TŁUMACZENIE ZA ZGODĄ AUTORKI.
BETA: KACZALKA
ROZDZIAŁ TRZECI:
Więzy
"Więc śpisz teraz spokojnie
A ja leżę i modlę się
Byś jutro był silny
Byśmy ujrzeli kolejny dzień
Wychwalali go
A miłość jawiła się niczym światło,
Które przynosi uśmiech na twej twarzy
Trzymaj się, trzymaj,
Będzie bolało jak diabli"
(Sarah McLachlan, „Hold on")
Pierwszy pocałunek z Lucjuszem był jednym z ulubionych wspomnień Ginny, ponieważ wtedy wreszcie ją wypuścił i zabrał do ogrodów. Nie pytała, dlaczego otrzymała taki przywilej, tak naprawdę wcale jej to nie interesowało, bo znalazła się na zewnątrz, gdzie słońce padało na twarz i czuła się, jakby w tamtym pokoju była zamknięta od wieków.
Oczywiście Lucjusz towarzyszył jej, jednak przez ostatnie dni zdawał się wychodzić z roli porywacza i stawał się kimś innym, mniej przerażającym. Stał nieopodal i przyglądał się, jak Ginny wybiega do ogrodów, nie zdolna iść ani zatrzymać się, by powąchać kwiaty, bo przed nią roztaczały się długie mile ścieżek, po których mogła biec, słońce całowało jej twarz, a wiatr wplątywał się we włosy i czuła się wolna, mimo że wolność ta była tylko iluzją.
Latały tam motyle monarchy i jeszcze inne, malutkie i niebieskie, a Ginny zawsze kochała motyle. Goniła je więc po ogrodzie, śmiejąc się, gdy jeden z nich zaplątał się w jej włosy i nawet wtedy, gdy delikatnie starała się pomóc mu w ucieczce.
Lucjusz powiedział jej później, że ten wybuch śmiechu po raz pierwszy kazał mu spojrzeć na nią jak na kogoś, kogo trzeba zatrzymać i chronić. Ponieważ uśmiechała się, a nie robiła tego wtedy, gdy spędzali dni w jej pokoju, a także z powodu sposobu, w jaki promienie słońca padały na jej włosy, czyniąc je lśniącymi niczym stopione ze sobą płomienie.
Pocałował ją wściekle. Był zły, ponieważ Ginny to tylko mała dziewczynka, zły, bo nic nie jest takie proste, a ona w swej wolności była ostrożna niczym motyl. Ginny powinna się lękać, lecz Lucjusz, nawet rozgniewany, nie potrafił sprawić, by zaczęła czuć strach.
Była zaskoczona, ale odwzajemniła pocałunek, słodko i delikatnie, dopóki furia nie zanikła, dopóki nie całował jej tak, jak ona jego.
I nie bała się.
Teraz jednak wszystko się zmieniło. Ron był zły, nie odzywał się do niej, a wszystko, co zwykł ostatnio robić, to gapić się. Jakby go zdradziła. Nie znał nawet połowy prawdy. Czasami, gdy myślał, że Ginny nie widzi, wpatrywał się w nią tak, jak nie powinien, wzrokiem pociemniałym od zawistnego gniewu. Była przerażona.
I tak bardzo, tak bardzo samotna. Nigdy nie czuła się tak niepełnie, tak, jak gdyby nie należała do tego miejsca. Jakby została wyrwana z domu i poddana wygładzeniu, wysmukleniu, przeistoczona w coś zawiłego i wyrafinowanego, a potem, gdy powróciła do Nory, każda ostra krawędź jej istnienia mrowiła i paliła żywym ogniem.
Wszystko, czego pragnęła Ginny, to powrót do domu. Ten budynek już nim nie był, stanowił coś, czego najbardziej się obawiała. Bez wdzięku, dziwaczny i taki, jaka była ona sama, zanim Lucjusz nie zmienił jej w coś eleganckiego i powabnego. I był jeszcze Ron ze swoimi ciemnymi, ciemnymi oczami. Chciała jedynie wrócić do siebie.
Malfoy siedział, wlepiając w przestrzeń szklane i ponure spojrzenie. Harry nie przywiązał go od dnia, w którym przyszedł do domu i zastał go krzyczącego. Poza tym Malfoy nie miał na tyle sił, by spróbować uciec. Egzystowali więc razem, czasami rozmawiali i robili co w ich mocy, by zapomnieć, że sytuacja była osobliwa i niecodzienna, a także to, że Malfoy ginął w oczach. Co noc spali spleceni razem i nigdy nie mówili o tym, jak bardzo to wszystko jest dziwne.
— Wychodzę — powiedział Harry, zaglądając pewnego ranka do sypialni. Malfoy wyglądał na przestraszonego, więc szybko go uspokoił: — Tylko na dwadzieścia minut. Zaczyna brakować nam jedzenia. Potrzebujesz czegoś?
Zapytał tylko z uprzejmości, ale mimo wszystko Harry powinien być rozważniejszy. Malfoy nie był jeszcze tak zatopiony w swym szaleństwie, by od czasu do czasu nie pokazać, jakim jest kompletnym dupkiem i dziesięć minut później Harry wyszedł do sklepu z listą co najmniej dziesięciu rzeczy, jakich chłopak sobie zażyczył.
Najpierw kupił jedzenie, a potem poszedł po rzeczy dla Malfoya. Stał w kolejce, obawiając się, czy nie wyszedł na zbyt długo i czy Malfoy go nie potrzebuje, aż w pewnym momencie zaskoczył go nie-tak-nieznajomy głos, dochodzący zza jego pleców.
— Kopę lat…
Odwrócił się i niemal nie rozpoznał osoby, która przed nim stała. Zamrugał.
— Pansy?
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
— Brawo, Potter, zapamiętałeś. Dziesięć punktów dla Gryffindoru.
Jeszcze bardziej zaskoczony, że Pansy w ogóle się do niego odezwała, Harry wpatrywał się w nią przez dłuższy moment.
— Cześć — powiedział.
Wywróciła oczami.
— Cześć.
Co jeszcze mieli sobie do powiedzenia? Zauważył, że Pansy spogląda znacząco na trzymane przez niego zakupy.
— Zabawne — powiedziała podnosząc wzrok, by napotkać jego spojrzenie. — Wszystko to są ulubione rzeczy Draco.
Harry niemal spanikował. W zamian wziął głęboki oddech i powiedział:
— Malfoya? Nie myślałem o nim od lat. Ciągle się widujecie?
— Od czasu do czasu — odpowiedziała z roztargnieniem. — Ale, oczywiście, nie ostatnio. Zaginął.
— Ach. Przykro to… słyszeć. A zakupy robiłem dla siebie. Potrzebowałem… nowej pary skórzanych rękawiczek, skarpet i tak dalej.
Pansy przesunęła palcem po gładkiej powierzchni rękawic, na których kupno nalegał Malfoy i uśmiechnęła się smutno.
— No cóż. To dobra marka, Draco nigdy nie nosił innej.
Powiedziawszy to, odwróciła się i odeszła. Wypuszczając z płuc pełen ulgi oddech, Harry zapłacił za rzeczy Malfoya i czym prędzej pospieszył do domu.
Gdy przekroczył próg, Malfoy leżał przebudzony, przez co Harry od razu się uspokoił. Jeszcze kilka chwil temu był przerażony, że podczas jego nieobecności szaleństwo mogło ponownie go opanować.
— Proszę — powiedział, kładąc rzeczy na łóżku. — Skarpetki, ubrania, grzebień do włosów, specjalny szampon i te cholerne skórzane rękawiczki, na które nalegałeś. Dlaczego, możesz powtórzyć?
— Są wygodne — odpowiedział Malfoy nieobecnym tonem, po czym nałożył rękawiczki.
— Ach, no dobrze. Dostałeś to, co chciałeś. — Zastanawiał się, czy nie powiedzieć Malfoyowi o spotkaniu z Pansy, ale zdecydował to przemilczeć. — Zamierzasz wziąć kąpiel? Chcesz, żebym ci ją przygotował?
— Odwal się. — Chłopak wbił w niego nienawistne spojrzenie. Mając na sobie jeden ze starych podkoszulków Harry'ego i rękawiczki, wyglądał komicznie. Harry wzruszył ramionami i wygiął wargi w lekkim uśmiechu.
— Po prostu pytam. Będziesz się kąpać, czy nie? Daj mi znać. Nie mam zamiaru oglądać cię nago ani nic w tym stylu. Mam już wystarczająco koszmarów, z którymi muszę dawać sobie radę, wielkie dzięki.
Malfoy uśmiechnął się słabo. A więc drażnienie się z nim było warte swojej ceny. Harry zaczynał naprawdę poważnie się o niego martwić.
— Może. Po tym, jak się trochę prześpię. — Wyglądał na zdenerwowanego, że przyznał się do słabości, ale Harry nigdy mu z tego powodu nie dokuczał ani zbyt często o tym nie wspominał, świadomy, jakie wszystko to musi być dla niego trudne.
— W porządku. Będę w kuchni. Chcesz coś do jedzenia?
— Przestań mnie traktować tak, jakbym miał się rozpaść — warknął Malfoy.
Harry westchnął.
— Malfoy, bycie głodnym nie jest oznaką słabości. Po prostu chciałem być miły.
— A więc przestań — wymamrotał chłopak sennie.
— Wybacz — odpowiedział Harry sucho.
— Wybaczone. — Po tej cichej odpowiedzi, Malfoy zapadł w sen.
Nie minęło dwadzieścia minut, a Harry usłyszał pukanie do drzwi. Jego ciało napięło się z przerażenia, że gość może okazać się Charliem, i nie ruszył się od stołu w nadziei, że po prostu sobie pójdzie.
Tak się jednak nie stało. Pukanie powtórzyło się, a potem dało się usłyszeć cichy trzask otwieranego zamka. Zaskoczony, wstał natychmiast i chwycił różdżkę. Ktoś włamał się do jego domu.
W drzwiach, które otwarły się powoli, stała Pansy, trzymając w dłoni własną różdżkę. Gdy tylko go zobaczyła, zamrugała i najeżyła się.
— Ach, niech to szlag, Potter – warknęła. – Jeśli nie spałeś ani nic takiego, dlaczego nie mi nie otworzyłeś?
— Co ty wyprawiasz? — krzyknął. — Zazwyczaj, jeśli ktoś nie odpowiada na pukanie, to znaczy, że nie chce towarzystwa!
— Och, zaufaj mi, Potter, ja wcale nie mam ochoty na twoje towarzystwo — zadrwiła.
— Więc co tu robisz? Śledziłaś mnie?
— Gdzie on jest? — zapytała cicho, ignorując jego pytanie.
Harry'ego natychmiast opanowało zdenerwowanie.
— Kto?
— No, daj spokój, Potter, myślisz, że nie wiem, że uczestniczyłeś w bitwie, podczas której zniknął Draco? Pytaliśmy wszystkich tych, którzy są po naszej stronie i powiedzieli nam, że ostatni raz widzieli go na drodze i to ty nad nim stałeś! A poza tym, zobaczyłam cię w sklepie, jak kupujesz wszystkie jego ulubione rzeczy. Zabrałeś go tutaj, wiem, że to zrobiłeś, chcę…
— Pansy. — Malfoy powitał ją, stojąc u progu drzwi do sypialni.
Harry zesztywniał.
— Dlaczego nie jesteś w łóżku? — wysyczał.
Chłopak, który stał oparty o framugę, bardziej blady i słaby niż kiedykolwiek, posłał w jego stronę jedynie słabe, zdziwione spojrzenie. Oczy Pansy zalśniły łzami, a jej dolna warga drżała.
— Wyglądasz okropnie — zaszlochała.
— Dzięki — odpowiedział Malfoy sucho.
Postąpił krok do przodu, ale twarz mu pobladła, a oczy rozwarły się szeroko. Harry natychmiast znalazł się u jego boku, by złapać go, gdy Malfoy zatoczył się i niemal upadł. Przeklinając pod nosem, Harry pomógł mu dotrzeć do kanapy, a potem posłał w jego stronę wściekłe spojrzenie.
— To było głupie, Malfoy, nie powinieneś próbować chodzić tak daleko.
Pansy zmrużyła groźnie oczy.
— Odsuń się od niego — warknęła.
— Pansy, kochanie — zbeształ ją Draco, starając się do niej uśmiechnąć, udało mu się jednak jedynie wykrzywić usta.
— Draco, o co tu chodzi? Co ty tu w ogóle robisz, dlaczego pozwalasz mu się tobą zajmować? Dlaczego nie wróciłeś? Dlaczego… dlaczego nie odezwałeś się do mnie ani słowem?
Malfoy przymknął oczy, zbyt słaby, aby odpowiedzieć i pozwolił, żeby powietrze uleciało z niego z cichym gwizdem. Harry rzucił okiem przez ramię, szybko ocenił sytuację, skierował różdżkę na Pansy i wypowiedział zaklęcie usypiające. Dziewczyna padła na ziemię, a Harry machnął różdżką na drzwi, które zostawiła otwarte i zatrzasnął je przy pomocy zaklęcia.
Gdy odwrócił się w stronę Draco, napotkał jego szare oczy. Przełknął nerwowo ślinę.
— Jeśli ją zranisz… — zagroził Malfoy cicho — zabiję cię.
— Nie zranię jej — obiecał Harry. — Jeśli tylko wrócisz do łóżka. Pomogę ci.
— Nie potrzebuję twojej pieprzonej pomocy. — Draco wstał i powłóczył się sztywnym krokiem do sypialni, drżąc z wysiłku, by nie upaść.
Wzdychając lekko, Harry przez dłuższy moment obserwował ciało Pansy, a potem postawił kuchenne krzesło na środku salonu. Podniósł dziewczynę i posadził, po czym z pomocą magii przywiązał jej kostki do nóżek, a nadgarstki do podłokietników. Po chwili rozważania, rzucił na nią również zaklęcie wyciszające i cofnął zaklęcie usypiające. Pansy zaczęła wić się i burczeć groźnie. Wpatrywał się w nią przez moment, by upewnić się, czy więzy wytrzymają, a potem, kiwając głową z zadowoleniem, udał się do sypialni.
Draco spał, oddychając nierównomiernie, ale na szczęście nie dopadły go skutki klątwy. Nie chcąc ryzykować i czując się bardziej wyczerpanym niż kiedykolwiek, powrócił do salonu.
— Teraz idę spać — oznajmił Pansy, która wbijała w niego spojrzenie pełne nienawiści przez kurtynę swych krótkich włosów. — Mogłabyś zrobić to samo.
Obróciła głowę i Harry, niewiele myśląc, zakończył zaklęcie wyciszające, by usłyszeć, co dziewczyna ma do powiedzenia.
— Śpisz z nim?
Zamrugał.
— Z pewnych względów muszę.
— Jeśli go dotkniesz, Potter, przysięgam, że…
Uciął jej krzyk kolejnym zaklęciem i mrużąc oczy, odgarnął włosy z twarzy,.
— Po prostu idź spać. Porozmawiamy o tym rano.
A potem, wyczerpany, skierował się do sypialni, rozebrał do bokserek i wślizgnął do łóżka obok Draco, który, gdy tylko poczuł emanujące od Harry'ego ciepło, skulił się i pozwolił mu się objąć.
Następnego ranka Harry zrobił śniadanie. Jajka, bekon, tosty, babeczki. Nie był najlepszy w kuchni, ale zdenerwowanie nie pozwoliło mu znieść myśli o tym, że mógłby leżeć koło Draco dłużej niż jest to konieczne albo siedzieć w salonie i obserwować śpiącą Pansy. A więc gotował.
W czasie przygotowywania posiłku dla Pansy, zajrzał do salonu, by sprawdzić, czy już się obudziła.
Owszem, nie spała i teraz wpatrywała się w niego nienawistnie.
— Umm, zrobiłem śniadanie — powiedział. Pansy warknęła w odpowiedzi. — Jeśli obiecasz, że będziesz cicho, rozwiążę ci ręce i zdejmę zaklęcie wyciszające. Po prostu nie krzycz. Naprawdę za to przepraszam, ale muszę utrzymać Malfoya pod ochroną do czasu, aż wymyślę, jak pokonać klątwę.
Jej oczy pociemniały, kalkulowała coś, ale w końcu pokiwała głową. Harry westchnął z ulgą, rozwiązał jej ręce, zdjął zaklęcie wyciszające i wręczył talerz.
— Dziękuję — powiedziała kwaśno.
Harry powstrzymał oburzenie.
— Idę sprawdzić, co z Malfoyem. Zaraz wrócę.
Zabrał ze sobą talerz z posiłkiem i skierował się do sypialni, przygryzając nerwowo wargę. Malfoy nadal spał, więc zostawił śniadanie na szafce nocnej i wrócił do Pansy.
Siedzieli w niezręcznej ciszy przez długą chwilę.
— Dlaczego to robisz? — wyrzuciła z siebie w końcu dziewczyna.
Harry zamrugał.
— Słucham?
— To. Dlaczego? Dlaczego trzymasz tu mnie i Draco?
— Ja… trzymam ciebie, bo nie chcę cię zabić, ale nie chcę też, żebyś wróciła do Lucjusza Malfoya i powiedziała mu, że Draco tutaj jest. A co do niego… trzymam go, ponieważ mnie potrzebuje.
— Niby do czego? I od kiedy to obchodzi cię, czego potrzebuje Draco Malfoy?
— Wyświadczył mi przysługę, teraz mam u niego dług.
— Świetny sposób, żeby okazać wdzięczność, trzymać go tu wbrew jego woli.
— Ocaliłem mu życie, Pansy. A trzymając go tu mam nadzieję, że dojdzie do zdrowia.
Rozważała to przez moment, a potem odpowiedziała cicho:
— Naprawdę chcesz, aby wyzdrowiał?
— Nie chcę, żeby cierpiał. Cierpienia było już tak dużo…
— Pozwól mu iść ze mną. Wiem o kilku rzeczach, które pomogą mu w zwalczaniu efektów klątwy.
— Mam mu pozwolić wrócić i dołączyć do Voldemorta? To głupota.
— Zabiorę go stąd! — krzyknęła. — Uciekniemy daleko i nigdy nas nie zobaczysz. Zabiorę go i ukryję gdzieś, gdzie zostanie, dopóki to wszystko się nie skończy.
— A co za różnica, czy to ty trzymasz go jak więźnia czy ja? — zapytał Harry.
— Po prostu posłuchaj mnie, dobrze? Pozwól mi go zabrać, a żadnego z nas nigdy już nie zobaczysz.
Harry zamyślił się, odpowiadając po chwili:
— Jednak, jeśli Dumbledore znajdzie lekarstwo, będę w stanie wyleczyć Malfoya.
— Nie ma na to lekarstwa. Nie znaleźliśmy go jeszcze. Są… pewne rzeczy, które minimalizują efekty, ale nie ma nic, by to wyleczyć.
— Jeszcze nie ma. Ale będzie. Każde zaklęcie ma swoje przeciwzaklęcie.
— Zaklęcie uśmiercające go nie ma.
Harry nie odpowiedział, ale po chwili ciszy odezwał się ponownie:
— Jeśli go zabierzesz, zabierzesz też jedyne źródło informacji, jakie nasza strona ma na temat tej pieprzonej klątwy. Dla nas Malfoy jest bezcenny.
— Twoja strona nawet nie wie, że go masz, prawda? Nie powiedziałeś im.
— Lepiej będzie, żeby nikt tego nie wiedział — odpowiedział sztywno. — Nie możesz go zabrać.
Pansy obserwowała jego twarz przez moment.
— Czy w takim razie mogę z nim zostać? — zapytała w końcu.
Harry był zaskoczony.
— Zrobiłabyś to?
— Mogłabym, dla Draco.
— Kochasz go? — Nie miał pojęcia, dlaczego ta myśl tak go zaniepokoiła.
— Jest moim najlepszym przyjacielem — odpowiedziała Pansy wyzywająco. — Zrobiłbyś to samo dla Granger.
Czy zrobiłby? Tego Harry już nie wiedział. Wolność była teraz tak rzadka, a zarazem tak ważna.
— Jeśli chcesz zostać, nie możesz opuszczać mieszkania. Nie wolno ci wysyłać do nikogo sów. Nie wiem, czy mogę ci ufać.
Pansy podniosła podbródek w geście uporu i odpowiedziała:
— Nie odeszłabym bez niego, a on, jak widać, wcale się z tym nie spieszy.
— Mówiłem ci, potrzebuje mnie.
— Nie rozumiem tylko, dlaczego. — Pansy przyglądała mu się przenikliwie, przez co Harry, czując się niekomfortowo, poprawił się na krześle.
— Gdy go dotykam, on pamięta, że to tylko koszmary. Tak mi powiedział. — Oczy Pansy rozszerzyły się na chwilę, a potem zmrużyły, ale dziewczyna nie skomentowała jego wypowiedzi. Harry przeczesał palcami włosy, zamyślił się na moment, a potem dodał: — Rozwiążę cię, ale najpierw… — Znalazł kawałek pergaminu i rzucił na niego zaklęcie, po czym wręczył go Pansy. — Podpisz to. Jest zaczarowany, a jeśli odejdziesz, zapewniam, że będzie bardzo bolało. Wątpię, czy za drzwiami zdołasz zrobić więcej niż kilka kroków.
Wbiła w niego gniewne spojrzenie, ale wzięła pióro i podpisała imieniem.
— Masz — rzuciła.
Harry rozwiązał ją, choć nadal nie był pewny, czy postępuje właściwie. Gdy tylko to zrobił, Pansy puściła się pędem do sypialni i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Harry usiadł zdenerwowany w salonie, nasłuchując dobiegających zza ściany stłumionych odgłosów rozmowy.
— To truskawki — powiedział, wywracając oczami. — Na pewno kiedyś już je jadłaś.
— Nie takie zanurzone w czekoladzie — odpowiedziała powoli ciepłym głosem.
Jedną dłonią dotykał jej brzucha, smukłe palce zataczały niespieszne koła, a drugą podnosił do jej ust truskawkę pokrytą czekoladą.
Czasami traktował ją jak zwierzątko, ale Ginny to nie przeszkadzało. Lubiła być rozpieszczana,, lubiła, gdy się nią opiekował. Lubiła być tulona i karmiona z ręki. Rozchyliła wargi i pozwoliła, aby wsunął jej owoc do ust, po czym ugryzła go powoli. Smak truskawki eksplodował na jej języku i zmieszał się z czekoladą. Pozwoliła oczom zamknąć się powoli.
— Jest pyszna — oznajmiła, a on leniwie pocałował jej szyję. Powiedział jej kiedyś, że należy do niego i może dotknąć językiem każdego fragmentu jej ciała, ale czasem wpadał w gniew, ponieważ jej skóra była tak biała, a do tego cała pokryta piegami. Malfoyowie nie lubią, gdy to, co należy do nich, jest naznaczone przez coś innego, niż przez nich samych. Tak jej mówił, choć ona skrycie myślała, że po prostu je uwielbia.
Kiedyś próbował pomalować każdy pieg czekoladą, spędzając potem niekończące się godziny na zlizywaniu jej i kiedy Ginny chichotała, Lucjusz nagradzał ją pocałunkiem w usta.
Lubił bawić się jej włosami, ponieważ przypominały mu o cieple i płomieniach, a ona lubiła bawić się jego włosami, które przywodziły na myśl zimno i śnieg. Rozpalali się wzajemnie, a Ginny nie czuła się tak od czasów Toma, który zapewniał, że ją kocha, dotykał jej i głaskał i również sprawiał, że w jego ramionach rozpadała się na kawałki, ale który także naznaczył ją na zawsze bólem, zdradą i krwią. Pomalował ją jej własną krwią. Jednak Lucjusz nigdy jej nie zranił. On ją czcił.
Nikt nigdy jej nie czcił, tylko Lucjusz. Wielbił ją za niewinność i czystość, była jego malutką laleczką, zabawką. Czcił ją zębami i językiem i ustami, ona rozpadała się, a on składał ją w całość za każdym razem dłużej i dłużej, ale zawsze zabierał jej malutką część dla siebie, zatrzymywał ją w sobie i nigdy nie oddawał z powrotem.
A teraz nie była już całością, ponieważ każdy element istnienia, który się liczył, znajdował się wewnątrz niego.
Pewnego razu kochali się w ogrodach, w środku nocy, pod niebem upstrzonym gwiazdami, ona plotła wianki ze stokrotek, a on ją obserwował i nie, nie uśmiechał, ale powiedział...
— Nie sądzę, że to przystoi damie.
Ginny podniosła głowę, zaskoczona, a jej wspomnienia rozpadły się niczym pajęcza sieć.
— Charlie?
Brat uśmiechnął się do niej nieznacznie.
— Jak się masz, słonko?
— Charlie. — Jej głos brzmiał teraz ponuro. — Rozmyślałam.
— O czym.
— O wiankach ze stokrotek.
— Nauczyłem cię je robić, pamiętasz?
Obserwowała go z nadąsaną miną.
— Powiedziałeś: „to nie przystoi damie".
— Miałem na myśli to, że wstałaś z łóżka i nie założyłaś szat. Masz na sobie tylko nocną koszulkę. Mama byłaby zszokowana.
— Mama nie żyje — odpowiedziała beznamiętnie. — Teraz muszę obawiać się braci. Rona nie ma w pobliżu?
— Jest na dole. — Odsunęła się od sypialnianego okna i sięgnęła po szatę. — Co robiłaś?
— Nie pamiętasz? Mówiłam ci.
— Ach tak, wianki ze stokrotek, pamiętam. — Uśmiechnął się do niej. — Cieszę się, że wstałaś z łóżka.
— Powinniśmy mieć ogród — powiedziała nieobecnym głosem, z powrotem wpełzając pod kołdrę. — Lubię ogrody. Takie kwiatowe, w środku nocy, pod niebem upstrzonym gwiazdami…
Charlie zmarszczył czoło.
— Ginny? — wyszeptał niepewnie.
Zamrugała i spojrzała na niego pustym wzrokiem.
— Och, Charlie. Kiedy tu wszedłeś?
Od przybycia Pansy było inaczej. Zmieniła się atmosfera panująca w mieszkaniu, nie wspominając już o eliksirach, które warzyła dla Malfoya, pozostawiających po sobie łagodny zapach składników, o które Harry nawet nie pytał. Utrzymywała, że aby eliksiry przyniosły efekt, potrzeba kilku dni. Kiedy to się stanie, Draco szybko odzyska siły, choć nigdy nie powróci do dawnej formy. Nawet wtedy wciąż będzie cierpiał z powodu koszmarów.
Była dla niego niesamowicie opiekuńcza, roztkliwiała się i kręciła wokół niego, a Malfoy tego nie znosił. Spała na kanapie, ponieważ pomijając wszystko to, co dla niego robiła, jej dotyk go nie uspokajał.
Każdej nocy Draco zasypiał pierwszy, potem Harry kładł się obok niego, upewniając się uprzednio, że go dotyka, po czym zapadał w sen. Często rankiem budzili się spleceni ze sobą.
Czasami Malfoy w środku nocy wpadał w wir koszmarów, budząc tym Harry'ego, który obejmował go tak mocno, jak tylko potrafił i szeptał uspokajające słowa dotąd, aż koszmary nie odeszły. Harry nie spał już jednak do samego rana. Stał się bledszy i niespokojny, co zauważył nawet sam Malfoy.
— Wyglądasz okropnie — powiedział pewnego dnia, gdy Harry powoli wybudzał się w jego ramionach. Zamrugał, a potem wpatrywał się w Draco przez długą chwilę.
— Przepraszam — odpowiedział, jakby chciał przeprosić go za to, że jest pierwszą osobą, którą Malfoy widzi po przebudzeniu.
Chłopak skrzywił się, ale nie odpowiedział, a Harry wyswobodził się z jego ramion, poprawił włosy i sięgnął po okulary. Potem obrócił się, a jego wzrok spoczął na Malfoyu.
— Marniejesz w oczach… — powiedział cicho, marszcząc brwi.
— Pieprz się — odpowiedział Draco, a jego powieki w tym samym czasie opadły powoli, pokonane przez słabość.
Harry popędził do salonu.
— Pansy! — warknął, na co dziewczyna, otworzywszy oczy, natychmiast wstała z kanapy.
— Co? — zapytała poirytowana.
— Tracimy go. On umiera!] Dlaczego eliksiry nie działają?
— Mówiłam ci — rzuciła. — Zanim jego siły powrócą, minie kilka dni.
— Nie podoba mi się to.
— A myślisz, że jemu się podoba?
Harry zamknął oczy, pocierając skronie.
— Po prostu… nienawidzę… nienawidzę go. Ale to nie wydaje się właściwe. On już nawet nie jest Malfoyem, on jest… chory. Nieważne.
— Zaufaj mi, Potter. Zdaję sobie z tego sprawę — odpowiedziała sarkastycznym tonem. — Jestem zaskoczona, że ze wszystkich osób to ty rozumiesz.
Tej nocy koszmary były gorsze niż kiedykolwiek. Harry spał na kanapie, a Pansy przygotowywała eliksiry, kiedy z sypialni dotarły do nich pierwsze krzyki. Dziewczyna była przy Malfoyu wcześniej, a Harry dołączył kilka chwil potem.
— Jest rozpalony — wyszeptała, dotykając jego czoła. — Przyniosę mokrą szmatkę.
Wybiegła do kuchni, a Draco rzucał się i wił na łóżku.
— Cholera — szepnął Harry, głaszcząc jego ramię. Ten natychmiast się uspokoił, opadając na łóżko i oddychając ciężko. — Cii, już dobrze, nie odejdę od ciebie — powtarzał, siadając za nim i podciągając go sobie na kolana. Malfoy oparł bezwolnie głowę o jego ramię i zaszlochał mu w szyję, instynktownie oplatając wokół niej ramiona.
Pansy obserwowała ich z progu, ale po chwili weszła do sypialni i spojrzała na Harry'ego dziwnie, jednocześnie przesuwając szmatką po czole Malfoya.
— Kochasz go? — zapytała, jakby była to najzwyczajniejsza sprawa na świecie. Harry Potter kochający Draco Malfoya.
Harry zesztywniał i wpatrywał się w nią zszokowany.
— Co?
— Kochasz Draco? — powtórzyła.
Wzrok Harry'ego automatycznie spoczął na twarzy Malfoya. Obserwował jego pobladłą, przypominającą pergamin skórę, ciemne powieki wyglądające niemal jak posiniaczone i jasne włosy.
— Nie — odpowiedział.
— Jesteś pewien? — zapytała. Uśmiechnęła się, ale nie był to ładny uśmiech. — Dość łatwo go pokochać. Najtrudniejszą częścią jest zdać sobie z tego sprawę, ale kiedy w końcu już to wiesz, zazwyczaj jest za późno.
— Nie kocham go — powtórzył Harry, całkowicie przez ten pomysł zaskoczony. — Nienawidzę go, zawsze go nienawidziłem.
Pansy nadal go obserwowała.
— On też cię nienawidzi.
— Wiem.
— Ale teraz siedzi skulony w twoich ramionach, a ty przytulasz go do piersi.
— To mu pomaga.
— Nienawidzisz go. Dlaczego obchodzi cię, co mu pomaga?
— Nie lubię, gdy cierpi. To nie znaczy, że go kocham — odpowiedział Harry buntowniczo. — Oszalałaś.
— Być może. — Uśmiechnęła się. — Trzymaj go tak dalej i pozwalaj szeptać mu w twoją szyję, Potter, a zobaczymy, czy długo będziesz go nienawidził. Postaraj się, żeby się nie rzucał i nie krzyczał. — Po tych słowach opuściła pokój.
Harry przez długi, długi czas wpatrywał się w Malfoya, który nadal spał w jego ramionach, zanim w końcu udało mu się wyrzucić z umysłu słowa Pansy. Jest obłąkana, na to wygląda. Harry Potter kochający Draco Malfoya?
To jednak nie był Draco Malfoy, ponieważ ten nigdy nie wtuliłby się w niego i nie szeptał tuż przy jego szyi. To był ktoś, kto wyglądał jak Malfoy i od czasu do czasu nawet brzmiał jak on, ale był chory, co stanowiło jedyny powód, dla którego pozwalał Harry'emu go tulić.
Ktoś musiał z rozbitych cząstek Malfoya stworzyć jedną całość.
Trzymał go aż do środka nocy, kiedy to chłopak poruszył się i obudził.
— Potter? — wyszeptał głosem szorstkim od snu.
— Już dobrze.
— Myślałem, że umrę — powiedział Malfoy, zamyślony. — Wszystko płonęło, myślałem, że umrę, bo… wszystko znikało z ogniem.
— Cii, śpij.
Jego głowa opadła z powrotem na ramię Harry'ego.
— Tylko nie odchodź — powiedział cicho, a potem zasnął.
Harry zmienił pozycję, kładąc Malfoya na łóżku i rozciągając się przodem do niego. Obserwował, jak światło księżyca rozlewa się po jego twarzy, a powieki drgają od snów, które nie były koszmarami. Obserwował pulsujące miejsce na szyi i w końcu, tuż przed świtem, Harry pochylił się i musnął jego wargi w pocałunku lekkim niczym szept, tak dla pewności. Bo nie kochał Malfoya, a pocałunek mógł to udowodnić, ponieważ był tylko pocałunkiem, zimnym, pustym, nieznaczącym nic.
Odsunął się, a jego wzrok spoczął na oczach Malfoya, które były otwarte, pociemniałe i otulone snem. Chwilę potem zamknęły się jednak, a Draco pochylił się i pocałował go. Pocałunek był ciepły, łagodny i ostrożny, kruchy i delikatny. Oddech Malfoya owiewał twarz Harry'ego, a jego ręka schowała się pod policzkiem. Był tak młody i kruchy jak sam pocałunek i Harry stwierdził, że tym momencie mógłby go pokochać. Ale tylko trochę.
KONIEC ROZDZIAŁU TRZECIEGO
