesz dowództwo nad tą fortecą i stamtąd utrzymywał będziesz uważną obserwację Czarnego Kraju. Dopiero po ostatecznym pokonaniu Nieprzyjaciela i gdy mój czas odbiegnie końca, powierzysz tą fortecę swemu bratu i przeniesiesz się do twego Północnego Królestwa Arnoru."
„Stanie się zgodnie z twym życzeniem, mój suzerenie" zaintonowali bracia, pochylając głowy. Isildur przysiągł sobie w duchu, że posadzi w ich nowej krainie Gondoru sadzonkę Białego Drzewa, które doniósł aż do Pelargiru, by proroczy sen jego ojca spełnił się całkowicie.
„A co do Nieprzyjaciela" rzekł Elendil mrocznie, odwracając się do Gil-galada i Cirdana. „Czy są może jakieś wątpliwości, że Sauron powrócił do Śródziemia, nawet gdy był on Numenorze podczas upadku?"
„Przykro mi to mówić, ale jego powrotu jestem pewien" powiedział Gil-galad, patrząc się ponuro swymi niebieskimi oczami na Elendila spod swej złotej opaski.
„Najwyższy Król mówi prawdę" rzekł Cirdan, grymas pogłębił linie na jego twarzy. Cirdan był ciekawostką wśród elfów – jedyny, który pozwolił swemu obliczu postarzeć się, aż wyglądał jak siwowłosy, starszy mężczyzna. „Nie ma żadnych wątpliwości, że Nieprzyjaciel znów mieszka w Śródziemiu" powtórzył z naciskiem.
„Lecz jak możecie być tego tak pewni, moi lordowie?" zapytał zdziwiony Anarion. Nie czuł się komfortowo, wątpiąc w słowa tak starożytnych i mądrych istot jak Gil-galad i Cirdan, lecz czuł także, że sprawa losu Nieprzyjaciela była zbyt ważna, by ją bagatelizować. „Mroczny przebywał cały czas w swe plugawej Świątyni w Armenelos, w centrum Numenoru" kontynuował. „Kataklizm spadł na wyspę tak nagle, że nie widzę, jak miałby mu uciec. Nawet jakby wsiadł na jakiś statek, zostałby on wywrócony, lub nawet roztrzaskany na kawałki na brzegu, zanim zdążył choćby wypłynąć na otwarte Morze."
Królowa Galadriela odwróciła się do Anariona. Popatrzył na nią z zachwytem, gdyż jej złote włosy lśniły w blasku słońca, a młodość jej świetlistych rysów kontrastowała z jej głębokimi, niebieskimi oczami, pełnymi sekretnej wiedzy i starożytnych tajemnic. Uśmiechając się lekko, odparła „Miejsce pobytu Nieprzyjaciela od zawsze jest dla nas jasne, dla króla Gil-galada, lorda Cirdana i mnie. Gdyż jak długo Jedyny Pierścień spoczywa na dłoni Nieprzyjaciela, tak długo Powiernicy mogą wyczuć jego mroczną obecność, nawet jeśli nie noszą swych własnych pierścieni na palcach."
„Masz na myśli…" rzekł Anarion.
Galadriela popatrzyła się znacząco na Gil-galada i Cirdana, którzy skinęli jej głowami. Każdy z nich wyciągnął wtedy, zawieszone na złotych łańcuszkach na ich szyjach, Trzy Pierścienie Elfów, które dotąd schowane były pod ich szatami. Trzej obecni tam mężczyźni patrzyli z otwartymi ustami, widząc takie obiekty Mocy, zgromadzone w jednym miejscu. Nawet Elrond i Cirdan wydawali się poruszeni tym widokiem. Każdy z trzech Powierników przemówił po kolei.
„Oto jest Vilya, Pierścień Powietrza, najpotężniejszy z Trzech, który leczy ciało i koi ducha tych, którzy potrzebują komfortu i pocieszenia" powiedział Gil-galad, podnosząc swój złoty pierścień z niebieskim kamieniem.
„Oto jest Narya, Pierścień Ognia, który obdarza odwagą i siłą woli serca elfów, a może też ludzi" dodał Cirdan, ukazując swój złoty pierścień z czerwonym kamieniem.
„Oto jest Nenya, Pierścień Wody, który spowalnia niszczący upływ czasu i uchrania od obumarcia to, co inaczej zanikłoby w promieniach słońca" rzekła Galadriela, unosząc pierścień z białego złota z jasnym kamieniem.
Obecni tam elfowie i ludzie mogli usłyszeć melodyjne tony, gdy Trzy Pierścienie witały się wzajemnie, radując się wzajemną obecnością. Lecz wtedy Powiernicy szybko ukryli swe skarby pod szatami.
„Jesteście pewni, że Pierścieni Elfów nie można by użyć przeciwko Nieprzyjacielowi?" zapytał Elendil.
„Omawialiśmy to już wcześniej, mój przyjacielu" odparł Gil-galad. „Trzymając te pierścienie przy sobie, możemy wyczuć jego obecność, gdy nosi on Jedyny na ręce, jednak on może tylko mgliście wyczuć naszą, gdyż nie brał bezpośredniego udziału w kształtowaniu Trzech. Lecz gdy założymy pierścienie na palce, co musielibyśmy zrobić, by użyć ich mocy – bo tak zostały stworzone – wtedy ujawnimy się przed nim całkowicie, póki nosi on Jedyny. Pozna wszystkie nasze myśli, wszystkie nasze sekrety i nie będziemy mieli nadziei, by go pokonać. Zatem muszą one pozostać w ukryciu, a my musimy pokonać go w otwartej wojnie."
„Lecz jakim sposobem?" zapytał Elendil. „Sam opowiedziałeś mi o sile jego wojsk. Nie mogliście go pokonać, nawet gdy wasze armie były potężniejsze niż dziś."
„Wojna to coś więcej niż tylko rozmiar armii" rzekł lord Celeborn, gdy słońce błyszczało w jego srebrnych włosach, kontrastujących z jego gładką twarzą. „Zostaliśmy pokonani przez Saurona, w ostatniej wojnie przeciwko niemu, nie w małej części dlatego, że całkowicie nas zaskoczył i użył elementu zaskoczenia na naszą niekorzyść. Lecz obserwowaliśmy go przez długie stulecia i wynaleźliśmy wiele strategii, które można by użyć przeciwko jego wojskom. Łatwiej będzie nam je zastosować, gdy do naszych armii dołączą też wasze, choćby tak małe. Możemy też szukać pomocy u naszych krewnych w Zielonej Puszczy na wschód od Anduiny, którzy niedawno przysięgli wierność memu kuzynowi Thranduilowi; gdy ty, ze swojej strony, możesz spróbować wciągnąć pod swoją flagę trochę dzikich ludzi, którzy żyją na zachód od Anduiny. Lecz na razie, nie jesteśmy dość silni, by zaatakować Mordor, który obecnie kontrolowany jest przez plugawych Ulairi i ich Króla Nazguli. Stale obserwujemy Czarny Kraj, lecz musimy poczekać, aż Nieprzyjaciel uderzy na nas poza swymi granicami o stalowych murach, zanim będziemy mogli wciągnąć jego wojska w bitwę. Może to się nie zdarzyć przez dłuższy czas, bo podejrzewam, że ciało Saurona zostało w istocie zniszczone, z powodów, które wspomniałeś, Anarionie. W takim wypadku zgromadzenie odpowiedniej siły do zbudowania nowej, psychicznej formy zajmie mu lata. Kiedy to zrobi, ruszy na nas otwarcie, a my będziemy musieli połączyć się w sojusz elfów i ludzi, jeśli ma nam się powieść!"
Potem Celeborn uśmiechnął się ponuro. „Szkoda, że nie możemy zawrzeć sojuszu także z krasnoludami. Gdyż jest ich wielu i są to zawzięci wojownicy, których topory przechyliły szalę w niejednej bitwie. Lecz od czasu głupoty elfów z Eregionu, którzy nieświadomie przysłużyli się planom Mrocznego Władcy, Krasnoludy złamały swą przyjaźń z nami. Będą bronić swych własnych górskich fortec przeciwko Sauronowi, lecz nie przyjdą elfom z pomocą za żadne skarby, czy błagania."
„Może jednak przyjdą z pomocą ludziom" rzekł Elendil, mrużąc przebiegle oczy. „Gdyż nie mają oni żadnej urazy w stosunku do ludzi z mego rodu, a jestem pewien, że możemy zaoferować im wiele cennych nagród w zamian za ich pomoc przeciwko Nieprzyjacielowi."
„Może" odparł Celeborn niepewnie. „Chociaż krasnoludy są zatwardziałe i przebiegłe i wątpię, by udało ci się utargować tu coś więcej. Lecz proszę bardzo, błagaj je o pomoc – może uda ci się tam, gdzie myśmy zawiedli."
„Niech tak będzie" powiedział mistrz Elrond. „Czy będziemy mieli pomoc krasnoludów, czy nie, stworzyliśmy dziś podstawy tego, co za jakiś czas nazywane będzie Przymierzem Elfów i Ludzi. Może i Ostatnim Przymierzem Elfów i Ludzi. Gdyż jeśli pokonamy Nieprzyjaciela, niepotrzebne będą kolejne przymierza wojenne, a nasze dwa narody będą mogły żyć w pokoju i przyjaźni, niż tylko w zwykłym sojuszu w obliczu wspólnego wroga!"
„A i mam dla ciebie dar, Elendilu!" kontynuował Elrond. Skinął na oczekujących służących, którzy przynieśli mu długi worek z czarnego aksamitu. Wstając ze swego siedziska, Elrond sięgnął do worka i wyjął ze środka wielki stalowy miecz w pochwie. Ściągnął lewą ręką pochwę, a prawą machnął nim w powietrzu kilka razy. Z każdym machnięciem, ostrze zdawało się śpiewać, jakby czystym, dźwięcznym głosem.
Odwracając się do Elendila, rzekł „Ten miecz to Narsil. Został wykonany dla efów przez Telcharów, krasnoludzkich mistrzów kowalstwa z Nogrodu, który leżał w Beleriandzie w dawnych dniach. Elficcy kowale umieścili na tym ostrzu zaklęcia. Elfowie i krasnoludowie byli wtedy przyjaciółmi. Narsil może zranić Mrocznego Władcę i jego Upiory Pierścienia w bitwie, gdzie nie poradziłoby sobie śmiertelne ostrze. Strzeż go dobrze i używaj go mądrze. Niech symbolizuje on więź między twym rodem, a moim, gdyż zawsze pamiętał będę, że ty i twoi dziedzice jesteście przodkami mojego drogiego brata Elrosa, więc będę udzielał takiej pomocy, jakiej tylko będę mógł, tobie i twej rodzinie, przez wszystkie moje dni." Wtedy Elrond przekazał ostrze Elendilowi.
Elendil ujął miecz za rękojeść i sam machnął nim kilka razy w powietrzu. Spojrzał na Elronda i uśmiechnął się. „Wielkie dzięki, mistrzu Elrondzie, gdyż jest to w istocie królewski dar. Rozpieszczacie mnie, ty i Gil-galad. Narsil, który uważam za Miecz Króla, będzie odtąd dziedzictwem mojego rodu i symbolem więzi, krwi i historii, która łączy twój ród z moim. Niech przyniesie nam szczęście w nadchodzącej wojnie!"
„Wojna" wyrzekł Isildur. „Tak, jedną rzeczą jest rozprawianie o niej, lecz to jej wygranie będzie najtrudniejsze, a to leży jeszcze przed nami."
W Saamath Naur, tych Komnatach Ognia w sercu Orodruiny, które ludzie zwą Szczelinami Zagłady, cienisty duch Saurona zaczął przybierać swą nową formę. Przez ponad wiek od czasu upadku Numenoru jego duch zamieszkiwał w cienistych głębinach Barad-dur. Niedawno wycofał się do Saamath Naur, czerpiąc siłę z ogni wewnętrznej Ziemi. Teraz był już gotowy, by otwarcie ogłosić się Mrocznym Władcą Świata.
W dole jezioro ognia bulgotało i syczało, rzucając swój pomarańczowy blask przez siarkowe powietrze komnaty, gdy ciemny kształt zaczął formować się nad urwiskiem, wystającym nad jeziorem. Pismo na Jedynym Pierścieniu świeciło jasno, tak jak dzieło jego pana. Potem, po wielu godzinach, forma, którą chciał on stworzyć, zaczęła przybierać kształt. Sauron z Mordoru odrodził się!
Spojrzał w dół ze swej nowej wysokości, gdyż był teraz dwukrotnie wyższy od najwyższych elfów czy ludzi. Jedyny Pierścień powiększył się, by pasować na wielki, upazurzony trzeci palec jego prawej ręki. Czarna jak węgiel, paląca, gorąca skóra pokrywała jego potężnie umięśnione ciało. Jego ogniste oczy, płonące okrucieństwem i furią, odbijały się czerwono na powierzchni jego nowej zbroi, która leżała w kawałkach na ziemi w dole. Ta zbroja, ukuta ze stali w Barad-dur, została wykonana przez najlepszych zbrojmistrzów według jego własnego projektu.
Przekazał ten projekt przez swego porucznika, Króla Nazguli. Obecnie stał on przed Saamath Naur z grupą orkowych kapitanów i wodzów dzikich ludzi ze Wschodu i Południa. Wezwano ich do Orodruiny, by uczcić powrót ich pana, Saurona. Chociaż ich armie zostały zdziesiątkowane na skutek kataklizmu, który nawiedził Mordor podczas przemiany Świata, to ocaleni szybko się pomnożyli i byli teraz tak liczni jak nigdy wcześniej. Wezwano także władców Czarnych Numenorejczyków z Południa, których kult Melkora został zastąpiony przez Saurona, dla nich żywego boga. Czarni Numenorejczycy sprzymierzyli się z Mordorem przeciwko ich znienawidzonej braci, Numenorejczykom z Arnoru i Gondoru.
Sauron podniósł okrutną buławę ze stali, która została dla niego wykuta. Machnął nią przez rozpalone powietrze komnaty kilka razy i uśmiechnął się, a żółte kły wychyliły się z jego czarnych jak węgiel warg. Wkrótce ta buława unicestwi tych głupców, którzy wciąż mu się sprzeciwiali! Zmienił się sam kształt Świata, a jednak Sauron przetrwał ten kataklizm, tak samo jak przetrwał wiele wcześniejszych katastrof w wielu wcześniejszych erach. Jedyny Pierścień zaiste służył swemu panu dobrze.
Sauron odłożył buławę i odział się w swą nową zbroję, od podkutych stalą butów do hełmu ze szpikulcami, który maskował jego nowe, straszliwe oblicze. Jego opancerzona forma była i tak dość przytłaczająca – nie było potrzeby, by wszyscy służący mu ludzie padli z przerażenia, spojrzawszy tylko na jego odkrytą twarz.
Ponownie podniósł swą broń i wyszedł z Saamath Naur na małą półkę, która leżała za ich wejściem, wysoko na zboczach Orodruiny. Daleko w dole mógł dostrzec spustoszone połacie Gorgoroth, ciemne pod mrocznym niebem Mordoru. Na północnym horyzoncie, wystrzeliwując na milę nad grzbietami Ered Lithui, stała wspaniała wieża Barad-dur, wkrótce stolica całego Świata!
Potem Sauron zwrócił swą uwagę na słabowite istoty, które kuliły się przed nim. Kilku odzianych w stal orków płaszczyło się w brudzie, ich skórzaste, paskudne twarze były wykrzywione strachem. Odziani w skóry, czarnobrodzi wodzowie dzikich ludzi ze Wschodu i Południa, a nawet garstka dobrze uzbrojonych Czarnych Numenorejczyków, którzy im towarzyszyli, wydawało się przerażonych widokiem nowej, gigantycznej formy ich Okrutnego Pana. Sauron mógł wyczuć unoszący się z nich strach i był on dla niego jak balsam.
Obok tych przerażonych sługusów stała jedna istota, która nie czuła strachu, nie starała się nawet przed nim płaszczyć. Chociaż miał on tylko połowę jego wzrostu, Król Nazguli po prostu popatrzył się na Saurona przez chwilę, a potem krótko skinął mu głową.
Bez wątpienia, pomyślał Sauron, przymus spędzenia połowy dnia w towarzystwie Króla Nazguli zdenerwowało orków i ludzi, zanim nawet on sam wyszedł z Saamath Naur. Gdyż armie ze Wschodu i Południa bały się tego, znanego im jako Król Nazguli, prawie tak samo jak samego Mrocznego Władcy. W ich oczach, jak wiedział Sauron, Król Nazguli był gigantem, wysokim na siedem stóp, odzianym w czarne szaty i stalową zbroję, spod kaptura którego wyglądał tylko cień tam, gdzie powinna być twarz. Był starożytną istotą z koszmaru i legendy.
Tylko Sauron znał jego prawdziwą tożsamość i widział jego prawdziwą formę. Dwa tysiące lat temu, był on Ar-Murazorem z Numenoru, młodszym bratem Króla Tar-Atanamira Wielkiego, tego monarchy, który przyjął emisariuszy od Valarów z niechęcią, a potem rozdarł więzi pomiędzy Numenorem a elfami. Odcięty od tronu Numenoru przez prawa dziedziczenia, Ar-Murazor zamiast tego wykorzystywał swą energię w pościgu za wiedzą, porzucając swój dom, gdy wyczerpał już jego rozległe biblioteki i podróżując wzdłuż i wszerz całego Śródziemia w poszukiwaniu ezoterycznej wiedzy.
W ten sposób skupił na sobie uwagę Saurona, który w tych dniach wciąż zwał się Annatarem, Panem Darów. Badania Ar-Murazora, jak się okazało, wpłynęły na powiększenie jego własnej czarodziejskiej mocy i na przedłużenie mu życia. Sauron uprzywilejował go, czyniąc go pierwszym śmiertelnikiem, któremu przekazał Pierścień Władzy, jeden z Dziewięciu Pierścieni Ludzi. Ar-Murazor chciwie przyjął ten dar, gdyż Sauron obiecał księciu, że Pierścień da mu ogromną moc i wieczne życie. Przez Ar-Murazora, Sauron dowiedział się, że Ludzie Numenoru boją się śmierci ponad wszystko inne i ponad wszystko inne pożądają władzy. Dzięki manipulowaniu ich strachem i chciwością, mógł kontrolować ich całkowicie. Ta lekcja była pierwszym z wielu sposobów, na które Ar-Murazor okazał się niezwykle cenny dla Saurona.
Lecz na nieszczęście dla tego Księcia Numenoru, jego moc i pozorna długowieczność nie obeszła się bez ceny. Pod jego szatami i zbroją, jego ciało było niewidzialne dla oczu śmiertelnika. Lecz dla Saurona był on wychudzoną postacią, odzianą w wystrzępiony szary całun, tak lubiany przez Numenorejczyków dwa tysiące lat wcześniej. Na głowie nosił chłodno błyszczącą koronę, obwieszoną ostrymi szpikulcami, które wystawały w górę. Jego starożytne, wymizerowane oblicze, okolone śmiertelnie białymi włosami, było wykrzywione w wiecznym grymasie. Jego twarz jaśniała bladym, trupim światłem, niezdrowym blaskiem, który nie oświetlał niczego. Jego oczy były zimne i puste, okna do nicości. Na butwiejącym, trzecim palcu prawej ręki, nosił intrygująco wykuty pierścień ze srebra i złota, z osadzonym w nim bursztynem; Pierścień Władzy, symbol i narzędzie jego zniewolenia przez Mrocznego Władcę. Teraz był tylko Królem Nazguli, pierwszym i najpotężniejszym ze straszliwych Upiorów Pierścienia.
Spoglądając znów na Saurona, Król Nazguli zaintonował swym grobowym głosem, „Jakie są twe rozkazy, panie? Rozkazuj nam Sauronie, Władco Ziemi, a my zrealizujemy cokolwiek jest twym żądaniem. O co życzysz sobie, byśmy walczyli?"
„O dominację!" Głos Saurona, głębszy niż najniższe czeluście Barad-dur, był zimny i twardy. Orkowie zaczęli teraz bełkotać ze strachu, a wielu z ludzi chyba zemdlało, bo leżało teraz, rozpłaszczonych w piachu. Tam, gdzie powinni, pomyślał Sauron.
„Jak mamy uzyskać dla ciebie Dominację, mój panie?" zaintonował Król Nazguli pustym głosem. „Kogo życzysz sobie, byśmy zniszczyli i zatruli, torturowali i zabijali?"
Sauron zawył pod swym stalowym hełmem. Z Barad-dur, dawno spostrzegł przybycie lordów Andunie i ich zwolenników do Śródziemia. Od tego czasu, jego szpiedzy uważnie obserwowali ich postępki. Ci głupcy śmieli nawet założyć swe Zachodnie Królestwo na samych granicach Mordoru, w szyderstwie wobec jego mocy! Teraz, gdy jego armie odbudowały się, a on zreinkarnował się jako Mroczny Władca, drogo zapłacą za swą bezczelność.
„Zapolujcie na psy z Gondoru i Arnoru i ich panów, elfów ze Śródziemia!" zagrzmiał Sauron swym głębokim, ostrym głosem. „Wytępcie ich wszystkich, do ostatniego wyjącego bachora.
„Co nasz Okrutny Pan sobie życzy, zostanie wykonane natychmiast" wyrzekł Król Nazguli monotonnym głosem. Potem odwrócił się do orkowych kapitanów, wskazując swym opancerzonym palcem w dół ścieżki, wiodącej do podstawy góry. Orkowie bełkotali i jęczeli. Ciągnąc tych z ludzi, którzy zemdleli, w towarzystwie tych trzęsących się mężczyzn, którzy wciąż zachowali zmysły, zeszli w dół góry, by wydać rozkazy swym zwolennikom.
Król Nazguli odwrócił się potem do Saurona. „Moich ośmiu braci i ja dopilnowaliśmy, by nasze armie urosły w siłę, panie. Chociaż to robactwo skompromitowało się strachem w obliczu twej mrocznej obecności, to rzucą się oni na wroga pełni wojennej rządzy i furii."
„Co do tego nie mam żadnych wątpliwości" zagrzmiał Sauron. „Sprawiliście się dobrze. Musimy tylko wywalczyć tą ostatnią wojnę, a nasze zwycięstwo będzie kompletne!"
Król Nazguli skinął milcząco, wpatrując się w Jedyny Pierścień, który jarzył się jasno na ręce jego pana.
W roku 3441 Drugiej Ery, sto dwadzieścia dwa lata od dnia, gdy jego statek przywiózł go do przystani Pelargiru, Isildur Silny leżał rozciągnięty w piachu Gorgoroth, czekając na swą zgubę.
W tym momencie, główne wydarzenia ostatniego wieku przebiegły mu przed oczami. Isildur i Anarion zbudowali swe Zachodnie Królestwo zgodnie z instrukcjami Elendila. Wykuli nawet swe własne, potężne podobizny w kamieniu klifów Anduiny, na północ od Sarn Gebir, a te Filary Królów stanowiły złowieszcze ostrzeżenie dla tych, którzy chcieliby wkroczyć nieproszeni na ziemie ludzi.
Przez dekady ich Zachodnie Królestwo i Północne Królestwo ich ojca rozwijały się w dostatku. Isildur i Anarion oboje ożenili się i wychowali własnych synów. Isildur posadził sadzonkę Białego Drzewa na dziedzińcu Minas Ithil, wypełniając przepowiednię swego ojca. Lecz przez cały ten czas, Cień ze Wschodu wisiał, jak echo grozy, nad ich krainami. Obserwowali Mordor czujnie, w obawie przed nieznanym złem, które gniło za jego granicami.
Potem, dwanaście lat temu, Nieprzyjaciel przypuścił atak na Ludzi Zachodu. Minas Ithil zostało nagle oblężone przez straszliwe Upiory Pierścienia, które użyły wielu okropnych zaklęć przeciwko jego obrońcom. Przejęły fortecę dla siebie, przemianowując ją na Minas Morgul, Wieżę Mrocznej Magii. Isildurowi i jego rodzinie ledwo udało się uciec, zabrawszy ze sobą tylko Palantir z Ithilu, a także Owoc i Kwiat Drzewa Ithil, ocalone przez Isildura, nim sam Król Nazguli wziął pod topór to dziecię Nimloth. Palantir z Ithilu był teraz ukryty na zachodnich brzegach Osgiliath, a Owoc Drzewa Ithil był przechowywany pod kluczem i strażą w najwyższej wieży Minas Anor.
Szpiedzy Isildura i Anariona wkrótce usłyszeli plotki, krążące wśród Czarnych Numenorejczyków, mówiące o powrocie Saurona, który otwarcie ogłosił się Mrocznym Władcą Świata. Przejęcie Minas Ithil było tylko pierwszą fazą jego finałowej gry o dominację. Wkrótce przypuści atak na Gondor, a potem pośle swe armie na północ, przez Arnor i krainy elfów. Gil-galad i Elendil, Najwyżsi Królowie Elfów i Ludzi, skonsultowali się ze sobą i uformowali od tak dawna planowany Sojusz.
Dzięki użyciu wielu zmyślnych strategii i dzięki wielu odważnych czynom, Sojusz Elfów i Ludzi odniósł sporo sukcesów w nękaniu i osłabianiu wroga. Pomogła im w tym wielka grupa Leśnych Elfów z Zielonej Puszczy, leżącej na wschód od Anduiny. Te dzikie elfy unikały poprzednich wojen z Sauronem, lecz teraz walczyły pod flagą króla Thranduila, kuzyna lorda Celeborna, który niedawno poskromił tych sylvańskich krewnych. Byli z nich cenni sojusznicy, gdyż szybkie strzały Leśnych Elfów spadły na wiele zabłąkanych orków i dzikich ludzi ze Wschodu przez lata.
Co więcej, wielu z dzikich ludzi z Zachodu Anduiny przysięgło wierność Najwyższemu Królowi Elendilowi i jego potomkom. Długo cierpieli z rąk swych wschodnich krewnych i Orków i byli gotowi pomścić się teraz, gdy zyskali potężnych sojuszników. Numenorejczycy na wygnaniu szybko wyszkolili ich i ucywilizowali i po jakimś czasie uformowali oni tył armii Gondoru i Arnoru.
Sojusz wspomogły też topory krasnoludów, gdyż krasnoludzcy władcy z Khazad-Dum, którzy wzgardzili błaganiami elfów, zgodzili się posłużyć Najwyższemu Królowi Ludzi – w zamian za dużą ilość złota – póki Sauron nie zostanie pokonany. W całości, Sojusz liczył ponad 250 tysięcy wojska.
Przeciwko nim stało prawie milion oddziałów w służbie Nieprzyjaciela, nie tylko orków i dzikich ludzi ze Wschodu i Południa, lecz też tych Czarnych Numenorejczyków, którzy kontrolowali Harad, których Gondorczycy nazwali Korsarzami z Umbaru. Nawet kilka pokrętnych krasnoludów, którzy odwrócili się od Ludzi Zachodu, służyło Czarnemu Władcy. Jednak, mimo swej liczebności, słudzy Nieprzyjaciela byli pchani wyłącznie chciwością i strachem i nie mieli takiego ducha walki, jak ci, co walczyli w imię wolności i honoru.
Na początku Nieprzyjaciel spustoszył dolny bieg Anduiny, spalając do ziemi tą połowę Osgiliath, która leżała na wschód od rzeki. Lecz wtedy, przez jakiś czas, wyglądało jakby szala przechyliła się w stronę Sojuszu. Rozgnietli potężną armię Nieprzyjaciela w Dagorlandzie, lub Polu Bitwy, które leżało przed samą Bramą Mordoru, chociaż wiele elfów i ludzi zginęło razem z orkami, zanim udało się odnieść zwycięstwo. Triumfująca armia Królów Elfów i Ludzi pośpieszyła przez pustą dolinę Udunu do serca Mordoru. Tam założyli obóz na popielnej równinie Gorgoroth, przed bramami samej Barad-Dur. Stamtąd rozpoczęli oblężenie Czarnej Wieży.
Lecz tam też ich szczęście się skończyło. Gdyż Barad-Dur, której adamantowe mury i wieżyce wyrastały na milę nad równiną, była najpotężniejszą fortecą w historii. Za swą ognistą fosą szydziła z każdej próby zdobycia jej murów, którą przeprowadzał Sojusz. Przez siedem długich lat wytrzymywała ich oblężenie. Elfowie i ludzie, a nawet ta garstka krzepkich krasnoludów, która im towarzyszyła, znużyła się już obozowaniem na tej sterylnej, ciemnej równinie Gorgoroth i łaknęła choćby krótkiego przebłysku słońca, lub lasów, lub błyszczących klejnotów w sekretnych kopalniach.
Fortuna jednak wciąż sprzyjała Sojuszowi od czasu do czasu. Wielki oddział, wysłany z obozu na równiny Gorgoroth zdołał niedawno, z pomocą wielu elfów, wyprzeć Upiory Pierścienia z Minas Ithil. Nawet teraz, starali się oczyścić ją z plugastwa orków, którzy ją zajmowali. Trzech synów Isildura poprowadziło przejęcie Minas Ithil i było tam teraz, chociaż jego najmłodszy syn, Valandil, wciąż jeszcze dziecko, był bezpieczny za murami Annuminas ze swą matką.
Jednak pomimo tego zwycięstwa oblężenie Barad-Dur, które wydawało się coraz bardziej bezowocne, trwało dalej, a sprawy przechodziły od złych w jeszcze gorsze. Miesiąc temu, w rodzinę Isildura uderzyła tragedia, gdy Anarion został zabity przez kamień, ciśnięty z Czarnej Wieży, gdy prowadził kolejny skazany na porażkę atak przeciwko jej adamantowym murom. Teraz syn Anariona, Meneldil, zajął jego miejsce w sali tronowej Minas Anor, jako współwładca Gondoru. Elendil prawie załamał się stratą Anariona, chociaż nie mógł okazać braku wiary przed swymi ludźmi, lub przed swym sojusznikiem, Gil-galadem, którego namiot stał tuż koło jego.
Jakby tego było mało, gdy Isildur rozkazał dużej grupie ludzi z Białych Gór Gondoru pomóc im w zakończeniu oblężenia Czarnej Wieży, złamali oni swą przysięgę, odmawiając odpowiedzi na wezwanie do wojny. By ukarać ich za tę zdradę, Isildur rzucił na nich straszliwą klątwę. Za życia, znikną i rozpłyną się jako ludzie, aż nie pozostanie po nich nic, prócz wspomnienia. W śmierci, cienie tych wojowników nigdy nie zaznają ukojenia, póki nie dopełnią przysięgi wobec Isildura lub jednego z jego dziedziców. Isildur dokonał na nich swej pomsty, lecz gorycz straty, pomieszana z tą zdradą, jeszcze bardziej nadszarpnęła ducha ludzi oblężających Barad-Dur.
Wtedy, tego ranka, wydarzenia przyjęły szokujący obrót. Okute stalą drzwi nad żelaznym mostem Barad-dur otworzyły się i wyskoczyła z nich olbrzymia horda orków! Elendil i Gil-galad nie mogli zrozumieć, dlaczego Nieprzyjaciel nagle porzucił strategię długotrwałego oblężenia. Mogło to być z powodu tego, że Sojusz pochopnie wysłał tak wielu wojowników do odzyskania i utrzymania Minas Ithil, chociaż mogło to być też dlatego, że nawet rozległe zapasy Czarnej Wieży wyczerpały się po siedmioletnim oblężeniu. Fakt, że horda składała się tylko z orków, a była pozbawiona ludzi, skłaniał się ku temu wyjaśnieniu, znając tendencję orków do kanibalizmu. Lecz teraz plugawe kreatury pośpieszyły przez równinę, ku samym zboczom Orodruiny, znanej Gondorczykom jako Góra Przeznaczenia, która obudziła się ze snu i wypuszczała niski słup czerwonych płomieni i czarnego dymu i popiołu w rudawe niebo. U stóp góry orkowie napotkali zwołaną w pośpiechu armię elfów i ludzi, gotowych by ich powitać; krasnoludy zostały z tyłu, by bronić obozu Sojuszu.
Orkowie naparli na ścianę tarcz Wysokich Elfów Śródziemia, uzbrojonych w pozłacaną stal, lecz zostali odparci. Tysiące tysięcy orków padało od elfickich strzał. Król Gil-galad zabijał niezliczone rzesze orków swą zaczarowaną włócznią, Aiglosem, a Elrond, który grał rolę herolda i dzierżyciela proporca Gil-galada, gromił niezliczone ilości innych swym własnym elfickim mieczem.
Uciekając przed elfami, orkowie napadli na uzbrojonych w stal ludzi z Arnoru i Gondoru, którzy nosili czarne tuniki z podobizną Białego Drzewa – strój elitarnych wojowników Numenoru przed jego upadkiem. Lecz natarcie orków nic nie dało, bo zostali wycięci w pień ostrzami wściekłych ludzi. Elendil, dzierżący swój zaczarowany miecz, Narsil, zabijał setki orków w zemście za swego syna, Anariona, a Isildur nie pozostawał zbyt daleko za nim.
Wtedy, gdy zwycięstwo wydawało się bliskie, cień zamajaczył nad elfami i ludźmi. Spoglądając w górę, zobaczyli gigantyczną, odzianą w stal postać, dwa razy wyższą niż jakikolwiek elf czy człowiek, brodzącą ku nim przez hordę ujadających orków. Postać ta dzierżyła potężną buławę ze stali w swej ebonowej dłoni. Na trzecim palcu tej ręki, ci, stojący blisko zbliżającego się giganta, mogli dostrzec złoty Pierścień, którego napis jarzył się jasno. Sauron! W końcu, sam Mroczny Władca dołączył do bitwy przeciwko swym wrogom. Jego straszliwa forma była mocnym zaskoczeniem dla tych elfów i ludzi, którzy znali Saurona w pięknym przybraniu Annatara, Dawcy Darów. Teraz był to Sauron, Mroczny Władca, Dawca Śmierci. Ruszył w kierunku przywódców Przymierza, który wpatrywali się w niego ponuro. Zauważyli niespokojnie, że orkowie uciekają od niego, wyjąc.
Przez chwilę, Sauron stał nieruchomo i kontemplował te mierne istoty przed nim. Potem, szybciej niż błyskawica, machnął swą buławą na elfy po prawej. Buława uderzyła Gil-galada prosto w pierś, złamała jego włócznię, Aiglosa i cisnęła jego połamane ciało i ciała dwudziestu jego przybocznych w powietrze, aż zwaliły się na ziemię sto stóp dalej. Przerażone elfy stały jak wbite w ziemię, zawodząc z rozpaczy na widok śmierci ich starożytnego Najwyższego Króla i jego przybocznych.
Wrzeszcząc z furii na widok śmierci ich elfickiego przyjaciela Elendil, Isildur i Ludzie z Gondoru i Arnoru ruszyli do ataku na Saurona. Lecz byli oni jak dokuczliwe muchy, atakujące filar z kamienia. Ich miecze posyłały deszcze iskier ze zbroi Saurona, jednak i zbroja i jego czarna jak węgiel skóra były niewrażliwe na ich śmiertelne ostrza. Sauron machnął swą buławą znów, i kolejny raz i za każdym razem dziesiątki ludzi zostawało zmiażdżonych i posyłanych w powietrze. Sauron brodził w ich armii jak młocarz, koszący łany zboża, tylko że on kosił życia swych wrogów.
Sam Elendil natarł na Mrocznego Władcę, krzycząc „Za Earendila i Elrosa!" i unosząc swój zaczarowany miecz, Narsil. Lecz Narsil nic nie znaczył dla Saurona. Szybko jak błysk, dostrzegł on Elendila i uderzył go z całą siłą w pierś swą buławą. Połamane ciało Elendila poleciało w powietrze, uderzyło w skalną ścianę i osunęło się z łoskotem na ziemię w dole.
Krzycząc z furii i rozpaczy, Isildur rzucił swoje bezużyteczne, śmiertelne ostrze i podbiegł do ojca. Kołysał Elendila w ramionach, lecz jego szklane oczy powiedziały mu, że duch jego ojca nie mieszkał już w jego zrujnowanym ciele. Połykając łzy, Isildur ledwo mógł powstrzymać swą żałość.
Nagle, wielki cień zamajaczył nad nim. Spoglądając w górę, zobaczył odzianą w zbroję postać Saurona Straszliwego, który sprowadził zagładę na jego rodzinną wyspę i bezustanne cierpienie i śmierć na jego rodzinę i lud. Krzycząc w bitewnej furii, Isildur sięgnął po Narsila, który leżał na ziemi niedaleko ciała Elendila. Lecz wielka, podkuta stalą stopa Saurona nastąpiła na Narsila, roztrzaskując go na tuzin kawałków. Siła uderzenia odrzuciła Isildura na ziemię.
I tak to czekał teraz w pyle na uderzenie buławy Mrocznego Władcy, by unicestwiła ostatnią generację jego rodziny, która widziała Numenor. Spojrzał w górę, poza wszelką nadzieją i ku swemu zaskoczeniu zobaczył, że Sauron przełożył buławę do swej lewej ręki. Szpony jego prawej ręki, na której trzecim palcu jarzył się złoty Pierścień, sięgnęły w dół ku niemu. Czyżby Mroczny Władca wolał zabić Isildura powoli niż szybko, wyciskając z niego życie? Bez wątpienia, Sauron żywił szczególną urazę w stosunku do Isildura, który dwukrotnie ocalił ostatnie Owoce Białych Drzew. Isildur uciekł ze swą zdobyczą zarówno z Armenelos, jak i Minas Ithil. Teraz, nareszcie, czeka go odpowiednia kara.
Isildur popatrzył w górę na złoty Pierścień, który był coraz bliżej, gdy opadała olbrzymia ręka. Pierścień. Odetnij go, powiedział głos w jego głowie. Odetnij go z jego dłoni! Szybko!
Isildur gorączkowo spojrzał w dół i zobaczył, że rękojeść Narsila i spora część wciąż przyłączonego do niej ostrza, leżała na wyciągnięcie ręki. W desperackim rzucie, Isildur chwycił rękojeść, odwrócił się do wroga i machnął na niego ślepo.
Czy to przez przypadek, czy przez wyrok losu, cios Isildura nie trafił w puste powietrze. Raczej ciął w ten sam palec na ręce Mrocznego Władcy, na którym widniał Jedyny Pierścień. Odcięty palec upadł na ziemię, a Pierścień razem z nim!
Sauron zatoczył się do tyłu, z wstrząsającym ziemią krzykiem agonii i rozpaczy. Wiedział od razu, jakie konsekwencje niesie czyn Isildura. Stworzył to ciało przy pomocy Jedynego Pierścienia i mógł utrzymać je, lub rozproszyć w kontrolowany sposób, tak długo jak nosił Jedyny Pierścień. Teraz, gdy Pierścień został odcięty z jego dłoni bez ostrzeżenia, nie potrafił dłużej utrzymać swego ciała. Rozpadało się, poza jego kontrolą, przed jego własnymi oczami!
Gdy elfowie i ludzie wpatrywali się w niego w zdumieniu, gdy orkowie wrzeszczeli ze strachu i uciekali, bełkocząc, z pola bitwy, białe światło wydobywało się ze wszystkich szczelin i połączeń stalowego pancerza Saurona. Z jego potężnego ciała wydobył się wicher, które przybierał na sile z każdą sekundą. Nagle, oślepiający błysk białego światła wystrzelił z jego zbroi, razem z potężną falą wiatru, zwalając wszystkich ludzi i elfów i uciekających orków z nóg. Spoglądali w górę zdumieni. Ciało Saurona zniknęło! Jego buława, jego pancerz, a potem jego dymiący hełm upadł na ziemię, pusty.
Gdy orkowie wrzeszczeli i czołgali się, elfowie i ludzie zaczęli podnosić się z pyłu, zdumieni tym, co widzieli. Potem nagle, ich umysły rozbłysły radością zwycięstwa wbrew wszelkiej nadziei, gdyż zdali sobie sprawę z tego, co się stało. Isildur odciął Pierścień z ręki Nieprzyjaciela i nastał wreszcie koniec tego demona. Sauron, wróg Wolnych Ludów Śródziemia, poniósł klęskę! Gdy orkowie uciekali w przerażeniu z pola bitwy, elfowie i ludzie podjęli potężny okrzyk; „Zwycięstwo! Zwycięstwo! Chwała Isildurowi, pogromcy demonów! Chwała Isildurowi, Zgubie Saurona! Chwała Isildurowi, który dał nam zwycięstwo!" Ich radosne wołania i krzyki odbijały się wśród pustkowi Gorgoroth i docierały aż do Barad-dur, która łypała ponuro nad krainą swego upadłego pana.
Isildur, który wciąż leżał na ziemi, także patrzył się z zachwytem. Lecz jego wzroku nie przyciągał widok dymiącej zbroi Nieprzyjaciela, czy okrzyki jego kompanów. Zamiast tego zafascynował go złoty Pierścień Saurona, który leżał na ziemi zaledwie kilka cali od niego. Isildur nie zdawał sobie wcześniej sprawy z tego, że jest on tak piękny. Gdy tak patrzył, czarny palec Saurona rozkruszył się w pył, który uniósł wiatr. Teraz pozostał tylko Pierścień, a jego lśniące litery zaczęły szybko zanikać. Przepełniony jakąś potrzebą, Isildur sięgnął swą prawą dłonią i podniósł Pierścień.
Natychmiast poczuł jak ból rozlewa się po jego ręce, mimo że była ona chroniona przez grubą, skórzaną rękawicę. Pierścień, który tak długo pozostawał w kontakcie z palącą skórą Nieprzyjaciela, był rozpalony do białości! Isildur stłumił krzyk, jednak nie mógł się zmusić, by odrzucić tą nagrodę. Ku jego zdumieniu, Pierścień zaczął się gwałtownie kurczyć, aż był tak mały jak wtedy, gdy pierwszy raz go ujrzał, ponad stulecie wcześniej. Wystarczająco mały, by pasować na rękę człowieka. Jego rękę… Isildur zauważył, że płonące litery na powierzchni Pierścienia zanikły całkowicie. Trzymał teraz w garści mały, zwykły złoty pierścień, chociaż wciąż gorący w dotyku, nawet przez rękawicę. Spoglądając na niego, pomyślał, że w jego obecnej, pomniejszonej formie, można było nie zauważyć, że jest takim skarbem…
„Isildurze!" zawołał mocny głos nad nim, wyrywając go z zadumy. Spoglądając w górę, zobaczył mistrza Elronda. Isildur wykrzywił się, gdy jego pięść zacisnęła się wokół rozpalonego do białości Pierścienia w ochronnym geście. Zauważył nieobecnie, że Elrond nosił Pierścień Vilyę o niebieskim kamieniu na swej prawej dłoni – gdyż po pokonaniu Saurona nie było obawy w noszeniu go. Elrond musiał zabrać Vilyę z ciała Gil-galada prawie natychmiast po jego śmierci. Isildur nie wiedział, że Gil-galad przeznaczył Vilyę Elrondowi w razie jego śmierci w bitwie. Dla niego, Elrond wydawał się wcale nie lepszy od rabusia grobów.
„Chodź ze mną!" oznajmił Elrond i bez dalszych wyjaśnień podniósł Isildura z ziemi i zaczął go w połowie wlec, w połowie nieść w stronę szerokiej ścieżki, która wiodła w górę popielnych zboczy Góry Przeznaczenia. Elrond prowadził Isildura z łatwością, bo pomimo masy jego i zbroi, smukłe ramiona Elronda, jak u wszystkich elfów, były znacznie silniejsze niż na to wyglądały. Isildur wciąż ściskał rozpalony pierścień w swej zaciśniętej w rękawicy pięści, chociaż przynosił mu on wielki ból.
Gdy szli w kierunku ścieżki, dołączył do nich lord Cirdan, który wyróżnił się w bitwie odwagą i umiejętnościami. Cirdan zdjął swój złoty hełm i popatrzył na nich z żalem, gdy Isildur i Elrond czekali, aż do nich przemówi. „Dzisiaj byliśmy świadkami wielkiego triumfu i wielkiej tragedii" powiedział Cirdan cicho. „Wróg leży pokonany, dzięki męstwu Isildura i dzięki ostrzu Narsila. Jednak dwóch potężnych Królów poległo. Na nieszczęście dla drogiego Ereniona Gil-galada! Powinien żyć pod gwiazdami jeszcze przez wiele er, aż do Załamania Świata! Jednak teraz leży martwy. Jego śmierć jest gorzkim ciosem dla naszych ludzi. Boję się, że przemijanie elfów ze Śródziemia przyśpieszy się z jego odejściem, gdyż wielu z Noldorów szczyciło swą obecnością te śmiertelne krainy tylko ze względu na niego. Teraz popłyną z Przystani Prostą Drogą do Valinoru, by już nigdy nie powrócić." Cirdan westchnął. „I na nieszczęście dla biednego Elendila. Był najodważniejszym i najdostojniejszym człowiekiem jakiego znałem. Chociaż jego dni były policzone, jak są wszystkich śmiertelników, powinien żyć, by zobaczyć nasze zwycięstwo i mieszkać w Annuminas w pokoju i radości jeszcze przez wiele słonecznych lat." Isildur skłonił swą głowę, lecz zachował milczenie.
Potem głos Cirdana stwardniał i przemówił on z naciskiem. „Jednak nasze zwycięstwo nie jest kompletne. Jedno zadanie wciąż jeszcze leży przed nami i jeśli go nie wypełnimy, to wszystko, czego dokonaliśmy tego dnia pójdzie na marne, a wszystkie nasze ofiary staną się próżne. Wiesz, o czym mówię, mistrzu Elrondzie." Elrond skinął głową. „Nie będę towarzyszył wam w waszej misji" kontynuował Cirdan, „gdyż jako najstarszemu i najbardziej szanowanemu spośród naszych ludzi, którzy przetrwali tą bitwę, moim obowiązkiem jest wywiezienie ciała naszego Najwyższego Króla z tego przeklętego miejsca i poniesienie go ku lepszym krainom, gdzie będzie mógł otrzymać stosowny pochówek. I dopilnuję tego, królu Isildurze, by twój ojciec, Elendil, został podjęty przez waszych ludzi, by mógł zostać zawieziony na ostateczny spoczynek do swych własnych ziem." Potem popatrzył się znacząco na Isildura. „Lecz ty nie możesz jeszcze towarzyszyć mu przy marach, gdyż twój obowiązek czeka przy mistrzu Elrondzie, w sercu Orodruiny. Tam musisz zrobić to, co ci nakaże i oczyścić tą znużoną Ziemię od zła Saurona!"
Cirdan skłonił się, a potem odwrócił się, by zająć się szczątkami Gil-galada i Elendila. Elrond odkłonił się mu, a potem wznowił swą wędrówkę, prowadząc Isildura w górę zboczy góry. Isildur, odwracał właśnie wzrok od odchodzącego Morskiego Elfa, gdy zdał sobie sprawę, że Cirdan także nosił na widoku swój elficki Pierścień, Naryę. Isildur zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział.
Po upływie jakiejś godziny, Isildur, wciąż osłabiony po bitwie, uwolnił się z uchwytu Elronda i zaczął podążać za nim na własnych nogach. Zauważył mgliście, że Jedyny Pierścień się ochładza i nie sprawia mu już tyle bólu, jak wcześniej.
W końcu stanęli na szczycie ścieżki, naprzeciwko wielkiej, otwartej bramy, wyciętej w zboczu góry. Z wnętrza wydobywał się przygasły, pomarańczowy blask, gdy głębokie grzmoty brzmiały złowieszczo w środku. Filar ognia, który wystrzeliwał ze szczytu góry zaczął się wycofywać, chociaż Góra Przeznaczenia wciąż wydychała rozległe, ciemne chmury popiołu, kalając mętne, szare niebo.
Odwracając się do Isildura, Elrond powiedział „Oto wejście do Saamath Naur, Komnat Ognia, nazywanych przez ludzi Szczelinami Zagłady. Tutaj ukuto Pierścień, dwa tysiące lat temu. Za mną!"
Bez słowa, Isildur podążył za Elrondem w głąb ciemnego korytarza. Po jakimś czasie, gdy gorąco wrastało z każdym krokiem, dotarli do rozległej komnaty, wydrążonej w żywej skale. Stali na szczycie wąskiej półki, która wystawała nad jeziorem płynnego ognia. Ogień, bulgoczący i syczący, rzucał pomarańczowy poblask na całą komnatę. Góra zagrzmiała, wstrząsając ziemią. Gorące, suche, siarkowe opary kąsały skórę i płuca i elfa i człowieka.
Przez kilka chwil, Elrond stał bez słowa, wpatrując się w odmęty ognistego jeziora. Potem odwrócił się do Isildura i przemówił do niego nagląco:
„Szybko, Isildurze!" zawołał Elrond. „Teraz mamy szansę, by zniszczyć tą inkarnację zła, by na zawsze uwolnić ten Świat od Saurona, tak jak dawno temu, Valarowie uwolnili na zawsze Świat od jego pana, Morgotha. Nadeszła chwila twojego przeznaczenia. Wrzuć Pierścień w ogień!"
Isildur zamachnął się, gotowy, by wrzucić Pierścień w płomienną otchłań w dole.
Isildurze.
Co? Elrond nie przemówił ponownie. A może jednak?
Czyż nie jestem dla ciebie skarbem?
Isildur opuścił ramię, otworzył pięść i popatrzył się na Jedyny Pierścień. Był już całkiem chłodny i lśnił błagalnie w odbitym świetle płomieni.
„Czemu się wahasz? Zniszcz go teraz!" zawołał Elrond.
Weź mnie dla siebie, Isildurze, a moja moc będzie służyła Królowi Ludzi na wieki!
Isildur spojrzał na Elronda i dostrzegł elficki Pierścień Vilyę, którą Elrond tak bezczelnie zabrał z trupa Gil-galada. Jakie typowe dla elfa, pomyślał Isildur – słowa, które ktoś jakby wyszeptał w jego umyśle. Tak, jakie typowe. Nie wystarczyło, że Elrond, elfi lord, cieszył się perspektywą wiecznego życia, gdy on, Isildur, był skazany, by pewnego dnia stawić czoła koszmarowi śmierci. Elrond chciał, by Isildur rzucił Jedyny Pierścień, najpotężniejszą broń świata, w ognie Góry Przeznaczenia. Jednak on i Cirdan zamierzali zatrzymać własne Pierścienie władzy! Od zawsze elfy ukazywały się jako piękne i mądre, jednocześnie manipulując głupimi śmiertelnikami dla własnych, samolubnych celów. Jeśli Elrond postawiłby na swoim to ten Pierścień – „Mój Pierścień" pomyślał Isildur – zostałby rzucony w ogień, bez względu na to, jakim był on skarbem, a Elrond, Cirdan i ich elfie sługusy śmieliby się z Isildura, Króla Głupców, długo po tym, jak jego ciało rozpadłoby się w proch…
Jego Skarb…
Isildur zacisnął ciasno pięść wokół Pierścienia. Popatrzył na Elronda zimnymi, twardymi oczami, chociaż ślad uśmiechu błąkał mu się po wargach.
„Nie."
Isildur odwrócił się plecami do Elronda i wyszedł ze Szczelin Zagłady.
„Isildurze!" zawołał Elrond. Jego głos odbił się echem od ścian pustej komnaty. Na próżno.
W drugim roku Trzeciej Ery Isildur, jego trzech najstarszych synów i grupa sześćdziesięciu strażników jechali konno przez Pola Gladden, jakieś pięćset mil na północ od Gondoru. Niebieskie grzbiety Gór Mglistych majaczyły na zachodzie, gdy szerokie wody Wielkiej Rzeki Anduiny rozciągały się na wschodzie. Gdy grupa jechała przez cichy krajobraz, Isildur rozmyślał nad wydarzeniami, które nastąpiły po pokonaniu Nieprzyjaciela, dwa lata wcześniej.
Po wyparciu ostatnich orków, armie elfów i ludzi rozdzieliły się w Mordorze. Elfowie zdawali się dziwnie zagniewani na ludzi z Gondoru i Arnoru, którzy ze swej strony nie mogli zrozumieć tej nagłej zmiany nastawienia swych pięknych przyjaciół. Chodziły plotki, że nastąpiła swego rodzaju kłótnia między Elrondem i Isildurem o jakąś broń Nieprzyjaciela, którą Isildur sobie przywłaszczył.
Wkrótce dowiedziano się, że Isildur zabrał magiczny Pierścień Nieprzyjaciela, który teraz nosił na złotym łańcuszku wokół szyi. Co niezwykłe, Elrond, za poparciem Cirdana, chciał nakłonić Isildura, by wrzucił go w płomienie Góry Przeznaczenia, twierdząc, że jeśli tego nie zrobi, Sauron powróci. Ludzie uważali to za absurd – czyż nie widzieli na własne oczy unicestwienia Saurona? Z pewnością, Elronda i Cirdana pchała zazdrość w stosunku do Isildura, który dzięki swemu męstwu zdobył magiczny Pierścień, przewyższający mocą Pierścienie Elfów. Ludzie byli zawiedzeni zawiścią także innych elfich przyjaciół, lecz doskonale rozumieli decyzję swego króla, który postanowił zatrzymać Pierścień dla siebie. To Isildur, a nie Elrond czy Cirdan, był tym, który zabił Mrocznego Władcę, a więc Jedyny Pierścień prawowicie należał się jemu, jako okup za śmierć jego ojca Elendila i jego brata Anariona.
Krasnoludowie z Khazad-Dum wydawali się mało zainteresowani losem Pierścienia, gdyż uważali, że kłótnie między elfami a ludźmi to nie ich sprawa. Gdy elfowie odeszli z Gorgoroth, krasnoludy pozostały z tyłu – w zamian za kolejną sporą ilość srebra i złota – i, korzystając ze swej wiedzy mistrzów budownictwa, dopilnowali szybkiej rozbiórki Barad-dur. Zaledwie w kilka krótkich miesięcy ta masywna wieża została rozebrana do fundamentów, a krasnoludowie powrócili do swych kamiennych domów. Wielu ludzi z Arnoru i Gondoru wydawało się martwić nawet bardziej niż Isildur tym, że same fundamenty okazały się dziwnie odporne na jakikolwiek atak i wciąż znaczyły sterylną równinę Gorgoroth. Lecz Isildur machnął lekceważąco ręką na zrujnowaną fortecę Nieprzyjaciela, a potem poprowadził swe armie na północ, do Czarnej Bramy i na południe, przez Ithilien, do królestwa Gondoru.
Isildur pozostawił wielką grupę swych ludzi, by strzegli odzyskanej niedawno fortecy Minas Ithil. W tym miejscu po raz pierwszy założył Jedyny Pierścień na palec, odkrywając jego dziwaczną moc dawania niewidzialności. Gdy zakładał Pierścień, mógł swobodnie wędrować po swej fortecy, ukryty przed oczami swych ludzi i dostrzegał wtedy wiele plugawych symboli, świecących bladym, trupim światłem, które zostały wydrapane na ścianach. Te, jak wiedział, zostały wykonane przez wstrętne Upiory Pierścienia i ich Króla Nazguli, gdy zamieszkiwali jeszcze w tym miejscu, zwanym przez nich Minas Morgul. Upiory Pierścienia zniknęły razem z Sauronem, jednak ten ślad ich obecności pozostał. Te pełne zła glify były niewidzialne dla Isildura, gdy ściągał Jedyny Pierścień z palca, a jego ludzie nie mogli ich dostrzec, a jednak wszyscy oni czuli lodowatą aurą tego miejsca. Isildur powstrzymał dreszcze, a potem odwrócił się plecami do Minas Ithil, gdzie już nie potrafił czuć się jak w domu.
Isildur i jego synowie ruszyli na zachód, przez ruiny Osgiliath, gdzie Ludzie Gondoru zaczęli odbudowywać swą piękną stolicę. Razem jechali przez Pola Pelennoru, do Minas Anor o siedmiu poziomach, które leżało pod ośnieżonym zboczem Góry Mindoluiny. Tam Isildur i jego bratanek, król Meneldil z Gondoru, urządzili odpowiedni pogrzeb Elendilowi i trumnie Anariona. Potem, na dziedzińcu najwyższego poziomu Minas Anor, Isildur posadził nasienie Białego Drzewa, które ocalił z Minas Ithil przed jego zniszczeniem przez Króla Nazguli. Sadząc ostatnie ocalałe nasienie Białego Drzewa w fortecy Anariona, Isildur składał tym samym hołd ukochanemu bratu.
Przez dwa lata Isildur mieszkał w Minas Anor, oferując swą radę i wspierając doświadczeniem młodego Meneldila, który chętnie uczył się tajemnic królowania od swego legendarnego wuja. Gdy Isildur był zadowolony z przebiegu spraw w Gondorze, on i jego synowie pożegnali Meneldila i ruszyli na północ, jadąc wzdłuż zachodniego brzegu Anduiny przez wiele tygodni. Isildur wysłał wcześniej armię Arnoru na północny zachód, przez Brody Angreny, najszybszą drogą do domu. Jednakże on i jego synowie mieli jeszcze jedno zadanie, a najprostsza droga do ich celu wiodła inną trasą. W towarzystwie grupy sześćdziesięciu strażników, okrążyli lasy Fangornu i Lothlorien, a teraz byli już na ostatnim odcinku drogi do Wysokiej Przełęczy, która wiodła na zachód przez góry, do domu Elronda w Rivendell.
Isildur nie zamierzał przepraszać Elronda za zabranie Pierścienia. Miał jednak nadzieję, że zdoła zasypać szczelinę między nimi i namówić Elronda, by przekonał on Cirdana, by ten także odzyskał rozsądek. Isildur wciąż gniewał się na elfy za ich próbę zmanipulowania go do zniszczenia Pierścienia, lecz widział rozsądek w tym, by podjąć ostatnią próbę naprawienia ich relacji. Isildur miał teraz 154 lata i ostatnio zaczął czuć się cienki, rozciągnięty brzemieniem lat, więc nie miał zamiaru spędzać starości, znosząc wrogość elfich władców, którzy żyli tak blisko jego kraju – Arnoru.
Gdy już załatwią sprawę Elronda, Isildur i jego najstarsi synowie ruszą na zachód do swego pałacu w Annuminas, na brzegach jeziora Evendim, gdzie nawet teraz jego żona i jego najmłodszy syn Valandil czekali na niego. Isildur uśmiechnął się na myśl, że znowu ich zobaczy.
Nagle Isildur został wyrwany z zadumy krzykiem jednego ze strażników. Człowiek ten zwalił się z konia, z orkową strzałą o czarnych piórach, sterczącą mu z pleców. „Zasadzka!" wrzasnęli inni strażnicy, gdy setki orkowych grabieżców z Gór Mglistych wyskoczyło z zarośli, które rosły przy wąskim brzegu rzeki! Ich paskudne twarze wykrzywione były uciechą z powodu sukcesu ich pułapki i chciwością na myśl zyskania łupów od tych nieostrożnych podróżników, gdy wystrzelili salwę strzał w kierunku bezradnych ludzi.
Przeklinając, że przez swą głupotę nie wybrał mniej prostej, ale za to bezpieczniejszej trasy do Rivendell i zbytnią pewność siebie, która kazała mu wziąć ze sobą tylko małą grupę strażników, Isildur wyciągnął miecz, próbując wesprzeć swych ludzi. Lecz na nic się to zdało; na każdego człowieka przypadało co najmniej dziesięciu orków, a ich okrutne strzały przeszywały ludzi ze wszystkich stron. Już teraz wycięto w pień większość jego strażników i ich konie, gdy inni uciekali, ratując siebie, ścigani przez bandę orków. Koń Isildura padł nagle pod nim i był on zmuszony zeskoczyć na ziemię, z mieczem w dłoni. Jego trzej synowie byli dobrze opancerzeni i zabili wiele orków swymi długimi mieczami, lecz w tej sytuacji Isildur mógł tylko patrzyć bezradnie, ku swej rozpaczy, jak padają, jeden za drugim, pod potokiem tego obrzydliwego robactwa.
„Othar!" wrzasnął. Othar, jego giermek, który wciąż siedział na swym koniu, był jedynym człowiekiem w zasięgu wzroku, który nie został jeszcze zabity przez orków. W pakunku przy siodle, nosił on odłamki Narsila.
„Biegnij jak wiatr, Othar" zawołał Isildur. „i strzeż Narsil swym życiem! Użyję Pierścienia, by przechytrzyć te bestie. Nasza zemsta na nich musi poczekać na inny dzień."
Othar, z młodą twarzą wykrzywioną przerażeniem, skinął głową ponuro, a potem pognał konia przez las, ścigany przez wyjących orków, które chciały powstrzymać go przed ucieczką.
Gdy Isildur obserwował ucieczkę Othara, poczuł jak jego krew zamarza mu w żyłach. Był jedynym człowiekiem stojącym na polach, a orkowie biegli już ku niemu, ze strzałami, włóczniami i pikami w gotowości. Upuszczając swój miecz, zerwał Pierścień ze złotego łańcuszka wokół szyi i wsunął go na trzeci palec swej prawej ręki.
Orkowie zatrzymali się jak wryci, niektórzy wrzeszcząc ze zdumienia, inni wykrzykując wokół oskarżenia. Ich ostatnia ofiara zniknęła im na ich własnych oczach! Podczas gdy kłócili się między sobą, Isildur, okryty niewidzialnością daną przez Pierścień niby płaszczem, biegł ile sił w nogach do rzeki. Nie śmiał podjąć ryzyka i przebiec pieszo między hordą orków, w obawie, że się z którymś zderzy. Lecz mógł przepłynąć przez rzekę, a tam, na drugim brzegu, będzie już bezpieczny.
Gdy orkowi zwiadowcy biegali wokół brzegów, szukając swej ofiary, Isildur wślizgnął się cicho do rzeki, wytwarzając tylko kilka małych kręgów. Orkowie zobaczyli kręgi, lecz zignorowali je, przekonani, że ich ofiara musi ukrywać się w krzakach. Walcząc z ciężarem swej stalowej zbroi i z silnym prądem rzeki, Isildur machnął rękami, przepływając sporą odległość pod zimną, ciemną wodą, mając nadzieję, że zdąży odpłynąć od brzegu, zanim będzie musiał wypłynąć, by nabrać powietrza, co orkowie mogliby usłyszeć.
Nagle, ku jego przerażeniu, Pierścień ześlizgnął mu się z dłoni! Tak jakby zdecydował się porzucić go wtedy, gdy potrzebował go najbardziej! Gdy Isildur miotał się w wodzie, desperacko szukając Pierścienia, jeden z bystrookich orkowych zwiadowców dostrzegł go pod powierzchnią wody. Uśmiechając się złośliwie, ork wystrzelił strzałę prosto w niego, uderzając go z pełną siłą w plecy. Dwóch z jego kamratów także zobaczyło swą ofiarę, a każda z ich strzał także znalazła swój cel.
Zbroja Isildura nie była w stanie ochronić go od strzał, wystrzelonych z kompozytowych łuków orków z tak bliskiej odległości. Śmiertelnie ranny, rzucał się w wodzie krótko. Potem jego bezwładne ciało wypłynęło na powierzchnię i zostało zniesione w dół rzeki z prądem. Niektórzy z orków biegli wzdłuż brzegu, by zbezcześcić ciało, gdyby zmyło je do brzegu.
Pierścień opadł łagodnie na muliste dno rzeki, czekając, by omamić kolejnego właściciela.
