- Oni wiedzą – brzmi w uszach psychiatry, kiedy łapie za nóż i rzuca się na Jacka Crawforda.

Will załatwia to tak… banalnie. Nic nie zapomina. Nic nie wybacza. Jak mała żmijka na karnawale. Odwraca świat do góry nogami. Lecter ma być Hobbsem. On sam ma się stać Willem – Hannibalem. Analogie. Bezsensowne analogie uderzają w psychiatrę i sprawiają, że czerwona mgiełka staje mu przed oczami. Wie, że działa pod wpływem impulsu, ale nie dba o to. Graham chce, żeby pokazał się w pełnej chwale? Zrobi to. Pokaże jaki jest naprawdę.

Jack pada od szkła wbitego w jego tętnicę szyjną. Czołga się jeszcze do spiżarni, taranuje drzwi i próbuje przeżyć, ale Lecter wie, że nie zostało mu wiele czasu. Próbuje się włamać do środka. Napiera całym ciałem. Atakuje.

- Hannibal? – słyszy z boku przerażony głos Alany Bloom.

Jego kochanka, jego uczennica, jego alibi, stoi i celuje do niego z broni. I jej wzrok. Nadal zszokowany, nadal niedowierzający.

- Gdzie jest Jack?

- W spiżarni – odpowiada szeptem, prawie tak jakby dzielił się z nią jakąś wielką tajemnicą. – Miałem nadzieję, że nie będę musiał się żegnać – dodaje ze smutkiem w głosie. – Do niczego by nie doszło. Mogłabyś uznać to za nieuprzejme.

- Stój! Byłam taka ślepa…

- Na twoją obronę powiem, że sporo mi zajęło doprowadzenie do tego. Możesz pozostać ślepa. Możesz ukryć się przed tym wszystkim. Odejdź, a nigdy więcej mnie nie zobaczysz, lecz jeśli zostaniesz, zabiję cię.

Bloom rozważa jego słowa. Boi się.

- Bądź ślepa, a nie odważna – dodaje cicho.

Alana prawie płacze, ale naciska na spust. Zrozpaczona odkrywa, że magazynek jest pusty.

- Wyjąłem naboje – wyjaśnia jej jak małemu dziecku.

Kobieta ucieka na górę. Hannibal zastanawia się przez chwilę, czy trafi na Abigail. Czy Abigail zareaguje tak jak powinna? Czy dobrze ją wytresował przez rok?

Will Graham zaczyna wszystko rozumieć w chwili, gdy natyka się na przybraną córkę na korytarzu. Ich dziecko płacze wściekłe. Czuje się oszukane. Czy młodszy mężczyzna już wie, że zabił baranka?

- Nie wiedziałam co mam zrobić, więc zrobiłam, co mi kazał - mamrocze.

- Gdzie on jest?

A Lecter stoi za nim. Zwycięski i pokonany jednocześnie. Pełen gniewu, wściekłości, która pali mu płuca i gardło. Tak rzadko czuje emocje, ale w tej chwili ma ich w sobie zbyt wiele. Zbyt wiele żeby racjonalnie myśleć, racjonalnie działać. Chce się zemścić. Chce uświadomić Willowi, że to tylko on doprowadził do tego wszystkiego.

- Miałeś uciec – szepcze Graham.

- Nie mogliśmy uciec bez ciebie – patrzy wprost w ciemne, brązowe oczy młodszego mężczyzny.

Nagle Will robi się kompletnie bezbronny. Gdzieś znika cała jego maska. Hannibal, nadal zbyt rozgoryczony decyzją, której nie podjął, nieśmiało dotyka ręką jego twarzy. To czuły gest, którego nigdy normalnie by nie zrobił. Zawsze tak bardzo wstydził się swojego uczucia, tak bardzo wyobrażał sobie co może się między nimi pojawić i co może się zdarzyć, że nigdy niczego nie spróbował.

A teraz może bo już nie ma nic do stracenia. Może go objąć, pewnie mógłby go nawet pocałować. Tyle, że oczywiście Graham by nie odpowiedział. Nigdy nie miał zamiaru odpowiedzieć.

Lecter powinien go zabić. Powinien go zarżnąć jak świnię, którą się w końcu okazał. Tyle, że nie potrafi. Uderza mocno, precyzyjnie; boleśnie rani ale wie, ze rana jest zbyt słaba by zabić Willa. Jego Willa. Wyciąga ostrze, obejmuje go.

Od dawna chciał być tak blisko młodszego mężczyzny. Słyszy jego szybki, urywany oddech. Gładzi mokre włosy i tuli. W tym jednym geście oddaje wszystko co czuje: że jest porzucony, zraniony, że miało być inaczej. I na wspomnienie, że miało być inaczej, że to wcale nie musiało tak wyglądać… wściekłość uderza w niego ze zdwojoną siłą.

- Czas odwrócił swój bieg, a filiżanka znów jest cała. W twoim świecie powstało miejsce dla Abigail. Rozumiesz to? – szydzi rozgoryczony. – Powstało miejsce dla nas wszystkich. Pragnąłem cię zaskoczyć. A ty pragnąłeś zaskoczyć mnie – dodaje z bólem.

Powoli pomaga mu osunąć się na ziemię. Wściekły tak bardzo, że ledwo widzi dotyka wargami ust Grahama choć w obecnej sytuacji to Graham powinien to zrobić. Pocałunek Judasza. Ich pierwszy wspólny. Miał wyglądać inaczej.

- Pozwoliłem byś mnie poznał. Byś mnie dostrzegł. Otrzymałeś ode mnie rzadki dar, ale nie chciałeś go.

- Nie chciałem… - Will prawie płacze z bólu. Chce dodać coś jeszcze, ale psychiatra mu nie przerywa:

- Chciałeś odmówić mi życia.

- Nie… Nie życia – zaprzecza.

- Zatem wolności. Chciałeś mi ją odebrać. I zamknąć mnie w więzieniu – Lecter był już w więzieniu. Siedział za grubymi murami sierocińca. Pozostawiony samemu sobie nabrał siły charakteru, która pozwala mu teraz przetrwać. – Myślisz, że zdołałbyś mnie zmienić tak, jak ja zmieniłem ciebie?

- Już mi się udało – odpowiada pewnie.

Hannibal wie, że Graham ma rację. Will przywrócił mu emocje. Will przypomniał mu, że jego serce nie jest tylko całkiem smacznym organem wewnętrznym. I za to psychiatra nienawidzi go najbardziej. Najpierw stworzył iluzję, udawał, że chce ofiarować Lecterowi siebie, potem go zdradził.

- Los i zbieg okoliczności powracają w chwili, w której rozbija się filiżanka – mówi zimno. Chce wrócić do tego co było wcześniej. Jest tylko jeden sposób, żeby to osiągnąć. – Wybaczam ci, Will. A czy ty wybaczysz mi?

Graham wie co Lecter zamierza zrobić, zanim jeszcze psychiatra zdąży zrobić krok. Jego twarz szarzeje, źrenice powiększają się a sam zaczyna kręcić głową.

- Nie rób tego…

- Abigail, podejdź do mnie.

Kiedyś Will pojmie, że musiał to zrobić. Musiał spróbować wrócić do stanu, w którym nie miał emocji, w którym jego serca nie zamieszkiwał podły pan Graham. Mimo najszczerszych chęci nie potrafi zabić młodszego mężczyzny. Musi więc zniszczyć rodzinę, którą dla niego stworzył.

- Możesz sprawić, że to zniknie. Odciągnij głowę i zamknij oczy. Wejdź łagodnie w strumień.

Deszcz obmywa twarz Hannibala, kiedy wychodzi ze swojego domu. Chce razem z nim zmyć z siebie posmak i zapach Grahama, oraz wszystko to co niesie on ze sobą. Zniszczone nadzieje i rozbite skrawki marzeń. To ma być koniec.

Tyle, że deszcz nie oczyszcza jego duszy.