Will zjawia się wieczorem tego samego dnia. Ma na sobie świeżo wyprasowaną koszulę w kratę, ciemne dżinsy i luźny, beżowy płaszcz. Lecter zauważa, że włosy młodszego mężczyzny lśnią czystością. Swoim niezwykłym węchem wyczuwa, że przed spotkaniem z nim brał prysznic.

- Wejdź – zaprasza do środka.

Sam również przygotował się na spotkanie. Tyle, że Graham nie musi o tym wiedzieć. Sama świadomość, że zadbał w jakiś szczególny sposób ażeby zrobić wrażenie na Willu jest żenująco niewłaściwa.

Chrząka i gestem zaprasza go do stołu.

Hannibal lubi patrzeć, jak brązowowłosy chodzi. Kiedyś zachwycał się niepewnym krokiem, drżącym ramieniem i spoconym karkiem. Dzisiaj podziwia coś zupełnie innego. Nie rozumie, czemu Will stara się zaprezentować jako pewny siebie i zdeterminowany. Co chce osiągnąć? Lecter po raz pierwszy od bardzo dawna zdaje sobie sprawę, że zupełnie nie zna Grahama. Nagle robi się jeszcze bardziej niepewny niż wtedy, kiedy uzmysłowił sobie co naprawdę czuje.

I, że czuje.

- Jak zwykle wyborne – mówi Will, kosztując pieczonego na sposób francuski turbota.

- Dziękuję – odpowiada.

- Dlaczego ryba?

- Nie lubisz ryb?

- Lubię, ale rzadko spotykam je na pana stole – Graham uśmiecha się leniwie.

Jego oczy błyszczą a w lewym kąciku ust widać kroplę wina. Hannibal obserwuje go uważnie. Szuka czegoś znajomego w tej twarzy. Może szaleństwa? A może zrozumienia?

- Zarzucałeś mi, że mięso, które podaję nie jest najlepszego gatunku – zanim skończy wypowiadać to zdanie Will wybucha śmiechem.

Odchyla do tyłu głowę i śmieje się tak bardzo głośno, tak bardzo gorzko, tak bardzo… smutno?

- Nigdy nie powiedziałem nawet słowa o złym gatunku. Sugerowałem jedynie, iż ludzina nie jest popularna w Stanach – odpowiada.

Czy go to bawi? Czy bawi go fakt, że Lecter nie ma zamiaru zaprzeczać?

- Doktorze?

- Słucham cię, Willu.

- Jest pan dzisiaj bardzo spięty.

- Nie bardziej niż zazwyczaj.

- Czyli zawsze w mojej obecności… - niedokończone pytanie zawisa między nimi. Oczy Grahama patrzą uważnie, z wyczekiwaniem. Nieświadomie rozchyla wargi.

- Zawsze staram się zachować odpowiedni dystans – precyzuje doktor.

- Launds chce napisać książkę o Abigail.

Zmiana tematu. Przeskok. Lecter zastanawia się, czy to dlatego, że Will się speszył czy też jest to właściwa treść ich rozmowy.

- Chciała już to zrobić pół roku temu.

- Mam ogromną dziurę w ścianie.

Kolejna zmiana. Zbyt szybka.

- Póki jej nie naprawisz możesz spać u mnie – proponuje doktor.

To jak szermierka. Jak ciągłe siłowanie się. Will atakuje, Hannibal może odpowiedzieć. A potem następuje kolejna runda. I wtedy to Lecter jest w natarciu.

- Oboje wiemy, że nie mogę.

- Dlaczego?

- Alana. Sądzę, że nie byłaby zachwycona wiedząc, iż mężczyzna, który próbował zamordować jej partnera – to słowo zostało zaakcentowane. – właśnie z nim zamieszkał.

- Moglibyśmy jej wszystko wyjaśnić.

- Moglibyśmy – powtarza jak echo Will i kręci głową. – Nie, doktorze. Nie mam zamiaru niczego jej wyjaśniać.

Hannibal zastanawia się, w którym momencie to Graham wygrał tę potyczkę. Jego rozpalone, brązowe oczy patrzą na psychiatrę triumfująco. Zupełnie tak, jakby mówiły: i po co próbowałeś przeniknąć do mojego życia? Mógłbyś mieć mnie teraz tak blisko, tak blisko siebie a jednak wybrałeś nudne życie przeszłego Willa.

Lecter wstaje i podchodzi do kominka. Nie wytrzymuje tego spojrzenia i wszystkiego co ono mówi. Gdyby tylko brązowowłosy nie dawał się, aż tak ponieść własnej empatii, doktor uznałby że właśnie podejmuje z nim kolejną grę, że chce go ukarać. Gdzieś w głębi jego umysłu rodzi się pewność, że Graham zrozumiał. Pojął siłę tego co ich łączy, emocjonalną siłę, podobieństwa umysłu, pozwolił samemu sobie na fascynację.

- Co robisz? – pyta, czując ciepłą dłoń Willa na swoim ramieniu.

- Dotykam pana.

Hannibal chciałby zapytać dlaczego, ale nie potrafi. Zamiast tego delektuje się tą bliskością. W ich przypadku muśnięcie ręką to prawie jak miłosne wyznanie. Ogień w kominku płonie i ogrzewa twarz doktora. Ogień w kominku, czy ogień w duszy?