Lecter stoi osłupiały. Gdyby nie wyjątkowo silna wola, którą posiada zatrząsłby się z gniewu, zażenowania, przyjemności… Tyle, że tego nie robi. Stoi osłupiały i patrzy wprost w błyszczące tęczówki Grahama, który bez najmniejszych oporów przesuwa palcem po jego brodzie.
- Willu, czy możesz powiedzieć – zaczyna psychiatra, ale w tej właśnie chwili opuszek kciuka muska jego wargę i Hannibal może się tylko zamknąć.
To zbyt intymne, zbyt bliskie, żeby w tej chwili nadal udawać. Wspólnota umysłów i wszystkie te bzdury, którymi zazwyczaj zasłania pociąg seksualny nagle wydają mu się całkiem nieistotne. Przynajmniej nie w tej chwili.
- Doktorze, w jaki sposób udaje się panu być tak doskonale ogolonym? – pyta młodszy mężczyzna.
- Dokładność działania – odpowiada Lecter.
Wie, że palnął coś kompletnie głupiego, że to tak naprawdę nie ma żadnego sensu, że równie dobrze mógł odpowiedzieć: „mam dobrze naostrzoną brzytwę" albo „wszystko zależy od sposobu nawilżenia skóry" (to drugie jest stanowczo za długie i w tej chwili Hannibal na pewno by tego nie wyartykułował, nie gdy Graham tak bezczelnie dotyka jego twarzy). Odpowiedź nie miała żadnego znaczenia.
Will parska i cofa dłoń. Uśmiecha się nieśmiało, tak jak tylko on potrafi. Przeczesuje ręką włosy, spuszcza wzrok na czubki swoich butów jakby silnie się nad czymś zastanawiał i… Całość trwa najwyżej pół sekundy (gdyby było więcej, Lecter na pewno zareagowałby), kiedy policjant unosi głowę, robi jeden dłuższy krok w stronę doktora i całuje go.
Robi to naprawdę. Naprawdę dotyka swoimi wargami z obgryzionymi skórkami miękkich ust Hannibala. Naciska na nie, przygryza i ssa, i robi to z pasją, siłą, niezdarnością i pragnieniem.
Doktor odpowiada na pocałunek. Musi to zrobić, choćby po to, żeby udowodnić Willowi, kto tu naprawdę rządzi, kto tu kogo całuje. Jest wewnętrznie zmieszany, zachwycony, pewny i zagubiony. Psychiatra nigdy nie ma problemu z rozpoznawaniem własnych uczuć. To dopiero pojawienie się Grahama sprawia, że jego emocje pojawiają się, a potem stają się tak silne. Przygniata młodszego mężczyznę do ściany, czuje pod palcami jego przepocone ubranie, miękką skórę i...
Skrzypienie łóżka budzi Hannibala Lectera. Otwiera oczy zażenowany i rozczarowany jednocześnie. Naga Alana Bloom siedzi odwrócona do niego plecami i powoli zaczyna się ubierać. Doktor obserwuje jej bladą skórę pleców i z każdą kolejną chwilą jest na nią coraz bardziej zły. Wie, że nie powinien, bo ta głupia smarkula nie jest niczemu winna, ale z trudem potrafi oprzeć się pragnieniu uderzenia jej. Sen, w którym Graham go całował jest dla Lectera czymś o wiele intymniejszym niż wieczorny seks z panią psycholog.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że cię obudziłam – Alana mruczy jak kotka.
To powinno być seksowne. W każdym razie zapewne takie ma być, ale z jakiegoś dzikiego, nienormalnego powodu Hannibal uważa, że to żałosne. Wygina wargi w nędznej imitacji uśmiechu i mówi:
- Chyba się śpieszysz.
To nie jest wyrzut. To zawoalowany rozkaz, to nakaz wyjścia, opuszczenia jego łóżka, sypialni, domu i odejścia w swoją stronę. Bezgłośnie wstaje również. Szybko narzuca na siebie szlafrok i znika w łazience.
Toaleta. Szybki, ale dokładny prysznic. Staranne namydlanie ciała. Opłukiwanie zimną, lodowatą wodą. Golenie brzytwą. Nawet wycieranie miękkim, drogim ręcznikiem. Wszystkie te rytuały zawsze uspokajają Hannibala Lectera. Pozwalają mu każdego ranka wrócić do swojego Pałacu Pamięci i ukryć tam wszystko, co jest niepożądane.
Obserwując swoją twarz w lustrze doktor nadal czuje pocałunek Grahama na swoich ustach. Powoli podnosi rękę do swojej twarzy i błądzi palcem po wargach. Obserwując lustrzane odbicie próbuje powtórzyć przynajmniej tę część snu.
