Will stoi w drzwiach mieszkania Hannibala wyraźnie wzburzony. Oddycha ciężko, a jego ubranie jest pogniecione i widać na nim oznaki niedawno stoczonej walki. Doktor zauważa resztki piasku kryjące się w zagłębieniach mankietów koszuli. Bez słowa pomaga mu zdjąć płaszcz. Przypadkiem dotyka szyi młodszego mężczyzny. Zaskoczony obserwuje jak Graham ufnie przymyka oczy jak kot, który właśnie otrzymał pieszczotę.
Lecter uśmiecha się. Wykrzywienie warg całkiem zmienia wyraz jego twarzy. Odmładza go o dobre dziesięć lat. Rzadko uśmiecha się naprawdę, najczęściej tylko udaje wesołość, ale czasem (w bardzo krótkich chwilach, takich naprawdę krótkich) przy Willu odpręża się i przez blady cień sekundy pokazuje jaki jest naprawdę. A tej swojej twarzy nawet Hannibal już nie zna.
- Dzisiaj to ja przyniosłem mięso – mówi policjant i wyciąga w jego stronę papierową torbę.
W środku jest surowa ludzka polędwiczka. Doktor słyszy jak w jego Pałacu Pamięci rozbrzmiewa muzyka. To Johann Sebastian Bach gra na fortepianie słynną Arię Da Capo.
- Proszę ją przyrządzić – dodaje Graham.
Niedawno musiał stoczyć walkę. Zapach Lounds tak bardzo uderza w nozdrza Hannibala. Była zdenerwowana. Wydzielała dużo potu ze strachu. Czy on ją ciągnął za włosy? Czy on naprawdę zabił rudowłosą zdzirę? Kręcony włos jak wyrok ugrzązł na rękawie koszuli Willa.
- Mam pomysł – odpowiada przeciągle. – Dzisiaj to ja nauczę cię kroić mięso.
Młody policjant kiwa głową. Jego błyszczące oczy są dziwnie pociemniałe. Gdzieś zniknęły szalone ogniki, które się w nich czaiły. Zamiast tego jest spokój, całe morze spokoju, opanowania i zdecydowania. Z każdym kolejnym dniem Graham staje się coraz bardziej doskonały.
Lecter z wahaniem (robi to, naprawdę to robi!) staje za plecami młodszego policjanta. Wyostrzonym zmysłem powonienia wyczuwa prawdziwy zapach Willa. Nie jest to nic nadzwyczajnego i jeszcze jakiś czas temu Hannibal byłby nawet obrażony, ale dzisiaj… dzisiaj jest inaczej. Stojący przed nim mężczyzna pachnie tanimi perfumami, psią karmą, przebijającym się przez wszystko delikatnym zapachem potu i… triumfu. Taki dumny, że zabił po raz pierwszy.
Doktor całkiem spokojnie bierze do ręki duży, gruby nóż ze stali nierdzewnej i podaje go Grahamowi.
- Niech mi pan pokaże – rzuca wyzywająco Will.
Lecter zbyt dobrze zna takie zabawy. Zbyt długo grywał w nie z innymi ludźmi i zbyt mocno chce wierzyć (choć wiara to dla niego bardzo obce słowo, wiara umarła w nim wiele lat temu), że policjant wie co robi. Pewnie kładzie dłoń na dłoni mężczyzny. Rozkoszuje się bijącym od niej ciepłem. Drugą umieszcza przy końcu deski do krojenia.
- O tak to się robi – mówi odcinając idealnie równy kawałek polędwicy.
Mimo zakończonego pokazu nie odsuwa się. Will opiera się o jego klatkę piersiową i bez trudu kończy oporządzanie mięsa. Razem nacierają je przyprawami. Razem układają je na patelni. Razem dekorują posiłek. Hannibal jest świadom, że gdyby tylko chciał mógłby dotknąć ustami Grahamowego ucha. Mógłby przygryźć wargę, odwrócić młodego policjanta do siebie, popchnąć na blat i pocałować. Jego ciało spina się na samą myśl o tym gotowe do działania. Jeszcze nie czas.
Lecter lubi czekanie. Nauczył się czekać już wiele lat temu. Jest jak cichy, prawie niewidoczny malutki pająk, który kilkoma zdolnymi ruchami potrafi utkać wielką sieć tylko dla jednej muchy. Tylko czy się nie przeliczył? Czy to mucha? Czy pająk w muszym przebraniu?
Will sam odwraca się w jego stronę. Uśmiecha się szeroko demonstrując doktorowi swoje dzieło. Dzielą ich milimetry, prawie jak lata świetlne.
- Voilà! – woła triumfalnie.
Hannibal ignoruje dostrzegalne nierówności na talerzu. Skupia się bardziej na rozkosznym błysku w oczach Grahama i na tym, że do niego przyszedł. Tak jak on wiele lat temu przyszedł do Lady Murasaki i podzielił się z nią pierwszą zdobyczą. Historia lubi zataczać koło. Grubiański rzeźnik zrównał się z Freddie Launds.
- Spróbujmy – Lecter gestem zaprasza Willa do stołu.
Wprawnie stawia przed nim talerz, drugi umieszczając na swoim zwyczajowym miejscu pana domu. Na krótką chwilę znika w spiżarce w poszukiwaniu odpowiedniego wina. Gdy wraca widzi, że młody policjant wygląda na zamyślonego. Jego oczy zasnuła mgła a on sam wyraźnie rozluźnił się.
- Terapia światłem? – pytanie kompletnie zaskakuje doktora. Nie spodziewał się, że Graham myślał akurat o tym. To niemiłe i kompletnie niewłaściwe, że jego umysł nadal zaprząta przeszłość.
- Zadziałała – odpowiada z rezerwą otwierając wino.
- Mogłem umrzeć.
- Nie dopuściłbym do tego – Hannibal napełnia lampki alkoholem. – Troszczę się o ciebie.
Oczy młodszego mężczyzny rozbłyskują na to stwierdzenie.
- Teraz jesteśmy kwita.
Równie dobrze mógłby powiedzieć, że teraz zaczynają od nowa. Lecter wie, że ulepił z gliny uprzedzeń i wstrząsowej terapii całkiem nowego Willa. Pełnego opanowania, świadomego swoich możliwości i głębokości własnego umysłu. Jest dumny z postępów, które Graham poczynił. Chciałby tylko na chwilę, na krótką chwilę zaćmić jego umysł i pocałować go. Mocno, namiętnie i władczo. Naznaczyć.
- Bardzo dobre – chwali danie, które przygotował młodszy mężczyzna. – Mam tylko jedno zastrzeżenie. Wydaje mi się, że zwierzyna, którą upolowałeś była nieco zbyt zestresowana. To da się wyczuć w subtelnej goryczy, którą posiada mięso.
