Kolejne sprawy będą bolały bardziej a Hannibal poczuje ten ból całym swoim genialnym zmysłem węchu. Będzie czuł rozwijające się zapalenie mózgu Willa, będzie na niego patrzył tak bardzo zafascynowany, że pozwoliłby mu nawet umrzeć, byleby tylko mieć go obok siebie. Pobiegnie zanim obserwować totem z ludzkich ciał, razem pomogą tej uważającej się za martwą dziewczynie. Tak, potem Hannibal ją zabije, ale… przez krótką chwilę będzie jej wybawicielem. I owszem, zamorduje kolejnego lekarza, ale to tylko dlatego, że gdyby Will wyzdrowiał… gdyby wyzdrowiał to już nie potrzebowałby dr Lectera. Problem w tym, że Hannibal zaczął potrzebować jego.

- Lunatykuje.

- Skąd wiesz?

- Ostatnio oprzytomniałem na drodze. Byłem piżamie i… - Will zawstydzony spuszcza wzrok.

- No dalej – prosi go Hannibal.

- I zgarnął mnie patrol policji, przecież wiesz.

To wyznanie jest takie bezbronne i urocze, że Lecter ma ochotę wybuchnąć śmiechem. Jak to możliwe, że nawet jego była uczennica, dr Alana Bloom nie jest w stanie zauważyć rozwijającego się zapalenia mózgu? Przecież Will ma wszystkie objawy!

- Może to przez stres?

- Och, sam na to wpadłeś? – pyta Graham i tym razem, tym razem patrzy prosto w oczy Hannibala.

Psychiatra czuje się dziwnie. Grunt osuwa mu się pod nogami. Jest śmiesznie zachwycony kolorem tęczówek młodego policjanta i jego subtelną ironią. I jednocześnie, jednocześnie ma ochotę podejść do niego i skręcić mu ten parszywy kark, pokazać kto naprawdę jest górą.

- Szukam odpowiedzi.

Will przeczesał ręką swoje brązowe włosy i przygryzł nerwowo wargę. Hannibal miał ochotę chwycić go za ramiona i powiedzieć, by pozwolił mu to zrobić. Dotknąć.

- Wiem, tylko… Nie mogę teraz odejść z policji.

Lecter skinął nerwowo głową. Nigdy by na to nie pozwolił.

- Ale sam widzisz, że twój mózg wytwarza coraz to nowe imaginacje – mówi.

- Tak, oczywiście – Graham krzywi się i ucieka wzrokiem od psychiatry. Znowu jest tym samym, przerażonym, młodym człowiekiem. – Mógłbyś… - milknie przerażony.

- No dalej.

- Mógłbyś dzisiaj nocować u mnie? Tak na wszelki wypadek – wyjawia szybko, krótkimi, urywanymi zdaniami.

Chyba wstydzi się własnej bezpośredniości i tego, że właśnie zdegradował swojego osobistego psychiatrę do roli tylko opiekuna albo strażnika.

- Oczywiście – odpowiada niemal natychmiast Hannibal.

Will uśmiecha się słabo, jakby był dumny, że udało mu się uzyskać to, czego pragnął. Lecter też się uśmiecha, choć jego wygięcie warg jest mroczne, zimne i wcale nie niewinne. Czuje się jak lew, który właśnie został zaproszony do ludzkiej jaskini. Czy umiałby odrzucić taką propozycję?

- Wiesz, jak chcesz mogę odstąpić ci moje łóżko – mówi młody policjant. - Ja prześpię się w salonie. Po prostu nie chcę, żeby to tak… no sam rozumiesz. Nie mogą mnie znowu spotkać prawie nagiego na środku drogi.