TŁUMACZENIE ZA ZGODĄ AUTORKI.

BETA: KACZALKA


ROZDZIAŁ DRUGI
Spaczona rzeczywistość

„Teraz wszystko do mnie wraca
I staram się zatrzymać
Smak ciebie na języku
Twą twarz z mych niespokojnych snów
I czekam w nadziei ponad wszystko, jak kiedyś
Czekam i mam nadzieję, że już więcej nie chcę
To nie zatrzyma się, póki się na to nie zgodzę
Dopóki nie nauczę się zabijać myśli
O każdym słowie, które mogłam powiedzieć
O każdym, którego żałuję."
(Rosanne Cash, „Hope against hope")

Pomiędzy rozmyślaniem a śnieniem była różnica. Oczywiście Ginny zdawała sobie z niej sprawę, ale granica między tymi stanami stawała się zamazana. Nie potrafiła do końca określić, kiedy była przebudzona, kiedy rozmyślała, spała bądź śniła. Nie sądziła, aby chciała to wiedzieć. Gdy porwali ją ludzie w płaszczach z kapturami, szepczący dziwacznie i rzucający w nią klątwami, tym samym powodując nieprzytomność, zdawało się jej to obce i przerażające. Tego dnia jadła z Harrym obiad, a potem, gdy wracała do domu, z cienia wychynęli mężczyźni. Ciemność nastąpiła szybko. Obudziła się w największej sypialni, jaką kiedykolwiek widziała, a łóżko w niej okazało się bardziej miękkie niż wszystkie, na których sypiała. Nie zauważyła niczego poza rozmiarem pomieszczenia i tym, że głos odbijał się w nim, jakby przebywała w jaskini. Bała się, że umarła albo znalazła się w piekle, ale potem poczuła ciepło, jedwab pod jej ciałem i zobaczyła okno, ukazujące niekończące się ogrody, rozciągnięte daleko we wszystkie strony. A więc to nie piekło. Nie sądziła, by w piekle były ogrody.
Później poinformowano ją, że należą one do rodzinnego dworu Malfoyów. Nie wtedy, gdy skrzat domowy przyniósł jej posiłek, na który składały się kanapki i sok dyniowy, ponieważ stworzenie nie miało pozwolenia na rozmowę. Dowiedziała się później, po tym, jak rzuciła kanapkami i sokiem o ścianę i skrzyżowała ręce na piersi, w gniewnej ciszy wpatrując się w skrzata. Głód pokonany został przez uczucie bezsilności. W tym momencie po raz pierwszy wezwano do niej Lucjusza, który przyniósł wino, by ją uspokoić. Potem wszystko stało się zamazane. Strach zamienił się w coś na kształt przytępionej ustępliwości, która z kolei przeistoczyła się w pustkę. Godziny przeciągały się w całe dni, a te zdawały się trwać wiecznie. Jedyne, co łamało monotonię, to wizyty Lucjusza. Przychodził do niej raz dziennie, przynosił ze sobą posiłek i zostawał, dopóki nie zjadła go do ostatniego okruszka. Po pierwszym tygodniu Ginny zauważyła, że zaczyna jeść coraz wolniej, by przeciągnąć jego odwiedziny, być może tylko po to, żeby przełamać pustkę wegetacji w ogromnym pokoju z niczym poza czekaniem przy oknie i obserwowaniem, jak obok niej prześlizgują się godziny, dni…
Czasami po ogrodach przechadzał się Draco Malfoy. Rozpoznawała go po blond włosach, gęstszych w porównaniu z włosami jego ojca. Krok miał dłuższy, bardziej spieszny i tylko w połowie tak wdzięczny, jak Lucjusz. Draco nigdy nie przychodził jej odwiedzać, choć z drugiej strony zastanawiała się, czy w ogóle wiedział, że ona tutaj jest.
Nie miała pojęcia, dlaczego porwano ją i trzymano w dworze Malfoyów. Po kilku dniach zapadła w mglisty, senny letarg, a teraz, przypominając sobie te niewyraźne, długie dni, zastawiała się, czy do jej wina nie dolano przypadkiem jakiegoś eliksiru. Miało to jakiś sens, a zarazem czyniło całą sytuację mniej przerażającą już choćby tylko dlatego, że sama mogła poczuć się co najmniej trochę mniej za wszystko odpowiedzialna.
Całe dnie nieskończonej nicości przerywały tylko wizyty mężczyzny, który ociekał arystokratyczną pogardą i niebezpieczeństwem, ale jednak nie wysuwał żadnych gróźb. Zbyt łatwo było pozwolić krążyć wokół niego najpierw dniom, a potem umysłowi i sercu i...
— Ginny.
Wspomnienie zostało rozbite. Ginny spojrzała ze zdziwieniem na drzwi swojej małej, jaskrawej, spartańskiej, nieładnej sypialni. Zawsze drażniło ją, gdy rzeczywistość zmieniała się w taki sposób. W progu stał jej brat.
— Ron.
Wyglądał na zakłopotanego, jak zawsze.
— W porządku?
— Oczywiście.
Kiwnął głową, choć bez przekonania. Ostrożnie podszedł do łóżka, po czym podniósł dłoń, ale opuścił ją, zanim dotknął Ginny. Ręka opadła na narzutę, a Ginny przyjrzała jej się z rezerwą, zastanawiając się, jakby to było dotknąć jej, tak dużej i szorstkiej, z poobgryzanymi paznokciami. Ostatni raz Ron dotykał jej, gdy była dzieckiem, przed incydentem z Komnatą Tajemnic, zanim stała się kimś Obcym i Dziwnym, kimś, kto miał kontakt z czarną magią. Gdy wciąż była jego malutką siostrzyczką.
Zadał jej pytanie, ale nie usłyszała go, zbyt zaabsorbowana rozmyślaniem nad dzieciństwem, uśmiechnęła się więc tylko bezmyślnie i przeciągnęła, przywodząc tym na myśl kota. Jej oczy, zwężone i rozleniwione, spostrzegły, że brat obserwuję jej bluzkę od piżamy, która uniosła się nieco, ukazując brzuch, jasny i lekko piegowaty. Opuszczając ramiona widziała, jak Ron odwraca wzrok, po czym skrzywiła się, zmieszana.
— Nic mi nie jest — powtórzyła.
— Jasne — wyjąkał, a jego twarz oblał lekki rumieniec.
Niedługo potem opuścił pokój, a Ginny była szczęśliwa, że znów może wpatrzeć się w widok za oknem i zatopić we wspomnieniach.


Malfoy poruszył się, co wyrwało Harry'ego ze snu. Jego łóżko, pokój, dom. Jego ramiona oplecione wokół Draco Malfoya. Świadomość tych faktów uderzyła w jego umysł niemal równocześnie. Krzyknął i usiadł, wierzchem dłoni odpychając sen z oczu. Zamrugał. Wszystko wokół było zamazane, sięgnął więc po okulary, dzięki czemu świat nabrał ostrości.
Ze zmierzwionymi blond włosami okalającymi bladą twarz, policzkami, na których widoczne były zmarszczki od poduszki, z jedną dłonią podłożoną pod głowę, zamkniętymi oczami i lekko rozchylonymi wargami, człowiek obok niego nie wyglądał jak Malfoy. Wyglądał jak mały chłopiec.
Harry zmarszczył brwi i przeczesał palcami włosy, po czym wyślizgnął się z łóżka. Ubrał się szybko, rzucając od czasu do czasu nerwowe spojrzenia w stronę Malfoya w obawie przed powrotem dziwnych koszmarów albo, co gorsza, że chłopak obudzi się, zanim Harry zdąży uciec z pokoju.
Gdy skończył, zawahał się i stał w progu jeszcze dłuższą chwilę, zanim wrócił do łóżka i ostrożnie zabrawszy Malfoyowi różdżkę, schował ją do kieszeni. Sięgnął delikatnie po nadgarstek chłopaka i rzucił na niego zaklęcie krępujące, które mocno przywiązało go do łóżka. Gdyby tylko ktoś dowiedział się, że pomaga, a potem zamierza puścić wolno śmierciożercę, mógłby zostać uznany za zdrajcę. W ten sposób przynajmniej wygląda tak, jakby trzymał więźnia. Poza tym nadal nie wiedział, jak działa nowa klątwa i, skoro miał takową możliwość, chciał wypytać o nią Malfoya.
Zostawiając swojego gościa przywiązanego i wciąż śpiącego, Harry skierował się do kuchni, zabrał coś do przegryzienia i udał się do Świętego Munga. Po tym, jak pielęgniarka przekazała mu najświeższe doniesienia o stanie swoich pacjentów, którzy nie byli tak poważnie dotknięci klątwą jak Malfoy, jednak wszyscy wykazywali podobne symptomy, Harry aportował się szybko do Hogsmeade i pospieszył do Hogwartu. Dumbledore był w zamku i starał się zrozumieć, czym jest nowe zaklęcie i jak je zdjąć.
Był zbyt podenerwowany, by zostać na dłużej. Martwił się o to, jak Malfoy się czuje, czy obudził się, czy nie, więc nie przebywał długo w szkole. Spędził tam jedynie tyle czasu, ile potrzebował, aby dowiedzieć się, co dyrektor zdążył już wywnioskować. Nie było tego wiele. Słowo „Cassesprit" pochodziło z języka francuskiego i utworzone zostało z kombinacji czasowników „casser", czyli „łamać" i „spirit", czyli „umysł". Złamać umysł.
Dumbledore nie potrafił powiedzieć nic więcej. Wyglądał starzej niż zwykle, zniechęcony i roztargniony, i nawet gdyby Harry nie musiał spieszyć się do Malfoya, nie chciał pozostać w zamku ani chwili dłużej.
Gdy wrócił do mieszkania, Malfoy nie spał, choć początkowo nic na to nie wskazywało. Po zachowaniu chłopca, jakie Harry pamiętał ze szkoły, mógł oczekiwać krzyków, przekleństw i gróźb, które byłyby odpowiedzią na ocknięcie się przywiązanym do obcego łóżka. Zamiast tego, gdy przekroczył próg, zastał tylko napięcie i głuchą ciszę. Sądząc, że Malfoy na pewno śpi, udał się do kuchni, by przygotować coś do jedzenia dla siebie, a po krótkim wahaniu również dla gościa. Nie wiedział, czy chłopak wstanie, by zjeść, czy będzie świadomy lub choć przytomny i czy w ogóle będzie. Mimo wszystko zrobił mu kanapkę i nalał soku do szklanki, po czym udał się do sypialni.
Malfoy leżał na plecach z dłońmi przymocowanymi do wezgłowia i wpatrywał się w niego morderczym wzrokiem. Co zaskakujące, srebrny ogień, palący się w tęczówkach, wyglądał na słabszy niż ten, którym obdarzał Harry'ego jeszcze za czasów szkoły. Przerażał go jednak znacznie bardziej. Był o wiele zimniejszy i zdawał się sięgać głębin.
Malfoy milczał, ale jego szczęka była tak zaciśnięta, że nawet Harry to zauważył. Przełknął nerwowo ślinę, odstawiając jedzenie na bok.
— Nie wiedziałem, że nie śpisz — zaczął głosem bardziej zachrypniętym niż zazwyczaj, gdy się denerwował.
— Wypuść mnie.
Odchrząkując i przestawiając posiłek na szafkę, wiercił się przez dłuższą chwilę, aż w końcu odparł:
— Nie mogę tego zrobić. — Malfoy nie odpowiedział, wpatrywał się tylko w ciszy w Harry'ego, który zebrał się na odwagę i przysunął bliżej. — Ja… przyniosłem ci kanapkę — powiedział, spoglądając z niepewnością w oczy Malfoya, ale szybko odwrócił wzrok, zastanawiając się niemal desperacko, jakim cudem chłopak tak wydoroślał, odkąd widzieli się w szkole po raz ostatni. Wciąż nie słysząc odpowiedzi, postawił jedzenie na nocnym stoliku. — Wydaje mi się, że czujesz się lepiej — zaryzykował.
Ale tak nie jest.
— Cóż, nie krzyczysz już i nie szamoczesz się, prawda? Powiedziałbym, że to jakiś postęp.
Malfoy odwrócił głowę i zacisnął usta. W końcu, po długiej chwili ciszy, zapytał:
— Dlaczego to robisz? Trzymasz mnie tu, przywiązujesz do łóżka. To do ciebie raczej niepodobne, Potter.
— Nie pamiętasz? — odpowiedział Harry, wzruszając ramionami. — Krzyczałeś, a jedynym sposobem, w jaki mogłem to powstrzymać, był dotyk. A więc przyniosłem cię tutaj.
Tym razem Malfoy wbił w niego wzrok lśniący zimnym rozbawieniem.
— Spaliśmy razem, tak? — zadrwił.
— Powinieneś okazać większą wdzięczność! — rzucił Harry, tracąc już cierpliwość. — Mogłem zostawić cię na drodze tak, jak mi kazali!
— Więc dlaczego tego nie zrobiłeś? — zapytał Malfoy cicho po chwili milczenia.
— Uratowałeś Ginny.
Malfoy roześmiał się oschle, co wystraszyło Harry'ego. Postępując kilka kroków w kierunku drzwi, ze wstrętem uświadomił sobie, że drży.
— A więc w zamian za ocalenie tej dziewczynie jej bezużytecznego życia, wspaniały Harry Potter wziął mnie sobie za więźnia? Jesteśmy teraz kwita, czyż nie? — W ostatnim zdaniu pobrzmiewał sarkazm. — Być może niektórzy uznaliby przywiązanie do twojego łóżka za zaszczyt, ale nie ja. Wypuść mnie, Potter, albo mój ojciec sprawi, że tego pożałujesz.
— Ciągle musisz polegać na ojcu albo na tych swoich groźbach? Zupełnie tak, jak w szkole — zakpił Harry, teraz stojąc bezpiecznie w progu.
— To nie groźba, Potter — odpowiedział Malfoy miękko, niemal smutno. — Tak po prostu jest. Myślisz, że gdyby nie ja, wciąż byś żył?
Harry przyglądał mu się przez długi moment, po czym zapytał:
— Co masz na myśli?
Na twarzy Malfoya zakwitł drwiący uśmiech, ten sam, który przypominał Harry'emu o zarozumiałym chłopcu, żałującym, że nie jest dziedzicem Slytherina, po czym dodał szyderczo: — Zapytaj o to swoją ukochaną małą Weasley.
— Ginny? — Harry zmarszczył brwi, ale nie doczekał się odpowiedzi. Zirytowany, rzucił tylko: — Zjedz kanapkę, Malfoy.
— Związałeś mi ręce.
— Och. Tak. — Czując się dość głupio, Harry uwolnił jedną z dłoni Malfoya, położył mu na kolanach kanapkę, po czym wycofał się z powrotem do progu, obserwując chłopaka nerwowo. Malfoy obrócił głowę w stronę okna, a złote światło omiotło jego twarz. — Malfoy — zaczął po chwili ciszy. — Ta klątwa, czym ona jest?
— Myślisz, że ci powiem? — odpowiedział leniwie. — Poza tym, to już koniec.
Harry miał jednak przeczucie, że to dopiero początek.


— Ginny, kochanie.
Ginny nie poruszyła się. Charlie, sfrustrowany, westchnął i zdmuchnął świeczkę, którą trzymał, aby oświetlić sobie drogę. Już miał opuścić pokój, gdy dziewczyna odezwała się:
— Charlie. Opowiedz mi jakąś historię.
— Historię? — Uśmiechnął się lekko i odstawił świeczkę. Było późne popołudnie, ale pokój Ginny, dzięki zaciągniętym zasłonom, spowijała ciemność.
— Tak, proszę.
— Jaką historię? — To dziwne, pomyślał. Od czasu, gdy się obudziła, nie okazywała pragnienia interakcji z kimkolwiek. Przeważnie odpowiadała im, kiedy była o coś pytana, ale zdawała się zdecydowanie bardziej zadowolona mogąc pogrążyć się we własnych myślach i wpatrywać w przestrzeń.
— Miłosną — odpowiedziała. — Tragiczną historię miłosną o ludziach, którzy nigdy nie byli sobie przeznaczeni, ale nie potrafili przeciwstawić się namiętnościom.
— Bajkę?
— Bajki zawsze kończą się szczęśliwie, Charlie.
— Nie chcesz szczęśliwego zakończenia?
— Ci, którzy takich chcą, rzadko ich doświadczają, a ci, którzy ich doświadczyli, nie widzą szczęścia, dopóki im się ono nie wymknie. — Przerwała. Charlie nie wiedział, co odpowiedzieć. Ginny westchnęła. — Nie potrzebuję bajki, Charlie. Tylko historię.
— Pewnego razu, w odległej krainie… — zaczął.
— Och, nie chcę odległych krain! — krzyknęła. — Niech będzie blisko. Opowiedz o czymś prawdziwym. Prawdziwą historię.
— Prawdziwą? — Sytuacja zaczynała go drażnić. — A co będę z tego miał?
Rozważała pytanie przez moment, a potem wyciągnęła rękę i dotknęła chropowatej od pracy ze smokami.
dłoni brata,
— Jeśli ty opowiesz mi historię, ja też ci jakąś opowiem.
Charlie westchnął, po czym zaczął ponownie:
— Pewnego razu, w krainie znajdującej się niezbyt daleko, żył chłopiec, który był zakochany tak długo, jak tylko pamiętał… — Przerwał. Nie był zbyt dobry w opowiadaniu miłosnych historii.
— W kim? — zapytała cicho.
— W kimś, kto miał zielone oczy — odpowiedział. Wziął głęboki oddech. — Jasną cerę i ciemne włosy. Ten ktoś był odważny i szlachetny, jednocześnie zbyt młody i w jakiś sposób stary.
— I co się stało? — Uśmiechnęła się.
— Pewnego dnia, gdy cały jego świat legnął w gruzach, nasz bohater cierpiał, a wtedy chłopiec, którego kochał…
— Chłopiec?
— Eee, tak. Chłopiec.
— Mów dalej.
— Chłopiec, którego kochał niemal całe swoje życie, odwiedził go, a ten w nim zakochany był tak zrozpaczony, że nie myślał jasno. Pocałował go. I oni, cóż, oni…
— Charlie, mogą się pieprzyć — stwierdziła Ginny. — W prawdziwych historiach ludzie niemal zawsze to robią.
Zaczerwienił się, co wytrącało go z równowagi i nie wiedział, czy złajać swoją małą siostrzyczkę za mówienie o tym, czy może zignorować ten fakt i opowiadać dalej. W końcu, westchnąwszy, dokończył:
— Tak, pieprzyli się.
— A czy było tak wspaniale i tak magicznie, jak chłopiec sobie wymarzył?
— Nie.
— Och.
— Chłopiec, który kochał, czuł się okropnie.
— Och.
— Koniec.
— Niech będzie — powiedziała Ginny z cichym parsknięciem. — Teraz moja kolej. Pewnego razu była sobie dziewczyna, która czuła się pusta w środku i mężczyzna, który również się tak czuł. Smok porwał dziewczynę, zabierając ją od rodziny, jej życia i wszystkiego, co kochała, po czym oddał ją mężczyźnie na przetrzymanie. Została z nim na wieki, a on dawał jej wino i najwykwintniejsze posiłki, jakie kiedykolwiek widziała. Poznawali siebie, pielęgnowali rosnącą miłość, a potem on pozwalał jej pić wino z tego samego pucharu i karmił ją z ręki malutkimi kawałkami jedzenia. Ona też go karmiła, pozwalała mu wypełnić swoje wnętrze, dopóki nie pękała od nadmiaru motylków i bąbelków, dopóki nie zapomniała o brutalności, brudzie i smoku, dopóki wszystko, co istniało na świecie, nie stało się jego głosem i dotykiem i nic innego się nie liczyło, ponieważ znalazła się w niebie.
Charlie zmarszczył brwi i wyszeptał cicho:
— A potem?
Ginny nie odpowiedziała. Zamknęła oczy, jej oddech zwolnił. Ponownie zatraciła się w nim.


Gdy z sypialni do jego uszu dotarł stłumiony jęk, był już niemal wieczór. Harry odłożył książkę, którą czytał i podkradł się do drzwi, zaglądając przez nie do środka. Malfoy, wciąż przywiązany do wezgłowia, odwrócił twarz i przywarł nią do swojego ramienia, starając się zamaskować tym urywane, desperackie jęki, wydzierające się spomiędzy jego warg.
— Malfoy? — zapytał Harry miękko, wślizgując się z wahaniem do pokoju.
Chłopak odwrócił się, by spojrzeć na niego szeroko rozwartymi, przepełnionymi paniką oczami, wyglądając przy tym jak złapane w pułapkę zwierzę.
— Wynoś się — warknął.
— Co się dzieje? Klątwa?
Wynoś się.
— Jeśli cię dotknę, czy… — Podchodził coraz bliżej. Wyciągnął rękę i dotknął wierzchu dłoni Malfoya. Zanim dokończył pytanie, ręka chłopaka oplotła jego nadgarstek i trzymała go mocno nawet wtedy, gdy z ust Malfoya wydarł się duszący szloch. — Och — wymamrotał Harry słabo. Wytrącony z równowagi, opadł bezwładnie na jedną stronę łóżka, trzymając nadgarstek Malfoya tak mocno, jak on trzymał jego. — W porządku — powiedział, kładąc drugą dłoń na piersi chłopaka, która podnosiła się i opadała ciężko od wysiłku, jakim było powstrzymywanie efektów ciążącej na nim klątwy. — Już w porządku — wyszeptał, a potem przygryzł wargę, obserwując Malfoya z niepokojem. — Nie odejdę.
— Och, kurwa — wysapał chłopak i zamknął oczy, przyciskając twarz do dłoni Harry'ego.
— Cii, już dobrze — powtórzył Harry, przerażony zmianą zaszłą w Malfoyu, który z zimnego człowieka przeobraził się w desperacko drżącą kupkę nieszczęścia. — Już dobrze.
— Wynoś się — błagał go, ale Harry się nie poruszył.
Pogorszyło się, a niedługo potem Malfoy znów stracił przytomność. Całe jego ciało dygotało, pokryte zimnym potem. Wyglądało to tak, jakby został wciągnięty w koszmar lub coś podobnego, a Harry czuł się słaby i bezsilny, siedząc jedynie obok niego i trzymając go za rękę. Być może Malfoy był jedynym, który cierpiał, ale oczy Harry'ego zapiekły łzami. Nienawidził bezsilności. Niedługo potem wślizgnął się na łóżko, przywierając do Malfoya, oplatając go ramionami i szepcząc w jego włosy uspokajające słowa.


Byli ze sobą spleceni, a Harry z pewnością nie chciał, by tak się stało. By jego ramiona obejmowały Malfoya, jedna noga przytrzymywała jego nogi, a twarz przywierała do piersi chłopaka.
Najbardziej jednak niepokojącym faktem było to, że Malfoy nie spał. Leżał nieruchomo na plecach z jedną ręką wciąż przywiązaną do łóżka, a drugą wyciągniętą i wgniecioną w poduszkę przez policzek Harry'ego. Oczy miał otwarte, lecz jego spojrzenie było szkliste i zamglone, a twarz zwróconą tak, że wpatrywał się w czubek jego głowy. Oddychał spokojnie i równomiernie.
— Nie chciałem cię budzić — powiedział chłodno.
Harry wstał, pocierając zmarszczki na policzku, utworzone przez sweter Malfoya, po czym zamrugał sennie.
— C-co… się stało? — wymamrotał niewyraźnie.
Oczy Malfoya w końcu odwróciły się w jego stronę i obserwowały go w ciszy.
— Cóż, zdaje mi się, że zasnąłeś.
Chłopak wyglądał, jakby czuł się bardzo niekomfortowo, więc Harry, który wciąż był śpiący i nie myślał zbyt jasno, usunął zaklęcie wiążące. Gdy Malfoy masował nadgarstek, wstając powoli, Harry wyprostował się i przeczesał palcami włosy.
— Dobrze się czujesz? — zapytał.
— Och, oczywiście, Potter. Obudzić się z tobą przy boku zawsze było moim marzeniem. Wzruszające, naprawdę.
Sarkazm ten użądlił Harry'ego. Wstał, po czym skierował się do drzwi.
— Przepraszam — powiedział, czerwieniąc się. — Nie zamierzałem zasnąć. Ja…
Chciał wyjść z sypialni, ale powstrzymał go głos Malfoya:
— Znaleźliśmy sposób, by przetransportować moc dementorów do ludzkiego umysłu. — Chłopak zwilżył usta i kontynuował pustym głosem: — To w pewnym sensie go łamie i czujesz się tak, jakby… jakbyś miał w głowie dementora. Przychodzi i odchodzi, szaleństwo. Koszmary. To tak, jak gdybyś został wciągnięty w środek tego, czego najbardziej się boisz, do przerażającego snu, z którego nie możesz się obudzić.
— Czy… czy to jest na zawsze? — wyszeptał Harry, ogarnięty grozą.
Malfoy odwrócił wzrok.
— Kim jestem, żeby to wiedzieć? Odkryłem to dopiero kilka dni temu. Obiekty doświadczalne nie zdążyły wykazać żadnych symptomów długoterminowych…
— Obiekty doświadczalne? — Harry'emu przyszła do głowy straszna myśl. — G-Ginny?
Posyłając mu nieprzyjemne spojrzenie, Malfoy potrząsnął głową.
— Nie, nie była jedną z nich.
Harry przytaknął na znak, że zrozumiał. Nie pytał, skąd wzięli swoje obiekty doświadczalne.
— Czy… jest bardzo źle?
— Myślę, że można porównać to ze śmiercią i pójściem do piekła — odpowiedział Malfoy bezbarwnym głosem. Zerknął na Harry'ego i przełknął ciężko ślinę. — Ludzki dotyk, twój dotyk odpiera koszmary. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale gdy… gdy mnie dotykasz, to zanika. Wciąż jestem zamknięty w koszmarze, ale przypominam sobie, że nie jest prawdziwy. To tak, jakbym nagle pamiętał, aby być odważnym.
— Prawie nic o niej nie wiedziałeś i wciąż używałeś klątwy w bitwie?
— Pozwala pozbyć się przeciwników, zabiera mniej energii niż zaklęcie uśmiercające, bo transportuje energię z dementorów. Nie musimy jej rozumieć tak długo, dopóki działa. — Harry nie miał pojęcia, co odpowiedzieć, wpatrywał się więc tylko w swoje dłonie i odchrząknął. — Teraz jesteś zadowolony? — wycedził Malfoy. Harry spojrzał na niego pytająco. — Powiedziałem ci wszystko, co wiem, więc puść mnie wolno.
— Nie mogę.
Otępiałą uległość w oczach Malfoya zastąpiła furia.
— Więc wyślij mnie do więzienia, zabij, cokolwiek! Nie mogę leżeć przywiązany tak do twojego cholernego łóżka, Potter!
— Już nie jesteś przywiązany — odparł Harry.
Malfoy zamrugał i zmarszczył czoło.
— Powstrzymałbyś mnie, gdybym uciekł?
— Potrzebujesz mnie. Nie mogę puścić cię wolno.
— Nie zostanę tutaj — wyrzucił Malfoy.
— A więc będę musiał z powrotem cię przywiązać.
Wpatrywali się w siebie, zbyt uparci, by przerwać kontakt wzrokowy, a potem Harry skinął głową w kierunku drzwi.
— Łazienka jest tam, Malfoy, skorzystaj, póki masz szansę.
— A jeśli odejdę?
— Wciąż mam twoją różdżkę.
Gniew Malfoya rozgorzał jeszcze bardziej. Wymaszerował do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi. Nie zobaczył już, jak twarz Harry'ego przecina nieznaczny, krzywy uśmiech.


— Wszystko jest takie pokręcone — powiedziała Ginny, a lekko przestraszony Ron spojrzał na nią znad szachów. To pierwsza rzecz, jaką powiedziała od godziny.
— Co? — zapytał, odkładając szachownicę na bok. Wcześniej usiłował zachęcić siostrę do gry, Ginny jednak nie odpowiadała, pogrążając się tylko w myślach z pionkami na kolanach.
— Pokręcony. Cały świat jest pokręcony. Jestem taka zmęczona, Ron.
— Co się z tobą stało? Kto ci to zrobił? — wyrzucił z siebie, sfrustrowany i wściekły.
Zamrugała, po czym spojrzała na niego, wyglądając na nieco zaskoczoną. Ron był, jak na złość, szczęśliwy z powodu zmiany na jej twarzy.
— Co się ze mną stało? — powtórzyła z wahaniem.
Od kiedy była w domu, Ginny nie powiedziała słowa na temat tego, co jej się przydarzyło, gdy przetrzymywano ją w dworze Malfoyów, a Ron nie potrafił tego dłużej znieść.
— Powiedz mi, co się stało — poprosił.
— Nic, tak naprawdę, nic się nie stało. — Zmarszczyła czoło. Ron sięgnął po jej dłoń i ścisnął ją mocno. Ginny spróbowała mu ją wyrwać.
— Pamiętasz czasy, gdy byliśmy dziećmi? — zapytał desperacko. — Gdy byłaś małą dziewczynką z nieokiełznanymi, rudymi włosami i błyszczącymi oczami, która nie mogła opędzić się od kłopotów? A ja zawsze kryłem cię przed mamą i tatą, zawsze pomagałem wydostać się z tarapatów, w które wpadłaś, oczyszczałem twoje zadrapania i całowałem siniaki, żebyś poczuła się lepiej. — Przytaknęła mu powoli, na co Ron zamknął oczy. — Dlaczego nie pozwolisz mi pomóc sobie i tym razem? — wyszeptał.
Wyswobadzając dłoń z uścisku, potrząsnęła głową i odpowiedziała cicho:
— To nie jest normalne. Wszystko jest takie pokręcone.
— Co nie jest normalne?
— To, jak na mnie patrzysz.
— Ginny. — Był przerażony. Ponownie złapał ją za rękę, trzymając mocno swoimi dłońmi. — Co masz na myśli? Patrzę na ciebie tak, jak zawsze.
Jednak nie patrzył. Coś zmieniło się wtedy, gdy zniknęła, a teraz wróciła i nie potrafił oderwać od niej wzroku w obawie, że znów mu się wymknie. Należała do niego, zawsze, a ciemna, zaborcza furia wrzała w jego wnętrzu od momentu, gdy pojawiła się ponownie, odległa, bujająca w obłokach, smutna.
— Patrzysz na mnie tak, jakbyś chciał mnie pocałować — odparła pełna powagi. — To mnie przeraża.
Oniemiały, roześmiał się, puszczając jej dłoń i odsuwając się.
Pocałować cię? Jesteś moją siostrą! — Gdy tylko krzyknął, jego wzrok powędrował na jej wargi. Zwilżył nerwowo usta. — To szaleństwo, Ginny. Poza tym… — chciał zapytać, dlaczego ją to przeraża. Chciał płakać, bo to bolało, bo nic nie rozumiał. — Poza tym — powtórzył — skąd mogłabyś wiedzieć, jak wygląda ktoś, kto chce cię pocałować? Nigdy nikt cię nie całował, Ginny.
Na jej ustach zamigotał dziwny, nieznaczny uśmiech.
— Całował — wyszeptała.
— Nieprawda!
— Prawda. — Poprawiła się na łóżku i odwróciła wzrok. — Lucjusz mnie pocałował.
Rona oślepiła lodowata, czarna furia. Jego siostrę całował ten potwór, jego siostra dotykana przez Malfoya! To było nie do zniesienia, było rzeczą niemożliwą, niewyobrażalną i chciał, musiał zabić.
— Już jest martwy — warknął. — Jesteś moją siostrą, jesteś moja, a on cię dotknął… Rozerwę go na strzępy. Nikt nigdy więcej cię nie dotknie. Nikt.
— Ale Ron… — wyszeptała. — W takim razie ty też nie powinieneś mnie dotykać.
— Tak, żaden z nas nie powinien!
Ginny powoli zamknęła oczy i westchnęła. Ron był zbyt zajęty planowaniem morderstwa Lucjusza Malfoya, by to zauważyć.

Przychodząca i odchodząca fala obłędu odciskała swoje piętno na Malfoyu. Minęło już parę dni i nie wyglądał najlepiej. Był blady, miał cienie pod oczami i schudł tak bardzo, że Harry nie był pewien, czy chłopak wciąż żyje. Kiedy mówił, jego głos brzmiał tak ochryple i sucho, że ciężko było go słuchać. Martwił się, ale nie do końca wiedział, dlaczego. Czy miałoby to jakiekolwiek znaczenie, gdyby Malfoy umarł? Oczywiście lepiej byłoby, gdyby został przy życiu, ale jeśli by umarł… Tylu ludzi zginęło już w tej wojnie z ręki Harry'ego… Gdyby nie zdołał ocalić jednej osoby, czy ktoś w ogóle zwróciłby na to uwagę, przejąłby się?
— Potter? — wychrypiał Malfoy, a Harry zamrugał. Od kilku minut stał w drzwiach sypialni, obserwując śpiącego Malfoya i nie zauważył, że chłopak się obudził.
— Tak?
— Jestem… pić mi się chce. — Jego głos nie brzmiał już wyniośle, nie było w nim słychać wściekłości. Jedyne, co w nim pozostało, to wyczerpanie i pragnienie.
Harry pobiegł do kuchni po wodę, przyniósł ją i ostrożnie pomógł Malfoyowi (którego skóra była cienka i delikatna w dotyku, a on sam ważył nie więcej od motyla) usiąść i przybliżył wodę do jego. Kiedy próbował tego za pierwszym razem, Malfoy rzucił w niego szklanką. Teraz był tak wycieńczony, że po prostu pił.
— Dobrze się czujesz? — zapytał Harry z troską. Czasem, kiedy chłopaka ogarniał obłęd, łatwo zapominał, że osobą, którą się opiekował, jest Malfoy. Ale w chwilach jasności umysłu, takich jak teraz, Harry nie wiedział, co powiedzieć, co robić. To nie było normalne: widok Malfoya umierającego w łóżku Harry'ego z ręką zawsze przywiązaną do wezgłowia.
— Wiesz, co masz zrobić — wyszeptał Malfoy.
Harry odsunął się od niego jak oparzony.
— Nie…
— Tylko tak można to przerwać. Błagam… — Dobrze wiedział, ile proszenie o cokolwiek musiało go kosztować. Mimo to Harry nie ustępował.
— Nie zabiję cię.
Malfoy wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, a potem zamknął oczy i odwrócił głowę. Nim zdążyły paść jakiekolwiek słowa, Harry usłyszał pukanie do drzwi wejściowych.
— Cii — syknął ostrzegawczo. — Nikt nie może wiedzieć, że tu jesteś.
Charlie. Kiedy Harry otworzył drzwi i zobaczył, że to on, poczuł w żołądku bryłę lodu.
— Ch-Charlie.
— Harry. — Mężczyzna miał dzikie, szalone spojrzenie i bladą twarz. Jego ciało drżało nerwowo. — Mogę wejść?
Chciał mu odmówić, ale zamiast tego odsunął się i Charlie wszedł do środka.
— Przepraszam. Nie mogę wrócić do domu. Nie mogę tego znieść. Ginny postradała rozum. — Przeczesał włosy palcami. — Musiałem stamtąd uciec, ale nie miałem gdzie pójść. Nie chciałem iść nigdzie indziej. To tak… Gdy jesteś w pobliżu, nic nie może się stać. Jakbyś zapewniał bezpieczeństwo.
Harry zamrugał.
— Dziękuję — odpowiedział drżącym głosem, ale tak naprawdę nie był wdzięczny. Nie chciał tu Charliego, nie chciał być dla niego bezpieczną oazą. Charlie wszedł do drugiego pokoju i usiadł na kanapie. Harry zamknął oczy. Z chwilą, kiedy mężczyzna wszedł do środka, cisza w pokoju stała się głośniejsza. Przez kilka ostatnich dni byli tu tylko Harry i Malfoy, a otaczało ich delikatna, niepewna atmosfera. Teraz wszystko wokół drżało i Harry zapragnął pobiec do swej sypialni, wtulić się w Malfoya i zasnąć, tak jak robił to każdej nocy od jego przybycia.
Zamiast tego, usiadł obok Charliego. Po chwili przerwał dziwną, napiętą ciszę:
— Co u Ginny? — Oczy Charliego stały się zimne.
— Coś jej się stało, Harry… Coś, o czym nie chce nam powiedzieć. Na jej ciele nie ma blizn ani siniaków, ale spotkało ją coś strasznego. Ron uważa, że została zgwałcona lub coś w tym rodzaju, ale ona ani temu nie zaprzecza ani nie potwierdza.
— Z-Zgwałcona?
— Powinna płakać — kontynuował cichym głosem. — Czy jeśli jej to zrobili, nie powinna płakać? Czy... czy coś? Ona po prostu siedzi jak lalka, w ogóle nie możemy się z nią porozumieć, a ja nie wiem, co mam robić, ale przysięgam, Harry… Jeśli kiedykolwiek zobaczę któregoś z Malfoyów, rozerwę go na strzępy. — Harry przełknął ślinę, mając ogromną nadzieję, że Malfoy tego nie usłyszał. Chciał umrzeć, a czy nie najlepszą drogą ku temu było uświadomić Charliemu, że tu jest?
— Tak mi przykro — wyszeptał Harry. Było mu przykro za dużo więcej, niż mógł ujawnić. Przepraszał za ukrywanie Draco Malfoya po tym, co ten zrobił Ginny. Czy pozbył się jej dlatego, że z nią skończył? Była tak poraniona i zakrwawiona, kiedy ją odnalazł.
Harry odpłynął do swoich myśli, ale został z nich wyrwany, kiedy z zaskoczeniem odkrył, że Charlie nagle pojawił się obok niego.
— Harry — zaczął naglącym tonem, który Harry tak dobrze rozpoznawał. Oczy chłopaka rozwarły się szerzej, a ręce zaczęły się trząść.
— Słucham? — zapytał szeptem.
— Ja tylko… — Charlie odsunął się, jego oczy powędrowały z twarzy Harry'ego na jego dłonie. Nakrył je swoimi. — Po prostu przed chwilą wyglądałeś na bardzo zasmuconego.
Harry nie odpowiedział, nie poruszył się, nie wiedział, co ma robić.
— Czy myślisz czasem o tym? O nocy, którą razem spędziliśmy?
Harry odpowiedział szczerze:
— Tak. — Ale, na bogów, nie w taki sam sposób jak myśli o niej Charlie.
Charlie wyglądał na uspokojonego.
— Och, ja także. — O Boże. Wielka gula w gardle nie pozwoliła Harry'emu się odezwać. — Musimy porozmawiać, Harry. Muszę ci coś wyznać…
— Nie mogę… Nie mogę rozmawiać. — Harry podniósł się szybko. — Musze iść, Charlie. Pilne… pilne spotkanie z D-Dumbledore'em. Przepraszam. Później. Pogadamy później.
Charlie wyglądał na zaskoczonego, ale ruszył za Harrym do drzwi. Nie odezwał się, ponieważ Harry wciąż mówił, nie pozwalając mu dojść do słowa. Szybko znaleźli się na ulicy i rozdzielili, ruszając w przeciwnych kierunkach, co nie pozwoliło na żaden dotyk, którego Harry nie mógłby znieść.
Rzeczywiście udał się do Dumbledore'a, nie mieli jednak zaplanowanego spotkania. Musiał po prostu uciec od Malfoya i Charliego. Dyrektor wyglądał na wykończonego i niezadowolonego.
— Harry — przywitał go ze słyszalną ulgą w głosie. Siedział otoczony książkami, które przeglądał w nadziei na znalezienie lekarstwa na klątwę.
— Znalazł pan już coś? — zapytał nerwowo.
— To trudniejsze, niż się wydaje. Ofiary, w czasie, gdy myślą jasno, opisują strach i panikę, jakie się w nich rodzą, kiedy klątwa zaczyna działać. To skomplikowane.
— Chyba wiem, co tę klątwę powoduje — wyszeptał chłopak.
Wzrok Dumbledore'a wyostrzył się.
— Co takiego? — Jego głos był cichy, miękki, tak jakby wiedział, że Harry ma sekret, którego nie może wyjawić, ale nie chcąc jednocześnie go przyciskać. Wolał tego nie robić, jeśli w zamian chłopak mu pomoże.
— Dementorzy. To przesyłanie ich mocy do… umysłu. Życie… życie w koszmarze. Ludzie nie wiedzą, że to koszmary, nie pamiętają, jak to jest być obudzonym, więc to wydaje się trwać wieczność.
Dumbledore zamrugał, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
— Jak…? — przerwał, a Harry nie odpowiedział na niedokończone pytanie. Nie mógł wyjawić, skąd to wiedział, a dyrektor zaakceptował to z ciężkim westchnieniem. — Uważaj na siebie, Harry. Ludzie w naszych czasach tak szybko oceniają innych, nie widząc pełnego obrazu sytuacji.
Przełykając szybko ślinę, Harry zapytał:
— Myśli pan, że jest na to lekarstwo?
— Nie mam pojęcia. Jeśli to rzeczywiście magia dementorów, to może jakaś wariacja Patronusa… — Odwracając wzrok, Dumbledore oddalił się, pogrążony w myślach. Harry wykorzystał tę okazję, by wymknąć się z pokoju, zostawiając starego czarodzieja samego w swoich poszukiwaniach.
Wrócił do mieszkania. Pod drzwiami zastał trzech zaniepokojonych sąsiadów. Wyglądali na przerażonych.
— Co się stało? — zapytał. Sekundę później zrozumiał. W powietrzu rozległ się zachrypły, zwierzęcy skowyt.
— O kurwa — wycedził. — Mam psa zamkniętego w domu. Nienawidzi być sam — wyjąkał, zatrzaskując im drzwi przed nosem. Skrzywił się, kiedy Malfoy ponownie wrzasnął.
— Malfoy! — krzyknął, biegnąc do sypialni. — O cholera. Malfoy, przepraszam. — Malfoy chciał wyrwać się z magicznych więzi, które wbijały się w jego nadgarstki i przecinały skórę. — O Boże, Boże — powtarzał, wspinając się na łóżko i szybko usuwając więzy. — Malfoy… Ciii. Przepraszam, przepraszam. — Głaskał jego twarz, wykrzywioną, bladą i zlaną potem. Dzięki temu prostemu dotykowi napięcie odeszło i ciało Malfoya opadło na łóżko. — Cii. Boże. Przepraszam — szeptał. Poczucie winy niemalże go miażdżyło, wbrew temu, że Malfoy sam sobie zawinił. Harry zostawił go samego i nie mógł nawet stwierdzić, jak długo chłopak był w tym stanie. Chwytając jedną rękę Malfoya, drugą przerzucił przez swój bok, przyciągając go do swojej piersi. Przytulił go mocno, tak że dotykał go całego. Stopniowo tętno i puls Malfoya zaczęły się stabilizować.
Zamrugał i otworzył oczy, kiedy Malfoy mruknął słabo:
— Nie… Nie było cię tu… — Jego głos był ochrypły.
— Przepraszam — jęknął Harry. Odsunął się nieco i zatopił nos we włosach chłopaka.
— Już w porządku… — Głos Malfoya był jednak niewyraźny i tak słaby… Harry głaskał jego plecy i tulił go tak długo, dopóki nie zasnął.


Minęła dłuższa chwila. Oddech Malfoya, delikatny i lekki jak puch, owiewał szyję Harry'ego. Od czasu do czasu chłopak szlochał we śnie. Harry nie spał, nie poruszał się, nawet nie oddychał zbyt głośno, leżał tylko i w milczeniu obserwował śpiącego Malfoya, panikując cicho, gdy ten zdawał się od niego odsuwać. Nie chciał trzymać go zbyt mocno, aby go nie zranić.
Malfoy poruszył się, jęknął słabo i wtulił twarz w ramię Harry'ego.
— Potter? — wyszeptał zachrypłym głosem.
Zamykając oczy, Harry w odpowiedzi zacieśnił tylko uścisk. Malfoy się obudził, więc powinien odsunąć się, uciec, ukryć, zrobić coś lub nie robić nic, ale nie potrafił. Po prostu tulił go mocniej.
— O czym śnisz? — zapytał.
Malfoy zwilżył usta, a Harry poczuł, jak język chłopaka muska krawędź jego szyi.
— Co?
— Koszmary. O czym są?
Malfoy zakwilił, ukazując fizyczną i umysłową dezintegrację, co było tak bardzo nie w jego stylu, że Harry zadrżał.
— Nieważne — odpowiedział cicho. Podniósł głowę i odgarnął włosy z oczu. Nawet jeśli uznał przytulanie się do Harry'ego w ten sposób za dziwne, nie skomentował tego. W zamian dodał: — Ktoś tu był. Zanim wyszedłeś.
— Charlie. Brat Rona.
Malfoy wyglądał na zmieszanego. Jego oczy, ogromne i ciemne, zmrużyły się.
— Dlaczego?
— Co „dlaczego"? — powtórzył Harry, głaszcząc Malfoya po plecach. Czuł, jak chłopak drży pod jego dotykiem, ale o nic nie zapytał.
— Dlaczego tu był?
— Ach, przez Ginny. Malfoy, wiesz dlaczego… czy wiesz… co się z nią stało?
Malfoy uśmiechnął się kpiąco. Dziwne, że nawet tak słaby, blady i chudy nadal mógł się uśmiechać.
— Powie ci, jeśli będzie chciała, żebyś wiedział.
— Zrobiłeś jej krzywdę?
— Nie.
— To dobrze. — Zamknął oczy i pozwolił sobie wypuścić zatrzymywany w płucach oddech. Dodał cicho: — Charlie i ja… my… on był zdenerwowany i pewnej nocy… spaliśmy ze sobą. — Nerwowo otwierając oczy ujrzał, jak Malfoy obserwuje go w milczeniu, a gdy chłopak nie skomentował tego, co usłyszał, Harry nabrał pewności i kontynuował: — Nie wiedziałem. Że tak to będzie.
— Jak? — zapytał Malfoy ostrożnie.
— Bolało, a Charlie… Boję się go.
Nie miał pojęcia, dlaczego zwierzał się Malfoyowi. Okazało się to jednak takie łatwe, bo ten Malfoy był inni niż chłopiec, którego Harry znał. Tak blady i kruchy. Tak cichy.
— Dlaczego więc przyszedł?
— Nie wiem — odpowiedział szeptem. — Ale jeśli dotknie mnie jeszcze choć jeden raz, przysięgam, Malfoy, umrę.
— Nie pozwól mu. Nie musisz mu na to pozwalać. — Malfoy wzruszył ramionami, a Harry z niepokoju przygryzł wargę.
— Nie ruszaj się zbyt dużo, jesteś taki słaby — wyszeptał.
Malfoy zmrużył oczy.
— Pieprz się — warknął.
— Przepraszam, ja tylko… martwię się i…
— Martwisz się? — Malfoy zamrugał. — O mnie?
— Pomogłeś Ginny uciec, a klątwa miała uderzyć we mnie i… jesteś słaby, a ja nie wiem, jak ci pomóc.
Malfoy wyglądał tak, jakby chciał się kłócić, dalej dyskutować, ale wyczerpanie sprawiło, że znów zaczął drżeć. Zamknął oczy i burknął z irytacją:
— Jestem zmęczony.
— Śpij. Tym razem cię nie zostawię.
Malfoy na moment uniósł powieki, a całe jego płomienne oburzenie i wściekłość osłabło, zastąpione przez jaśniejącą bezsilność. Po chwili zamknął oczy i, położywszy głowę na piersi Harry'ego, zasnął.

KONIEC ROZDZIAŁU DRUGIEGO