Notka od autora: wcześniej tego nie było, bo nie było potrzeby. Teraz lojalnie uprzedzam: pojawiają się spoilery do 2x19 "Rumours". Trochę czasu zajęło też napisanie tego, ale rozdział jest prawie dwukrotnie dłuższy od poprzedniego. Trochę wyczerpał mnie fizycznie i emocjonalnie, mam nadzieję, że było warto. No i oczywiście - polecam włączenie sobie opisywanej piosenki we właściwym momencie :) Enjoy!


Rozdział 2: Pogrzeb

- To będzie trudne. - Emma poprawiła kołnierzyk wystający nierówno zza dekoltu jej czarnego sweterka. Nierówno w jej mniemaniu, oczywiście.

Will położył rękę na jej ramieniu. Tym prostym gestem starał się dodać jej otuchy. Nie domyślił się nawet, że może przez to sprawić, że poczuje się jeszcze bardziej niekomfortowo niż zazwyczaj. Stali właśnie przed rozległym, jednokondygacyjnym budynkiem domu pogrzebowego. Nieopodal nich znajdowały się masywne drzwi, nad którymi znajdował się szyld "Domu Pogrzebowego Rowlins". Kolumnadę otaczającą dziedziniec porastał bluszcz, a stromy, czerwony dach dodawał tylko atmosferze całego miejsca niesamowitości. Całość przypominała bardziej jakiś ubogi zameczek niż miejsce zadumy, miejsce ostatniego pożegnania.

- Will.

Nauczyciel hiszpańskiego odwrócił się na pięcie. Emma odetchnęła, czego mężczyzna na szczęście nie dostrzegł, gdy ściągnął dłoń z jej ramienia.

- Emma.

Teraz oboje stali naprzeciwko Sue. Will musiał przyznać, że poczuł się trochę zaskoczony. Liczył, że trenerka będzie miała na tę okazję przygotowany jakiś rodzaj żałobnego dresu, była jednak nadzwyczaj odpowiednio ubrana. Czarna garsonka, uprasowane spodnie i buty na nieznacznym obcasie. Jej twarz wykrzywiał cień uśmiechu.

- Podoba mi się twoja fryzura. Jest taka… żałobna.

- Nie sądzisz, że to… - Emma próbowała uświadomić, jak bardzo zachowanie Sue nie przystoi w takim miejscu, jednak kobieta przerwała jej wpół słowa.

- Będzie tyle prochu. Nie pobrudź się.

Ruszyła w stronę pozostałych żałobników, zbierających się przed wejściem.

- Ah - rzuciła na odchodnego, nie odwracając się do jednak do Willa i Emmy. - Zapomniałam, nie mają przecież zamiaru go kremować. Nie musisz się więc obawiać, Bree.

- Nie wiem, po co w ogóle przychodziła - mężczyzna obrzucił ją nienawistnym spojrzeniem.

- Ona chyba żywi się nienawiścią. I bólem. - Emma odwróciła się do Willa. W jej oczach mógł dostrzec rodzaj zagubienia. Z łatwością usłyszał, że jej głos się łamie Zawsze była taka delikatna, taka wrażliwa. Trzeba było ją otoczyć opieką. Dawno nie widział, żeby się uśmiechała. - Może wejdziemy do środka?

- Chciałbym jeszcze zaczekać na Kurta. Może potrzebować wsparcia.

"Tak jak ja", chciała dodać Emma. Ale się nie odważyła. Po raz kolejny czegoś nie zrobiła. Będzie mogła to dopisać do swojej listy rzeczy, które mogły odmienić jej życie, ale zrobienia których się przestraszyła.

Akurat wtedy podjechał samochód Hummelów.

Pierwszy wysiadł Kurt. Wyglądał nienagannie. Trochę jak z innej epoki. Miał na sobie czarne, gładkie spodnie, wysokie skórzane buty, białą koszulę z szerokim żabotem. Przykrywała ją nisko wycięta czarna kamizelka z małymi, błyszczącymi guzikami. Z butonierki wystawał skrawek srebrnego zegarka, którego drugi koniec łańcuszka znajdował się w kieszeni kamizelki. Elegancko i nieco ekstrawagancko. Cały Kurt.

Tuż za chłopakiem wysiadł Burt. Zamknął samochód i wyprostował się. Spojrzał na swojego syna swoim typowym, ojcowskim spojrzeniem. "Chcę-być-wspierający" jak nazywał je Kurt, kiedy opiekuńczość ojca dawała się we znaki.

- W porządku, tato. Dam sobie radę. Idź. Zaraz do ciebie dołączę.

- Jeśli…

- Tak, tak będzie dobrze. - Wszedł mu w słowo chłopak. Dobitnie.

Burt uniósł ramiona do góry w geście poddania się i ruszył do środka domu pogrzebowego.

- Jak się trzymasz, Kurt?

- Panie Schuester. Pani Pillsbury.

Emma uśmiechnęła się. Ciepło. Przynajmniej próbowała. Kiedy Kurt odwrócił od niej wzrok przegryzła wargę. Tak bardzo chciałaby mu pomóc. Powiedzieć coś mądrego, coś co by mu pomogło. Ale nie chciała ryzykować, że da złą radę. Nie tym razem.

- Jakoś się trzymam - powiedział chłopak odpowiadając na pytanie nauczyciela. - Właściwie nie jest to trudne.

- Nie jest ci smutno?

- Nie. Oczywiście to nie jest tak, że się cieszę… - dodał szybko widząc oskarżające, przepełnione lękiem spojrzenie Emmy. - Ale nie jest mi też smutno.

Zapadła krępująca cisza. Bardzo nieprzyjemna.

- Chyba dołączę do ojca.

- Gdybyś czegoś potrzebował…

- Tak, wiem - Kurt uśmiechnął się… Ale był to smutny uśmiech. - Możemy liczyć na pana we wszystkich sprawach.

Will patrzył na oddalającą się sylwetkę chłopaka.

- Za każdym razem, gdy wydaje mi się, że znam jego pokrętny charakter, jego logikę, on znowu robi coś, czego nie potrafię zrozumieć - zwierzył się Emmie. Cicho. Rzeczy wypowiedziane ciszej mniej przerażają.

Pedagog tylko pokiwała głową. Doskonale znała to uczucie. Nie tylko w stosunku do Kurta. Także do samej siebie.


Jak tylko Kurt wszedł do przestronnego hallu, jego ojciec podszedł do niego.

- Finn cię szukał. Jest z resztą w jednej z bocznych sal.

- Zaraz - odpowiedział chłopak. Potrzebował chwili. Musiał się zastanowić nad wszystkim. Pozbierać myśli, wyciszyć. Nie chciał wchodzić do małej klitki przepełnionej smutkiem i żałobną atmosferą, w której nie będzie wiedział, jak się zachować. Rozejrzał się dookoła. Wszystko było takie… przytulne. Wielkie dywany rozłożone na parkiecie, ogień wesoło trzaskający w kominku. Stary naścienny zegar. Jeśli się skupić można wpaść w typowy rytm - tick, tock. Pogrążyć się w nim. Zapomnieć o wszystkim.

Sofy, które wyglądały na naprawdę przytulne. Niebieskie, puszyste obicia zachęcały, aby w nich usiąść i zatopić się w rozmyślaniach o zmarłych. Może uchwyty o dziwnych, poskręcanych kształtach i takie nogi mebli były nieco kiczowate, ale to chyba było rzeczywiście dobre miejsce, do pogrążenia się w zadumie, ale nie dojmującym smutku. Tylko że wszędzie unosił się nieznośny, ostry zapach białych lilli porozstawianych tu i ówdzie.

O, Kurt dostrzegł ustawiony w kącie automat z przekąskami. Wydało mu się to dziwne i jakby oderwane od miejsca i jego atmosfery, ale… Podszedł bliżej i schylił się przed szklaną szybką. Chipsy hałasują. Czekoladowe batoniki… Czy ludzie nie wiedzą, co czekolada robi z cerą? Ignoranci. Ale pianki... Tak. Puszyste, smaczne pianki.

Wrzucił parę drobniaków. Odebrał zakup. Rozerwał delikatnie opakowanie i wolnym krokiem ruszył w stronę pomieszczenia, gdzie czekali na niego pozostali członkowie New Directions. Nie przejmował się spojrzeniami ludzi - karcącymi, zdziwionymi lub pełnymi oburzenia - które towarzyszyły mu, gdy przemierzał hall zajadając różową piankę za pianką. Przyzwyczaił się już do bycia innym.

Zastanawiał się, czy parę dni temu miał na to wszystko równie wyjebane co dzisiaj.


- Uważam, że Requiem aeternam byłoby świetne. Mówi o żałobie, smutku i rozpaczy. Akurat na tę okazję. To z, klasycznego już, francuskiego musicalu Le Roi Soleil.

- Jeśli chodzi o francuski to jednak ja preferuję tylko…

Santana obdarzyła Pucka swoim typowym nie-odzywaj-się-więcej-bo-robisz-z-siebie-idiotę spojrzeniem. Wystarczyło, że ledwo odwróciła do niego głowę i przewróciła oczami, a on już wiedział, żeby się zamknąć. Że tym razem to nie przejdzie. Za każdym razem zastanawiał się, czemu ona ma na niego taki wpływ. Że jeden ruch i już milknie. Owszem, wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć "whateva", co nie zmieniało jednak faktu.

- Może i Puckerman był niestosowny - odezwała się nagle Lauren. Może nie tak nagle, bo akurat pochłonęła batonika, miała więc wolne usta, a to było zazwyczaj wyznacznikiem, że coś powie. Coś niezbyt miłego. - Ale akurat ma rację. Nie tylko, że my niezbyt mówimy po francusku…

- Mów za siebie - burknął Kurt, bardziej do siebie niż do niej.

- …to pewnie inni na pogrzebie też niezbyt.

- Ale to jest po łacinie! - zawołała z pełnym przejęciem Rachel. Stała przed nimi wszystkimi. Znowu. Jak adwokat świetnego pomysłu. Albo telemarketer. Nie, to ostatnie porównanie było niezbyt odpowiednie. W telewizji zazwyczaj elokwentni ludzie sprzedają szajs. Ona tutaj próbowała sprzedać genialny pomysł. I robiła to z pełną emfazą.

- Tak, to zdecydowanie zmienia postać rzeczy - zaironizowała cicho Quinn. Pomasowała się ręką po czole, jakby chciała się za nią ukryć i powiedzieć "mnie tu nie ma". Albo przegonić ból głowy, o który przyprawiała ją Rachel.

- Hej, ludzie - odezwał się Schuester. Jak zawsze w porę. Podniósł się ze swojego krzesła ustawionego nieco z boku. - Myślę, że możemy dojść do jakiegoś rozwiązania, które będzie odpowiednie do danego momentu i spodoba się nam wszystkim, prawda?

- Ja i tak zaśpiewam Requiem! - Rachel obrzuciła wszystkich pogardliwym spojrzeniem i wróciła na miejsce. Tak ciężko oszlifować diamenty na brylanty. Tak ciężko. - Choćbym miała to zrobić sama nad jego grobem!

- Ale lepiej w nocy. - Po raz kolejny wtrąciła się Quinn. - W dzień może usłyszeć cię stróż i przegoni, myśląc, że to jakieś spóźnione duchy.

- Ja mam pomysł.

Wszyscy jak na komendę odwrócili się w stronę Britanny. Dziewczyna nagle poczuła się speszona uwagą, którą na siebie ściągnęła. Ale tym razem wiedziała, że jej się uda. Miała naprawdę dobry pomysł, a do tego będzie mogła skończyć tę żenującą kłótnię. Brit nie lubiła, kiedy ludzie dookoła niej się kłócili. Czuła się jak dziecko słuchające kłótni rodziców, które nie może nic zrobić. Ale teraz jest dorosła. Ma głos.

- No więc… - zaczęła nachylając się nieco do przodu. Uśmiechnęła się. Tak, to naprawdę dobry pomysł. - Pomyślałam, że dobrą piosenką, którą mamy już gotową byłoby "Marry you". Wystarczy zmienić tekst na "Bury you" i już. Pasuje do okazji.

Artie wyciągnął rękę, by poklepać ją po kolanie jak zawsze, gdy powiedziała coś niezbyt mądrego, ale gdy nie chciał, by czuła się niekochana. Na szczęście wpół gestu zorientował się, że nie są już parą i cofnął dłoń.

- Jakieś inne pomysły? - zapytał dyplomatycznie Will.

- Może… klasycznie. O tęsknocie, melancholijnie, ale nie super dołująco. Strawberry fields forever? - podrzucił pomysł Artie.

- Hm, to chyba nie jest zły pomysł - powiedział ich prowadzący i podszedł do tablicy, by wielkimi literami zapisać tytuł. Podkreślił go zamaszystą linią.

- Szczerze mówiąc - wtrącił się nagle Sam. - Nie wiem, czemu mielibyśmy śpiewać na tym pogrzebie. Nie to, że go nienawidzę czy coś, nie miejcie mnie za złego człowieka… Ale czy naprawdę to będzie na miejscu, czy powinniśmy i w ogóle?

- Wiecie, dyrektor Figgins nas o to poprosił i sądzę, że miał sporo racji - Will odwrócił się z powrotem do nich i przybrał swój "edukatorsko-mentorski" ton, jak zawsze gdy wygłaszał tygodniową lekcję o "samooakceptacji", "pokonywaniu trudności" i takich tam. - Po ostatnich wydarzeniach jesteśmy odpowiednimi ludźmi na odpowiednim miejscu. Kto jak nie my może świadczyć o przemianie człowieka, pokonywaniu trudności, czynieniu dobra i stawaniu się lepszym, prawda? Tym właśnie jest glee club. Stawaniem się lepszym człowiekiem przez muzykę, przez przyjaciół.

- Tak? A ja myślałam, że glee ze swojej natury otwieraniem się na radość – wtrąciła się Mercedes.

- Oh, proszę - Santana przewróciła oczami. Znowu. - Zupełnie nie o to chodzi.

- Nie? Dobra, my akurat dobrze wiemy, czemu tobie może zależeć na tym występie…

- Jeśli mogę - Kurt podniósł rękę. Chciał, żeby się wreszcie zamknęli i zajęli piosenką. Żeby mogli to mieć za sobą. - Mam pomysł.

Podniósł się zgrabnie i podszedł na środek pokoju.

- Artie ma rację. Nie może być specjalnie dołująco. Musimy być bardziej refleksyjni. Dać im chwilę na zastanowienie, ale i trochę optymizmu. Dziękuję także panu, panie Schuester - lekko, acz teatralnie, skinął głową nauczycielowi. - Była mowa o "samoakceptacji", a to chyba ważne zagadnienie w kontekście tych… wydarzeń. Śmierć jest smutna.

Wszyscy zamilkli. Nawet Puck się nachylił trochę do przodu, by wszystko usłyszeć. Co jak co, ale Kurt dobrze wiedział o śmierci. Raz, jeszcze jako dziecko, musiał stawić jej czoła i wiedział, że można wyjść silniejszym z tej sytuacji, nawet kiedy umiera ktoś bliski. Za drugim razem, gdy Burt był umierający, także odebrał cenną lekcję. Jego słowa mogły więc mieć znaczenie i być mądrzejsze od ich pomysłów.

- Ale jest też swojego rodzaju wolnością od demonów. Możemy dać z siebie wszystko, dać uczestnikom pogrzebu lekcję radości i chwytania życia, a ostatnimi czasy New Directions zdaje się skupiać głównie na przekazywaniu pozytywnych informacji innych…

- Pij odpowiedzialnie!

- Właśnie, Britanny. I jeśli gdzieś, nieważne gdzie, może nigdzie, a może wcale… Można wreszcie być kimś, kim się chce, nieograniczanym przez społeczeństwo, bez strachu o jutro…

- Poczekaj - przerwała mu nagle Mercedes. - To brzmi trochę jak… zachęcanie do śmierci.

- Nie - odpowiedział Kurt. Milczał przez moment. To było "nie" niepoparte argumentami. Wyrzucone szybko, pospieszne. Zaprzeczenie. - To nie jest zachęcanie do śmierci. To jest pocieszenie żałobników. Że może tam jest lepiej. Dlatego proponuję inną klasyczną piosenkę… Spread your wings Queen.

- Kurt - Rachel spojrzała na niego zupełnie poważnie. Rozejrzała na boki, zastanawiając się, czy tym razem znajdzie poparcie w innych. Może czasem nie byli wspierający, gdy chodziło o jej "diva-issues", ale w sprawach dotyczących przyjaźni między nimi zawsze mogli na siebie nawzajem liczyć. - Chyba wszyscy sądziliśmy, że będziesz chciał być głównym głosem w tej piosence, a to chyba nie twój rodzaj…

- Rachel, Rachel. Dziękuję za troskę. I w sumie dziękuję wam wszystkim - powiedział, obdarzając siedzących w sali sztucznych, szerokim uśmiechem. - Ale nie. Nie chcę. Po prostu nie chcę.

- Ok, rozumiemy. To byłoby dla ciebie zbyt dużo - przyszła mu w sukurs Merc.

- Tak… właśnie… właśnie o to chodzi.

- Ja tam sądzę, że to dobry pomysł - odezwał się dotąd tylko przysłuchujący się temu wszystkiemu, zagubiony w tej dziwnej, burzliwej sytuacji, Finn. - Ma charakter, ma "kopnięcie", ale chyba jest to bardzo na miejscu.

- Dziękuję - powiedział Kurt, oddychając z ulgą. Może przynajmniej ten temat zostanie zamknięty i pozostanie im skupić się na wykonaniu.

- To wasz występ i głównie wasza decyzja. Strawberry czy Spread? - Schuester postanowił wreszcie domknąć tę dyskusję i dokonać wyboru.

Większość zagłosowała za Queen.

Kurt stał w progu, przyglądając się całej sytuacji. Naprzeciw niego, w wyjściu z drugiej bocznej salki stała Quinn. Uśmiechnęła się do niego, próbując dodać mu otuchy. Chłopak westchnął. Pomyślał, że byłoby mu zdecydowanie łatwiej, gdyby słońce było skryte za chmurami, a świat spowity mgłą. Gdyby padał intensywny deszcz - może to pomogłoby mu wzbudzić łzy? A tak zamiast kropel rytmicznie uderzających o szyby, miał tylko zegar wybijający monotonny rytm, jasne promienie słońca wpadające przez przestronne okna, za którymi można było dostrzec zielone liście drzew, które jakby dodatkowo napawały optymizmem. A Kurt wciąż nic nie czuł - ani żalu, ani radości.

Trumna stała niezbyt daleko od żałobników. Była otwarta, przystrojona kwiatami. Za nią znajdowały się trzy szerokie stopnie przyozdobione czerwonym, miękkim dywanem, dalej zaś, na podwyższeniu ustawiona była księga żałobna otoczona kwiatami i zdjęciami zmarłej osoby.

Za trumną stał Puck, Finn i Sam. Mieli spuszczone głowy, czekali na pierwsze takty muzyki. Wyglądali nadzwyczaj elegancko w czarnych koszulach, do których, na wysokości serca, przypięte były główki białych róż. Kurt mimowolnie uśmiechnął się, przypominając sobie, jak wczoraj jego przyrodni brat zwierzał mu się, że zrobi wszystko, żeby nie spojrzeć do trumny. Że boi się zmarłych. Finn wciąż miał w sobie wiele z dziecka… Czego Kurt mu momentami zazdrościł.


Padły pierwsze takty w durowej tonacji.

Sammy was low
Just watching the show
Over and over again

Finn uniósł głowę. Śpiewał prosto na publiczność. Z pewnością siebie, patrząc każdemu w oczy. Miał w sobie coś z charyzmatycznego perfomera, mimo że czasem jego zdolności wokalne pozostawiały sporo do życzenia.

Knew it was time
He'd made up his mind
To leave his dead life behind

Włączył się Puck. Kurt poczuł się zaskoczony. Do tej pory był pewien, że chłopak potrafi przejąć się czymś tylko, jeśli dotyczy to jego bezpośrednio, a i to nie zawsze. A teraz wyglądał na naprawdę przejętego. Nawet jakby było mu trochę żal… Wolny, rytmicznym krokiem podszedł do prawej strony żałobników, by wyśpiewać swoje wersy właśnie dla nich.

His boss said to him
'Boy you'd better begin
To get those crazy notions right out of your head

Sam podniósł swoją głowę i powoli przeszedł na lewo. W jego głosie można było usłyszeć lekkie drżenie. Splótł ręce na piersi, jakby chciał się od tego odgrodzić. Jakby to jeszcze do niego nie docierało.

Sammy who do you think that you are?
You should've been sweeping up the Emerald bar'

We troje, w idealnym współbrzmieniu, ustawieni w jednej linii, ale znacznej od siebie odległości dokończyli strofę. Delikatne zakończenie część zebranych przyprawiło o lekką gęsią skórkę. Niewykrzyczane, bardziej wyszeptane, było jeszcze bardziej przejmujące. Kurt czuł, że Blaine powinien stać obok niego. Powiedzieć coś. Powinni porozmawiać o tym, czemu tak mało czuje. Ale Blaine'a nie było i mógł winić za to tylko siebie.

- W porządku? - usłyszał za sobą głos Mercedes. Poczuł ciepły dotyk jej dłoni na swoim ramieniu. To dziwne… ale poczuł się trochę, jakby jakiś ciężar spadł mu z serca. Wiedział, że z tym problemem musi zmierzyć się sam, ale jej obecność była pocieszająca. Odwrócił się i uśmiechnął. Nie musiał nic mówić. - Zaraz wchodzimy.

Spread your wings and fly away
Fly away far away

Spokojnie, rytmicznie reszta członków New Directions wkroczyła na smutną scenę. Stanęli w dwóch rzędach, na dwóch stopniach, w szachownicy. Odezwał się chór. Ich głosy rozbrzmiały w doskonałym akustycznie pomieszczeniu. Pewni siebie, ale cicho, z głębi serca harmonizowali z solistami. Ich subtelne a-a-fly-away dodawały całemu przekazowi emocjonalnej głębi. Jakby teraz nie można było od niego uciec. Jakby to wszystko stawało się coraz bardziej realne z każdym kolejnym wersem.

Spread your little wings and fly away
Fly away far away

Nagle otworzyły się drzwi prowadzące do tej sali i w progu stanęła wysoka blondynka. Szybko przemierzyła pomieszczenie, żeby znaleźć wolne miejsce, gdzie będzie mogła usiąść. W niezwracaniu na siebie uwagi przeszkadzały jej wysokie szpilki, do których zdawała się nieprzyzwyczajona. Pierwsze z brzegu wolne miejsce znajdowało się obok Sue, gdyż z jakiegoś powodu cały jej rząd był wolny.

- To nie ludzie mnie unikają. Specjalnie najadłam się wcześniej czosnku. Wolałam, żeby nie podchodzili - wyszeptała cynicznie do nowoprzybyłej.

- Witaj, Sue.

- Odnosi się to też do ciebie, Holliday.

- Nie boję się czosnku.

- Co za szkoda - powiedziała, odsuwając się od kobiety. Sięgnęła do kieszeni garsonki i wyciągnęła z niej jeszcze jeden ząbek czosnku. Przegryzła go. - Na pewno?

- Na pewno.

Paru ludzi w rzędzie przed nią poruszyło się nerwowo.

Pull yourself together
'Cos you know you should do better
That's because you're a free man

Te strofy wyśpiewali Sam z Puckiem przy wsparciu dalszych głosów. Finn podszedł bliżej trumny. Odpiął białą różę. Silniej ścisnął ją w ręce. Stanął za zmarłym, ale patrzył wprost na żałobników. "Nie spojrzę tam, nie spojrzę. Nie ma mowy."

- Między nami bywało różnie, wiem. Może dlatego, że oboje lubimy stawiać na swoim. Lubiłeś wygrywać, pewnie czułeś na sobie presję. Że masz być taki i owaki. Przykro mi. I… jeśli ja czasem zrobiłem coś złego to przepraszam. Teraz się już nie martw. Jesteś wolny.

Wrzucił kwiat do otwartej trumny.

He spends his evenings alone in his hotel room
Keeping his thoughts to himself he'd be leaving soon

- Inni tego nie wiedzieli - z tylnych rzędów podeszła Rachel. Delikatnie, drżącymi palcami odpięła od czarnej sukienki białą różą. - Ale ja wiedziałam. Że byłeś wrażliwy. Tylko czasem… nie rozumiałeś świata. Chciałabym, ale się trochę bałam. Nie umiałam. Gdyby umiała, to bym ci pomogła. Naprawdę.

Wishing he was miles and miles away
Nothing in this world nothing would make him stay

- Na ich miejscu cieszyłabym się, a nie mówiła jakieś przesłodzone, kiczowate słówka, których pewnie nie myślą.

- Ty naprawdę nie wierzysz w te dzieciaki, co nie, Sue?

- Nigdy.

- Mogłabyś dać im szansę. Śmierć i cierpienie wyzwalają naprawdę niezwykłe pokłady ukrywanej prawdy. Oni są bardzo wrażliwi.

Sue milczała. Tej dawki ckliwości i pretensjonalności nie chciała już nawet komentować.

- A swoją drogą… - Tym razem to Holly nachyliła się do trenerki. Ten czosnek rzeczywiście był odpychający, ale dało się przeżyć. Per aspera ad astra, Holly, powtarzała sobie. Przeżyłaś, gdy jakiś dzieciak zerzygał się obok ciebie z ekscytacji, gdy spoglądaliście na Niagarę, a nie dasz rady czosnkowi? - Widziałaś jego kark?

- Holliday, nie ucz mnie jak wykonywać moją pracę.

Since he was small
Had no luck at all
Nothing came easy to him

- Czymś się różniliśmy - Quinn wrzuciła swoją różę do wnętrza trumny. - Żyliśmy w tym samym świecie, mieliśmy podobne wartości. Ja jednak w końcu znalazłam prawdziwych przyjaciół i odwagę, żeby to rzucić… Ty nie. Przykro mi. Mam nadzieję, że tam masz wreszcie spokój.

Now it was time
He'd made up his mind
'This could be my last chance'

Artie podjechał na swoim wózku. Zatrzymał się jednak przed nią, a nie za nią, żeby ludzie mogli go zauważyć.

- Wiecie, mógłbym pamiętać te złe momenty. Kiedy obrywałem slushie czy znajdowałem wymalowaną na oparciu swojego wózka tarczę strzelniczą. Ale jakoś nie potrafię. Kiedy go wspominam, mam przed oczami raczej to, jak potrafił powstrzymać innych, gdy ukierunkował dobrze swoją siłę. Jak potrafił zrobić coś dobrego. Szkoda, że dostał tak mało czasu… Ale ten ostatni spożytkował naprawdę dobrze. Gdyby tylko miał go więcej…

His boss said to him 'now listen boy
You're always dreaming
You've got no real ambition you won't get very far

Kurt podszedł do trumny. Spojrzał do środka. Zmarły wyglądał tak spokojnie, niewinnie. Chłopak próbował przywołać sobie w pamięci obraz, gdy Dave go pocałował w szatni. Gdy mu groził. Wzbudzić w sobie nienawiść. Obrzydzenie. A zamiast tego stał tam i patrzył na jego pogrążoną we śnie twarz.

Nie. Dave nie spał. Dave nie żył.

Próbował sobie przypomnieć te dobre chwile. Karofsky'ego na spotkaniu uświadamiającym koła LGBT. W czerwonym berecie anioła stróża. Wzbudzić w sobie żal. Smutek. A zamiast tego stał tam i patrzył na jego pogrążoną we śnie twarz.

Nie. Dave nie spał. Dave nie żył.

Nie żył.

I dopiero wtedy uderzył go ten prosty fakt. Nie chodziło o uczucia. O to, co mógł wspominać. Bo teraz wspominanie nie ma sensu. To jest bezcelowe. Co im po wspomnieniach? Ostatnie dni spędził na rozpamiętywaniu, na tym, żeby znów poczuć się jak człowiek. O tym, co złego zrobił Dave'owi. Co mógł zrobić lepiej. O tym, co Karofsky złego zrobił jemu, ile krzywdy wyrządził.

Ale teraz nie miało to znaczenia.

Kurt wyszedł z tego wszystkiego obronną ręką. Był silniejszy. A Dave…

Dave nie żył.

I wtedy Kurt po raz pierwszy od informacji o śmierci Dave'a zapłakał. Jego łzy kapały na idealnie ułożone klapy marynarki zmarłego. Wrzucił białą różę. Postanowił nie ocierać łez. Był z nich dumny. Z siebie. Z tego, kim był. A Dave…

Dave nie żył.

Już miał się odwrócić, gdy zauważył, że gdzieś w tylnich rzędach Sue przewraca oczami. Nie oczekiwał od niej zrozumienia dla swojego nagłego wybuchu emocji, ale kobieta zaczęła także dziwnie gestykulować. Kurt przetarł oczy, by lepiej widzieć. Trenerka uderzała się otwartą dłonią w kark. Puknęła się parę razy w czoło. Wyobrażał sobie, co może w danym momencie o nim myśleć. I wtedy zrozumiał, czego od niego chce.

Nachylił się nad ciałem. Dotknął zimnej skóry.

Dave nie żyje.

Delikatnie odsunął kołnierzyk, wsadzając pod niego palec.

Przez salę przeszły pomruki oburzenia. Nikt nie wiedział jak się zachować.

Ale to nie miało teraz znaczenia, biorąc pod uwagę to, co Kurt zobaczył na karku Karofsky'ego. Coś, czego tanatopraktycy nie potrafili ukryć.

Sammy boy don't you know who you are?
Why can't you be happy at the Emerald bar?'

Santana miała być ostatnia. Jako jego dziewczyna, najważniejsza dla niego osoba z New Directions. Teatralnym gestem otarła łzy, których nie było. To nie tak, że jej nie zależało. Że nie dbała. Owszem, zapłakała, gdy się dowiedziała. Owszem, rozbiła szklankę, rzucając nią w złości o ścianę. Ale nie widziała potrzeby manifestowania teraz całego swojego wnętrza.

Tarmosiła w rękach różę.

- Tyle mówimy o byciu sobą. O wolności. Rozwijaniu skrzydeł. O Boże… - westchnęła, kierując na moment swój wzrok ku górze. - Wszyscy jesteśmy tu takimi hipokrytami. Nie daliśmy Dave'owi tego, czego chciał za życia. Ograniczyliśmy go. Mało kto pewnie wie, że na krótko przed… Rozstaliśmy się. Nie byliśmy parą, gdy on… Boże. Dave. Tutaj przez nas nie byłeś szczęśliwy - oskarżycielsko spojrzała na wszystkich zebranych. - Bądź TAM szczęśliwy. Znajdź sobie jakiegoś dobrego, przystojnego faceta, który cię pokocha. Tutaj ci nie pozwoliliśmy.

Na sali zapadła cisza. Pełna oburzenia i niedowierzania. Satana niedbale wrzuciła białą różę do trumny, odwróciła się i zgrabnie wspięła na trzeci stopień, gdzie dołączyła do wyśpiewywania finału.

So honey
Spread your wings and fly away
Fly away far away
Spread your little wings and fly away
Fly away far away
Pull yourself together
'Cos you know you should do better
That's because you're a free man

I choć wciąż można było dostrzec pełne niedowierzania spojrzenia, które wymieniali między sobą żałobnicy i członkowie New Directions (czy ona naprawdę to przed chwilą zrobiła?), kończyli pełni animuszu i pewności siebie. Ich słowa wybrzmiewały dokładnie. Z każdym kolejnym wersem narastała siła.

Tylko Kurt jakby stracił werwę. Bo zrozumiał, co będzie musiał zrobić.

Wszyscy ustawili się w jednym rzędzie przed trumną.

Come on honey - włączyła się Mercedes, idealnie trafiając w wysoki, rozdzierający dźwięk. Po chwili dokończyli wszyscy, jednym, potężnym głosem. Jednym wołaniem. Smutku, ale i pewnego rodzaju nadziei. Przesłaniem, które miało trafić do uszu każdego z zebranych.

FLY WITH ME!