Margot nie jest tajemnicą. Nigdy nią nie była i Hannibal, choć do pewnego stopnia nawet jej współczuje (na tyle, na ile potrafi, oczywiście) to jednak bardziej pokłada w tej kobiecie nadzieje. Nadzieję, że w końcu panna Verger znajdzie w sobie siłę i przeciwstawi się bratu. Chciałby być przy tym, obserwować jak podrzyna mu gardło, albo opluwa jego wijące się ciało. Margot nie jest delikatna, nie jest piękna, nawet jej skrzywdzona osobowość nosi w sobie jakieś piętno zła. Doktor Lecter zauważa to już pierwszego dnia terapii, już w pierwszej minucie wspólnej rozmowy, właściwie to jeszcze zanim Margot otworzy usta.
Z ulizanymi włosami, zbyt mocnym makijażem oczu i brwi, w zbyt drogich ubraniach, które bardziej parodiują jej udawaną kobiecość niż faktycznie z nią współgrają jawi się Hannibalowi jako śmieszna parodia dobrze ułożonej młodej damy. Panna Verger taka nie jest. Mrok, którym jest spowita nie wynika tylko i wyłącznie z choroby Masona (jak sama uważa), ale jest tą częścią, z którą się urodziła. I nie ma z tym nic wspólnego ojciec, który scyzorykiem znaczył świnie a w niedzielę kazał Margot śpiewać w chórze kościelnym. Niewielki wpływ na ten mrok miał nawet jej głupszy brat bliźniak, któremu brakuje inteligencji, ale jest też nadmiernie obdarzony chytrością. Szalony, mały pedofil, którego Margot powinna zniszczyć jednym machnięciem ręki (jak muchę, jak natrętnego, bzdyczącego komara). Lecter wie, że pewnego dnia ta zahukana, skupiona na własnej krzywdzie kobieta to zrobi. Może będzie potrzebowała do tego jego niewielkiej pomocy? To nie ma znaczenia.
Mimo to chwilowa, brzemienna bliskość, która połączyła ją z Willem Grahamem boli. Hannibal w środku aż się gotuje słysząc o ciąży (i nie o samą ciążę chodzi tylko o to, że ona śmiała go dotknąć, że Will…), traci swoje zewnętrzne opanowanie (przez Grahama wewnętrzne stracił już kilka miesięcy temu) i robi to, czego potem przyjdzie mu żałować.
- Jesteś dzisiaj bardzo milczący.
- Nie bardziej niż zwykle – odpowiada z napięciem Lecter.
Celowo unika wzroku Willa, nie chce mu pokazać jak bardzo jest zdenerwowany. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawia się to głupie przekonanie, że Graham równie łatwo czyta w jego myślach, potrafi przewidzieć każdy najdrobniejszy ruch i…
- Powiedziała ci, że jest w ciąży?
- Tak.
A nawet jest przekonana, że ją do współżycia z tobą zachęciłem, dodaje w myślach. Tyle, że Lecterowi wcale nie chodziło o Willa, tylko o jakiegoś innego mężczyznę, kogoś nic nie znaczącego, kto mógłby być tylko epizodem. Tak, chciał i nadal chce, żeby Margot wreszcie wyzwoliła się z tego krępującego ją gorsetu moralnego i pokazała kim naprawdę jest.
Ale!
Ale za to co zrobiła musi ponieść karę. Nikt kto sypia z Willem Grahamem nie pozostanie bezkarny. I dlatego Mason musi wiedzieć. Dlatego Mason może bezkarnie wyciąć jej łożysko, zniszczyć nadzieje na macierzyństwo i trwać we własnej pysze. Tylko dlatego może to wszystko, bo głupia Margot wybrała niewłaściwego kandydata na ojca.
- Przez chwilę naprawdę chciałem tego dziecka – szepcze Will.
Stoi obok fotela psychiatry. Bezwiednie kładzie dłoń na ramieniu Lectera. Hannibal nie cierpi cudzego dotyku ale bliskość młodszego mężczyzny działa na niego wyjątkowo mocno. Nie wie czy powinien udawać, że nie czuje tej ciepłej, mokrej dłoni czy też najlepiej byłoby ją po prostu strząsnąć? A może zapytać o nią wprost lub położyć na niej własną? W końcu nie robi nic, nie zmienia się nawet jego oddech. Zewnętrznie tak samo pozbawiony emocji, wewnętrznie wściekły, rozdrażniony, pulsujący, zazdrosny i… zagubiony.
- To biologiczna potrzeba wynikająca z…
- Chciałem tego dziecka – Will mu przerywa.
Palce delikatnie zaciskają się na ramieniu psychiatry. Ciepło, które się z nich rozchodzi wprawia Lectera w zdumienie. Gdzieś w środku Hannibal jest bardzo zimny, a Graham, w jakiś pokrętny sposób potrafi go ogrzać.
- Chcę, żeby zapłacił, doktorze – szepcze mu do ucha.
Dzielą ich zaledwie milimetry. To jest ten moment, w którym Lecter powinien przyciągnąć go do siebie i zacisnąć długie, szczupłe palce na jego szyi. To jest dokładnie ten moment, w którym Will musi zadrżeć, spuścić wzrok i pozwolić na dotyk silniejszego.
Oczywiście psychiatra nic nie robi. Siedzi milcząco i wpatruje się w ogień. Krew gotuje się w jego żyłach, bliskość jest zbyt silna ale to przecież Hannibal Lecter a Hannibal Lecter nie pozwala sobie na spontaniczność.
To dzieje się dużo, dużo później. Verger nie ma twarzy (nie ma w sobie nawet tyle siły by podnieść rękę, nie skrzywdzi już swojej malutkiej siostry, nie skrzywdzi żadnego dziecka) i wygląda jak wielka, nieruchoma kupa gówna. Hannibal nie jest z siebie dumny. Wolałby, żeby to Margot doprowadziła brata do takiego stanu, wolałby żeby to Will ukręcił mu kark, żeby…
Rozterki i bitwy, które toczy we własnej głowie nikną gdy Will Graham naprawdę go dotyka.
- Czy coś się stało?
- Bałem się o ciebie – odpowiada młodszy mężczyzna.
Jego głos drży od z trudem powstrzymywanych emocji ale rękoma naprawdę obejmuje Lectera. Nie jest to erotyczne, nie wygląda to nawet tak jak chciałby to widzieć Hannibal, ale jest prawdziwe. Psychiatra z wahaniem (tylko on sam wie ile go to kosztuje) odwzajemnia uścisk. Stoją tak blisko siebie, prawie partnerzy (zbrodni czy miłości?) a Lecter wdycha zapach Willa. Słodkawy zapach potu zwiastujący lęki jest prawdziwy i po raz pierwszy (naprawdę, dopiero teraz!) Hannibal mu ufa.
