Tanie, cienkie papierosy, które ona pali pozna zawsze. Tak jak zawsze pozna zapach ostrych, gryzących nozdrza perfum. Freddie uważa, że dodają jej pikanterii. Hannibal wie, że dokładnie tak pachną małe, tanie dziwki.
To jest ten jeden moment, w którym Lecter chce być głupszy, mniej wyjątkowy, bardziej jak wszyscy. Stoi obok Grahama, boleśnie świadomy zdrady, z czerwoną mgłą przed oczami, z bólem, który nie powinien istnieć a jednak istnieje i uderza w niego, bije go po twarzy, przypala organy…
- Nie chcę sprawiać problemów moim pacjentom – mówi, odpowiadając na pytanie Willa.
Jego głos wydaje się dokładnie taki sam jak zawsze. Wszystko jest tak jak chwilę wcześniej. Graham wcale nie jest genialnym empatą. Graham to idiota, który nie widzi, że właśnie jego marna, malutka intryga rozpadła się na kawałki.
- To bardzo w porządku z twojej strony – odpowiada i uśmiecha się.
- Zawsze staram się być w porządku wobec tych, którzy są w porządku wobec mnie – cedzi Hannibal, ale cedzi w taki sposób, że w oczach Willa błyska czułość, z której pewnie nawet sobie nie zdaje sprawy.
I wtedy pojawia się ta głupia nadzieja, to przekonanie, że przecież Graham go nie zdradzi. Graham patrzy na niego czule, Graham go rozumie, Graham chce być obok niego.
- Ucieknijmy jeszcze dzisiaj – daje mu szansę Hannibal.
Nigdy nikomu nie dał szansy, ale Will ją dostanie. Może dostać jeszcze jedną, albo nawet dwie, albo trzy. To akt dobrej woli, której Lecter nikomu nie okaże poza nim. Dopóki nie stanie przeciwko niemu, dopóki na własne oczy nie zobaczy jego zdrady… dopóty Graham ma szansę.
- Nie – młodszy mężczyzna kręci głową zaprzepaszczając własne odkupienie. – To się nie może tak skończyć.
- A jak powinno? – pyta psychiatra.
Akta płoną. Wraz z nimi płonie uczucie Hannibala. Płonie gniew w jego żyłach, płonie wściekłość w jego oczach, płonie nienawiść w umyśle. I gdzieś tam cicho, na samym dnie, płonie przekonanie, że przecież nie może się mylić, że przecież Will jest jego, że razem uciekną, że to się nie może tak skończyć.
- Musisz się ujawnić.
- Muszę?
Kolejna szansa. Wystarczy powiedzieć: Wiesz, co? Zmieniłem zdanie. Ucieknijmy tak jak stoimy. A wtedy Lecter skinie głową. Umówią się za godzinę na lotnisku. Przełożą kolację z Jackiem na przyszły tydzień. Graham weźmie wolne. Uciekną jeszcze dzisiaj. Zanim się wszystko wyda minie dostatecznie długo czasu, żeby przepadli.
- Nie wiem – odpowiada cicho Will.
Jest zmieszany. Zupełnie jakby po jego głowie krążyły dokładnie takie same myśli. Naprawdę nie wie. Nie ma pojęcia co powinien zrobić. Dlaczego wybranie dr Hannibala Lectera jest aż tak trudne?
- Są we mnie dwie osoby, doktorze. Jedna z nich chciałaby wziąć pana za rękę i jeszcze dzisiaj odejść. Druga się na to nie zgadza… - waha się przez chwilę. – Druga musi wszystko wyjaśnić – dodaje mijając się z prawdą.
Psychiatra unosi z zainteresowaniem głowę do góry. Spogląda na Grahama przeciągle. Daje mu kolejną szansę. Chyba zawsze da mu szansę.
Wieczorem zjedzą kolację. Być może ich ostatnią wieczerzę.
- Wiesz czym jest imago, Will? - Lecter jest zraniony.
- To latający owad
- To ostatni etap przemiany – wyjaśnia jak małemu dziecku. Tak bardzo rozżalony.
- Kiedy stajesz się przyszłym sobą? – Graham nie może spojrzeć mu w oczy. Wstydzi się.
- To także symbol porzuconej teorii z dziedziny psychoanalizy – poucza go psychiatra. Sygnały. Tak wiele sygnałów, którymi Will teraz gardzi a Hannibal widzi to i złość kipi w nim coraz bardziej. – Imago to wyobrażenia bliskiej osoby, pogrzebane w podświadomości. I obecne przez całe nasze życie.
- Ideał.
- Koncepcja ideału – uściśla. To czego nie powie jest prostsze do zrozumienia: w moim umyśle zawsze pozostaniesz kimś, z kim mógłbym przeżyć życie. Kimś, kto mógł poskładać rozbitą filiżankę. – Mam twój koncept i na odwrót – przekonuje.
- I obydwa są dalekie od ideału – Will odpowiada, ale tak jakby go nie słuchał. Jest pochłonięty własnymi myślami. Czy zastanawia się nad swoją zdradą? Czy żałuje jej? A może chciałby uciec? Uciec z ich wspólnej kolacji?
- Jesteśmy ciekawi zbyt wielu rzeczy, by przejmować się ideałami – słowa wypływają z ust psychiatry i brzmią prawie jak żebranie. Jak walka o duszę Grahama. O zwycięstwo pierwszej osoby, która chce z nim uciec. – Czy śmierć Jacka jest tego odzwierciedleniem? – Ale tak naprawdę pyta: czy naprawdę chcesz nas zniszczyć?
- To konieczność. Jack jest na to skazany.
- Moglibyśmy zniknąć już dziś – przypomina Hannibal. Nadal żebrze, nadal się poniża. Może robi to subtelnie, może Graham tego nie zauważa, ale Lectera to nie obchodzi. Poniża się, bo daje kolejne szanse. – Nakarm psy i zostaw list Alanie, a już nigdy nie zobaczysz ani jej ani Jacka. To niemal uprzejme.
- Wtedy byłaby to nasza ostatnia wieczerza – Will nieudolnie zmienia temat. Uśmiecha się, ale brak mu wesołości. Pozostaje niezręczny. Zawstydzony.
- W tym życiu – bo przecież mogą rozpocząć nowe. – Podam baranka.
- Symbol ofiary.
- Nie potrzebuję ofiary. A ty?
- Musi poznać prawdę.
Jaką odpowiedź dałby, gdyby dowiedział się, że barankiem jest Abigail?
- Jeśli przyznałbym się Jackowi Crawfordowi w tej chwili…
- Ja bym ci wybaczył – mówi Lecter. Jeszcze nie jest za późno, dodaje w myślach. – Gdyby Jack wszystko ci wybaczył, zaakceptowałbyś to?
- Jack nie oferuje wybaczenia. Pragnie sprawiedliwości. Chce zobaczyć czym się stałeś – milknie na chwilę. – Czym ja się stałem. Pragnie poznać prawdę.
- Wypijmy zatem za prawdę i konsekwencje, które za sobą niesie.
I za złe wybory, Will – dodaje we własnej głowie. – Złe wybory są tak samo istotne jak prawda, którą reprezentują.
